szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 28.10.06, 13:19 tukej na zajcie 121 mogecie poczytac o Ondraszu: www.kc-cieszyn.pl/biblioteka/strony/ramka.php?autor=Peter2&licz=1 Odpowiedz Link
rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 10.11.06, 19:18 Okręg bytomski, wieś Michałkowice pod Królewskimi Hutami: Nasi ojcowie opowiadali nam, ze w michałkowskim lesie są wielkie pieniądze w piwnicy. Już się tam z kościoła zabierali ze świętościami po te pieniądze, ale zawsze czegoś zapomnieli. Piwnica ta jest tam w lesie po dziś dzień. (Tylko nie wiem czy las jest ?) Raz paśli koło tego miejsca pasterze, a miedzy nimi był jeden chłopiec sierota, a inni byli ojscowscy, możniejsi. Temu chłopcu wrzucili czapkę do tej piwnicy przez dziurę. Zaczął płakać biedny pastuszek, a bojąc się wrócić bez czapki do domu, zdobył się na odwagę i spuścił sie do piwnicy tą dziurą. Tam zobaczył koryta pełne pieniedzy. Na jednym z nich siedział kogut i kazał chłopcu nabrać do czapki pieniędzy. Chłopak z czapką i pieniędzmi wylazł na powrót tą samą dziurą i zaniósł zdobycz swemu gospodarzowi. Towarzysze, widząc to, poszli na to miejsce i jeden drugiemu wrzucił naumyślnie czapkę do piwnicy. Polazł więc znowu do dziury, ale mu głowę urwało i wyrzuciło wraz z czapką. Raz znowu poszła kobieta z chłopcem na grzyby do lasu. A właśnie trafiła, kiedy w kościele odprawiano pasję i piwnica była wtedy otwarta. Wbiegła tam szybko z chłopcem, zagarnęła pieniadze do fartuszka i na powrót uciekła. Chłopca zaś zaostawiła w piwnicy, chciała bowiem drugi raz nabrać pieniedzy. Ale kiedy wróciła, zastała już piwnicę zamkniętą, bo już było po pasji. Wtedy ksiądz jej poradził, zeby za rok o tej samej godzinie pilnowała w tym lesie, az sie drzwi do piwnicy otworzą. Usłuchała kobieta tej rady i w tej chwili, kiedy w kosciele dzwonili na pasję, piwnica sie otworzyła, a chłopak siedział zdrów jak go była matka rok temu posadziła. Pochwyciła go więc co zywo i wyniosła na swiat, a już o pieniądzach nie myślała, radując się, ze syna odzyskała. Lucjan Malinowski 1877 "Ateneum" Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 07.12.06, 11:01 www.k-k.pl/legenda/legenda.mp3 Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.12.06, 14:06 LEGENDY RUDZKIE Najcenniejszym składnikiem wielowiekowego dorobku ludu żyjącego na danym obszarze jest jego kultura duchowa. To w Rudach jak z cudownego źródła wybijały i wybijają niezwykłe pieśni, niezwykłe słowa. Łączą się one ze sobą niczym krople wody, jak strużka ze strużką i tworzą wielką rzekę macierzystego folkloru. Zaczerpnijmy z tej rzeki dzban czystej wody, w której ukryte słowa to m.in legendy rudzkie. Zacznijmy od trzech wersji legend wyjaśniających powstanie rudzkiego klasztoru. 1-sza wersja spisana przez opata Emanuela Pospela w 1653 roku Książę Władysław zabłądził podczas polowania w lesie, do którego wybrał się wraz z towarzyszami z zamku raciborskiego. Kiedy przywoływania towarzyszy książęcym rogiem okazały się bezskuteczne, strudzony książę zasnął pod drzewem. We śnie ukazał mu się ojciec Benedykt, cysters z Jędrzejowa i rzekł do księcia:„Bóg bliski jest tych, którzy go szukają". Wtem też konary i wierzchołki drzew związały się w sklepienie, a pnie stały się filarami świątyni, w której aktualnie odbywało się nabożeństwo. Książę obudził się na polanie ze źródełkiem pośrodku. Sen uznał za znak i postanowił wznieść tu świątynię. Nie wiedział jednak dokładnie gdzie zlokalizować zamierzoną budowlę. Wtem wiatr zerwał z głowy księżnej Eufemii welon, który opadł na polanie. Para książęca uznała to za znak Boga i w tym miejscu postanowiono wybudować kościół. Książę szybko wyprawił do Jędrzejowa swego kapelana, który sprowadził stamtąd zakonników a ci wybudowali tu kościół z klasztorem. Źródełko zaś długo istniało na dziedzińcu klasztornym a woda z niego posiadała właściwości lecznicze. 2 wersja Było to w czasach, gdy u nas panował książę Władysław władca, ziemi raciborskiej. Wybrał się on pewnego razu na polowanie. Wyjechał ze swego zamku w Raciborzu wraz ze świtą i w planie miał penetrowanie lasów po obu brzegach Odry. Lasy te pełne były dzikiego zwierza stąd też humor dopisywał a powodzenie polowania było pewne. Myśliwi początkowo trzymali się razem, potem jednak, kiedy każdy upatrzył swoją zdobycz,to pognał w innym kierunku. Tak też uczynił książę. Odjechali tak daleko, że wszyscy się pogubili. Nikt nie orientował się, gdzie jest. Podchody za zwierzyną trwały bardzo długo i nagle ku zdumieniu wszystkich, spotkali się w jednym miejscu, na niewielkiej polanie z wiekowym dębem, gdzie tryskało źródełko. Spotkanie to uznał książę za znak Boga i postanowił w tym miejscu wybudować klasztor. Teren dokładnie oznakowano i przysłano tu robotników, aby las wykarczowali i oczyścili pod przyszłą budowę. Po powrocie do domu książę o wszystkim opowiedział żonie Eufemii. Z nią też i z księżmi udał się do cudownego miejsca. Lecz niestety nie można było się dogadać, co do lokalizacji kościoła i klasztoru. Księża mieli swoje przepisy. Eufemia chciała też postawić na swoim a książę chciał, aby lokalizacja kościoła była po jego myśli. Wtem zerwał się wiatr... 3 wersja Książę Władysław polując w swoich la-sach tak zapędził się za zwierzyną, że zgubił się tracąc całkowicie kontakt ze swoimi towarzyszami. Zastała go noc. Noc była ciemna i bezksiężycowa. Książę modlił się i obiecał Bogu, że jeżeli odnajdzie swoich towarzyszy i drogę do domu, (co wtedy dla tych, którzy zabłądzili nie było łatwe) postawi świątynię jako wotum za odnalezienie się. Po straszliwej nocy, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły się już przebijać przez ciemności nocy, usłyszał książę najpierw dalekie, a potem coraz bliższe granie rogów myśliwskich. Po niedługim czasie był już ze swoimi towarzyszami. Po powrocie do domu opowiedział swojej żonie Eufemii o swojej przygodzie i ślubowaniu, które złożył. Ona też niezwłocznie doprowadziła do wyprawy w miejsce przygody swego męża. Jakie było ich zdumienie, gdy po przybyciu na miejsce, ujrzeli na leśnej polanie, która nocą wydawała się taka straszna, tryskające krystaliczną wodą źródełko. Decyzja była natychmiastowa. Jednakże powstał problem lokalizacji kościoła i klasztoru. Księżna chciała postawić na swoim, książę też i w sumie nie mogli się dogadać. Wtem zerwał się wiatr... Pęknięta szyba obrazu Matki Boskiej Rudzkiej Kult Matki Boskiej Rudzkiej stawał się coraz mocniejszy, coraz więcej pielgrzymów zaczęło przychodzić do Rud aby pomodlić się przed „Cudownym Obrazem". Ludzie doznawali wielu łask i uzdrowień, stąd też w dowód wdzięczności przypinali do obrazu liczne wota dziękczynne. Aby zapobiec zniszczeniu obrazu, cystersi osłonili go szybą. Szyba do ostatniej renowacji pozostała pęknięta. O jej przyczynie opowiada legenda. Głosi ona, iż w pewnym momencie wśród cystersów rudzkich rozluźniła się dyscyplina i obyczaje zakonne. Pewnego razu, kiedy odbywało się nabożeństwo przed Cudownym Obrazem nagle z hukiem pękła szyba, a obraz zaczął powoli znikać, aż zniknął zupełnie. Po jakimś czasie przybiegli mieszkańcy Jankowic z wiadomością, że nad ich wioską unosi się wśród chórów anielskiich Matka Boska Rudzka, oddalająca się od klasztoru. Szybko uformowała się procesja i zakonnicy wraz z pa:afianami, w uroczystej procesji wraz z chorągwiami pośpieszyli na miejsce widzenia, odmawiając przy tym litanię do Wszystkich Świętych. Kiedy ujrzeli unoszącą się w powietrzu postać Matki Boskiej Rudzkiej, upadli na kolana, błagali o przebaczenie i przyrzekali poprawę dotychczasowego sposobu życia. Gdy powrócili do kościoła, ujrzeli obraz Matki Boskiej w dawnym stanie i na dawnym miejscu. Pękniętą szybę próbowano kilkakrotnie zastąpić inną, lecz znowu pękała i w takim stanie znajdowała się do ostatniej renowacji obrazu, w trakcie której szybę usunięto. . 5| Legenda o wsi Przerycie Przerycie to przysiółek Rud. Mieszkał tam kiedyś człowiek, który s przedał swą duszę diabłu. Kiedy śmiertelnie zachorował, wyrzuty sumienia, które go bardzo dręczyły ukazały mu jego los w piekle. Żałując swojej obietnicy jaką dał diabłu, pragnął przyjąć sakrament chorych. Jego żona, która znała męża udręki, poszła do klasztoru w Rudach z prośbą, aby jeden z mnichów przyszedł do ciężko chorego męża będącego w niezgodzie z Bogiem. Mnich szybko przybył i dowiedział się o tym strasznym fakcie. Chcąc zadośćuczynić prośbom chorego chciał udać się do kaplicy klasztornej po Najświętszy Sakrament. Jednak drogę zastąpił mu diabeł starając się go przekonać, że ta dusza należy do niego, gdyż nabył ją za pok iźną sumę i dlatego powinien ją mieć dla siebie. Na to mnich odpowiedział, że jego obowiązkiem jest walczyć o każdą duszę, która pragnie Chrystusa. Diabeł jednak długo nie ustępował, aż mnich zaproponował mu układ mówiąc: Ja idę do klasztoru po Najświętszy Sakrament, a ty w międzyczasie przeryj dookoła to pole. Gdy skończysz do mego powrotu dusza jest twója a w innym przypadku moja". Diabeł przystał na taką propozycję i ostro wziął się do pracy, natomiast mnich czym prędzej poszedł do klasztoru. Diabeł pracował zawzięcie, coraz szybciej, czas biegł szybko, pot z niego leciał obficie, oczy błyszczały mu od wysiłku i ciągłego wypatrywania mnicha. Gdy już pozostało mu niewiele do zrobienia, rozmarzył się i wyobrażał sobie jak to niesie duszę chorego do piekła. W tym momencie zjawił się w szalonym tempie wóz konny i zatrzymał się koło drzwi chorego. Wyskoczył z niego mnich, spojrzał na diabła, który jeszcze pracy nie skończył. Diabeł widząc, że przegrał z wielką złością rzucił łopatę o ziemię i podążył do piekła. Dusza chorego była uratowana. Od tego czasu ta mała osada nazywa się Przerycie. Zapadłe zamczysko Wśród las Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.12.06, 14:16 Zapadłe zamczysko Wśród lasów otaczających Rudy znajduje się wzgórze. Na nim stał przed wiekami ponury zamek. Mieszkał w nim rycerz, rabuś wraz ze swymi kamratami. Do ich zajęć należały napady, biesiady i hulanki. Po każdej wyprawie przywozili na zamek uprowadzone z okolicznych wsi dziewczęta, którymi zabawiano się i które najczęściej traciły tam życie. Kiedyś w czasie trwania jednej z takich hulanek, rozszalała się straszna burza. Pioruny uderzały raz po raz, a deszcz lał strumieniami. Pod wpływem powtarzających się uderzeń piorunów, zamek rozpadł się. Pod jego gruzami zginęli wszyscy rozbójnicy i ich niewinne ofiary. Miejsce to omijano odtąd z daleka przekazując wieść z pokolenia na pokolenie, że złe siły mają je w swej mocy. „Dziywcze groby" Było to dawno temu, kiedy na Przeryciu była- karczma, w której odbywały się zabawy, wesela i inne uroczystości. Razu pewnego też, w tejże karczmie odbywała się zabawa, na którą przyszły m.in. trzy dziewczyny z Tworoga -wsi leżącej za lasem. Dziewczyny, jak i wszyscy świetnie się bawiły - szczególnie z kawalerami rudzkimi. Nie odpowiadały też na zaloty kawalerów z Tworoga, a szczególnie jednego z nich, który był rzeźnikiem i szczególnie upodobał sobie jedną z nich. Ten młody rzeźnik rozpoznawany był po nożu trzymanym w bucie, a wszyscy mówili, że mu źle z oczu patrzy. Kiedy dziewczyny po raz kolejny nie chciały się z nim i jego kompanami bawić, strasznie im naubliżał i wygrażał. Dziewczyny się przelękły i wcześniej niż zwykle same poszły w drogę powrotną doTworoga przez las. Jednakże owy rzeźnik wraz z kompanami śledzili nieszczęsne dziewczyny i podążali za nimi krok w krok. W trakcie ucieczki dziewczęta zostały dogonione i bestialsko zabite. Obok drogi leśnej z Przerycia do Tworoga, jak opowiadali dziadkowie, długo znajdowały się groby tych Trzech dziewczyn. Miejsce to do dzisiaj nazywane jest „dziywcze groby". Odpowiedz Link
hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:02 O trzech braciach Jedyn bogaty hrabia, kery mioł trzi zomki i trzidziyści wsi, staroł sie nad swojom cerom, bo niy poradziył i znojść takigo kawalyra, kery by ji rozumioł. Jak sie znojdzie taki - prawiyła swojimu łojcu ta mondralka - kery odpowiy na trzi moji pytania, to sie za niego wydom. To tyż hrabia rozesłoł swojich ludzi na wszystki strony świata z tom wieściom. Doszło to tyż do takij wsi, kaj miyszkali trzej bracia, dwóch było mondrych, zaś jednego, tego najmłodszego mieli wszyjscy za gupka. Tych dwóch mondrych siadło na konie i pojechali do tego zomku, kaj miyszkała ta bogato, ale tego najmłodszego niy chcieli ze sobom wziońć. Jednak tyn gupi polecioł za nimi piechty. Za jakoś chwila woło na nich, żeby poczekali, bo coś znojd na drodze. Jak sie ku nimu wrociyli, to im pokozoł w gorści frup z flaszki. Toż mu bracia wystrzylali biczym i jechali dalij. Niy trwało długo juzaś na nich woło i padoł ze znojd cilipa. Wystrzylali mu juzaś biczym i pojechali dalij. Potym gupi znojd łobronczka i zas woło na braci. Ci mu zaś wyśmigali biczym i pojechali dalij. Dojechali do tyj hrabianki, ale niy poradziyli odpedzieć na żodne pytanie z jeji strony, toż ich psami wuszczuli i wygnali ze zomka. Prziszoł dran na tego gupigo i ledwo wloz do tyj komnaty, kaj siedziała na zeslu ta przemondrzało hrabianka, godo: - Ale tu ciepło mocie...! A łona na to: - W mojij rzici jest jeszcze cieplij. - Toż se tam mojigo wrobla upiecza. - Ja, ale dyć łon uciecze,- pedziała. - Nima starości, mom frup, to zatkomy. - Toby sie rozerwała. A gupi na to: - Mom tukej łobronczka, to ściongnymy...! Tak tyn niby najgupszy brat okozoł sie najmondrzejszy, bo odpedzioł na wszystki pytania hrabianki i łożynioł sie śniom. Odpowiedz Link
hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:06 Utopki w rzyce Rudzie Bardzo downo tymu, kiedy wszystkie utopki w rzyce Rudzie żyły w wielkij zgodzie, przikludziyła sie nad paruszowski staw; strziga Matilda. Miała trzi służonce klynkanice: Klara, Pela i Hela. Niy były te klynkanice piykne, to tyż Matilda czuła sie miyndzy nimi choby lelujo miyndzy pokrziwami. Utopki z Rudy i wszystkich przikopek i potokow, kere do nij swoje wody przelywały, straciyli do strzigi Matildy łepy. Kożdy sie zaczon paradzić i sztryndzić, żeby sie ji przipodobać. Zamiast ożarciuchow po barzołach smykać i nieusłuchliwe dziecka straszyć, ciyngiym sie za Matildom uganiali. Nojstarszy utopek, kery nimi rzondziył, dziwać sie już na to niy poradziył. Wiluś - tak tymu utopkowi było - swołoł wszystkie utopki na posiedzyni. Cołki tydziyń twało te zebranie na podmokłyj łonce miyndzy Rudami i Stodołami. (Do dzisioj w tym miejscu, kere utopki wydeptały, żodno trowa niy rośnie, yno sity i mech.) Po wielkij swadzie, podzielili sie utopki wszystkimi stawami i przikopkami, kere do Rudy wlatujom od samego źrodła aż do Odry. Pomyśleć, że dotond wszystkie utopki mogły se hauzyrować tam, kaj yno im sie chciało. Wszystkimu winna była strziga Matilda. Niy nadarymno godajom, że kaj dioboł ni może, tam baba pośle! Tak tyż jedyn z Żorskich utopkow dostoł do wachowanio potok Młynówka, stawy na Wytrzynsowie (było ich kole dziesiyńć: Żabiok, Pajtok, Sitorz, Koliok, Wynglornik, Pyczok, Dziwok, Barzolok...), potok Jesionka ze stawami Łanuch, Garbocz, Gichta i Biesowski stawy. Mog se rządzić tyż na rzyce Rudzie, ale yno od potoku Kłokocinka aż do Klyszczowa. Smykoł po barzołach i leśnych mokradłach tyn żorski utopek ludzi z Palowic, Rownia i Żor. O strzidze Matildzie musioł zapomnieć. Wiluś sie śniom teraz kamraciył, bo se som paruszowski stow obroł, mondrala. Żorski utopek długo nimioł swojigo miana, bo to muszom ludzie wynojść. Niyskorzij, w czasach jak Palowicami rzondziył hrabia Franc von Winckler, taki swoji miano dostoł, ale jak do tego prziszło dowiymy sie dalij. Najbardzij sie utopkowi podobało na stawie Gichta i tam tyż nojczyńścij siedzioł. ImageDobrze mu tam było dopuki właściciel Palowic, hrabia von Winckler niy postawiył kole jego stawow odlywnie zielaza. Nazwoł ta swoja huta "Waleska", bo tak było jego przibranyj cerze. Gryfno była ta Wincklerowo cera jak sto diosi, to tyż jak jom utopek piyrszy roz ujrzoł, tak mu sie spodobała, że na dobre o Matildzie zapomnioł. Jak postawiyli potym nowy piec, w kerym topiyli te zielazo, nazywali ta huta „Gichta", a tym ludziom, kerzi tam robiyli, godali „Gichciorze". Ludzie zawsze snochwiajom jakiś nowe miana. Pamiyntoł dobrze utopek, jak na Łanuchu postawiyli koło młyński i zielazo hamrowali. Godali wtedy na tych robotnikow "Hamerniki". Czasy sie zmiyniajom, to te miana tyż muszom sie zmiyniać - rozważowoł utopek. Dobrze, że utopki sie niy starzejom i pamiyntajom rostomajnte dzieje. Wszystko utopkowi pasowało. I to że gryfno Waleska przichodziyła ze swojom służbom nad jego stow; to, że targali synki dlo nij mamałuszki z jego stawu i ryby chytali tyż w jego stawie, ale jedno go mierziło. Kole jego stawu śli dycko z roboty chopy co zielazo topiyli. Hajcowali w tym wielkim piecu wonglym drzewnym i musieli dmuchać takim wielnoskim miechym, żeby im lepij gorało. Przi tym sie tak ufifrali i blazy mieli od sparzynio na rynkach i nogoch. Śli potym po szychcie do utopkowego stawu umyć te ufifrane gymby, a oparzone miejsca chłodziyli se w chłodnyj i czystyj jak kryształ wodzie. Niy podobało sie to utopkowi, kery w tym prawie stawie mioł swoje krolestwo. Z poczontku sie yno tym „zieleźnikom" prziglondoł ukradkiym zza tatarczuchow, ale jak ci sie za bardzo zaczli roztopyrczać, to niy wytrzimoł. Kery by tyż doł se spodobać, żeby mu sztyjc czysto woda szelontać i kalić . Schowoł sie roz pod listek mamałuszki i jak „Gichciorze" prziśli sie juzaś myć, łapsnył nojbliższego za rynka i na głymboczyna zaciongnył. Borok pływać niy poradziył, toż ryczoł choby go ze skory darli. Chopy ze strachu pouciekali do lasa, yno jedyn Jorguś zostoł, kery był przigłuchawy i na dokłodka sie jonkoł. Niy zlynk sie utopka i kamratowi pomog. ImageChyciył tako wysoko brzozka, kero przi samyj wodzie rosła, przigion koronom ku topielcowi i tak go wyretowoł. Na drugi dziyń, wszyjscy sie pytajom Jorgusia jonkały, czy sie utopka niy boł. Jorguś całkim spokojnie, jak dycko łon poradziył swojom rułom wyjonkoł: - Jooo... taaaam... żodnego uuuutopka niy widzioł! yno rynka od Ruuuuu... dika żech widzioł. (Rudi,tak sie nazywoł tyn wyretowany). Od tego czasu wszyjscy „Gichciorze", a potym ludzie z Żor, Palowic i Rownia, godali na utopka „Rudi". Nikerzi to niyskorzij przerobiyli na „Ruduś", "Rudziok". Tak do dzisioj godajom na utopka, kery jeszcz dalij rzondzi na tych stawach. Od tego zdarzynio musieli „Gichciorze", abo jak kto woli „Zieleźniki", podatek płacić utopkowi za mycie sie i kompanie w tym stawie. Dwa razy w miesioncu chopy z huty robiyli ściepa na gorzołka dlo „Rudika". Utopek im niy darowoł, wiedzioł kiedy dostowajom wypłata. Od samego rana już dowoł pozor, kiedy pódom z roboty. Dwa razy sie zdarziło, że mu w umowionym miejscu gorzołki niy postawiyli, ale ich „Rudi" sromotnie pokoroł. Piyrszy roz jak śli po połedniu ze szychty i byli w połowie lasa, tako burza ściongnył na nich, że musieli pod gynsty świyrk stanyć i przeczekać cołko targanica. Stoli pod tym świyrkiym i rzykali co jedyn to bardzij. Nic niy pomogało, blyskawice cołki czas kole nich prały, jedna za drugom. Chmury sie oberwały i loło choby kery wiadrami z nieba sztyjc loł jednym ciyngiym. Co chwila sie keryś strom przewracoł kole nich, boroki chopy czekali aż do jejich świyrka niy piźnie jaki pieron. Jednymu chopu coś godało, że majom przelecieć pod inkszy, myjnszy świyrk i tak tyż zrobiyli. Ledwo sie znojdli pod tym drugim, jak niy gwizdło do tego kaj przedtym stoli, yno drzizgi leciały a w łoczach same gwiazdy widzieli. Cołko godzina twało te bombardowanie. Wody w lesie było już pod kolana jak to zaczło sie cofać. Prziszli wtedy dudom przemoczyni do suchyj nitki i wylynkani jeszcze bardzij. Bogu dziynki obstoli i nic sie żodnymu niy stało. Postawiyli potym krziż drzewianny na tym miejscu, kaj ich to dopadło. Jedyn wielki plac sie zrobiył naokoło tego małego świyrczoka, pod kery uciykli, tela pobulonych stromów było naokoło. Niyskorzij w tym miejscu drogi wydeptali, tak że krziż sie znojd prawie na skrziżowaniu w lesie. Żodyn niy wiedzioł, że to „Rudi" tak sie na nich pomściył i na drugo wypłata juzaś o nim zapomnieli. Utopek zaś był bez gorzołki. Tym razym im musza wymyślić co inkszego, - pedzioł utopek - co by sie kapnyli, o czym to majom pamiyntać. Image W nocy „Rudi" wloz na tyn nojważniyjszy kumin z odlywnie i najscoł do niego. Możno niy wiycie co to znaczy jak utopek do kumina najszczy? Po piyrsze, smrod niy do wytrzimanio, po drugi: ognia słożyć niy idzie, bo cołki kurz sie nazod cofie, cugu nima. Tak sie dzieje do czasu, aż sie kuminiorzowi halba postawi, kero łon musi z utopkiym w lesie przi stawie o połnocy wypić. Jeszcze do tego miesionczek musi być w pełni. Od tego czasu jak im utopek tyn wielki piec wygasiył, żodyn sie niy opowożył, żeby mu flaszki we wypłata niy prziniyś. Gorzołka w tych czasach niy była tako łacno, a do tego trza było po nia do nojlepszego szynkiyrza w Żorach zońść. Bele jakij gorzoły "Rudi" sie niy chytoł. Doś długo twała ta zgoda miyndzy „zieleźnikami" a utopkiym z Gichty. Prziszła jednak „kryska na Matyska". Wszystkimu jak dycko babie trza podziynkować. Skludziył do huty hrabia von Winckler jednego fachmana od wielkich piecow, aż z Niymiec. Kupiył tyn herr inżinier chałupa w Żorach i skludziył tyż do nij swoja baba Hilda. Była Odpowiedz Link
hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:07 Kupiył tyn herr inżinier chałupa w Żorach i skludziył tyż do nij swoja baba Hilda. Była to baba „Rzitelno", tak godali o nij chopy w szynku przi piwie. Bele czego sie niy zlynkła. Tak doprowdy to by sie trza łonyj zlynknyć. Niy dość, że musiała na dwóch stołkach siedzieć, to na dokłodka gymba miała piegato jak hyndycze jajco. Dziwowali sie wszyjscy, jak taki „szkyrtek", jakim był herr inżinier, może ji rady dać? „Rudi" jesze wtedy niy wiedzioł co go czeko? Po piyrszym „geltaku", kery dostoł nimiecki fachman, zaczły sie ciynżki czasy dlo utopka. Kożdy nowy, kery w hucie przijon robota, musioł sie wkupić. Herr inżinier Helmuth (taki mioł miano) był chopym światowym, toż sie wcale od tego niy migoł. Idzie pedzieć, że jeszcze nigdy chopy z Gichty tak niy popiyli. Jak potym po szychcie śli sie myć do utopkowego stawu, wziyni herr Helmutha ze sobom. Tam jak dycko czekoł na swoja pyrtulka "Rudi". Jak usłyszoł nimiecki szwandranie, zaroz sie kapnył, że to jakiś ważny chop. Zawołoł do sia Jorgusia jonkały i godo: - Od dzisioj, żeby my dalij w zgodzie żyli, musicie wiynkszo flaszka nosić! Powiydz to tym twojim kamratom, rozumisz?! - Jooo... taa..m rooozumia, ale czy łoni tooo... zrozumiom tego niy wiym. Jorguś wszystko chopom łopedzioł po swojimu, ale ci byli chyconi i nic yno sie ciyngiym śmioli. Herr Helmuth nic z tego niy rozumioł. Musioł mu Stanik, kery mioł ciotka w Niymcach i trocha po nimiecku poradziył, erklerować wszystko. Tymu sie to tak spodobało, że jakiś utopek stawym rzondzi, że wszystkich do szynku zaprosiył. W szynku herr Helmuth stawioł piwo za piwym, a na łostatku uczył „Gichciorzy" śpiywać jakoś nimiecko śpiywka o „wasermanie". Tak ich dłogo uczył, aże to już fajnie umieli dokupy śpiywać. Potym pedzioł: "Teraz pudymy pod łokno do mojij baby zaśpiywać!" Poszli potym wszyjscy pod inżinierowo chałupa i tak sie drzyli,że niy yno frau Hilda,ale somsiadow pobudziyli.Biydny herr Helmuth po tym wszystkim przez trzi dni sie na Gichcie niy pokazowoł.Bezmała za ta blamaża,frau Hilda mu taki lyjty spuściyła,że cołki te trzi dni w łożku przeleżoł. Jak sie potym dowiedziała,komu to mo do zawdziyńczynio,to pedziała: -Tyn wasz „Waserman",czy jak mu tam godocie"Utopek",może sie zawczasu wykludzić z tego stawu!Już jo sie o to postarom ,żeby mu sie tam zbrzidło! Do drugij wypłaty frau Hilda niy czekała.Dziyń przed niom,naloła do flaszki po gorzołce ,świynconyj wody, zaszpontowała i ziglakym zaloła.Wziyna mydło, ryncznik i pedziała Helmutowi, że idzie sie łokompać na utopkow stow. Ani swojigo chopa niy chciała słuchac, kery ji odrodzoł, jeźli niy chce być utopiono przez utopka. - Lepij sie w grotku łokomp! - zawołoł za niom. Było fest parno w tyn dziyń pod wieczor, jak frau Hilda znojdła sie nad stawym. ImageSeblykła sie do saga, bo niy było tam żywego ducha. Lonty powiesiyła na młodyj brzozce, wziyna mydło do rynki i pomalutku wlazła pod kolana do wody. Jeszcze sie ani niy obadała, jak usłyszała z sitow jakiś łoszkliwy śmiych. Hilda wiedziała, że to „Rudi", ale ani niy dyrgła, yno sie pomalutku zatonkała aż pod kark. Woda w stawie sie zaroz dźwigła, wiela niy brakowało, a była by sie przez grobla przeloła. Niych yno tu bliżyj przidzie! - pomyślała, już jo mu tyn łoszkliwy śmiych nazod do pychola wcisna. Niy musiała długo czekać, bo za chwilka utopek był przi nij. -To tak wyglondo ta nimiecko baba, kero chopa sprała za darmo? Teraz łobejżymy, czyś ty rychtyk tako łostro?. Hilda sie yno piyknie roześmioła i godo: -To zależy z kim sie mo do czyniynio. Takimu piyknymu karlusowi jak ty, ni miałabych sumiynio co zrobić. Z miłom chyńciom bych sie z tobom gorzołeczki napiyła i poprzoła. Utopkowi sie uszy od gańby zaczerwiyniły. Jeszcze takij chrubyj baby na łoczy niy widzioł, a co dziepiyro poprzoć sie z takom. Otworził z ciekawości gymba choby mały bajtel. Hilda wylazła z wody i idzie ku swojim lontom. Teraz jom ujrzoł w cołkij krasie ze zadku. Stoł wpatrzony choby w łobrozek i w tym miejscu zapomnioł, co noleży utopkom robić?, Ani słowa niy poradziył z siebie wydusić. Frau Hilda wyciongła z ryncznika flaszka gorzoły i prawi: -Niy dziwej sie karlusie yno podź tu ku mie i otworz mi ta flaszka, przeca jo jom niy byda jeszcze otwiyrać!. Utopek wyloz z wody i jak zaczarowany ku nij sie pomyko choby po powrózku. ImageWzion flaszka do rynki, zymbami frup wyciongnył i Hildzie jom podoł. Hilda przistawiyła ku gymbie i pociongła troszka, zakrziwiła sie, że niby tako łostro, dowo flaszka utopkowi. Utopek przistawiył jom ku gymbie i cołki czas sie Hildzie do łoczów zaglondo. Te ji tak blyszczały, choby diobłu, kery widzi, że za chwila bydzie widłami duszyczka do piekła wciepowoł. „Rudi" pociongnył se z flaszki zdrowo, wiela poradziył i w tym samym momyńcie zrobiył sie na zmiana czerwiony, zielony, modry i bioły. Hilda mu z rynki flaszka wydarła i resztom świynconyj wody go poloła z wiyrchu na doł. Tego sie niydo opisać, co sie potym dzioło .Utopek wskoczył do stawu choby oparzony. Skryncoł sie jak piskorz w rynce. Woda w stawie zaczła bulkać, choby za chwila wreć miała. Hilda ze szwongiym za utopkiym do stawu wskoczyła i połowica wody śniego zaroz wyszpluchło za grobla. - Niy uciekej karlusku! - wrzeszczała za nim - przeca jeszcze my sie niy poprzoli! Po utopku ani śladu. Nałokoło pełno pary, ani we warzkuchni. Hilda niy poradziyła swojich lontów znejść. Siadła nad stawym i czekała aż sie te opary stracom. Utopek w tatarczuchach schowany świyrgotoł ze strachu aż mu zymby szczyrkały. Hilda durch czekała, bo niy chciała iść dudom po sagu. Rozwidniało sie już jak znejdła te swoji lonty. Prawie sie mynczyła z koszulom - kero mokro niy chciała przez głowa przelyść, jak usłyszała jakiś głosy. To „Gichciorze" śli już do roboty. Jak prziszli bliżyj i ujrzeli tako sago baba z biołym turbanym na łepie, to wziyni uciekać z larmym na wszystki strony. Yno Helmuth poznoł swoja baba, keryj w nocy w łożku niy było. Niy doł sie jednak znać, bo go gańba było i tyż do kupy z robotnikami do huty śmiatoł. W hucie juzaś szła godka aż wrało. "Zieleźniki" sie starali, że juzaś wiyncyj gorzoły bydom musieli utopkowi nosić, bo tyn se jakoś strziga przikludził ku stawie. Nic takigo ich jednak niy spotkało. Teraz było na łopach, utopek od tego czasu nie chyciył sie gorzołki. „Nimiecko strziga"nauczyła go moresu i od tyj chwile mieli „Gichciorze" świynty spokoj od „Rudika" Bogdan D.(-) Odpowiedz Link
rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 16.01.07, 23:40 www.utopiec.cku.wodzislaw.pl/ To tylko stronka z dziełami artystycznymi o Utopcach A nie martwicie sie , że wam Hilda wszystkie Utopki wystraszy ? Wiginą biedaki bez gorzałeczki ;))) Odpowiedz Link
broneknotgeld Re: Nasze legyndy i bojki 24.02.07, 22:47 Kłodka na Kłodce Kłodka na Kłodce kaj prawie była Tam familijo utopka żyła Dyć halymbiany im nawet pszali Bo ich do wody tu niy wciongali Tako leciało spokojnie życie Czas drapko kulo - to przeca wiycie Zły tref nikedy se nom przidorzy Jako utopkom - czasym to woży Ludzie po blisku muszla budujom Koncert dowajom - niy forsztelujom Co ta muzyka leci po wodzie Wnerwio utopcow - już niy som w zgodzie Tako zatopić chcom ta dolinka Wszyskim szykujom pierońsko mynka I pewno by se im to udało Czuwoł Nepomuk - toż sie wydało Drap halymbiany kłodka zbulyli Stwory ze wody tyż przegoniyli Lecioł po rzyce wielgachny lamynt A farorz kropioł i wołoł - Amynt! Odpowiedz Link
rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 21.05.07, 19:44 Właśnie się przymierzam do długiej bajki o Utopcu, taka długa, bardzo stara bajka To jest pierwsza przymiarka. Odpowiedz Link
rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 21.05.07, 22:22 ciicho, jak stara O synu rybaka i o utopcu (bajka polska). Znacie to ? "Był pewien biedny rybak, miał żonę i kilkoro dzieci. Aby utrzymać rodzinę, łowił ryby w jeziorze i sprzedawał je, ale za to musiał właścicielowi jeziora dostarczać tyle ryb, ile zażądał. Zdarzyło się raz, że u państwa miało być wielkie przyjęcie i potrzeba było dużo ryb. Kazano rybakowi, żeby ich dostarczył. Poszedł więc nad jezioro i przez cały dzień zastawiał sieci, lecz ani jednej rybki nie złapał. Łowił drugi dzień – znów nic nie mógł złowić. Poszedł do pana i mówi, że w żaden sposób nie może nałapać ryb. Ale pan odparł na to z gniewem: – Nic mnie to nie obchodzi! Jak nie przyniesiesz ryb, przepędzę cię z mego domu i ze służby, szukaj sobie gdzie indziej roboty! Rybak łowił trzeci dzień, ale znowu nic nie złowił. Wtedy, nie wiadomo skąd, zjawił się nagle przy nim mały chłopek w czerwonej sukni. A był to utopiec, mieszkający na dnie jeziora. Powiedział tak: – Jeśli dasz mi twego najstarszego syna, złapiesz mnóstwo ryb i to nie tylko dzisiaj, ale kiedy tylko zechcesz. Musisz jednak na znak zgody podpisać mi się krwią z serdecznego palca. Cóż miał rybak robić? – Zgodził się. Utopiec naciął mu palec i rybak się podpisał. Ledwie też zapuścił sieci, już miał w nich mnóstwo ryb. Wraca smutny do domu, a tam żona pyta go: – Cóżeś taki smutny, skoro masz tyle ryb? Wtedy opowiedział jej, że za tydzień musi oddać utopcowi starszego synka. Oddał tego synka czy nie oddał Utopcowi ? Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 22.05.07, 20:17 hm, mie sie to ale kojazy ze jednom ruskom bajkom -Rit je to naprowdy polsko bajka??? moga sie spytac , kajs to wysznupaua? :) Odpowiedz Link
rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 22.05.07, 21:25 Tak to jest na prawdę polska słowiańska bajka. I jedziemy dalej , bo jest sliczniuchna. Gdy minął tydzień, rybak z wielkim lamentem zabrał chłopca i zaprowadził go nad jezioro. Utopiec zaraz się zjawił, zabrał chłopca i plusnął z nim w wodę. Pod wodą był pałac szklany, w którym mieszkał utopiec z żoną i córką, i mnóstwem służby. Powiedzieli chłopcu, że po to został tu sprowadzony, żeby bawił się z córką wodnika. Jeśli będzie dobrze się sprawował, to od czasu do czasu pozwolą mu iść w odwiedziny do rodziców. Jankowi – bo tak chłopiec miał na imię – podobało się tam, ale było mu bardzo tęskno za domem. Utopiec widząc to, pozwolił mu iść na jeden dzień do rodziców, lecz upomniał chłopca: – A pamiętaj, jeśli nie wrócisz tu do mnie, wszyscy zginą w wodzie: i ty, i twoi rodzice, i siostry, i bracia! Chłopak uradowany pobiegł do domu, opowiedział jak dobrze powodziło mu się w pałacu utopca, a potem wrócił pod wodę. I tak od czasu do czasu odwiedzał swoich. Lata biegły. Mała córka utopca podrosła i kiedyś przyznała się Jankowi, że wolałaby żyć na ziemi, wśród ludzi. Gdy raz nie było w domu matki i ojca, zabrała najcenniejsze skarby i razem z Jankiem uciekli z podwodnego pałacu. Wydostawszy się na ziemię, popędzili co tchu przed siebie. Oglądają się, a tu goni ich już matka z wielkim wojskiem. Dziewczyna zaraz przemieniła siebie i Janka w parę srok, które usiadły na wysokim dębie. Matka rozkazała żołnierzom strzelać do nich, wołając: – Strzelajcie samczyka, oszczędźcie samiczkę! Ale kule ich nie trafiły. Sfrunęli z dębu i dziewczyna przemieniła się w zająca, a Janek w lisa, który ją teraz gonił. Matka znowu ruszyła za nimi z wojskiem w pościg i wołała: – Strzelajcie lisa, oszczędźcie zająca! Kule i tym razem nie trafiły. Dziewczyna uderzyła laską w ziemię, natychmiast zrobił się w tym miejscu duży staw. Ona stała się kaczką, a on kaczorem. Matka wołała: – Strzelajcie kaczora, oszczędźcie kaczkę! Huknęły strzały, ale oni zdążyli skryć się pod wodą. Matka pękła z żalu, a wojsko wróciło do podwodnego zamku. Potem Janek i dziewczyna powędrowali dalej, aż przyszli do stołecznego miasta. Była tam właśnie wojna i król wybierał się z wojskiem na wyprawę. Janek musiał iść z królem jako żołnierz, dziewczyna zaś została i żyła w biedzie, służąc u obcych ludzi. Wreszcie wojna się skończyła, wróciło wojsko, wrócił Janek. W bitwach był tak dzielny i taką zdobył sławę, że król chcąc go nagrodzić, obiecał mu swoją córkę za żonę. A Janek miał to sobie za wielkie szczęście i zupełnie zapomniał o córce utopca. Tak więc na zamku królewskim sprawiono wspaniałe wesele. Zjechało się dużo gości, grała muzyka, Janek siedział przy stole obok króla i królewny. Nagle przez otwarte okno wleciała gołębica i jastrząb. Ptaki okrążyły salę i usiadły na szafie. Gołębica odezwała się: – Pamiętasz, Janku, jak opuściłam dom rodziców i wyprowadziłam cię spod wody? – Pamiętam! – odparł Janek. – Pamiętasz, kiedy nas matka z wojskiem goniła, a ja ciebie i siebie zamieniłam w sroki? – Pamiętam! Goście dziwili się wielce, tymczasem gołębica mówiła dalej: – Pamiętasz, jak byliśmy parą kaczek na jeziorze, a matka moja pękła z żalu? – Pamiętam! – Pamiętasz, jak mi obiecałeś, że zawsze mnie będziesz kochał? – Pamiętam! Pan młody przy stole bladł coraz bardziej, na ostatku zaczął mdleć. Król i goście zerwali się z miejsc, zaczęli go ratować i pytać, co to znaczy, a on odpowiedział, że gołębica prawdę mówiła. Ucztę przerwano, gołębica odleciała. Janek wybiegł za nią, dogonił ją i zaczął przepraszać. Wtedy gołębica zamieniła się w dziewczynę i wkrótce potem odbyło się wesele Janka z córką utopca. Koniec bajek Słowian Zachodnich Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 07.06.07, 13:12 Z tajemnic Śląska. Zakonnicy z Rud Gdzie ukryto skarb cystersów? Mnisi w stodole przyjaciela skarb swój zakopali, aby zachować go na przyszłą odbudowę klasztoru. Następnie rozeszli się po świecie. Kiedy po kilku latach wrócili i chcieli skarb odkopać, okazało się, że znikł - pisał historyk o rudzkich cystersach na początku zeszłego stulecia . Dokładnie 26 listopada 1810 r. cystersi z Rud odprawili ostatnie wieczorne nieszpory. Wnętrze ich świątyni wypełniały słowa Psalmu 114: "Kiedy z Egiptu Izrael wychodził, dom się Jakuba z więzów oswobodził". Po nabożeństwie zakonnicy przeszli do refektarza, czyli klasztornej jadalni. Jak nigdy dotąd stół pokryto czarnym, aksamitnym suknem. Wśród sześciu jarzących się świec ustawiono ogromny, ciężki srebrny krzyż. Choć pruski komisarz królewski Korn nakazał opatowi Bernardowi Galbiersowi założyć strój pontyfikalny, ten zjawił się w zwykłej szacie zakonnej. Korn odczytał edykt o sekularyzacji zakonu, po czym zażądał wydania insygniów opackich, pieczęci oraz kluczy do kasy, archiwum i skarbca. Opisany przebieg wypadków jest autentyczny. W 1810 r. zakończyły się blisko sześćsetletnie dzieje klasztoru w Rudach. Upokorzony przez Napoleona król Prus Fryderyk Wilhelm III szukał pieniędzy na spłatę francuskiej kontrybucji. Ratunkiem dla pustego państwowego skarbca miały być majątki Kościoła. Fiskus przejął dobra ziemskie skasowanych klasztorów i kolegiat. Monarcha chciwie spoglądał na gromadzone przez wieki precjoza. Miały trafić na aukcję i w pierwszej kolejności dostarczyć żywej gotówki. Niestety, w wielu przypadkach się przeliczył. Klasztory spodziewały się sekularyzacji i cenne precjoza ukryto przed królewskimi komisarzami. Podobnie było w Rudach. Licytacja skonfiskowanych tu rzeczy dała niewielki dochód. Co więc się stało z klasztornym skarbem? Zuchwały brat Augustyn Mamy wiele dowodów, że rudzkie opactwo nie należało do ubogich. Od końca XVII w. przeżywało okres prosperity. Władało folwarkami i hutami. Opaci prowadzili rozsądną gospodarkę finansową, mnożąc dochody skarbca. W 1683 r., kiedy na Śląsk zbliżała się ogromna armia króla Jana III Sobieskiego, cystersi z obawy przed samowolą polskich wojsk przewieźli wypełnione dukatami beczki do Brzegu. Ukryli je w domu proboszcza panien czarnowąskich. W 1755 r. swoich współbraci próbował otruć brat Augustyn Graul rodem z Głubczyc, odnotowany w kronice jako notoryczny złodziej klasztornych kosztowności. Do zbrodni nie doszło, trucizna została w porę wykryta, a nikczemny mnich został skazany na karę dożywotniej ciemnicy klasztornej. Ze światem doczesnym pożegnał się w 1816 r., już po kasacji klasztoru, dzięki której zresztą udało mu się wyjść na wolność. Skarb cystersów rudzkich opiewają również legendy. Pierwsza sięga okresu wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Mnisi uprzedzeni o najeździe Szwedów ukryli swoje skarby. Pieniądze, złoto i drogocenne naczynia liturgiczne włożyli do beczek i schowali w labiryncie lochów pod klasztorem. W jednej z beczek pękła jednak obręcz. Zakonnicy wezwali na pomoc bednarza. Zanim wszedł do podziemi, zawiązano mu oczy. Po kilku minutach marszu ściągnięto opaskę. Bednarz znajdował się w małym, niskim i spowitym ciemnością pomieszczeniu. Pod ścianą zobaczył sześć beczek wypełnionych drogocennymi precjozami. Naprawił obręcz i ponownie, z zasłoniętymi oczyma, został wyprowadzony na powierzchnię. Zapamiętał tylko, że szedł schodami głęboko w dół, a w tajnej skrytce słyszał nad głową szum wody. Legenda mówi, że korytarz wiodący do podziemnego skarbca niespodziewanie się zawalił i beczki do dziś czekają na swojego odkrywcę. Miejscowa ludność uważa, że tajemna komnata ze skarbami znajduje się daleko od klasztoru, gdzieś pod rzeką Rudą. Ponoć jest pod betoniarnią przy drodze do Brantolki. Znajdował się tu kiedyś młyn. To szum wody z młyńskiego koła miał słyszeć ów bednarz. Inni twierdzą, że na miejsce ukrycia skarbu spogląda św. Jan Nepomucen, którego figurę ustawiono pod lipą na miejscu starej dzwonnicy, tuż naprzeciwko opactwa. Klątwa skarbu Cóż jednak stało się ze skarbem, który nie wpadł w ręce Prusaków w listopadzie 1810 r.? Ten interesujący wątek poruszył Jerzy Hyckel, przedwojenny profesor raciborskiego zakładu dla głuchoniemych, pasjonat lokalnej historii. Dzięki jego tytanicznej pracy nad dokumentami, nierzadko pergaminami, w 1924 r. ukazało się w Raciborzu monumentalne dzieło zatytułowane "Co szumi w zdroju legend. Legendy ziemi raciborskiej". Tam to można przeczytać taką oto legendę: "Było to w czasach - pisze Hyckel - kiedy klasztor w Rudach ulegał likwidacji, a mnisi musieli go opuścić. Aby nie dopuścić do tego, by ich skarb, na który składały się złote monety i drogocenne naczynia, dostał się w ręce pruskiego grabieżcy, wziął każdy z mnichów tyle ze skarbca, ile mógł unieść. Cystersi szli razem aż do Kuźni Raciborskiej. Tam mieszkał ich zaufany przyjaciel. W jego stodole skarb swój zakopali, aby zachować go na przyszłą odbudowę klasztoru. Następnie rozeszli się po świecie. Kiedy po kilku latach wrócili i chcieli skarb odkopać, okazało się, że znikł. Wydało się potem, że jeden z sąsiadów podpatrzył wchodzących do stodoły mnichów i ich skarb zagarnął. Nie przyniosło mu to jednak szczęścia. W jego rodzinie zapanowała niezgoda, a ciągłe choroby nękały jego i całe pokrewieństwo przez wiele lat. Nieszczęścia przechodziły z pokolenia na pokolenie". Strażnicy tajemnicy Jak naprawdę było? Tajemnicę ukrycia klasztornych kosztowności, które być może rozesłano do niezagrożonych sekularyzacją opactw w monarchii Habsburgów oraz do zaboru rosyjskiego, zabrali ze sobą do grobu ostatni rudzcy cystersi. Co ciekawe, klasztor opuścili ostatecznie dopiero w 1813 r. Do tego czasu pracowali bowiem w założonym tu lazarecie. Ostatni opat Bernard Galbiers zmarł w 1819 r. w Raciborzu jako rencista rządu pruskiego z rocznym uposażeniem w kwocie 1,2 tys. talarów. W skarbcu kościoła farnego, dawniej kryjącym bibliotekę kapituły raciborskiej, zachował się należący niegdyś do niego mszał cysterski wywieziony z Rud. W 1818 r., w wieku 54 lat, również w Raciborzu, zmarł ostatni przeor klasztoru Ksawery Tlach. Najdłużej żył brat Tadeusz Weiss. Rozstał się ze światem doczesnym w 1856 r. jako proboszcz w Cyprzanowie. Cząstką skarbu jest szczerozłoty krzyż opacki, który opat Galbiers podarował Matce Boskiej Pokornej w cudownym rudzkim obrazie. Drogocenne wotum przechowywane jest w muzeum diecezjalnym w Opolu. Odpowiedz Link
rita100 Re:'O Kopcu w Kołchowicach kele Katowic 02.07.07, 20:10 'O Kopcu w Kołchowicach kele Katowic Był tam hrabia, a uón to wszystko uczrzymowoł. Tak tyn Kopiec był cały wodóm douokoła uotocóny. Uociec mi uo tym uozprawiali. Ta rzyka była w jinksym miejcu, a teraz jes w jinksym. To potym Koplowic ta rzyka zasuł i nowo zrobił... A no tym Kopcu to te Tatary czy Szwedy porwali tymu panu ta córka i to ś-nióm uciekli i zamordowali i pochowali na Widuchu. Tam jeź dzioucha pochowano. Tam jeszcze je tyn kamiyń. A jak tyn zómek sie zapod, to sie tam koryto ze złotym zasuło. A to noczynie, śrybło a złoto to jes tam: kozdy mówi, ze skarby tam sóm...... i Laband właśnie śni o nich, a każdą minutkę spędza na odkrywaniu tych jeszcze nie odkrytych. Srybło a złoto to jes tam. poszukac śrybło - pamiętaj ! Odpowiedz Link
rita100 Re:Uo jednych muzykantach 04.07.07, 19:50 Uo jednych muzykantach "Roz było wesele, a na tym weselu grały jedne muzykanty. Dostały tam dużo gorzołki i sia uożarli. Uo północy, jak szły do dóm, przyszoł ku nim taki pón i pedzioł jim: "Pódzcie do mojigo dómu, bydziecie mi grać, to dostaniecie dużo piyniyndzy". Uóni poszli na tyn zómek. Było tam bardzo dużo ludzi, a uóni jim grali, a ci zaś tańcowali. A tyn pón jino jim dowoł psinióndze, tag że już miały pełne kapsy. A jag rano sie uobudzili, to siedzieli na wiyrzbie, a miały pełne kapsy liście z wiyrzby. A ludziów potym godali, ze to musioł jich tam uutopledz zaprowadzić i tag w nocy gónić." Wiem, pamiętam Laband to opowiadał, ale podaje tą bajkę o łożyrokach;) w gwarze zapisanej hoho 1950 roku w Zawada, pow.Pszczyna. I to pewnie chodzi o zamek w Pszczynie , ten śliczniuchny, myśliwski , gdzie zabawiał dla odpoczynku sam Cesarz austriacki. Odpowiedz Link
rita100 Re: 'o 'utoplecu 05.07.07, 19:40 "Roz szoł sie chłob z roboty 'o północy i szoł sie kele wiekiego stawu. A to widzi koło stawu małego chłopa; telki był jak małe dziecko. Tyn chłop sie (sobie) pómnioł sie, co mu ludzie godali, że 'utopleców zawsze sie bije lewóm rynkóm, to 'utoplec słabnie, a chłob mocnieje, a jak prawóm, to na 'opach. Tyn chłopek idzie sie ku nimu i sce sie go utopić. Cióngnón go ku stawie, a tyn chlop chah go w pysk; utopek tyż. Ale chłop iyno wali go lewóm rynkom, a rzyko (modli sie). I rychtig 'utopiec zesłob i niy móg tych szlagów wyczrzimać, i uciyg do stawu. A chłop poszoł do dóm i chwolił sie, że 'ón zerznół 'utopkowi i godoł, ze 'ón sie tam 'utopków niy boji i 'umi sie z nimi poradzić." W powiecie pszczyńskim we wsi Zawada tak fajnie opowiedzieli w 1950 roku. Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.07.07, 15:55 polecom sam wszyskim ksionzka(prawie jom czytom) "Der Wassermann an der Hotzenplotz - Sage und Brauch im Oberglogauer Land" - Odpowiedz Link
szwager_z_laband legynd o slonskim von Twardowskim 10.07.07, 19:05 Kaj dzisiej pola trowy sie ciongnom, tam stou kedys piykny zomek. Tak jak piykny bou tyn zomek, tak dumny bou odniego pon, von Twardowski. Roz padou tyn Twardowski ze sie ozyni. Ale on bou taki wydziwiok i im zodno kobiyta niy boua dos bogato. Yntlich znod jedna Grofka kero miaua piyniyndzy a piyniyndzy. Wyselisko bouo jak pieron. Juz dwa dni wszyske fajrowali a we czeci to juz bouo onmyjglich, ozarte wyczaskali szyby i wszysko czaskali co mieli pod rynkom. Naroz ale tak rombuo ze couki zomek sie zapod. Tak pokorauo von Twardowskego za to ze bou taki wydziwok i zuy pon. Do dzisiej tam kaj sie tyn zomek i odniego pon zapadli pod ziymia we jasno noc idzie uwidziec ciyn von Twardowskego jak sie smyko po trowie. No a domy kere stouy kole zomka sie ostouy a kole nich ludzie stowiali durch nowe - do dzisiej je juz pouno inkszych a ta wies mianuje sie dzisiej Twardawa. przetuplikowouch dos wolnie ekstra do wos ze "DEr Wassermann an dr Hotzenplotz" - autor Ralph Michael Wrobel. we tyj ksionzce je tysz spomniane o Pistolce i Eliasie i ze elias uciyk ze wiynziynia we Laband. Odpowiedz Link
bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 10.07.07, 20:20 szwager_z_laband napisał: > polecom sam wszyskim ksionzka(prawie jom czytom) "Der Wassermann an der > Hotzenplotz - Sage und Brauch im Oberglogauer Land" - Odpowiedz Link
bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 10.07.07, 22:41 To je prawie jak tyn stol z powyłomowanymi nogami. Osłoboga. Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 11.07.07, 12:04 sam cos o niyj: raclawice.net/raclawice_slaskie/atrakcje_turystyka_zabytki/4/Osob%C5% 82oga_(dolina_Osob%C5%82ogi).html "W Polsce nie, ale w Niemczech każde dziecko wie o kogo chodzi. Zbój Hotzenplotz, żyjący przed I Wojną Swiatową, który ukradł młynek do kawy...Jednak nawet w Niemczech mało kto wie, że Hotzenplotz żył i kradł u nas na Sląsku, na dzisiejszym polsko-czeskim pograniczu. Malutkie miasteczko Osoblaha ( Osobłoga )położone po czeskiej stronie nad rzeką Osobłoga nazywane było przez niemieckich mieszkańców tych ziem Hotzenplotz. Na północ od niego leży rozległy płaskowyż, teren wybitnie rolniczy, w krajoobrazie którego dominuja niekończące się aleje topolowe, szerokie pola, nagie wzgórza i wioski we wklęsłościach terenu, o zwartej zabudowie i ciekawej historii." Odpowiedz Link
bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 11.07.07, 15:40 To co jo napisoł nie było podważaniem Twojej wersji.W opisach spotyko sie obie, Osobłoga i Osłoboga.Przy czym w żródłach geograficznych i na mapach przeważo Osłoboga.Jo osobiście przychylom sie do wersji Osobłoga bo mo uzasadnienie historyczne i geograficzne w morawskich nazwach wsi i rzeki Osoblaha. Z powodu tych rozbieżności,też moja uwaga o stole z powył.nogami bo Osłoboga choć używano i uznano musi być przejynzyczeniem. Odpowiedz Link
rita100 Re: Uo skarbniku 20.08.07, 21:53 A tero mowacie lygende w czisto ślójskiej gwarze, łod somego żródełka:) Jag na Klyjofasie szybiyli (znaczy sie, jak tam szyby wybijali ;), to tam tyż robił jedyn biydny chłop, co mało zarobioł. Roz prziszeł ku niymu skarbnik i padoł mu: "Pódź, bydymy uoba robić". I tak tyn chłop cały miesióndz robiył ze skarbnikiym. Jag już miała bydź wypłata, skarbnik pedzioł tymu chłopowi, coby prziszeł na łónka (łąkę) i tam sia bydóm dzielidź galtagiym. W uostatni dziyń miesiónca chłob niy móg skończydź roboty, a pilno mu było iść na łónka. I uoraz sóm sie na tyj łónce znod. Za kwila prziszed ku niymu skarbnik z piynióndzami i podzielyli sie uoba równo, inóż uostały jeszcze sztyry grosze. I tyn skarbnik spytoł sie: "Co teraz z tym zrobić ?" Ale chłop niy łaszczył sie no te sztyry grosze, bo rod był, że tag dużo zarobył o padoł skarbnikowi: "Weź se to ty, boś ty wiyncy robił". A tyn skarbnig doł tymu chłopowi wszystkie pinióndze i padoł: "Wyź se to wszystko, bo jo niy potrzebuja żodnych piniyndzy. A terozki uobocz se, kajbyż był, jakbyż no siebie chcioł te sztyry grosze uostawić". Teraz dopiyro tyn chłop widzioł, ze niy był na zodnyj łónce, ino na balku, nad szybym. Ligota kele Katowic Odpowiedz Link
rita100 Re: Uo skarbniku 17.09.07, 23:12 Sloonzak to człowiek, a człowiek to Ty i jo i inni i wszyscy staramy się być uczciwymi. W bajkach zawsze dobro zwycięża zło, a w życiu to nie wiem, ale mniejsza o tym, mam następną legendę. Odpowiedz Link
rita100 Re: Diobeł we młynie 17.09.07, 23:20 Diobeł we młynie W jenym młynie przesiadowoł jakiż zły duch. Żodyn tam niy chcioł robić, bo sie go wszyjscy boli. Wdziyń to tam jeszcze szło, ale w nocy to tyn zły mioł swoje prawa i uogrómnie wyrobioł (rozrabiał). Roz tyż prziszeł do tego, co tyn młyn mioł, Karlus i pado, że uón tego diobła wygóni. No ji tyn pado: dobrze, jag go wygóni, to mu do swoja dzioucha za baba. Jak prziszła noc, tyn sie wzión skrzipka i gro, aż Bogu miło. Jak prziszła ta godzina tego złego, Karlus usłyszoł taki hómbel (krzyk), ale sie z tego nic nie robił, yno groł dali. Naroz diobłu sie upodobało i przyszeł do niego i prosi go, żeby go tyż nauczył piyknie grać. Tyn mu pada: "Wiysz co, jo cie naucza na skrzipce grać, ale ty mosz te pazury za rube (grube), jo ci jich trocha spłaszcza. Pódź, dej jih do szróbsztoka." Dioboł go tyż usłuchnył, a tyn jag zakryńcił, to dioboł tag ryczoł, ze sie aż wszijscy pobudzili i myśleli sie, że to dioboł tego Karlusa tag mynczy. Diobłu sie uodechciało umiedź grać na skrzipce i prosił, żeby go jak nojprandzyj puścił. Tyn mu pado: "Widziż dioble, tyś tu take czasy przebywoł i wszystkich straszył, jag już tu nigdy nie przidziesz, to cie puszcza." Dioboł przirzek, że już wiyncy do tego młyna nie przidzie i tyn go puścił. Dioboł jak wyparził z tego młyna, tak sie już wiyncyj nie pokozoł. Uod tygo czasu młyn puścili w ruch. Tyn stary młynorz doł tynu Karlusowi swoja dzioucha, a ś-nióm puścił mu tyż i młyn i żyli sie uod tego czasu jak pónczeg w maśle. Roz tyż młody młynorz jeździł sie na łódce po stawie ze swojóm babóm. Naroz ze stawu wyłazi dioboł i pado mu: "Widzisz, jo ci przirzek, ze do młyna już wiyncej nie przida, alech ci nie padoł, ze na tyn stow tyż już nie przida. Teroś-cie móm i pómszcza sie za ta krziwda na ciebie i na twojij babie." Tyn młody młynorz jag widzioł, co sie robi, nie miśloł długo, yno łab baba za nogi, rozwar jich i pado: "A widzisz, dioble, pódź do szróbsztoka". Jag dioboł usłyszoł uo szróbsztoku, zapod sie do wody i już wiyncej sie nie pokozoł, a młynorz sie śmioł ś-niego do popuku. Mokre, pow.Pszczyna Odpowiedz Link
rita100 Re:"Baba odbiera krowom mleko" 28.09.07, 19:56 "Baba odbiera krowom mleko" No ale ni tylko diobły byłi bohaterami ślójskich bajek, także czarownice, które mają spółke z piekielnymi mocami. Jedną taką przygodę przytoczę. I dołoże do kolekcji. "Były dwie sómsiadki w Ligocie, wiysz, i miały krowy. Nó ji ta jedna każdy wieczór, jak ta dojyła krowy, prziszła do nij i prosiła jóm, coby dała ji choć trocha mlyka sie napić. I tak kazy dziyń chodziyła. I raz prziszeł do tyj jednyj dziod. Nó ji uóna sie go pytała, jeźli tyż tam niy wiy jakij porady na to, że nigdy mlyka nie poradzi ździałać. I tyn dziod pedzioł, ze to wszystko idzie zrobić. A uóna mu pedziała ło tym, że ta jedna zawsze ku nij po mlyko przichodzi. A ta, co po mlyko chodziyła, ścióngała je i miała zawsze pełne garce. I tyn dziod pedzioł, zeby tyn wieczór nie dała ji mlyka, ino jag uóna przidzie, zeby te mlyko wloła do chaźla (do wychodka). I tak sie stało. Wieczór jak ta dojyła, prziszła do ni ta po te mlyko. I ta jedna wloła gibko te mlyko do chaźla. I ta, co te mlyko zbirała, była cało oblóno gównami i pedziała: "Tyś mi teraz dała pić". I pokozało sie, ze to uóna była tóm czarownicóm, co te mlyko zbyrała." Ligota koło Katowic Odpowiedz Link
ballest Re: Diobeł we młynie 28.09.07, 21:17 Rita, kobiety majabardzo silne nogi, jesli o sciskanie chodzi. Przez to wierzam, ze jak by ta zona go nogami scisla, to by se diobou dowiedziou kaj kozka mou miod;) Odpowiedz Link
szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 14.10.07, 13:45 www.weinoe.us.edu.pl/podania/doc/utopce.pdf Odpowiedz Link