Dodaj do ulubionych

Nasze legyndy i bojki

    • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 28.10.06, 13:19
      tukej na zajcie 121 mogecie poczytac o Ondraszu:

      www.kc-cieszyn.pl/biblioteka/strony/ramka.php?autor=Peter2&licz=1
      • rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 10.11.06, 19:18
        Okręg bytomski, wieś Michałkowice pod Królewskimi Hutami:
        Nasi ojcowie opowiadali nam, ze w michałkowskim lesie są wielkie pieniądze w
        piwnicy. Już się tam z kościoła zabierali ze świętościami po te pieniądze, ale
        zawsze czegoś zapomnieli. Piwnica ta jest tam w lesie po dziś dzień. (Tylko nie
        wiem czy las jest ?) Raz paśli koło tego miejsca pasterze, a miedzy nimi był
        jeden chłopiec sierota, a inni byli ojscowscy, możniejsi. Temu chłopcu wrzucili
        czapkę do tej piwnicy przez dziurę. Zaczął płakać biedny pastuszek, a bojąc się
        wrócić bez czapki do domu, zdobył się na odwagę i spuścił sie do piwnicy tą
        dziurą. Tam zobaczył koryta pełne pieniedzy. Na jednym z nich siedział kogut i
        kazał chłopcu nabrać do czapki pieniędzy. Chłopak z czapką i pieniędzmi wylazł
        na powrót tą samą dziurą i zaniósł zdobycz swemu gospodarzowi. Towarzysze,
        widząc to, poszli na to miejsce i jeden drugiemu wrzucił naumyślnie czapkę do
        piwnicy. Polazł więc znowu do dziury, ale mu głowę urwało i wyrzuciło wraz z
        czapką. Raz znowu poszła kobieta z chłopcem na grzyby do lasu. A właśnie
        trafiła, kiedy w kościele odprawiano pasję i piwnica była wtedy otwarta.
        Wbiegła tam szybko z chłopcem, zagarnęła pieniadze do fartuszka i na powrót
        uciekła. Chłopca zaś zaostawiła w piwnicy, chciała bowiem drugi raz nabrać
        pieniedzy. Ale kiedy wróciła, zastała już piwnicę zamkniętą, bo już było po
        pasji. Wtedy ksiądz jej poradził, zeby za rok o tej samej godzinie pilnowała w
        tym lesie, az sie drzwi do piwnicy otworzą. Usłuchała kobieta tej rady i w tej
        chwili, kiedy w kosciele dzwonili na pasję, piwnica sie otworzyła, a chłopak
        siedział zdrów jak go była matka rok temu posadziła. Pochwyciła go więc co zywo
        i wyniosła na swiat, a już o pieniądzach nie myślała, radując się, ze syna
        odzyskała.

        Lucjan Malinowski 1877 "Ateneum"
        • szwager_z_laband Kozle 07.12.06, 11:02
          www.k-k.pl/legenda/legenda.mp3
    • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 07.12.06, 11:01
      www.k-k.pl/legenda/legenda.mp3
      • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.12.06, 14:06
        LEGENDY RUDZKIE
        Najcenniejszym składnikiem wielowiekowego dorobku ludu żyjącego na
        danym obszarze jest jego kultura duchowa. To w Rudach jak z cudownego źródła
        wybijały i wybijają niezwykłe pieśni, niezwykłe
        słowa.


        Łączą się one ze sobą niczym krople wody, jak strużka ze strużką i tworzą
        wielką rzekę macierzystego
        folkloru.


        Zaczerpnijmy z tej rzeki dzban czystej wody, w której ukryte słowa to m.in
        legendy rudzkie. Zacznijmy od trzech wersji legend wyjaśniających powstanie
        rudzkiego klasztoru.



        1-sza wersja spisana przez opata Emanuela Pospela w 1653 roku


        Książę Władysław zabłądził podczas polowania w lesie, do którego wybrał się
        wraz z towarzyszami z zamku raciborskiego. Kiedy przywoływania towarzyszy
        książęcym rogiem okazały się bezskuteczne, strudzony książę zasnął pod drzewem.
        We śnie ukazał mu się ojciec Benedykt, cysters z Jędrzejowa i rzekł do
        księcia:„Bóg bliski jest tych, którzy go szukają".

        Wtem też konary i wierzchołki drzew związały się w sklepienie, a pnie stały się
        filarami świątyni, w której aktualnie odbywało się nabożeństwo.

        Książę obudził się na polanie ze źródełkiem pośrodku. Sen uznał za znak i
        postanowił wznieść tu świątynię. Nie wiedział jednak dokładnie gdzie
        zlokalizować zamierzoną budowlę. Wtem wiatr zerwał z głowy księżnej Eufemii
        welon, który opadł na polanie. Para książęca uznała to za znak Boga i w tym
        miejscu postanowiono wybudować kościół. Książę szybko wyprawił do Jędrzejowa
        swego kapelana, który sprowadził stamtąd zakonników a ci wybudowali tu kościół
        z klasztorem. Źródełko zaś długo istniało na dziedzińcu klasztornym a woda z
        niego posiadała właściwości lecznicze.



        2 wersja


        Było to w czasach, gdy u nas panował książę Władysław władca, ziemi
        raciborskiej.

        Wybrał się on pewnego razu na polowanie. Wyjechał ze swego zamku w Raciborzu
        wraz ze świtą i w planie miał penetrowanie lasów po obu brzegach Odry. Lasy te
        pełne były dzikiego zwierza stąd też humor dopisywał a powodzenie polowania
        było pewne.

        Myśliwi początkowo trzymali się razem, potem jednak, kiedy każdy upatrzył swoją
        zdobycz,to pognał w innym kierunku. Tak też uczynił książę. Odjechali tak
        daleko, że wszyscy się pogubili. Nikt nie orientował się, gdzie jest.

        Podchody za zwierzyną trwały bardzo długo i nagle ku zdumieniu wszystkich,
        spotkali się w jednym

        miejscu, na niewielkiej polanie z wiekowym dębem, gdzie tryskało źródełko.

        Spotkanie to uznał książę za znak Boga i postanowił w tym miejscu wybudować
        klasztor. Teren dokładnie oznakowano i przysłano tu robotników, aby las
        wykarczowali i oczyścili pod przyszłą budowę.

        Po powrocie do domu książę o wszystkim opowiedział żonie Eufemii. Z nią też
        i z księżmi udał się do cudownego miejsca. Lecz niestety nie można było się
        dogadać, co do lokalizacji kościoła i klasztoru. Księża mieli swoje przepisy.
        Eufemia chciała też postawić na swoim a książę chciał, aby lokalizacja kościoła
        była po jego myśli. Wtem zerwał się wiatr...



        3 wersja



        Książę Władysław polując w swoich la-sach tak zapędził się za zwierzyną, że
        zgubił się tracąc całkowicie kontakt ze swoimi towarzyszami. Zastała go noc.
        Noc była ciemna i bezksiężycowa. Książę modlił się i obiecał Bogu, że jeżeli
        odnajdzie swoich towarzyszy i drogę do domu, (co wtedy dla tych, którzy
        zabłądzili nie było łatwe) postawi świątynię jako wotum za odnalezienie się.

        Po straszliwej nocy, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły się już przebijać
        przez ciemności nocy, usłyszał książę najpierw dalekie, a potem coraz bliższe
        granie rogów myśliwskich. Po niedługim czasie był już ze swoimi towarzyszami.

        Po powrocie do domu opowiedział swojej żonie Eufemii o swojej przygodzie i
        ślubowaniu, które złożył. Ona też niezwłocznie doprowadziła do wyprawy w
        miejsce przygody swego męża. Jakie było ich zdumienie, gdy po przybyciu na
        miejsce, ujrzeli na leśnej polanie, która nocą wydawała się taka straszna,
        tryskające krystaliczną wodą źródełko. Decyzja była natychmiastowa. Jednakże
        powstał problem lokalizacji kościoła i klasztoru. Księżna chciała postawić na
        swoim, książę też i w sumie nie mogli się dogadać. Wtem zerwał się wiatr...



        Pęknięta szyba obrazu Matki Boskiej Rudzkiej


        Kult Matki Boskiej Rudzkiej stawał się coraz mocniejszy, coraz więcej
        pielgrzymów zaczęło przychodzić do Rud aby pomodlić się przed „Cudownym
        Obrazem". Ludzie doznawali wielu łask i uzdrowień, stąd też w dowód
        wdzięczności przypinali do obrazu liczne wota dziękczynne. Aby zapobiec
        zniszczeniu obrazu, cystersi osłonili go szybą. Szyba do ostatniej renowacji
        pozostała pęknięta. O jej przyczynie opowiada legenda.

        Głosi ona, iż w pewnym momencie wśród cystersów rudzkich rozluźniła się
        dyscyplina i obyczaje zakonne. Pewnego razu, kiedy odbywało się nabożeństwo
        przed Cudownym Obrazem nagle z hukiem pękła szyba, a obraz zaczął powoli
        znikać, aż zniknął zupełnie. Po jakimś czasie przybiegli mieszkańcy Jankowic z
        wiadomością, że nad ich wioską unosi się wśród chórów anielskiich Matka Boska
        Rudzka, oddalająca się od klasztoru. Szybko uformowała się procesja i zakonnicy
        wraz z pa:afianami, w uroczystej procesji wraz z chorągwiami pośpieszyli na
        miejsce widzenia, odmawiając przy tym litanię do Wszystkich Świętych. Kiedy
        ujrzeli unoszącą się w powietrzu postać Matki Boskiej Rudzkiej, upadli na
        kolana, błagali o przebaczenie i przyrzekali poprawę dotychczasowego sposobu
        życia.

        Gdy powrócili do kościoła, ujrzeli obraz Matki Boskiej w dawnym stanie i na
        dawnym miejscu. Pękniętą szybę próbowano kilkakrotnie zastąpić inną, lecz znowu
        pękała i w takim stanie znajdowała się do ostatniej renowacji obrazu, w trakcie
        której szybę usunięto. . 5|



        Legenda o wsi Przerycie



        Przerycie to przysiółek Rud. Mieszkał tam kiedyś człowiek, który s przedał swą
        duszę diabłu. Kiedy śmiertelnie zachorował, wyrzuty sumienia, które go bardzo
        dręczyły ukazały mu jego los w piekle.

        Żałując swojej obietnicy jaką dał diabłu, pragnął przyjąć sakrament chorych.
        Jego żona, która znała męża udręki, poszła do klasztoru w Rudach z prośbą, aby
        jeden z mnichów przyszedł do ciężko chorego męża będącego w niezgodzie z
        Bogiem.

        Mnich szybko przybył i dowiedział się o tym strasznym fakcie. Chcąc
        zadośćuczynić prośbom chorego chciał udać się do kaplicy klasztornej po
        Najświętszy Sakrament. Jednak drogę zastąpił mu diabeł starając się go
        przekonać, że ta dusza należy do niego, gdyż nabył ją za pok iźną sumę i
        dlatego powinien ją mieć dla siebie.

        Na to mnich odpowiedział, że jego obowiązkiem jest walczyć o każdą duszę, która
        pragnie Chrystusa. Diabeł jednak długo nie ustępował, aż mnich zaproponował mu
        układ mówiąc: Ja idę do klasztoru po Najświętszy Sakrament, a ty w międzyczasie
        przeryj dookoła to pole. Gdy skończysz do mego powrotu dusza jest twója a w
        innym przypadku moja". Diabeł przystał na taką propozycję i ostro wziął się do
        pracy, natomiast mnich czym prędzej poszedł do klasztoru. Diabeł pracował
        zawzięcie, coraz szybciej, czas biegł szybko, pot z niego leciał obficie, oczy
        błyszczały mu od wysiłku i ciągłego wypatrywania mnicha.

        Gdy już pozostało mu niewiele do zrobienia, rozmarzył się i wyobrażał sobie jak
        to niesie duszę chorego do piekła.

        W tym momencie zjawił się w szalonym tempie wóz konny i zatrzymał się koło
        drzwi chorego. Wyskoczył z niego mnich, spojrzał na diabła, który jeszcze pracy
        nie skończył. Diabeł widząc, że przegrał z wielką złością rzucił łopatę o
        ziemię i podążył do piekła. Dusza chorego była uratowana.

        Od tego czasu ta mała osada nazywa się Przerycie.



        Zapadłe zamczysko



        Wśród las
        • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.12.06, 14:16
          Zapadłe zamczysko



          Wśród lasów otaczających Rudy znajduje się wzgórze. Na nim stał przed wiekami
          ponury zamek. Mieszkał w nim rycerz, rabuś wraz ze swymi kamratami.

          Do ich zajęć należały napady, biesiady i hulanki. Po każdej wyprawie przywozili
          na zamek uprowadzone z okolicznych wsi dziewczęta, którymi zabawiano się i
          które najczęściej traciły tam życie.

          Kiedyś w czasie trwania jednej z takich hulanek, rozszalała się straszna burza.
          Pioruny uderzały raz po raz, a deszcz lał strumieniami. Pod wpływem
          powtarzających się uderzeń piorunów, zamek rozpadł się. Pod jego gruzami
          zginęli wszyscy rozbójnicy i ich niewinne ofiary.

          Miejsce to omijano odtąd z daleka przekazując wieść z pokolenia na pokolenie,
          że złe siły mają je w swej mocy.



          „Dziywcze groby"
          Było to dawno temu, kiedy na Przeryciu była- karczma, w której odbywały się
          zabawy, wesela i inne uroczystości.

          Razu pewnego też, w tejże karczmie odbywała się zabawa, na którą przyszły
          m.in. trzy dziewczyny z Tworoga -wsi leżącej za lasem.

          Dziewczyny, jak i wszyscy świetnie się bawiły - szczególnie z kawalerami
          rudzkimi. Nie odpowiadały też na zaloty kawalerów z Tworoga, a szczególnie
          jednego z nich, który był rzeźnikiem i szczególnie upodobał sobie jedną z
          nich.

          Ten młody rzeźnik rozpoznawany był po nożu trzymanym w bucie, a wszyscy
          mówili, że mu źle z oczu patrzy.

          Kiedy dziewczyny po raz kolejny nie chciały się z nim i jego kompanami
          bawić, strasznie im naubliżał i wygrażał.

          Dziewczyny się przelękły i wcześniej niż zwykle same poszły w drogę
          powrotną doTworoga przez las.

          Jednakże owy rzeźnik wraz z kompanami śledzili nieszczęsne dziewczyny i
          podążali za nimi krok w krok. W trakcie ucieczki dziewczęta zostały dogonione i
          bestialsko zabite.

          Obok drogi leśnej z Przerycia do Tworoga, jak opowiadali dziadkowie, długo
          znajdowały się groby tych

          Trzech dziewczyn. Miejsce to do dzisiaj nazywane jest „dziywcze groby".

          • hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:02
            O trzech braciach

            Jedyn bogaty hrabia, kery mioł trzi zomki i trzidziyści wsi, staroł sie nad
            swojom cerom, bo niy poradziył i znojść takigo kawalyra, kery by ji rozumioł.
            Jak sie znojdzie taki - prawiyła swojimu łojcu ta mondralka - kery odpowiy na
            trzi moji pytania, to sie za niego wydom.

            To tyż hrabia rozesłoł swojich ludzi na wszystki strony świata z tom wieściom.
            Doszło to tyż do takij wsi, kaj miyszkali trzej bracia, dwóch było mondrych, zaś
            jednego, tego najmłodszego mieli wszyjscy za gupka. Tych dwóch mondrych siadło
            na konie i pojechali do tego zomku, kaj miyszkała ta bogato, ale tego
            najmłodszego niy chcieli ze sobom wziońć. Jednak tyn gupi polecioł za nimi
            piechty. Za jakoś chwila woło na nich, żeby poczekali, bo coś znojd na drodze.
            Jak sie ku nimu wrociyli, to im pokozoł w gorści frup z flaszki. Toż mu bracia
            wystrzylali biczym i jechali dalij. Niy trwało długo juzaś na nich woło i
            padoł ze znojd cilipa. Wystrzylali mu juzaś biczym i pojechali dalij. Potym
            gupi znojd łobronczka i zas woło na braci. Ci mu zaś wyśmigali biczym i
            pojechali dalij.

            Dojechali do tyj hrabianki, ale niy poradziyli odpedzieć na żodne pytanie z jeji
            strony, toż ich psami wuszczuli i wygnali ze zomka.

            Prziszoł dran na tego gupigo i ledwo wloz do tyj komnaty, kaj siedziała na zeslu
            ta przemondrzało hrabianka, godo:

            - Ale tu ciepło mocie...! A łona na to:

            - W mojij rzici jest jeszcze cieplij.

            - Toż se tam mojigo wrobla upiecza.

            - Ja, ale dyć łon uciecze,- pedziała.

            - Nima starości, mom frup, to zatkomy.

            - Toby sie rozerwała. A gupi na to:

            - Mom tukej łobronczka, to ściongnymy...!

            Tak tyn niby najgupszy brat okozoł sie najmondrzejszy, bo odpedzioł na wszystki
            pytania hrabianki i łożynioł sie śniom.
            • hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:06


              Utopki w rzyce Rudzie


              Bardzo downo tymu, kiedy wszystkie utopki w rzyce Rudzie żyły w wielkij
              zgodzie, przikludziyła sie nad paruszowski staw; strziga Matilda. Miała trzi
              służonce klynkanice: Klara, Pela i Hela. Niy były te klynkanice piykne, to tyż
              Matilda czuła sie miyndzy nimi choby lelujo miyndzy pokrziwami.
              Utopki z Rudy i wszystkich przikopek i potokow, kere do nij swoje wody
              przelywały, straciyli do strzigi Matildy łepy. Kożdy sie zaczon paradzić i
              sztryndzić, żeby sie ji przipodobać. Zamiast ożarciuchow po barzołach smykać i
              nieusłuchliwe dziecka straszyć, ciyngiym sie za Matildom uganiali. Nojstarszy
              utopek, kery nimi rzondziył, dziwać sie
              już na to niy poradziył. Wiluś - tak tymu utopkowi było - swołoł wszystkie
              utopki na posiedzyni. Cołki tydziyń twało te zebranie na podmokłyj łonce miyndzy
              Rudami i Stodołami. (Do dzisioj w tym miejscu, kere utopki wydeptały, żodno
              trowa niy rośnie, yno sity i mech.)
              Po wielkij swadzie, podzielili sie utopki wszystkimi stawami i przikopkami,
              kere do Rudy wlatujom od samego źrodła aż do Odry.
              Pomyśleć, że dotond wszystkie utopki mogły se hauzyrować tam, kaj yno im sie
              chciało. Wszystkimu winna była strziga Matilda. Niy nadarymno godajom, że kaj
              dioboł ni może, tam baba pośle!
              Tak tyż jedyn z Żorskich utopkow dostoł do wachowanio potok Młynówka, stawy
              na Wytrzynsowie (było ich kole dziesiyńć: Żabiok, Pajtok, Sitorz, Koliok,
              Wynglornik, Pyczok, Dziwok, Barzolok...), potok Jesionka ze stawami Łanuch,
              Garbocz, Gichta i Biesowski stawy. Mog se rządzić tyż na rzyce Rudzie, ale yno
              od potoku Kłokocinka aż do Klyszczowa. Smykoł po barzołach i leśnych mokradłach
              tyn żorski utopek ludzi z Palowic, Rownia i Żor.
              O strzidze Matildzie musioł zapomnieć. Wiluś sie śniom teraz kamraciył, bo
              se som paruszowski stow obroł, mondrala.
              Żorski utopek długo nimioł swojigo miana, bo to muszom ludzie wynojść.
              Niyskorzij, w czasach jak Palowicami rzondziył hrabia Franc von Winckler, taki
              swoji miano dostoł, ale jak do tego prziszło dowiymy sie dalij.
              Najbardzij sie utopkowi podobało na stawie Gichta i tam tyż nojczyńścij
              siedzioł. ImageDobrze mu tam było dopuki właściciel Palowic, hrabia von
              Winckler niy postawiył kole jego stawow odlywnie zielaza. Nazwoł ta swoja huta
              "Waleska", bo tak było jego przibranyj cerze. Gryfno była ta Wincklerowo cera
              jak sto diosi, to tyż jak jom utopek piyrszy roz ujrzoł, tak mu sie spodobała,
              że na dobre o Matildzie zapomnioł.
              Jak postawiyli potym nowy piec, w kerym topiyli te zielazo, nazywali ta huta
              „Gichta", a tym ludziom, kerzi tam robiyli, godali „Gichciorze". Ludzie zawsze
              snochwiajom jakiś nowe miana.

              Pamiyntoł dobrze utopek, jak na Łanuchu postawiyli koło młyński i zielazo
              hamrowali. Godali wtedy na tych robotnikow "Hamerniki". Czasy sie zmiyniajom, to
              te miana tyż muszom sie zmiyniać - rozważowoł utopek. Dobrze, że utopki sie niy
              starzejom i pamiyntajom rostomajnte dzieje.
              Wszystko utopkowi pasowało. I to że gryfno Waleska przichodziyła ze swojom
              służbom nad jego stow; to, że targali synki dlo nij mamałuszki z jego stawu i
              ryby chytali tyż w jego stawie, ale jedno go mierziło.
              Kole jego stawu śli dycko z roboty chopy co zielazo topiyli. Hajcowali w tym
              wielkim piecu wonglym drzewnym i musieli dmuchać takim wielnoskim miechym, żeby
              im lepij gorało. Przi tym sie tak ufifrali i blazy mieli od sparzynio na rynkach
              i nogoch. Śli potym po szychcie do utopkowego stawu umyć te ufifrane gymby, a
              oparzone miejsca chłodziyli se w chłodnyj i czystyj jak kryształ wodzie.
              Niy podobało sie to utopkowi, kery w tym prawie stawie mioł swoje krolestwo.
              Z poczontku sie yno tym „zieleźnikom" prziglondoł ukradkiym zza tatarczuchow,
              ale jak ci sie za bardzo zaczli roztopyrczać, to niy wytrzimoł. Kery by tyż doł
              se spodobać, żeby mu sztyjc czysto woda szelontać i kalić .
              Schowoł sie roz pod listek mamałuszki i jak „Gichciorze" prziśli sie juzaś
              myć, łapsnył nojbliższego za rynka i na głymboczyna zaciongnył. Borok pływać niy
              poradziył, toż ryczoł choby go ze skory darli. Chopy ze strachu pouciekali do
              lasa, yno jedyn Jorguś zostoł, kery był przigłuchawy i na dokłodka sie jonkoł.
              Niy zlynk sie utopka i kamratowi pomog. ImageChyciył tako wysoko brzozka, kero
              przi samyj wodzie rosła, przigion koronom ku topielcowi i tak go wyretowoł. Na
              drugi dziyń, wszyjscy sie pytajom Jorgusia jonkały, czy sie utopka niy boł.
              Jorguś całkim spokojnie, jak dycko łon poradziył swojom rułom wyjonkoł:
              - Jooo... taaaam... żodnego uuuutopka niy widzioł! yno rynka od Ruuuuu...
              dika żech widzioł.
              (Rudi,tak sie nazywoł tyn wyretowany). Od tego czasu wszyjscy „Gichciorze",
              a potym ludzie z Żor, Palowic i Rownia, godali na utopka „Rudi". Nikerzi to
              niyskorzij przerobiyli na „Ruduś", "Rudziok". Tak do dzisioj godajom na utopka,
              kery jeszcz dalij rzondzi na tych stawach.

              Od tego zdarzynio musieli „Gichciorze", abo jak kto woli „Zieleźniki",
              podatek płacić utopkowi za mycie sie i kompanie w tym stawie. Dwa razy w
              miesioncu chopy z huty robiyli ściepa na gorzołka dlo „Rudika". Utopek im niy
              darowoł, wiedzioł kiedy dostowajom wypłata. Od samego rana już dowoł pozor,
              kiedy pódom z roboty. Dwa razy sie zdarziło, że mu w umowionym miejscu gorzołki
              niy postawiyli, ale ich „Rudi" sromotnie pokoroł.
              Piyrszy roz jak śli po połedniu ze szychty i byli w połowie lasa, tako burza
              ściongnył na nich, że musieli pod gynsty świyrk stanyć i przeczekać cołko
              targanica. Stoli pod tym świyrkiym i rzykali co jedyn to bardzij. Nic niy
              pomogało, blyskawice cołki czas kole nich prały, jedna za drugom. Chmury sie
              oberwały i loło choby kery wiadrami z nieba sztyjc loł jednym ciyngiym. Co
              chwila sie keryś strom przewracoł kole nich, boroki chopy czekali aż do jejich
              świyrka niy piźnie jaki pieron. Jednymu chopu coś godało, że majom przelecieć
              pod inkszy, myjnszy świyrk i tak tyż zrobiyli. Ledwo sie znojdli pod tym drugim,
              jak niy gwizdło do tego kaj przedtym stoli, yno drzizgi leciały a w łoczach same
              gwiazdy widzieli. Cołko godzina twało te bombardowanie. Wody w lesie było już
              pod kolana jak to zaczło sie cofać. Prziszli wtedy dudom przemoczyni do suchyj
              nitki i wylynkani jeszcze bardzij. Bogu dziynki obstoli i nic sie żodnymu niy
              stało. Postawiyli potym krziż drzewianny na tym miejscu, kaj ich to dopadło.
              Jedyn wielki plac sie zrobiył naokoło tego małego świyrczoka, pod kery uciykli,
              tela pobulonych stromów było naokoło. Niyskorzij w tym miejscu drogi wydeptali,
              tak że krziż sie znojd prawie na skrziżowaniu w lesie.
              Żodyn niy wiedzioł, że to „Rudi" tak sie na nich pomściył i na drugo wypłata
              juzaś o nim zapomnieli. Utopek zaś był bez gorzołki.
              Tym razym im musza wymyślić co inkszego, - pedzioł utopek - co by sie
              kapnyli, o czym to majom pamiyntać.
              Image W nocy „Rudi" wloz na tyn nojważniyjszy kumin z odlywnie i najscoł do
              niego. Możno niy wiycie co to znaczy jak utopek do kumina najszczy? Po piyrsze,
              smrod niy do wytrzimanio, po drugi: ognia słożyć niy idzie, bo cołki kurz sie
              nazod cofie, cugu nima. Tak sie dzieje do czasu, aż sie kuminiorzowi halba
              postawi, kero łon musi z utopkiym w lesie przi stawie o połnocy wypić. Jeszcze
              do tego miesionczek musi być w pełni.
              Od tego czasu jak im utopek tyn wielki piec wygasiył, żodyn sie niy
              opowożył, żeby mu flaszki we wypłata niy prziniyś. Gorzołka w tych czasach niy
              była tako łacno, a do tego trza było po nia do nojlepszego szynkiyrza w Żorach
              zońść. Bele jakij gorzoły "Rudi" sie niy chytoł.
              Doś długo twała ta zgoda miyndzy „zieleźnikami" a utopkiym z Gichty.
              Prziszła jednak „kryska na Matyska". Wszystkimu jak dycko babie trza podziynkować.
              Skludziył do huty hrabia von Winckler jednego fachmana od wielkich piecow,
              aż z Niymiec. Kupiył tyn herr inżinier chałupa w Żorach i skludziył tyż do nij
              swoja baba Hilda. Była
              • hanys_hans Re: Nasze legyndy i bojki 16.12.06, 10:07
                Kupiył tyn herr inżinier chałupa w Żorach i skludziył tyż do nij swoja baba
                Hilda. Była to baba „Rzitelno", tak godali o nij chopy w szynku przi piwie. Bele
                czego sie niy zlynkła. Tak doprowdy to by sie trza łonyj zlynknyć. Niy dość, że
                musiała na dwóch stołkach siedzieć, to na dokłodka gymba miała piegato jak
                hyndycze jajco. Dziwowali sie wszyjscy, jak taki „szkyrtek", jakim był herr
                inżinier, może ji rady dać?
                „Rudi" jesze wtedy niy wiedzioł co go czeko? Po piyrszym „geltaku", kery dostoł
                nimiecki fachman, zaczły sie ciynżki czasy dlo utopka. Kożdy nowy, kery w hucie
                przijon robota, musioł sie wkupić. Herr inżinier Helmuth (taki mioł miano) był
                chopym światowym, toż sie wcale od tego niy migoł. Idzie pedzieć, że jeszcze
                nigdy chopy z Gichty tak niy popiyli. Jak potym po szychcie śli sie myć do
                utopkowego stawu, wziyni herr Helmutha ze sobom. Tam jak dycko czekoł na swoja
                pyrtulka "Rudi". Jak usłyszoł nimiecki szwandranie, zaroz sie kapnył, że to
                jakiś ważny chop. Zawołoł do sia Jorgusia jonkały i godo:
                - Od dzisioj, żeby my dalij w zgodzie żyli, musicie wiynkszo flaszka nosić!
                Powiydz to tym twojim kamratom, rozumisz?!
                - Jooo... taa..m rooozumia, ale czy łoni tooo... zrozumiom tego niy wiym.
                Jorguś wszystko chopom łopedzioł po swojimu, ale ci byli chyconi i nic yno sie
                ciyngiym śmioli. Herr Helmuth nic z tego niy rozumioł. Musioł mu Stanik, kery
                mioł ciotka w Niymcach i trocha po nimiecku poradziył, erklerować wszystko. Tymu
                sie to tak spodobało, że jakiś utopek stawym rzondzi, że wszystkich do szynku
                zaprosiył.
                W szynku herr Helmuth stawioł piwo za piwym, a na łostatku uczył „Gichciorzy"
                śpiywać jakoś nimiecko śpiywka o „wasermanie". Tak ich dłogo uczył, aże to już
                fajnie umieli dokupy śpiywać. Potym pedzioł: "Teraz pudymy pod łokno do mojij
                baby zaśpiywać!"
                Poszli potym wszyjscy pod inżinierowo chałupa i tak sie drzyli,że niy yno frau
                Hilda,ale somsiadow pobudziyli.Biydny herr Helmuth po tym wszystkim przez trzi
                dni sie na Gichcie niy pokazowoł.Bezmała za ta blamaża,frau Hilda mu taki lyjty
                spuściyła,że cołki te trzi dni w łożku przeleżoł. Jak sie potym dowiedziała,komu
                to mo do zawdziyńczynio,to pedziała:
                -Tyn wasz „Waserman",czy jak mu tam godocie"Utopek",może sie zawczasu wykludzić
                z tego stawu!Już jo sie o to postarom ,żeby mu sie tam zbrzidło!
                Do drugij wypłaty frau Hilda niy czekała.Dziyń przed niom,naloła do flaszki po
                gorzołce ,świynconyj wody, zaszpontowała i ziglakym zaloła.Wziyna mydło,
                ryncznik i pedziała Helmutowi, że idzie sie łokompać na utopkow stow. Ani
                swojigo chopa niy chciała słuchac, kery ji odrodzoł, jeźli niy chce być utopiono
                przez utopka.
                - Lepij sie w grotku łokomp! - zawołoł za niom.
                Było fest parno w tyn dziyń pod wieczor, jak frau Hilda znojdła sie nad stawym.
                ImageSeblykła sie do saga, bo niy było tam żywego ducha. Lonty powiesiyła na
                młodyj brzozce, wziyna mydło do rynki i pomalutku wlazła pod kolana do wody.
                Jeszcze sie ani niy obadała, jak usłyszała z sitow jakiś łoszkliwy śmiych. Hilda
                wiedziała, że to „Rudi", ale ani niy dyrgła, yno sie pomalutku zatonkała aż pod
                kark. Woda w stawie sie zaroz dźwigła, wiela niy brakowało, a była by sie przez
                grobla przeloła.
                Niych yno tu bliżyj przidzie! - pomyślała, już jo mu tyn łoszkliwy śmiych nazod
                do pychola wcisna. Niy musiała długo czekać, bo za chwilka utopek był przi nij.
                -To tak wyglondo ta nimiecko baba, kero chopa sprała za darmo? Teraz łobejżymy,
                czyś ty rychtyk tako łostro?.
                Hilda sie yno piyknie roześmioła i godo:
                -To zależy z kim sie mo do czyniynio. Takimu piyknymu karlusowi jak ty, ni
                miałabych sumiynio co zrobić. Z miłom chyńciom bych sie z tobom gorzołeczki
                napiyła i poprzoła.
                Utopkowi sie uszy od gańby zaczerwiyniły. Jeszcze takij chrubyj baby na łoczy
                niy widzioł, a co dziepiyro poprzoć sie z takom. Otworził z ciekawości gymba
                choby mały bajtel. Hilda wylazła z wody i idzie ku swojim lontom. Teraz jom
                ujrzoł w cołkij krasie ze zadku. Stoł wpatrzony choby w łobrozek i w tym miejscu
                zapomnioł, co noleży utopkom robić?, Ani słowa niy poradziył z siebie wydusić.
                Frau Hilda wyciongła z ryncznika flaszka gorzoły i prawi:
                -Niy dziwej sie karlusie yno podź tu ku mie i otworz mi ta flaszka, przeca jo
                jom niy byda jeszcze otwiyrać!.
                Utopek wyloz z wody i jak zaczarowany ku nij sie pomyko choby po powrózku.
                ImageWzion flaszka do rynki, zymbami frup wyciongnył i Hildzie jom podoł. Hilda
                przistawiyła ku gymbie i pociongła troszka, zakrziwiła sie, że niby tako łostro,
                dowo flaszka utopkowi. Utopek przistawiył jom ku gymbie i cołki czas sie Hildzie
                do łoczów zaglondo. Te ji tak blyszczały, choby diobłu, kery widzi, że za chwila
                bydzie widłami duszyczka do piekła wciepowoł.
                „Rudi" pociongnył se z flaszki zdrowo, wiela poradziył i w tym samym momyńcie
                zrobiył sie na zmiana czerwiony, zielony, modry i bioły. Hilda mu z rynki
                flaszka wydarła i resztom świynconyj wody go poloła z wiyrchu na doł. Tego sie
                niydo opisać, co sie potym dzioło .Utopek wskoczył do stawu choby oparzony.
                Skryncoł sie jak piskorz w rynce. Woda w stawie zaczła bulkać, choby za chwila
                wreć miała. Hilda ze szwongiym za utopkiym do stawu wskoczyła i połowica wody
                śniego zaroz wyszpluchło za grobla.
                - Niy uciekej karlusku! - wrzeszczała za nim - przeca jeszcze my sie niy poprzoli!
                Po utopku ani śladu. Nałokoło pełno pary, ani we warzkuchni. Hilda niy
                poradziyła swojich lontów znejść. Siadła nad stawym i czekała aż sie te opary
                stracom.
                Utopek w tatarczuchach schowany świyrgotoł ze strachu aż mu zymby szczyrkały.
                Hilda durch czekała, bo niy chciała iść dudom po sagu. Rozwidniało sie już jak
                znejdła te swoji lonty. Prawie sie mynczyła z koszulom - kero mokro niy chciała
                przez głowa przelyść, jak usłyszała jakiś głosy. To „Gichciorze" śli już do
                roboty. Jak prziszli bliżyj i ujrzeli tako sago baba z biołym turbanym na łepie,
                to wziyni uciekać z larmym na wszystki strony. Yno Helmuth poznoł swoja baba,
                keryj w nocy w łożku niy było. Niy doł sie jednak znać, bo go gańba było i tyż
                do kupy z robotnikami do huty śmiatoł. W hucie juzaś szła godka aż wrało.
                "Zieleźniki" sie starali, że juzaś wiyncyj gorzoły bydom musieli utopkowi nosić,
                bo tyn se jakoś strziga przikludził ku stawie.
                Nic takigo ich jednak niy spotkało. Teraz było na łopach, utopek od tego czasu
                nie chyciył sie gorzołki.
                „Nimiecko strziga"nauczyła go moresu i od tyj chwile mieli „Gichciorze" świynty
                spokoj od „Rudika"

                Bogdan D.(-)
                • rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 16.01.07, 23:40
                  www.utopiec.cku.wodzislaw.pl/
                  To tylko stronka z dziełami artystycznymi o Utopcach

                  A nie martwicie sie , że wam Hilda wszystkie Utopki wystraszy ?
                  Wiginą biedaki bez gorzałeczki ;)))
    • broneknotgeld Re: Nasze legyndy i bojki 24.02.07, 22:47
      Kłodka na Kłodce

      Kłodka na Kłodce kaj prawie była
      Tam familijo utopka żyła
      Dyć halymbiany im nawet pszali
      Bo ich do wody tu niy wciongali

      Tako leciało spokojnie życie
      Czas drapko kulo - to przeca wiycie
      Zły tref nikedy se nom przidorzy
      Jako utopkom - czasym to woży

      Ludzie po blisku muszla budujom
      Koncert dowajom - niy forsztelujom
      Co ta muzyka leci po wodzie
      Wnerwio utopcow - już niy som w zgodzie

      Tako zatopić chcom ta dolinka
      Wszyskim szykujom pierońsko mynka
      I pewno by se im to udało
      Czuwoł Nepomuk - toż sie wydało

      Drap halymbiany kłodka zbulyli
      Stwory ze wody tyż przegoniyli
      Lecioł po rzyce wielgachny lamynt
      A farorz kropioł i wołoł - Amynt!
      • rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 21.05.07, 19:44
        Właśnie się przymierzam do długiej bajki o Utopcu, taka długa, bardzo stara bajka
        To jest pierwsza przymiarka.
        • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 21.05.07, 19:44
          a kto jom szkryfnou?
          • rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 21.05.07, 22:22
            ciicho, jak stara
            O synu rybaka i o utopcu (bajka polska). Znacie to ?

            "Był pewien biedny rybak, miał żonę i kilkoro dzieci. Aby utrzymać rodzinę,
            łowił ryby w jeziorze i sprzedawał je, ale za to musiał właścicielowi jeziora
            dostarczać tyle ryb, ile zażądał. Zdarzyło się raz, że u państwa miało być
            wielkie przyjęcie i potrzeba było dużo ryb. Kazano rybakowi, żeby ich
            dostarczył. Poszedł więc nad jezioro i przez cały dzień zastawiał sieci, lecz
            ani jednej rybki nie złapał. Łowił drugi dzień – znów nic nie mógł złowić.
            Poszedł do pana i mówi, że w żaden sposób nie może nałapać ryb. Ale pan odparł
            na to z gniewem:
            – Nic mnie to nie obchodzi! Jak nie przyniesiesz ryb, przepędzę cię z mego domu
            i ze służby, szukaj sobie gdzie indziej roboty!
            Rybak łowił trzeci dzień, ale znowu nic nie złowił. Wtedy, nie wiadomo skąd,
            zjawił się nagle przy nim mały chłopek w czerwonej sukni. A był to utopiec,
            mieszkający na dnie jeziora.
            Powiedział tak:
            – Jeśli dasz mi twego najstarszego syna, złapiesz mnóstwo ryb i to nie tylko
            dzisiaj, ale kiedy tylko zechcesz. Musisz jednak na znak zgody podpisać mi się
            krwią z serdecznego palca.
            Cóż miał rybak robić? – Zgodził się. Utopiec naciął mu palec i rybak się
            podpisał. Ledwie też zapuścił sieci, już miał w nich mnóstwo ryb. Wraca smutny
            do domu, a tam żona pyta go:
            – Cóżeś taki smutny, skoro masz tyle ryb?
            Wtedy opowiedział jej, że za tydzień musi oddać utopcowi starszego synka.

            Oddał tego synka czy nie oddał Utopcowi ?

            • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 22.05.07, 20:17
              hm, mie sie to ale kojazy ze jednom ruskom bajkom -Rit je to naprowdy polsko
              bajka???

              moga sie spytac , kajs to wysznupaua?

              :)
              • rita100 Re: Nasze legyndy i bojki 22.05.07, 21:25
                Tak to jest na prawdę polska słowiańska bajka. I jedziemy dalej , bo jest
                sliczniuchna.

                Gdy minął tydzień, rybak z wielkim lamentem zabrał chłopca i zaprowadził go nad
                jezioro. Utopiec zaraz się zjawił, zabrał chłopca i plusnął z nim w wodę.
                Pod wodą był pałac szklany, w którym mieszkał utopiec z żoną i córką, i mnóstwem
                służby. Powiedzieli chłopcu, że po to został tu sprowadzony, żeby bawił się z
                córką wodnika. Jeśli będzie dobrze się sprawował, to od czasu do czasu pozwolą
                mu iść w odwiedziny do rodziców.
                Jankowi – bo tak chłopiec miał na imię – podobało się tam, ale było mu bardzo
                tęskno za domem. Utopiec widząc to, pozwolił mu iść na jeden dzień do rodziców,
                lecz upomniał chłopca:
                – A pamiętaj, jeśli nie wrócisz tu do mnie, wszyscy zginą w wodzie: i ty, i twoi
                rodzice, i siostry, i bracia!
                Chłopak uradowany pobiegł do domu, opowiedział jak dobrze powodziło mu się w
                pałacu utopca, a potem wrócił pod wodę. I tak od czasu do czasu odwiedzał swoich.
                Lata biegły. Mała córka utopca podrosła i kiedyś przyznała się Jankowi, że
                wolałaby żyć na ziemi, wśród ludzi. Gdy raz nie było w domu matki i ojca,
                zabrała najcenniejsze skarby i razem z Jankiem uciekli z podwodnego pałacu.
                Wydostawszy się na ziemię, popędzili co tchu przed siebie. Oglądają się, a tu
                goni ich już matka z wielkim wojskiem. Dziewczyna zaraz przemieniła siebie i
                Janka w parę srok, które usiadły na wysokim dębie. Matka rozkazała żołnierzom
                strzelać do nich, wołając:
                – Strzelajcie samczyka, oszczędźcie samiczkę!
                Ale kule ich nie trafiły. Sfrunęli z dębu i dziewczyna przemieniła się w zająca,
                a Janek w lisa, który ją teraz gonił. Matka znowu ruszyła za nimi z wojskiem w
                pościg i wołała:
                – Strzelajcie lisa, oszczędźcie zająca!
                Kule i tym razem nie trafiły. Dziewczyna uderzyła laską w ziemię, natychmiast
                zrobił się w tym miejscu duży staw. Ona stała się kaczką, a on kaczorem.
                Matka wołała:
                – Strzelajcie kaczora, oszczędźcie kaczkę!
                Huknęły strzały, ale oni zdążyli skryć się pod wodą. Matka pękła z żalu, a
                wojsko wróciło do podwodnego zamku.
                Potem Janek i dziewczyna powędrowali dalej, aż przyszli do stołecznego miasta.
                Była tam właśnie wojna i król wybierał się z wojskiem na wyprawę. Janek musiał
                iść z królem jako żołnierz, dziewczyna zaś została i żyła w biedzie, służąc u
                obcych ludzi. Wreszcie wojna się skończyła, wróciło wojsko, wrócił Janek. W
                bitwach był tak dzielny i taką zdobył sławę, że król chcąc go nagrodzić, obiecał
                mu swoją córkę za żonę. A Janek miał to sobie za wielkie szczęście i zupełnie
                zapomniał o córce utopca.
                Tak więc na zamku królewskim sprawiono wspaniałe wesele. Zjechało się dużo
                gości, grała muzyka, Janek siedział przy stole obok króla i królewny.
                Nagle przez otwarte okno wleciała gołębica i jastrząb. Ptaki okrążyły salę i
                usiadły na szafie. Gołębica odezwała się:
                – Pamiętasz, Janku, jak opuściłam dom rodziców i wyprowadziłam cię spod wody?
                – Pamiętam! – odparł Janek.
                – Pamiętasz, kiedy nas matka z wojskiem goniła, a ja ciebie i siebie zamieniłam
                w sroki?
                – Pamiętam!
                Goście dziwili się wielce, tymczasem gołębica mówiła dalej:
                – Pamiętasz, jak byliśmy parą kaczek na jeziorze, a matka moja pękła z żalu?
                – Pamiętam!
                – Pamiętasz, jak mi obiecałeś, że zawsze mnie będziesz kochał?
                – Pamiętam!
                Pan młody przy stole bladł coraz bardziej, na ostatku zaczął mdleć. Król i
                goście zerwali się z miejsc, zaczęli go ratować i pytać, co to znaczy, a on
                odpowiedział, że gołębica prawdę mówiła.
                Ucztę przerwano, gołębica odleciała. Janek wybiegł za nią, dogonił ją i zaczął
                przepraszać. Wtedy gołębica zamieniła się w dziewczynę i wkrótce potem odbyło
                się wesele Janka z córką utopca.

                Koniec bajek Słowian Zachodnich
    • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 07.06.07, 13:12
      Z tajemnic Śląska. Zakonnicy z Rud
      Gdzie ukryto skarb cystersów?
      Mnisi w stodole przyjaciela skarb swój zakopali, aby zachować go na przyszłą
      odbudowę klasztoru. Następnie rozeszli się po świecie. Kiedy po kilku latach
      wrócili i chcieli skarb odkopać, okazało się, że znikł - pisał historyk o
      rudzkich cystersach na początku zeszłego stulecia .

      Dokładnie 26 listopada 1810 r. cystersi z Rud odprawili ostatnie wieczorne
      nieszpory. Wnętrze ich świątyni wypełniały słowa Psalmu 114: "Kiedy z Egiptu
      Izrael wychodził, dom się Jakuba z więzów oswobodził". Po nabożeństwie
      zakonnicy przeszli do refektarza, czyli klasztornej jadalni. Jak nigdy dotąd
      stół pokryto czarnym, aksamitnym suknem. Wśród sześciu jarzących się świec
      ustawiono ogromny, ciężki srebrny krzyż.

      Choć pruski komisarz królewski Korn nakazał opatowi Bernardowi Galbiersowi
      założyć strój pontyfikalny, ten zjawił się w zwykłej szacie zakonnej. Korn
      odczytał edykt o sekularyzacji zakonu, po czym zażądał wydania insygniów
      opackich, pieczęci oraz kluczy do kasy, archiwum i skarbca.

      Opisany przebieg wypadków jest autentyczny. W 1810 r. zakończyły się blisko
      sześćsetletnie dzieje klasztoru w Rudach. Upokorzony przez Napoleona król Prus
      Fryderyk Wilhelm III szukał pieniędzy na spłatę francuskiej kontrybucji.
      Ratunkiem dla pustego państwowego skarbca miały być majątki Kościoła. Fiskus
      przejął dobra ziemskie skasowanych klasztorów i kolegiat. Monarcha chciwie
      spoglądał na gromadzone przez wieki precjoza. Miały trafić na aukcję i w
      pierwszej kolejności dostarczyć żywej gotówki. Niestety, w wielu przypadkach
      się przeliczył. Klasztory spodziewały się sekularyzacji i cenne precjoza ukryto
      przed królewskimi komisarzami. Podobnie było w Rudach. Licytacja
      skonfiskowanych tu rzeczy dała niewielki dochód. Co więc się stało z
      klasztornym skarbem?

      Zuchwały brat Augustyn
      Mamy wiele dowodów, że rudzkie opactwo nie należało do ubogich. Od końca XVII
      w. przeżywało okres prosperity. Władało folwarkami i hutami. Opaci prowadzili
      rozsądną gospodarkę finansową, mnożąc dochody skarbca. W 1683 r., kiedy na
      Śląsk zbliżała się ogromna armia króla Jana III Sobieskiego, cystersi z obawy
      przed samowolą polskich wojsk przewieźli wypełnione dukatami beczki do Brzegu.
      Ukryli je w domu proboszcza panien czarnowąskich.

      W 1755 r. swoich współbraci próbował otruć brat Augustyn Graul rodem z
      Głubczyc, odnotowany w kronice jako notoryczny złodziej klasztornych
      kosztowności. Do zbrodni nie doszło, trucizna została w porę wykryta, a
      nikczemny mnich został skazany na karę dożywotniej ciemnicy klasztornej. Ze
      światem doczesnym pożegnał się w 1816 r., już po kasacji klasztoru, dzięki
      której zresztą udało mu się wyjść na wolność.

      Skarb cystersów rudzkich opiewają również legendy. Pierwsza sięga okresu wojny
      trzydziestoletniej (1618-1648). Mnisi uprzedzeni o najeździe Szwedów ukryli
      swoje skarby. Pieniądze, złoto i drogocenne naczynia liturgiczne włożyli do
      beczek i schowali w labiryncie lochów pod klasztorem. W jednej z beczek pękła
      jednak obręcz. Zakonnicy wezwali na pomoc bednarza. Zanim wszedł do podziemi,
      zawiązano mu oczy. Po kilku minutach marszu ściągnięto opaskę. Bednarz
      znajdował się w małym, niskim i spowitym ciemnością pomieszczeniu. Pod ścianą
      zobaczył sześć beczek wypełnionych drogocennymi precjozami. Naprawił obręcz i
      ponownie, z zasłoniętymi oczyma, został wyprowadzony na powierzchnię.
      Zapamiętał tylko, że szedł schodami głęboko w dół, a w tajnej skrytce słyszał
      nad głową szum wody.

      Legenda mówi, że korytarz wiodący do podziemnego skarbca niespodziewanie się
      zawalił i beczki do dziś czekają na swojego odkrywcę. Miejscowa ludność uważa,
      że tajemna komnata ze skarbami znajduje się daleko od klasztoru, gdzieś pod
      rzeką Rudą. Ponoć jest pod betoniarnią przy drodze do Brantolki. Znajdował się
      tu kiedyś młyn. To szum wody z młyńskiego koła miał słyszeć ów bednarz. Inni
      twierdzą, że na miejsce ukrycia skarbu spogląda św. Jan Nepomucen, którego
      figurę ustawiono pod lipą na miejscu starej dzwonnicy, tuż naprzeciwko opactwa.

      Klątwa skarbu
      Cóż jednak stało się ze skarbem, który nie wpadł w ręce Prusaków w listopadzie
      1810 r.? Ten interesujący wątek poruszył Jerzy Hyckel, przedwojenny profesor
      raciborskiego zakładu dla głuchoniemych, pasjonat lokalnej historii. Dzięki
      jego tytanicznej pracy nad dokumentami, nierzadko pergaminami, w 1924 r.
      ukazało się w Raciborzu monumentalne dzieło zatytułowane "Co szumi w zdroju
      legend. Legendy ziemi raciborskiej". Tam to można przeczytać taką oto legendę:

      "Było to w czasach - pisze Hyckel - kiedy klasztor w Rudach ulegał likwidacji,
      a mnisi musieli go opuścić. Aby nie dopuścić do tego, by ich skarb, na który
      składały się złote monety i drogocenne naczynia, dostał się w ręce pruskiego
      grabieżcy, wziął każdy z mnichów tyle ze skarbca, ile mógł unieść. Cystersi
      szli razem aż do Kuźni Raciborskiej. Tam mieszkał ich zaufany przyjaciel. W
      jego stodole skarb swój zakopali, aby zachować go na przyszłą odbudowę
      klasztoru. Następnie rozeszli się po świecie. Kiedy po kilku latach wrócili i
      chcieli skarb odkopać, okazało się, że znikł. Wydało się potem, że jeden z
      sąsiadów podpatrzył wchodzących do stodoły mnichów i ich skarb zagarnął. Nie
      przyniosło mu to jednak szczęścia. W jego rodzinie zapanowała niezgoda, a
      ciągłe choroby nękały jego i całe pokrewieństwo przez wiele lat. Nieszczęścia
      przechodziły z pokolenia na pokolenie".

      Strażnicy tajemnicy
      Jak naprawdę było? Tajemnicę ukrycia klasztornych kosztowności, które być może
      rozesłano do niezagrożonych sekularyzacją opactw w monarchii Habsburgów oraz do
      zaboru rosyjskiego, zabrali ze sobą do grobu ostatni rudzcy cystersi. Co
      ciekawe, klasztor opuścili ostatecznie dopiero w 1813 r. Do tego czasu
      pracowali bowiem w założonym tu lazarecie.

      Ostatni opat Bernard Galbiers zmarł w 1819 r. w Raciborzu jako rencista rządu
      pruskiego z rocznym uposażeniem w kwocie 1,2 tys. talarów. W skarbcu kościoła
      farnego, dawniej kryjącym bibliotekę kapituły raciborskiej, zachował się
      należący niegdyś do niego mszał cysterski wywieziony z Rud.

      W 1818 r., w wieku 54 lat, również w Raciborzu, zmarł ostatni przeor klasztoru
      Ksawery Tlach. Najdłużej żył brat Tadeusz Weiss. Rozstał się ze światem
      doczesnym w 1856 r. jako proboszcz w Cyprzanowie.

      Cząstką skarbu jest szczerozłoty krzyż opacki, który opat Galbiers podarował
      Matce Boskiej Pokornej w cudownym rudzkim obrazie. Drogocenne wotum
      przechowywane jest w muzeum diecezjalnym w Opolu.
      • rita100 Re:'O Kopcu w Kołchowicach kele Katowic 02.07.07, 20:10
        'O Kopcu w Kołchowicach kele Katowic

        Był tam hrabia, a uón to wszystko uczrzymowoł. Tak tyn Kopiec był cały wodóm
        douokoła uotocóny. Uociec mi uo tym uozprawiali. Ta rzyka była w jinksym miejcu,
        a teraz jes w jinksym. To potym Koplowic ta rzyka zasuł i nowo zrobił...
        A no tym Kopcu to te Tatary czy Szwedy porwali tymu panu ta córka i to ś-nióm
        uciekli i zamordowali i pochowali na Widuchu. Tam jeź dzioucha pochowano. Tam
        jeszcze je tyn kamiyń.
        A jak tyn zómek sie zapod, to sie tam koryto ze złotym zasuło. A to noczynie,
        śrybło a złoto to jes tam: kozdy mówi, ze skarby tam sóm...... i Laband właśnie
        śni o nich, a każdą minutkę spędza na odkrywaniu tych jeszcze nie odkrytych.
        Srybło a złoto to jes tam.

        poszukac śrybło - pamiętaj !
        • rita100 Re:Uo jednych muzykantach 04.07.07, 19:50
          Uo jednych muzykantach
          "Roz było wesele, a na tym weselu grały jedne muzykanty. Dostały tam dużo
          gorzołki i sia uożarli. Uo północy, jak szły do dóm, przyszoł ku nim taki pón i
          pedzioł jim:
          "Pódzcie do mojigo dómu, bydziecie mi grać, to dostaniecie dużo piyniyndzy".
          Uóni poszli na tyn zómek. Było tam bardzo dużo ludzi, a uóni jim grali, a ci zaś
          tańcowali. A tyn pón jino jim dowoł psinióndze, tag że już miały pełne kapsy. A
          jag rano sie uobudzili, to siedzieli na wiyrzbie, a miały pełne kapsy liście z
          wiyrzby. A ludziów potym godali, ze to musioł jich tam uutopledz zaprowadzić
          i tag w nocy gónić."

          Wiem, pamiętam Laband to opowiadał, ale podaje tą bajkę o łożyrokach;) w gwarze
          zapisanej hoho 1950 roku w Zawada, pow.Pszczyna. I to pewnie chodzi o zamek w
          Pszczynie , ten śliczniuchny, myśliwski , gdzie zabawiał dla odpoczynku sam
          Cesarz austriacki.
          • rita100 Re: 'o 'utoplecu 05.07.07, 19:40
            "Roz szoł sie chłob z roboty 'o północy i szoł sie kele wiekiego stawu. A to
            widzi koło stawu małego chłopa; telki był jak małe dziecko. Tyn chłop sie
            (sobie) pómnioł sie, co mu ludzie godali, że 'utopleców zawsze sie bije lewóm
            rynkóm, to 'utoplec słabnie, a chłob mocnieje, a jak prawóm, to na 'opach. Tyn
            chłopek idzie sie ku nimu i sce sie go utopić. Cióngnón go ku stawie, a tyn
            chlop chah go w pysk; utopek tyż. Ale chłop iyno wali go lewóm rynkom, a rzyko
            (modli sie). I rychtig 'utopiec zesłob i niy móg tych szlagów wyczrzimać, i
            uciyg do stawu. A chłop poszoł do dóm i chwolił sie, że 'ón zerznół 'utopkowi i
            godoł, ze 'ón sie tam 'utopków niy boji i 'umi sie z nimi poradzić."

            W powiecie pszczyńskim we wsi Zawada tak fajnie opowiedzieli w 1950 roku.
    • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 08.07.07, 15:55
      polecom sam wszyskim ksionzka(prawie jom czytom) "Der Wassermann an der
      Hotzenplotz - Sage und Brauch im Oberglogauer Land" -
      • szwager_z_laband legynd o slonskim von Twardowskim 10.07.07, 19:05
        Kaj dzisiej pola trowy sie ciongnom, tam stou kedys piykny zomek. Tak jak
        piykny bou tyn zomek, tak dumny bou odniego pon, von Twardowski. Roz padou tyn
        Twardowski ze sie ozyni. Ale on bou taki wydziwiok i im zodno kobiyta niy boua
        dos bogato. Yntlich znod jedna Grofka kero miaua piyniyndzy a piyniyndzy.
        Wyselisko bouo jak pieron. Juz dwa dni wszyske fajrowali a we czeci to juz bouo
        onmyjglich, ozarte wyczaskali szyby i wszysko czaskali co mieli pod rynkom.
        Naroz ale tak rombuo ze couki zomek sie zapod. Tak pokorauo von Twardowskego za
        to ze bou taki wydziwok i zuy pon. Do dzisiej tam kaj sie tyn zomek i odniego
        pon zapadli pod ziymia we jasno noc idzie uwidziec ciyn von Twardowskego jak
        sie smyko po trowie. No a domy kere stouy kole zomka sie ostouy a kole nich
        ludzie stowiali durch nowe - do dzisiej je juz pouno inkszych a ta wies mianuje
        sie dzisiej Twardawa.

        przetuplikowouch dos wolnie ekstra do wos ze "DEr Wassermann an dr
        Hotzenplotz" - autor Ralph Michael Wrobel.

        we tyj ksionzce je tysz spomniane o Pistolce i Eliasie i ze elias uciyk ze
        wiynziynia we Laband.
      • bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 10.07.07, 20:20
        szwager_z_laband napisał:

        > polecom sam wszyskim ksionzka(prawie jom czytom) "Der Wassermann an der
        > Hotzenplotz - Sage und Brauch im Oberglogauer Land" -
        • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 10.07.07, 21:09
          Osobuoga(Osobloga)
          • bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 10.07.07, 22:41
            To je prawie jak tyn stol z powyłomowanymi nogami.

            Osłoboga.
            • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 11.07.07, 12:04
              sam cos o niyj:
              raclawice.net/raclawice_slaskie/atrakcje_turystyka_zabytki/4/Osob%C5%
              82oga_(dolina_Osob%C5%82ogi).html

              "W Polsce nie, ale w Niemczech każde dziecko wie o kogo chodzi. Zbój
              Hotzenplotz, żyjący przed I Wojną Swiatową, który ukradł młynek do
              kawy...Jednak nawet w Niemczech mało kto wie, że Hotzenplotz żył i kradł u nas
              na Sląsku, na dzisiejszym polsko-czeskim pograniczu.
              Malutkie miasteczko Osoblaha ( Osobłoga )położone po czeskiej stronie nad rzeką
              Osobłoga nazywane było przez niemieckich mieszkańców tych ziem Hotzenplotz. Na
              północ od niego leży rozległy płaskowyż, teren wybitnie rolniczy, w
              krajoobrazie którego dominuja niekończące się aleje topolowe, szerokie pola,
              nagie wzgórza i wioski we wklęsłościach terenu, o zwartej zabudowie i ciekawej
              historii."
              • bratjakuba Re: Nasze legyndy i bojki 11.07.07, 15:40
                To co jo napisoł nie było podważaniem Twojej wersji.W opisach spotyko sie obie,
                Osobłoga i Osłoboga.Przy czym w żródłach geograficznych i na mapach przeważo
                Osłoboga.Jo osobiście przychylom sie do wersji Osobłoga bo mo uzasadnienie
                historyczne i geograficzne w morawskich nazwach wsi i rzeki Osoblaha.
                Z powodu tych rozbieżności,też moja uwaga o stole z powył.nogami bo Osłoboga choć
                używano i uznano musi być przejynzyczeniem.
                • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 11.07.07, 21:23
                  tysz tak mysla:)
                  • rita100 Re: Uo skarbniku 20.08.07, 21:53
                    A tero mowacie lygende w czisto ślójskiej gwarze, łod somego żródełka:)

                    Jag na Klyjofasie szybiyli (znaczy sie, jak tam szyby wybijali ;), to tam tyż
                    robił jedyn biydny chłop, co mało zarobioł. Roz prziszeł ku niymu skarbnik i
                    padoł mu: "Pódź, bydymy uoba robić". I tak tyn chłop cały miesióndz robiył ze
                    skarbnikiym. Jag już miała bydź wypłata, skarbnik pedzioł tymu chłopowi, coby
                    prziszeł na łónka (łąkę) i tam sia bydóm dzielidź galtagiym. W uostatni dziyń
                    miesiónca chłob niy móg skończydź roboty, a pilno mu było iść na łónka. I uoraz
                    sóm sie na tyj łónce znod. Za kwila prziszed ku niymu skarbnik z piynióndzami i
                    podzielyli sie uoba równo, inóż uostały jeszcze sztyry grosze. I tyn skarbnik
                    spytoł sie: "Co teraz z tym zrobić ?" Ale chłop niy łaszczył sie no te sztyry
                    grosze, bo rod był, że tag dużo zarobył o padoł skarbnikowi: "Weź se to ty, boś
                    ty wiyncy robił". A tyn skarbnig doł tymu chłopowi wszystkie pinióndze i padoł:
                    "Wyź se to wszystko, bo jo niy potrzebuja żodnych piniyndzy. A terozki uobocz
                    se, kajbyż był, jakbyż no siebie chcioł te sztyry grosze uostawić". Teraz
                    dopiyro tyn chłop widzioł, ze niy był na zodnyj łónce, ino na balku, nad szybym.

                    Ligota kele Katowic
                    • ballest Re: Uo skarbniku 20.08.07, 21:57
                      Re Slonzoki som richtig uczciwe!
                      • rita100 Re: Uo skarbniku 17.09.07, 23:12
                        Sloonzak to człowiek, a człowiek to Ty i jo i inni i wszyscy staramy się być
                        uczciwymi. W bajkach zawsze dobro zwycięża zło, a w życiu to nie wiem, ale
                        mniejsza o tym, mam następną legendę.
                        • rita100 Re: Diobeł we młynie 17.09.07, 23:20
                          Diobeł we młynie
                          W jenym młynie przesiadowoł jakiż zły duch. Żodyn tam niy chcioł robić, bo sie
                          go wszyjscy boli. Wdziyń to tam jeszcze szło, ale w nocy to tyn zły mioł swoje
                          prawa i uogrómnie wyrobioł (rozrabiał). Roz tyż prziszeł do tego, co tyn młyn
                          mioł, Karlus i pado, że uón tego diobła wygóni. No ji tyn pado: dobrze, jag go
                          wygóni, to mu do swoja dzioucha za baba. Jak prziszła noc, tyn sie wzión
                          skrzipka i gro, aż Bogu miło. Jak prziszła ta godzina tego złego, Karlus
                          usłyszoł taki hómbel (krzyk), ale sie z tego nic nie robił, yno groł dali. Naroz
                          diobłu sie upodobało i przyszeł do niego i prosi go, żeby go tyż nauczył piyknie
                          grać. Tyn mu pada:
                          "Wiysz co, jo cie naucza na skrzipce grać, ale ty mosz te pazury za rube
                          (grube), jo ci jich trocha spłaszcza. Pódź, dej jih do szróbsztoka."
                          Dioboł go tyż usłuchnył, a tyn jag zakryńcił, to dioboł tag ryczoł, ze sie aż
                          wszijscy pobudzili i myśleli sie, że to dioboł tego Karlusa tag mynczy. Diobłu
                          sie uodechciało umiedź grać na skrzipce i prosił, żeby go jak nojprandzyj
                          puścił. Tyn mu pado:
                          "Widziż dioble, tyś tu take czasy przebywoł i wszystkich straszył, jag już tu
                          nigdy nie przidziesz, to cie puszcza."
                          Dioboł przirzek, że już wiyncy do tego młyna nie przidzie i tyn go puścił.
                          Dioboł jak wyparził z tego młyna, tak sie już wiyncyj nie pokozoł. Uod tygo
                          czasu młyn puścili w ruch. Tyn stary młynorz doł tynu Karlusowi swoja dzioucha,
                          a ś-nióm puścił mu tyż i młyn i żyli sie uod tego czasu jak pónczeg w maśle. Roz
                          tyż młody młynorz jeździł sie na łódce po stawie ze swojóm babóm. Naroz ze stawu
                          wyłazi dioboł i pado mu:
                          "Widzisz, jo ci przirzek, ze do młyna już wiyncej nie przida, alech ci nie
                          padoł, ze na tyn stow tyż już nie przida. Teroś-cie móm i pómszcza sie za ta
                          krziwda na ciebie i na twojij babie."
                          Tyn młody młynorz jag widzioł, co sie robi, nie miśloł długo, yno łab baba za
                          nogi, rozwar jich i pado:
                          "A widzisz, dioble, pódź do szróbsztoka". Jag dioboł usłyszoł uo szróbsztoku,
                          zapod sie do wody i już wiyncej sie nie pokozoł, a młynorz sie śmioł ś-niego do
                          popuku.

                          Mokre, pow.Pszczyna
                          • rita100 Re:"Baba odbiera krowom mleko" 28.09.07, 19:56
                            "Baba odbiera krowom mleko"
                            No ale ni tylko diobły byłi bohaterami ślójskich bajek, także czarownice, które
                            mają spółke z piekielnymi mocami. Jedną taką przygodę przytoczę. I dołoże do
                            kolekcji.

                            "Były dwie sómsiadki w Ligocie, wiysz, i miały krowy. Nó ji ta jedna każdy
                            wieczór, jak ta dojyła krowy, prziszła do nij i prosiła jóm, coby dała ji choć
                            trocha mlyka sie napić. I tak kazy dziyń chodziyła. I raz prziszeł do tyj jednyj
                            dziod. Nó ji uóna sie go pytała, jeźli tyż tam niy wiy jakij porady na to, że
                            nigdy mlyka nie poradzi ździałać. I tyn dziod pedzioł, ze to wszystko idzie
                            zrobić. A uóna mu pedziała ło tym, że ta jedna zawsze ku nij po mlyko
                            przichodzi. A ta, co po mlyko chodziyła, ścióngała je i miała zawsze pełne
                            garce. I tyn dziod pedzioł, zeby tyn wieczór nie dała ji mlyka, ino jag uóna
                            przidzie, zeby te mlyko wloła do chaźla (do wychodka). I tak sie stało. Wieczór
                            jak ta dojyła, prziszła do ni ta po te mlyko. I ta jedna wloła gibko te mlyko do
                            chaźla. I ta, co te mlyko zbirała, była cało oblóno gównami i pedziała: "Tyś mi
                            teraz dała pić". I pokozało sie, ze to uóna była tóm czarownicóm, co te mlyko
                            zbyrała."

                            Ligota koło Katowic
                          • ballest Re: Diobeł we młynie 28.09.07, 21:17
                            Rita, kobiety majabardzo silne nogi, jesli o sciskanie chodzi.
                            Przez to wierzam, ze jak by ta zona go nogami scisla, to by se diobou dowiedziou
                            kaj kozka mou miod;)
    • szwager_z_laband Re: Nasze legyndy i bojki 14.10.07, 13:45
      www.weinoe.us.edu.pl/podania/doc/utopce.pdf

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka