grba
13.01.06, 21:38
Siła nas rozleniwiła
Wywiad z Bruno Kosakiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Towarzystwa Społeczno-
Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim.
Bruno Kosak jest członkiem TSKN od początku jego istnienia. Kieruje frakcją
Mniejszości Niemieckiej w Sejmiku Województwa Opolskiego. Od kilkunastu lat
pełni funkcję zastępcy przewodniczącego zarządu TSKN Henryka Krolla. Jest
członkiem zarządu Związku Niemieckich Stowarzyszeń w Polsce.
- Warto było walczyć o tyle praw dla mniejszości, by z nich teraz tak słabo
korzystać?
- Warto było walczyć, mając nadzieję, że to, co już mamy, wykorzystamy
jeszcze lepiej.
- Na razie jest raczej gorzej. Mniejszość polska na Litwie liczy 350 tys.
osób i ma 150 szkół z wykładowym językiem polskim. Dlaczego mniejszość
niemiecka na Opolszczyźnie nie ma nawet piętnastu?
- Myśmy się niedawno spotkali w Kamieniu Śląskim z przedstawicielami
mniejszości narodowych żyjących w Polsce i tam zobaczyłem, że to są prawdziwi
pasjonaci, którzy z przejęciem mówią o tym, co robią. U nas nastąpiło dziwne
stępienie, drzemka. Przyzwyczailiśmy się, że jakoś ta mniejszość leci.
- A szkoły średniej jak nie było, tak nie ma...
- Poseł Galla i wicemarszałek Kotyś zadeklarowali, że wezmą się za tę sprawę
ostro. Myślę, że w tym roku zostaną podjęte działania prowadzące wreszcie do
otwarcia szkoły. Czy zdążymy otworzyć ją już od września, nie wiem.
- A może władze mniejszości, do których pan należy, muszą zaakceptować to, że
wielu rodzicom, którzy mają niemieckie paszporty, zwyczajnie na edukacji
dzieci po niemiecku nie zależy?
- Jest w tym sporo racji, ale nie cała prawda. W Rogach, dzielnicy Koźla,
trzy lata temu powstała pierwsza klasa niemiecka, bo polskiej szkole groziła
likwidacja. W pierwszym roku z trudem zebraliśmy 12 dzieci. Do tegorocznej
pierwszej klasy mamy ponad 40 zgłoszeń. Myślimy o otwieraniu filii. Nie
wszędzie jest źle. Inna sprawa, że nie potrafimy takich sukcesów sprzedawać
medialnie. Są i inne powody do radości. Na opolskiej germanistyce ponad 90
procent studentów stanowią młodzi mieszkańcy Opolszczyzny. To jest nasz
kapitał.
- Ale on nie zmienia faktu, że pokolenie dzisiejszych rodziców - 30-40-
latków - języka niemieckiego zwykle nie zna i nie zależy mu na tym, by dzieci
się go uczyły.
- To nam bardzo ciąży. Na szczęście rośnie zainteresowanie kursami języka
niemieckiego dla dorosłych. Korzystają z tego także osoby z większości i to
nas cieszy, bo ci ludzie będą w swoim środowisku przychodzić na różne imprezy
i spotkania prowadzone po niemiecku. Natomiast przyznaję, że kompletnie
przegapiliśmy 10-15 lat temu nauczanie języka niemieckiego w przedszkolach.
Bylibyśmy dziś o wiele dalej, niż jesteśmy, w budowaniu niemieckiej
tożsamości. Nauczanie od klasy piątej jest mocno spóźnione.
- Kiedy uchwalano - po wielu latach prac - ustawę o mniejszościach
narodowych, wielu mieszkańców Opolszczyzny bało się konfliktów, jakie miały
wybuchać o język pomocniczy w gminach czy o tablice z dwujęzycznymi nazwami
miejscowości. Okazało się, że nie ma takiej sprawy, bo samorządy wywodzące
się z mniejszości w swej masie wcale o te prawa nie zabiegają. Dlaczego?
- Jesteśmy w roku wyborów samorządowych.
- Tym bardziej powinni się starać o głosy swoich wyborców.
- Proszę pamiętać, że samorządowcy z mniejszości wybierani są także przez
elektorat większościowy, więc wolą mu się nie narażać. Ciągle nie udało nam
się przekonać społeczeństwa na Opolszczyźnie, że dwujęzyczne tablice to nie
jest problem, że są one w całej Europie, bo 110 mln Europejczyków należy do
jakiejś mniejszości narodowej. Na razie żąda się od nas, żebyśmy wieszali
plakaty dwujęzyczne - po niemiecku i po polsku - nawet podczas Dni Kultury
Opolszczyzny w Nadrenii-Palatynacie. To jest czysty absurd. Niestety, o
wielokulturowości na Opolszczyźnie więcej się mówi, niż robi.
- Czy TSKN prowadzi jakąś - adresowaną do większości - akcję promującą
dwujęzyczne nazwy? Ja jej nie zauważyłem. Samym masom mniejszości zdaje się
na nich nie zależeć.
- Niestety, dla wielu naszych ludzi zdobycie niemieckiego paszportu zamyka
sprawę i kończy zainteresowanie niemieckością. To wystarcza im do zapewnienia
bytu na co dzień. Zarobione pieniądze w dużej części wydają na konsumpcję i
na tym poprzestają.
- Zabrakło transmisji między tym, o co na co dzień zabiegają ludzie, a tym, o
co zabiegali w Sejmie reprezentanci mniejszości?
- Posłom Mniejszości Niemieckiej zdawało się, że wywalczenie ustawy o
mniejszościach jest celem samym w sobie. Usiedli na laurach i czekają, co się
stanie. Tymczasem ustawa to jest początek drogi, a nie punkt dojścia. Ona w
90 procentach jest do zrealizowania na poziomie gmin. Moja nadzieja w pośle
Galli i obu wicemarszałkach województwa, którzy te sprawy czują. Swego
rodzaju nieszczęściem mniejszości jest i to, że wójtowie są dziś organem
jednoosobowym, wybieranym bezpośrednio. Najprężniejsi z nich uważają często,
że już mniejszości nie potrzebują, dadzą sobie radę sami i bez pomocy TSKN
też wygrają wybory. Nie ułatwia nam też życia przykręcanie śruby finansowej
przez stronę niemiecką.
- Za dwujęzyczne tablice płaci akurat państwo polskie...
- ... i co z tego, skoro ten i ów wójt mówi, że są ważniejsze sprawy i po co
w ogóle wieszać nową tablicę, jak ona różni się od polskiej tylko o dwie
litery. Paradoksalnie, gdybyśmy żyli w diasporze, gdyby nas było mniej,
walczylibyśmy bardziej o swoje. Nasza siła nas rozleniwiła. Dlatego inne
mniejszości w Polsce nas wyprzedzają w wielu dziedzinach, choćby w sprawie
przygotowania podręczników i programów szkolnych. Zostaliśmy w pewnym sensie
przed laty zepsuci wsparciem niemieckim na szkolnictwo. Jak z kasą jest
cienko, rozkładamy ręce. Ponieważ dostawaliśmy rybę, nie umiemy używać wędki.
- Kiedy niemieckie pieniądze płynęły strugą, pompowano je w infrastrukturę,
żeby powstrzymać wyjazdy z Opolszczyzny do Niemiec. Z perspektywy 15 lat
widać, że ludzie i tak wyjeżdżają za pracą, a działalności mniejszościowej
praktycznie nie ma z kim prowadzić. Czy to krach polityki mniejszości?
- To nie jest krach polityki. To jest krach braku polityki. Myśmy się
zachłysnęli tym, że mamy struktury, że działa 330 kół DFK, co roku odbywają
się zebrania TSKN. Niby wszystko gra, ale to nie znaczy, że w tym jest życie
i że prowadzimy politykę we wszystkich sferach życia społeczno-kulturalnego.
Kilka lat temu opracowaliśmy - z pomocą polskich fachowców - ponad 80 stron
strategii mniejszości.
- I co z tego?
- Cisza. Wszystko się rozpłynęło w dyskusjach. Strategia stała się projektem
strategii i w tej postaci leży w biurku do dnia dzisiejszego. Niczego z jej
pomocą nie zbudowano. Gdzieś "zapodzialiśmy” 16-punktowy program opracowany
przy powstaniu mniejszości. Niestety, z Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego
zostało dziś głównie towarzystwo. W zakresie kultury mniejszości jeszcze coś
się dzieje. Ale do dziś nie dopracowaliśmy się nikogo, kto by się etatowo
zajmował edukacją niemiecką w regionie, kto jeździłby od szkoły do szkoły i
pilnował poziomu kadry, podręczników, programów itp. A my tego wszystkiego
nie mamy, a potem dziwimy się, że nam szkół brakuje.
- Czy pan - od lat należący do ścisłych władz TSKN - czuje się odpowiedzialny
za jego kryzys?
- Oczywiście, jestem współodpowiedzialny, ale czasem czuję się jak wołający
na puszczy. Rozpaczliwie brakuje ludzi, którzy zaangażowaliby się w sprawy
mniejszości całym sercem i popychali ją do przodu. Brakuje nam zapału,
mobilizacji, nawet zacietrzewienia.
Krzysztof Ogiolda
kogiolda@nto.pl
077 44 32 581
www.nto.com.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20060107/WYWIAD/60106017