szwager_z_laband
26.08.06, 12:35
Kim chcą być Niemcy
Stefan Bratkowski*2006-08-24, ostatnia aktualizacja 2006-08-23 17:52
W dzisiejszych Niemczech niepokoi mnie mitologizacja Prus. Z ich tradycją -
władczego państwa, filozofii ekspansji, pychy i pogardy dla słabszych
Fot. ROBERT KOWALEWSKI
Stefan BartkowskiKim chcą być Niemcy" - pod takim tytułem ukazał się mój
książkowy szkic, z którym polemizowała tydzień temu Anna Wolff-Powęska,
zarzucając mu czarno-biały obraz Niemiec. Rozumiem ją. Artykuł "W oparach
ducha pruskiego" ("Gazeta" z 12-13 sierpnia br.) ilustruje, co to znaczy żyć
na styku kultur...
Nie chodziło mi o portret Niemiec. Chodziło mi o tytułowe pytanie. W jednej
rodzinie państw i narodów nie ma rzeczy ważniejszej niż znalezienie kodów, z
pomocą których umielibyśmy się porozumieć. Co więcej, myślę, że każdy z
narodów Unii powinien rozmawiać ze sobą i z innymi o sobie - kim chcą być
Francuzi, kim chcą być Polacy... Tym bardziej - Niemcy. Bo, nie ukrywajmy,
Europa ma prawo obawiać się Niemiec, jeśli dzisiejsze sukcesy rozwojowe
upoważnią je w przyszłości do pewnej siebie arogancji nie tylko wobec
przeciwników w piłce nożnej. Unia Europejska jako supermocarstwo z dominacją
Niemiec, tak już dziś niechętnych wobec USA - to mało ponętny ciąg dalszy. A
nie wymyśliłem tych obaw.
Nie dziedziczę poglądów po PRL i nikomu ich nie sugeruję. Jestem synem
jednego ze współzałożycieli Związku Obrony Kresów Zachodnich, synem konsula
RP w Niemczech. Moi rodzice długie lata spędzili w przedwojennych Niemczech.
Tam się urodziłem, jako brzdąc mówiłem po niemiecku. Dziedziczyłem świadomość
losu niemieckich przyjaciół rodziców, tych z Wrocławia, i tych z Berlina,
czyli - pruskich ludzi demokracji. Mam rodzinne poczucie przedziału między
Niemcami demokracji i przyzwoitości a Niemcami mitologii Prus i pychy. Nie z
polskich urazów biorą się moje pytania o niemiecką wyobraźnię.
Podkreślałem, że Niemcy zbudowały po wojnie solidną demokrację - cokolwiek
biurokratyczną, ale przyzwoitą i sympatyczniejszą niż, dajmy na to,
francuska. Z niedokonanym jednak wyborem przeszłości. W Hamburgu nie mogłem
znaleźć historii tej najdłużej przetrwałej republiki miejskiej w Europie
(czemuż to moja polemistka nie podała tytułu jakiejś powszechnie dostępnej,
popularyzatorskiej o tym książki?).
W "Rozważaniach" Thomasa Niepperdeya, nieżyjącego już "klasyka
historiografii" (tej współczesnej), tradycją Niemiec jest potęga Prus. W tej
tradycji nie zmieściły się źródła myśli demokratycznej niemieckiego
Oświecenia, cytowane gęsto w książce mojej polemistki - Getynga i Hamburg.
Ten Hamburg zaś nawet w interesach był inny - jego największa firma żeglugowa
Europy, Hapag, sprzeciwiała się wojnom niszczącym handel morski i statki. I
mógł być stolicą zjednoczonych Niemiec. Już za Wilhelma II.
Pytanie więc nie jest błahe ani retoryczne. Chciałem zwrócić uwagę, że nasi
zachodni sąsiedzi nie są skazani na jedną opcję - tę, która funkcjonuje jako
stereotyp pruski: z władczym państwem, filozofią ekspansji, pychą i pogardą
dla słabszych. Dlatego interesuje mnie różnica między światem "Buddenbrooków"
Tomasza Manna a światem Prus z trylogii Henryka Manna "Cesarstwo".
Niepokoi mnie dzisiejsza niedostrzegalna, a postępująca mitologizacja Prus.
Może przesadzam, ale już argument, że Niemcy mają za sobą niekończącą się
dyskusję o przeszłości, robi dwuznaczne wrażenie. Znam te dyskusje, ale w
tych sprawach nie wystarczy optyka samych Niemców. Żeby odbudować zaufanie
Europy, trzeba o hitleryzmie dyskutować razem przynajmniej z Żydami i
Polakami. Dziś o to łatwiej - dzisiejsi Niemcy nikogo nie mordowali, nie
grabili, zbudowali państwo solidnej demokracji, z której mogą być dumni; nie
są niczemu winni i nie oczekuję, by się bili w piersi za grzechy przodków.
Chodzi - o pamięć. Rzecz nie w tym, dlaczego wierzył w Hitlera nastoletni
Günter Grass, chcący bronić ojczyzny. Rzecz w tym, by wyjaśnić, jak ze
zwykłych dorosłych Niemców chora doktryna robiła wykonawców zbrodni.
Anna Wolff-Powęska redaguje tę pamięć po swojemu, polemizując nawet z tym,
czego nie napisałem. A ja nadal sądzę, że Niemcom nie zaszczepił hitleryzmu
tajemniczy "nazi". Hitleryzm wyrósł - co starałem się ukazać - z
przemilczanej tradycji ruchu Wszechniemców, przejętej w całości (i nadal będę
ostrzegał przed każdymi "wszech", ponieważ wiem, co z tego wyrasta). Nie
pominąłem Wiednia - przywołałem wyborne o nim studium Brigitte Hamann. Co do
Austriaków w służbie Hitlera, czuli się ponad wszelką wątpliwość Niemcami -
pierwszy wódz Wszechniemców wywodził się z Austrii.
Hitleryzm rozkwitał na podłożu mentalności pruskiej. To wielki historyk
Heinrich von Treitschke, Prusak z wyboru, uczył Niemcy pogardy dla słabszych.
Ciągle nie wiemy, jak po bitwie pod Sadową Niemcy stawały się Prusami. A to
one, ze swoją "wolą mocy" i duchem agresji, przed Hitlerem bez pardonu
mordowały czarnych ludzi w "swoich" koloniach afrykańskich. Oddziałom jadącym
do Chin tłumić powstanie bokserów Wilhelm II zalecał nie zostawiać żywych -
"by żaden Chińczyk nie odważył się nigdy źle spojrzeć na Niemca". Nadal też
warto pamiętać, że Prusy i Niemcy pruskie wszczęły w ciągu ostatnich 266 lat
dziewięć wojen, w tym pięć wielkich, a dwie światowe.
Nie pominąłem Prus Johanna Joachima Winckelmana, odkrywcy antyku, i Immanuela
Kanta ani buntującego się, kpiarskiego Berlina; ale podałem, co sam
Winckelman pisał o państwie Fryderyka II. Zanim się zaś będzie idealizowało
pruską dyscyplinę, solidność i punktualność, warto pytać, dlaczego
wyprowadzający nas po kapitulacji Powstania Warszawskiego spod gruzów
Muranowa oficer niemiecki, urodzony w Stuttgarcie, powiedział mojej matce o
swoich podkomendnych: "die Preussischen banditen".
Skąd wiem, że najokrutniejsi wśród okupantów byli Prusacy? Z czwartego piętra
Muranowskiej 6 oglądaliśmy ich za murem getta (dochodzili na Muranowską 2,
okrężną drogą przez Stawki, kupować słodycze w sklepie mojej matki). Może
ktoś sprawdzi spisy ich formacji, jeśli się gdzieś uchowały. I sprawdzi, kto
we Flossenburgu spychał na śmierć w kale pod latryną malców z Zamojszczyzny -
przeżyło ich stu z 1100 przywiezionych (inni zamarzli już po drodze). Gdzie
tu miejsce na pośrednie szarości w obrazie? Podczas apokalipsy?
Pisałem o paru zapomnianych wiekach przyjaźni między Niemcami i Polakami,
także o czasach, gdy Polska była ucieczką Niemców (stąd i wielcy polscy
patrioci z niemieckimi nazwiskami). Ostatni po 350 latach polski Doenhoff,
przodek Marion von Doenhoff, Stanisław, był z Napoleonem pod Moskwą, później
był podpułkownikiem w powstaniu listopadowym. Pisałem o polskich Niemcach,
których zasług nie umiemy docenić - Gotfryd Lengnich z Gdańska odkrył kronikę
Galla Anonima, zestawił bezcenne "Ius publicum Regni Poloniae" i po niemiecku
wzywał Polaków-rodaków do zainteresowania własną historią (nie ma biografii).
Opisywałem, jak Niemcy przyjmowali wychodźców powstania listopadowego i
ściągali ich potem do swych powstań w czasie Wiosny Ludów. To jest jakiś
wariant wyobraźni Niemców, przyjaznej innym, a nawet - serdecznej. Tych
Niemców, z którymi rozumieliśmy się podczas wojny polsko-jaruzelskiej.
Dzisiejsze demokratyczne Niemcy nikomu nie zagrażają - wolne od nazizmu, ale
i wolne od pamięci. Czasem nawet bieżącej. Tony wyższości w niemieckich
mediach wobec wschodnich sąsiadów pamiętam z napomnień pod adresem Polaków,
zakłócających swymi buntami europejski spokój i psujących interesy.
Mój szkic nie mógł objąć niekompetencji obecnych szefów naszego państwa. Na
spotkaniu Trójkąta Weimarskiego prezydent RP mógł spytać, dlaczego Niemcy
zaakceptowali rosyjską karę polityczną wobec Ukrainy i Polski, godząc się na
kosztowniejszy gazociąg podmorski zamiast tańszego przez oba te kraje - ale
nie pojechał. Tak samo komisarz Warszawy, wizytując prezydenta Berlina, mógł
spytać, dlacz