hanys_hans
10.11.06, 18:59
Po wysłuchaniu exposé premiera Kazimierza Marcinkiewicza można byłoby
stwierdzić, iż równie dobrze mogłoby to być wystąpienie szefa rządu Słowacji,
Czech, Szwajcarii, Austrii, Węgier, Afganistanu, Nepalu, Mongolii, Laosu,
Boliwii czy Paragwaju. Dlaczego? Dlatego, iż wszystkie te kraje są śródlądowe,
to znaczy pozbawione dostępu do morza. Dostęp ten Polska jeszcze posiada, ale
jest na prostej do jego postradania. Przez przysłowiowe i od lat pracowicie
zabijane deskami „okno na świat” widać już całkiem niewiele. Tak jak kiedyś
wiatr – jak pisał Stefan Żeromski, tak dzisiaj smród wieje od morza – jak
stwierdził władający piórem mechanik okrętowy inż. Waldemar Rekść. Jedynym
widomym znakiem polskiej więzi z morzem staje się obecność warty honorowej
wystawianej przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie przez Marynarkę Wojenną.
Wystarczyło lat 15 tzw. transformacji na spisanie na straty dokonań dwóch
ostatnich pokoleń Polaków, nie licząc dorobku generacji przedwojennej, której
dziełem jest uchodzący wciąż za najnowocześniejszy na Bałtyku port w Gdyni.
Kilka lat temu zarząd portu w Hamburgu wydał w Warszawie konferencje prasową.
Wydał, gdyż było sute przyjęcie, na którym podano m.in. informację o tym, iż w
zasięgu oddziaływania tego portu znajduje się już cała Europa Północna i
Środkowa: od Brukseli po Moskwę i od Helsinek po Lublianę. W tym stanie rzeczy
portom polskim pozostanie rola obsługujących Hamburg peryferyjnych baz
ładunkowych. Z Gdańska, Gdyni i Szczecina można dowozić ładunki do Hamburga i
tam przeładowywać na statki udające się w szeroki świat. Peryferyjność tę
utrwalało tendencyjne zwlekanie z decyzją budowy autostrad A-1 i A-3, czyli w
układzie południkowym, co przekreśla szansę czerpania profitów z tranzytu
przez Polskę ładunków z Północy na Południe i odwrotnie.