hanys_hans
08.04.07, 20:28
serwisy.gazeta.pl/cjg/1,33256,1445078.html
Rest "Auracja", Gliwice
Jarosław Gibas
2003-04-25, ostatnia aktualizacja 2003-04-25 14:38
Rest "Auracja", Gliwice, ul. Jagiellońska 4, czynne od 11 do 23, w weekendy od
12 do 24
Jakieś dwa lata temu miałem okazję zaliczyć "zakopiankę" w towarzystwie
Szymona Majewskiego - tego telewizyjnego od słów gięcia i coś tam, który przez
całą drogę komentował architekturę zakopiańską, a szczególnie te budynki,
które do niej nijak nie pasowały. Ilekroć zaś mijaliśmy taki właśnie budynek,
słynna osobowość telewizyjna wypowiadała słowa: "ja p..., ale paździerz!". I
właśnie "paździerz" przypomniał mi się, kiedym szukał w Gliwicach restauracji
Pokusa Dionizosa i w końcu natrafiłem na budynek zwany onegdaj pawilonem.
Młodzież śpieszę poinformować, że pawilon to taka wcześniejsza wersja pasażu
handlowego, która jest co prawda jak najbardziej do handlu przeznaczona, ale
samego pasażu w niej nie uświadczysz. Stoją więc takie "paździerze" w każdym
mieście na pamiątkę geniuszu PRL-owskich architektów i czasem się trzeba
ciężko nagłowić, żeby wpaść na to, jak się na przykład wchodzi na
"paździerzowe" pięterko.
Wreszcie znalazłem restaurację, a właściwie Rest "Aurację", bowiem
zrezygnowano tu zdecydowanie ze wspomnienia o Dionizosie na rzecz słów
cięcia-gięcia, co widać po nazwie tego lokalu. Wewnątrz boksy... i właściwie
to wszystko, co można o wystroju powiedzieć. Raczej miło niż niemiło, tym
bardziej że za oknami było akurat jakieś minus dziesięć stopni. W menu
odnajdujemy radosną twórczość, próbującą ukryć niedawne greckie nazwy potraw,
co oczywiście się nie udaje, bo kuchnia grecka wciąż jest tutaj w znakomitej
przewadze. Na początek jednak sięgam po danie o nazwie antivampire (2,9 zł),
ponieważ uwodzi mnie swoją nazwą. Cóż się okazuje? Antivampire to
najzwyczajniejsza w świecie i dobrze nam znana wodzionka! Teraz dopiero
wiadomo, jak się bronić się przed wampirami - zażywa się wodzioneczki z obfitą
ilością czosnku i po kłopocie. Ciekawe, czy działa to równie dobrze na
rozpleniające się ostatnio wampiry energetyczne, wysysające z nas całą chęć do
życia. Pal sześć, jeśli taki wampir hasa wśród znajomych, gorzej, gdy jest nim
nas przełożony! Zajadając wodzionkę, przypomniałem sobie jeszcze jeden sposób
na wampiry - socjotechniczny, ale wcale niezgorszy, tym bardziej że sam go
sprawdzałem. Otóż energetycznemu wampirowi należy wyssać energię w taki
sposób, aby drań myślał, że to on wysysa. Dalsze instrukcje w socjologicznej
literaturze fachowej! Tymczasem wodzionka się skończyła i czym prędzej
zapragnąłem przepłukać czosnek piwem (0,5 l za 4,5 zł). Tutaj pojawia się
wodzionkowy problem - otóż chociażby wypić i z pięć browarów, to i tak
antywampirowego wyziewu z paszczy człowiek się nie pozbędzie, w związku z czym
decydując się na wodzionkę, trzeba od razu założyć, że wieczór będzie się
musiał obejść bez całowania. Kolejnym daniem, w którym słów cięcie-gięcie
wpłynęło na mój wybór, było red hot chili ikar (7,9 zł), które okazało się być
złożone z pikantnych skrzydełek z kurczaka. Prawdę powiedziawszy, palce lizać
- dużo lepsze od tych z KFC, a tamte, jak wiadomo, mimo że plastikowe, to poza
tym niczego sobie. Tutaj wysmażone z chrupiącą skórką i w czerwonym sosie
chili, od razu przywodzą na myśl piosenki Red Hotsów, szczególnie tę o
kalifornikacji, która w niewyszukanych słowach tłumaczy, dlaczego tak wiele
amerykańskich dziewcząt marzy o operacji plastycznej. Po skrzydełkach palący
przełyk należy ugasić po raz kolejny, tym bardziej że przechodzimy do pompei
(22,9 zł), która to nazwa tłumaczy się dopiero wówczas, kiedy danie zjawia się
na stole. Oto stoi przed nami na środku talerza góra ryżu ugotowanego z
dodatkiem szafranu, a wokół góry rozlewa się polędwica wołowa z warzywami.
Pompei wprawdzie nie widać, ale Wezuwiusz dostojnie góruje nad otoczeniem,
polędwica zaś nie zgrzyta w zębach popiołem, co oznacza, że kucharz jednak
postanowił oszczędzić konsumentom bardzo dokładnego oddania tego, co się z
Pompejami stało. W Pompejach zaś, jak wiadomo ze szkolnych lektur, tuż przed
ich zagładą było bardzo fajnie i tutaj akurat danie nazwane na cześć tego
rozpustnego miasta wpasowuje się idealnie, bo jest również bardzo fajne. Wiem,
że w kulinarnych opisach słowa "bardzo fajnie" nic nie znaczą, więc może
najwyższy czas nadać im kulinarne znaczenie. "Bardzo fajne danie" oznacza
więc, że mamy do czynienia z czymś przyzwoicie smacznym, jednak nie takim,
żeby od razu padać na kolana.
W ten oto sposób powiększyliśmy naszą wiedzę o śląskich architektonicznych
paździerzach. Ładniejsze od tego w Gliwicach nie będą, ale może warto się
czasem przy niektórych zatrzymać, bo mogą skrywać w swych wnętrzach bardzo
fajne restauracje.