Prawie rok temu pytałam się Was forumowiczki, co sądzicie o zabraniu roweru do
Stambułu (wtedy jeszcze tu nie mieszkałam i nie wiedziałam, czy da się w tym
mieście jeździć czy nie) i nikt mnie jakoś specjalnie nie zachęcał, ale
uparłam się i spakowałam swojego górala, przejechał w luku bagażowym z Katowic
do Sofii za jedyne 20 złotych, a z Sofii do Stambułu za darmo – kierowca z
zaskoczenia chyba nie wymyślił żadnej ceny.
Mój chłopak z początku pukał sie w czoło, pokazywał ulice pełne samochodów,
wąskie chodniki, wysokie krawężniki. Na wakacje wyjechałam do Szkocji, rower
zostawiłam, no i skusiło chłopaka i spodobało mu się do tego stopnia, że jak
przyjechałam z powrotem, to w mieszkaniu stały dwa rowery, a U. stał się
specjalistą od spraw technicznych i sprzętowych, a nawet pokazał mi, jak
należy atakować te wysokie krawężniki – zaopatrzył się w literaturę fachową na
temat sztuczek rowerowych.
Rowerem dojeżdamy do pracy, bo mamy blisko i wydaje mi się, że samochodem
nawet nie byłoby szybciej – jeśli weźmie się pod uwagę światła i czasami
korki, oraz to że mogę sobie pojechać chodnikiem albo pod prąd

Co prawda
muszę pamiętać o zabraniu ciuchów na zmianę, łącznie z butami do spódnicy od
czasu do czasu. W weekendy nie wybieramy się poza miasto, bo rozmiar miasta na
to nie pozwala – ale wyjeździmy jakieś 30-40 km w pogoni za na przykład
mostem, parkiem, muzeum, pagórkiem albo po prostu za kawą (U. wieczorem zlicza
wszystkie odcinki na google earth). Ile razy jesteśmy w pobliżu Karakoy/
Eminonu, serwujemy sobie jazdę pod górkę do Taksim, do Inci i wtedy czuję, że
zasłużyłam na to czekoladowe cudo, które tam sprzedają.
Czasem jest niebezpiecznie na drodze, szczęśliwie przez te pół roku miałam
tylko jeden wypadek, wina i moja i jego, tzn. kierowcy taksówki, on wyjechał
na skrzyżowanie na czerwonym, a ja miałam niesprawne hamulce, więc nie mogłam
się zatrzymać od razu, jak wariata zobaczyłam, na szczęście skończyło się na
poharatanym kolanie. Właśnie do kierowców, oprócz kotów, najczęściej tutaj
mówię po polsku – tyle że z kotami to ładnie rozmawiam. Na taksiarzy jestem
cięta za dwulicowość – jak mnie z pracy wysyłają na koniec świata, to biorę
taksi, wtedy słyszę że super że jestem z Polski i takie tam ćmoje boje, a jak
się spotykamy na ulicy, to by mnie najchętniej zatrąbili i przejechali na
śmierć. No i jak dojeżdżają do krawężnika, żeby mnie zabrać, to mimo kałuż nie
ochlapią, ale na rowerze nie jestem potencjalnym pasażerem/klientem, więc mają
mnie w nosie dżentelmeni. Kupiłam sobie nieprzemakalne spodnie na jazdę w
deszczu czy śniegu – i teraz też mam ich gdzieś.
Poza tym mimo rozpowszechnionego piractwa czuję się dość bezpiecznie, bo każdy
tutaj musi uważać potrójnie, nie można przecież liczyć na przewidywalność
innych uczestników ruchu. I nie chodzi mi tylko o samochodziarzy - piesi
potrafią wleźć na jezdnię zupełnie bez oglądania się, niektórzy tureccy
rowerzyści, trzeźwi, ale kulają się radośnie i bezmyślnie od krawężnika do
krawężnika nawet na ruchliwych dwukierunkowych, są też panowie z wózkami
załadowanymi różnymi różnościami zajmujący 1/3 pasa...
Miałam niezły ubaw przekraczając granicę turecko-grecką na rowerze, zresztą
nie tylko ja, przy odprawie paszportowej jakiś starszy pan kierowca tak się
rozrechotał na mój widok, że się bałam, że zapaści jakiejś dostanie. Do
przygranicznego miasteczka dojechałam autokarem, rower oczywiście jedzie w
Turcji za darmo i bez problemu. Potem ok. 6 km do granicy, celnicy odprawiali
mnie z uśmiechem na twarzy, poza tym było szybko, przepuszczali mnie przed
samochodami, które jednak musiały czekać na kontrolę. Bardzo polecam. Cudownie
się jechało drogą pomiędzy stroną turecką a grecką – oczywiście znowu uśmiali
się żołnierze na posterunkach, szczególnie jak mnie zobaczyli po 15 minutach
jadącą w przeciwnym kierunku. Usłyszałam też jednak, że ta granica nie jest od
takiego wjazdu na 5 minut tylko na cały dzień – ale to już inna historia.
Mniej śmiesznie było, jak zgubiłam zapasowe klucze do zapięcia, a rower był
zaczepiony do balustrady w budynku. Moim zdaniem taka niebieściutka rama
(najładniejszy odcień w całym sklepie) mogłaby być ozdobą niejednej klatki
schodowej), ale właściciel uważał że mu te dwa kółka tak szpecą korytarz, że
nie da rady poczekać tydzień lub dwa, aż mi przyślą z firmy kolejny komplet
kluczy i musieliśmy użyć piły elektrycznej. A jak szukaliśmy tego zagubionego
klucza po nocy z latarką, to mało nas nie aresztowali, bo z przejęcia
zapomnieliśmy o zabraniu z domu dokumentów, a z tą latarką wzbudzaliśmy
nieziemskie podejrzenia.
Rowerzystów w Stambule jest tak mało, że jak się widzimy to pozdrawiamy się,
zupełnie jak turyści na górskich szlakach. Jest grupa osób, które organizują
wypady w środy i piątki wieczorem bodajże z Eminonu, ale jeszcze nie mieliśmy
czasu się dołączyć. Za to bierzemy udział w wyścigach! Wyścigi odbywają się
średnio co miesiąc, w lesie w Cekmekoy. W styczniu był śnieg, na miastowych
oponach w ogóle nie poruszałam się do przodu, pierwsze okrążenie
przespacerowałam z zamiarem zakończenia wyścigu po dojściu do mety. Przed metą
zrobiło mi się głupio, więc wskoczyłam na siodełko, przy mecie czekało sporo
ludzi, pstrykali zdjęcia, krzyczeli 'hadi' i 'bravo', wobec czego jeszcze
bardziej głupio było się poddać i o suchym pysku (zapomniałam o wodzie)
przejechałam jeszcze dwa okrążenia i ukończyłam wyścig jako ostatnia w
kategorii 'bayan' (kobitki) – było nas 9. Ale za to w lutym byłam czwarta –
dostałam medal i 75 YTL! I żeby nie było wątpliwości – żadna tam ze mnie
sportsmenka, to pierwszy medal w moim życiu, dlatego cały tydzień się chwalę
komu tylko można (nawet jednemu taksiarzowi przy okazji rozmowy o meczach i
sporcie). Żal mi tylko U. - ani razu nie udało mu się nawet ukończyć wyścigu,
faceci przed trzydziestką muszą wyrobić siedem lub osiem okrążeń, jest ich i
wiele więcej i większa konkurencja – moje słoneczko ledwo kończy szóste
okrążenie, a organizatorzy zaczynają uroczystości

Na szczęście on się tym
zbytnio nie przejmuje, a cieszy się, że gdzieś na tych trasach brzuszek mu się
stracił.
Strasznie jestem ciekawa, czy jest tu jeszcze jakaś rowerowa polonia oprócz
mnie??? Jak i gdzie się sportujecie? Czy ktoś wie, gdzie w Turcji mogę
pojechać na narty, żeby się nie zabić (jeżdżę od dwóch zim, łącznie sześć dni
wyjeżdżonych), nie stracic majątku i gdzie znajdę oślą łączkę dla U.?