emigrantka_z_dzieckiem
16.05.12, 16:43
W moim mieście trwa właśnie tygodniowy market na głównym rynku, wystawiają się i farmerzy, i lokalni przedsiębiorcy, jest też skupisko stoisk z produktami z różnych krajów, w tym z Polski. I z przykrością muszę stwierdzić, że rodacy po raz kolejny sprawili, że poczułam się zażenowana i zniesmaczona :(
Polskie stoisko polega na rozłożonym grillu, na którym pieką się kiełbaski, obok w garze podgrzewa się bigos - ok. Sprzedawany jest też polski chleb i piwo, dla tego drugiego ustawiono nawet kilka stolików z parasolami. A co mnie wkurzyło? Muzyka umc-umc puszczana z głośników na tyle głośno, że nie słychać ani rozmówcy, ani sprzedawców z okolicznych stoisk, no dudni ten hałas na pół miasta :/ Na przemian disco-polo z dyskotekowymi "hitami" i techno. Przechodzący ludzie zerkają z dezaprobatą, inni wystawcy chyba tracą cierpliwość, a nasi kochani rodacy (dwóch panów ok. 25) kiwają głowami w rytm muzyki i najwyraźniej są dumni z festynowego nastroju, który wszystkim zapewniają. Oczywiście jako że poczułam się zobowiązana zasugerować, że nie każdemu może się ten hałas podobać, zwróciłam grzecznie i z uśmiechem uwagę, że może by tak trochę ściszyć bo nie słychać, co mówią inni sprzedawcy. Na co panowie odpowiedzieli (sic!) "niech angole się trochę rozluźnią, trochę muzyki nikomu nie zaszkodzi". Mam nadzieję, że ktoś na tym rynku pilnuje porządku i w końcu jakiś authority zwróci im uwagę, bo skutecznie zepsuli mi zakupy i pewnie wielu innym osobom też. Dlaczego niektórym tak ciężko dostosować się do panujących zwyczajów i próbują na siłę wprowadzać swoje? Autentycznie zrobiło mi się wstyd.