smiglostopy
11.02.10, 00:47
Jako ze nieczesto mozna przeczytac o naszych poza alpejskich wypadach, napisze krotko jak jezdzilo sie przez tydzien w Kolorado. Wrocilismy 2 tygodnie temu. Bylismy 7 dni z czego 6 na nartach. 4 w Breckenridge, gdzie mieszkalismy. 2 w Vail.
Z Nowego Jorku leci sie do Denver okolo 4 godzin. Kolejne 2 godziny trzeba poswiecic na dojazd z lotniska do Breckenridge. Droga z lotniska bardzo latwa. Caly czas autostrada. W hotelu check-in mielismy dopiero o 4pm, postanowilismy wiec troche pozwiedzac Denver. Pierwsze co sie rzuca... na glowe to cisnienie. Miasto polozone jest na ok 2000mnpm. Myslalem, ze jestem malo wrazliwy na podobne zmiany, ale wysokosc daje sie od razu odczuc. Pod koniec drogi do Breckenridge, jakies 30 minut przed celem, zlapala nas zamiec sniezna. Niby nic, ale mialem troche cykora bo w wypozyczonym samochodzie nie bylo lancuchow, naped mialem tylko na przod, a opony „uniwersalne”. Pare razy troche sie poslizgalem. Najgorsze bylo jednak przeswiadczenie, ze przy naprawde sporych opadach sniegu, tych bez lancuchow nie wpuszczaja do doliny, hmmm. Jakos sie udalo.
Breckenridge przywitalo nas piekna zima, cholernym zimnem i swoim slynnym polozeniem na ponad 2400m. Po rozpakowaniu, szybkie zwiedzanie niezwykle malowniczego miasteczka, goraca czekolada i studiowanie mapki tras przed nastepnym dniem. W niedziele pierwsze szusy. Bardzo fajnie zorganizowany jest dowoz na stok. Przed wyjsciem dzwoni sie do recepcji, a ta zawiadamia hotelowy „bus”, ktory zjawia sie w przeciagu 10 minut i zawozi w dowolnie wybrane miejsce. Mozna startowac z jednego z czterech „peaks”. My mieszkalismy tuz przy najdluzszym zjezdzie „four o’clock” u podnoza Peak 8. Bylo to o tyle wygodne, ze stok prowadzil do samego wejscia do hotelu (ski-in, ale nie ski-out). Dojazd do (jak sie pozniej okazalo) najfajniejszych naszym zdaniem tras na Peak 10 zajmowal nie wiecej niz 10 minut.
Pierwszego dnia zaczelismy od Peak 8 (oczywiscie wszystkie 4 sa ze soba polaczone systemem wyciagow). Musialismy najpierw odebrac karnety w kasie bo nie zdazyli przyslac do domu (doszly 1 dzien po naszym powrocie). Zamawialem przez internet. W ten sposob na 6cio dniowym karnecie oszczedza sie $180. Cena po znizce $372. Na gore wjezdza sie 4 osobowa gondolka. Stamtad 2, 4 i 6cio osobowe krzesla do wszystkich tras. Gondola wwozi na ...2926mnpm. Najwyzej polozona traska zaczyna sie na ...3963mnpm. To naprawde czuc. Ja odczulem to w ten sposob, ze po pierwszym dniu jazdy nie moglem sie podnies z lozka, a glowa myslalem ze mi eksploduje. Not fun. Na domiar zlego, akurat pierwszego dnia temperatura spadla do -6F, odczuwalnosc z przeszywajacym wiatrem -22F (odpowiednio -18C i -37C!). Byl to dzien w ktorym zmarzlem jak nigdy wczesniej w moim zyciu. Po kazdych 2 zjazdach trzeba bylo sie ewakuowac do schroniska/baru. Na stokach, mimo ze byla niedziela, prawie ni zywej duszy.
Drugiego dnia wyszlo slonce, przestal padac snieg i zrobilo sie dosc przyjemnie (w porownaniu z dniem pierwszym). Niestety wiatr ciagle dawal sie we znaki i bylo caly czas zimno. Objezdzilismy caly Peak 10 i czesc Peak 9. Bardzo fajne traski, odpowiedniki europejskich czerwonych i latwych czarnych. Caly teren to 954 hektary, w tym 312 hektarow tzw „bowls” – nie przygotowane trasy dla „expertow”. W sumie 155 tras, 14% zielonych, 31% niebieskich, 19% czerwonych i 36% czarnych (wedle europejskiej nomenklatury).
Trzeciego dnia pojechalismy do Vail (ok 45 samochodem). Karnet obejmuje 6 dni w tym 3 do wykorzystania w Vail/Beaver Creek/Keystone. Miasteczka polaczone sa bardzo malowniczo polozona autostrada. Zostalismy uprzedzeni, ze Vail ma snobistyczne zaciecie, ale jakos tego nie odczulem. No moze nie liczac $25 za parking. Miasteczko jest bardzo kameralne. Troche w alpejskim stylu. Ceny nizsze niz w Nowym Jorku wiec bylem mile zaskoczony. Piszac o cenach mam na mysli zarcie. Nie wchodzilem do (swoja droga dosc licznych jak na takie male miasteczko) sklepow z futrami. Cheseburger z frytkami i cola w bardzo fajnym barze „czerwony lew” $12. Na stoku drozej o $2. Po wjezdzie na gore usmiechnela mi sie facjata. Nie tylko dlatego, ze bylo piekne slonce, bezchmurne niebo, cieplutko, ale przede wszystkim dlatego, ze wylonil sie narciarski raj na ziemi. Minelo juz troche czasu wiec pisze „na zimno”. Jest to, w braku lepszego slowa, najfajniejszy osrodek narciarski jaki widzialem (tym co czytali moj post w sprawie forumowego konkursu, chce sprostowac ze gorka szczesliwicka to wcale nie jedyne miejsce gdzie do tej pory jezdzilem;). Do tego jest ogromny, 5289 acres. Przewaga tras dla zaawansowanych (53%). Do tras „z przodu gory”, dochodza „back bowls” i troche oddzielny „blue sky basin”. Spedzilismy w Vail 2 dni i byly to chyba moje najfajniejsze 2 dni na nartach, kiedykolwiek (tak wiem, mlody jeszcze jestem;)
Ostatnie 2 dni jezdzilismy w Breckenridge. Pogoda sie poprawila. Jednego dnia po poludniu padal snieg, ale i tak bylo super. Za namowa zony dotarlismy na najwyzszy szczyt dostepny wyciagiem. Wysokosc 3914mnpm! Stamtad, krotkim (jak mi sie z „dolu” wydawalo) ok 50 metrowym podejsciem, mozna bylo dotrzec na sam szczyt. Nie wiem co mnie tchnelo, byc moze podrazniona meska ambicja, ale wdrapalem sie za zona na ten szczyt. Zajelo mi to jakies 20 minut. Kolejne 20, lapalem oddech. Najpierw z powodu braku tlenu, potem z powodu zapierajacych dech widokow, a na koncu probujac opanowac strach jak zobaczylem jaka droga prowadzi na dol. Niby nie jestem jakims super amatorem i radze sobie jakos na czarnych trasach, ale nogi mi sie troche ugiely jak spojzalem w dol. Pierwsze 50-80m to pionowa sciana (a przynajmniej tak to widzialem z gory). Szybka mysl, zeby zjachac na tylku tym samym podejsciem ktorym sie wdrapalem prysla jak zobaczylem, ze zona jest juz w polowie zjazdu, hmmm. Jak o tym pomysle to caly czas miekna mi kolana. Zjazd nie okazal sie tak bardzo trudny. Prawdopodobnie z sprawa sniegu do kolan, ktory skutecznie blokowal wszelkie proby niekontrolowanego rozpedzenia. Warto bylo. Aha, dziewczyna ktora minela mnie podczas tego 50 metrowego podejscia, podczas gdy ja przygotowywalem sie do zjazdu caly czas lezala plackiem probujac zlapac oddech :)
Zapomnialem jeszcze dodac, ze w sklepach sprzedaja „przenosne aparaty tlenowe bez recepty”. Tam jest naprawde bardzo wysoko.
Sorki, ze troche przydlugo. Zalaczam kilka fotek:
fotoforum.gazeta.pl/72,2,853,107101929.html
fotoforum.gazeta.pl/72,2,853,107102215.html