To był naprawdę fajny kolega

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 15:21
Na ulicy Prostej w Warszawie stał dom pod numerem piątym. Mieszkał tam pan
Czesiu. W czasie wojny dom został zburzony, ale pan Czesław znalazł sobie kąt
u znajomych na Krzywym Kole. Mieszkał tam do swojej śmierci w 1979 roku.
    • Gość: Lysout Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 15:34
      Wracaj do swojego szpitala. Idź sobie, idź sobie!!
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 15:41
        Na ulicy Prostej w Warszawie stał dom pod numerem piątym. Mieszkał tam pan
        Czesiu. W czasie wojny dom został zburzony, ale pan Czesław znalazł sobie kąt
        u znajomych na Krzywym Kole. Mieszkał tam do swojej śmierci w 1979 roku.

        Zapomniałem dodać, że Czesław nigdy nikomu nie patrzył prosto w oczy.
        • xxx131 Re: To był naprawdę fajny kolega 14.12.04, 17:15
          co za wspanialy monolog!!
        • Gość: Kinga K. Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 17:43
          Rozumiem. Stał w kącie i strugał patyczek.
          • ks.kluczyk Re: To był naprawdę fajny kolega 14.12.04, 17:54
            No i wciagał głeboko smarki.
            • Gość: Kinga K. Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 17:58
              Owładnięty przy tym melancholią ...
              • ruffikuss Re: To był naprawdę fajny kolega 14.12.04, 18:00
                I przepastną niczym nieskrępowaną dozą jestestwa
                • Gość: Kinga K. Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 18:29
                  Tak, zamgliła go aż po czerwony horyzont egzystencjalna peleryna sentymentów i
                  tęsknot.
            • frred Re: To był naprawdę fajny kolega 01.02.05, 09:55
              Polerował pazura? Plaskał pytonga? Cofał Bułgara?
        • nancy_callahan Re: To był naprawdę fajny kolega 19.07.05, 16:16
          Dobrze, że z Litwinami wódki nie pił (przynajmniej dla niego)
    • Gość: kukułą Nic i tyle IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.12.04, 21:29
      Mieszkając już dłuższy czas przy Krzywym Kole pan Czesław z sentymentem
      wspominał swoje miejsce około Prostej. Trzeba było go słuchać, bo był starszą i
      szanowaną osobą i jakoś nie wypadało zostawić go samego, gdy snuł tę swoją
      opowieść o dobrej przeszłosci. Krzywił się jednak gdy w jego historii pojawiali
      się Niemcy okupujący Warszawę. Nie patrzył też nigdy prosto w oczy.
      • login_niedostepny Re: Nic i tyle 15.12.04, 01:16
        dawaj dalej
        ps. krzywil sie bo mieszkal na krzywym kole?
    • gixera Re: To był naprawdę fajny kolega 15.12.04, 10:00
      Gość portalu: kukułą napisał(a):

      > Mieszkał tam do swojej śmierci w 1979 roku.

      A gdzie mieszkal po swojej smierci?
      • snowgoose Re: To był naprawdę fajny kolega 15.12.04, 11:07
        Nikt nigdy nie widział oczu Czesława, bo nigdy nikomu w oczy prosto nie patrzył.
        Jedynie kiedyś pan posterunkowy, który wylegitymował Czesława, pozanał kolor
        oczu mieszkańca Krzywego Koła (przynajmniej taki jaki był wpisany w dowodzie),
        nikt jednak nie zdołał sie od posterunkowego niczego dowiedzieć, gdyż ten
        zamilkł na wieki... Czesław nigdy nikomu nie patrzył prosto w oczy...
        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.12.04, 14:10
          A sam przecież miał oczy niezwykłe - zasnuwała je mgła, nie katarakty broń
          Boże, wszak Czesław Egipt omijał starannie, była to raczej mgła dziejów, ten
          muślinowy woal historii. Opowieści? Legendy raczej, gdyż ostaną się w legendzie
          czasy gniewu chwaaałyyy dni - owe dni wspominać będzie, nie zapomni owych dni.
          Czesław, ten nienawykły do...
          • Gość: kukułą Kolegą był fajnym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.12.04, 20:41
            Tak jak każdy, komu czas zatrzymał się na latach okupacji, Czesław po prostu
            lubił wspominać dni, w których normalność była raczej codziennym doświadczeniem
            mieszkańców przedwojennej Warszawy. Z Prostej na Krzywe Koło nie jest daleko,
            ale dla Czeława to była odległość całych epok, dwóch światów , których
            przeciwstawnymi symbolami były ulica Prosta i Krzywe Koło.
            • Gość: trusiaa Re: Kolegą był fajnym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 08:28
              Ulica Prosta - wonna i radosna, byla dla Czesława źrodłem nieustannych
              zachwytów; pochylał się on nad każdym mleczem wyrastającym ze szpary w
              chodniku, i nad ludzką biedą, jak wówczas gdy sadystyczna niańka spod 6 wylała
              dziecko z kąpielą. A wieczorami snuł się, pozornie bez celu, od latarni do
              latarni, tulił się do kutych, żelaznych ogrodzeń i pieścił opuszkami palców
              każdy centymetr ulicznego hydrantu...
              • Gość: kukułą Re: Kolegą był fajnym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 09:00
                Życie kątem u znajomych przy Krzywym Kole wcale nie bylo wbrew pozorom Proste.
                Czesław, jak większość z nas, miał swoje "krzywizny". Jego prawie
                niepochamowaną pasją było wystukiwanie łyżeczką do herbaty o rury
                kanalizacyjne, rytmów ulubionych piosenek, zwłaszcza królujących w
                przedwojennych warszawskich kabaretach melodyjnych tang i rumb. To namiętnne
                hobby Czesława miało zresztą swój neprawdopodobny finał.
                • Gość: trusiaa Re: Kolegą był fajnym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 14:20
                  Koncert ten usłyszał pan stójkowy, który od lat zajmował, wraz ze swą gadającą
                  papugą, lokal poniżej. Otóż ten policjant (nazwijmy go Korytko)wraz ze swym
                  szwagrem Hipolitem, pracownikiem więziennym, od wielu już lat bezskutecznie
                  próbował odczytać komunikaty wystukiwane na rurach właśnie, przez grypsujących
                  osadzonych. Pan Korytko niewiele myśląc ucałował dziób swej wiernej papugi (ta,
                  jak zwykle, odwróciła łebek ze wstrętem) i czym prędzej pognał piętro wyżej,
                  aby z bijącym sercem zpukać do drzwi sąsiada.- Panie, z nieba pan mi spadł! I
                  porwał w objęcia zdezorientowanego nieco Czesława. Tak rozpoczęła się jego
                  niesłychana kariera tłumacza przysięgłego.
                  • Gość: kukułą Re: Kolegą był fajnym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 20:48
                    Jak on mógł tak do mnie powiedzieć: 'z nieba pan mi spadł?' - myślał Czesław
                    siedząc z Hipolitem przy plątaninie rur węzła ciepłowniczego Zakładu Karnego
                    przy Rakowieckiej - 'gdyby wiedział, skąd naprawdę spadłem i o co się rozbiłem.'
                    I nagle, w tym momencie Czesław uświadomił sobie, że w tok jego najskrytszych
                    myśli ktoś z oddali wstukuje rytm znajomego tanga, które to wspomnienie nagle
                    wybuchło rozrywając się z hukiem dźwiękiem ognistego kontrabasu na scenie
                    przedwojennego kabaretu "Zorza". Tak szarpał struny tylko ON, Zenek Nowak,
                    najlepszy "kontrabas" przedwojennej Europy. Czesław zamarł z przerażenia: 'ale
                    co on robi tutaj w mamrze przy Rakowieckiej?'. Wsłuchał się w wybijany rytmem
                    gryps i osłupały odczytał taką wiadomość: Moja teściowa ( 53 l) od 10 lat ma
                    cukrzycę. Insulina - cztery razy
                    dziennie. Z głową kiepsko - wysokie poczucie własnej wartości, niekontaktowa,
                    bezkrytyczna wobec własnych zachowań, mowi nieskładnie, irracjonalnie kłamie,
                    ma napady pretensji o nic,wszystko w rozmiarze anormalnym. ma niepohamowany
                    apetyt. Jest po dwóch udarach mózgu - po drugim niedowład kończyn gornej i
                    dolnej lewostronnej.
                    Zjada niewyobrażalne ilości pożywienia, nie mamy mozliwości kontroli nad
                    nią . Zakupy starczające trzyosobowej rodzinie jej nie wystarczają. Je
                    wszystko, czego jej nie wolno. Nie ma tu mowy o diecie. Ona je bez przerwy.
                    Zauwazylam, że myśli tylko o posiłkach, żąda duzych zapasów ( nie chodzi sama
                    na zewnątrz, porusza sie o kuli w domu). potrafi dzwonić w nocy, żeby jej
                    przywieźć wedlinę. Kiedy je, nie słyszy co się do niej mówi. Krztusi sie, je
                    szybko, z pośpieczem, jak człowiek wygłodzony.Jest coraz tęzsza. Ma poziom
                    cukru sięgający 480.Mozna powiedzieć " zajada się' w dosłownym tego słowa
                    znaczeniu. Usłyszałam o zespole psychozy cukrzycowej, polegającej na jakichs
                    problemach z psychiką wymagających leczenia . Prosze o jakieś wskazówki, co
                    robić? POMOCY
                    • trond Re: Kolegą był fajnym 16.12.04, 20:59
                      nie miał innej rady jak całą rzecz przemyśleć dogłębnie.zagłębił więć nogi w
                      kapcie a głowę w poduchę i dumał.myśli rozpraszały mu wspomnienia przeżytych
                      chwil i momentów.nie ustawał w próbach skoncentrowania się na podstawowym
                      temacie jakim byłachęć udzielenia pomocy na pytanie płynące prosto z rury.
                      • Gość: CZESŁAW W co wy mnie wrabiacie!!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 21:34
                        Tutaj Czesław. O rany przez trzy koczkodany, W CO WY MNIE WRABIACIE! To nie
                        było tak, gryps po rurze był taki: "Sprawdziłem czy jestem zimną rybą. Testy
                        nic nie wykazały, ale nie wierzę im ponieważ koledzy w celi od jakiegoś czasu
                        wołają do mnie Karpiu. Proszę o przysłanie mi atlasu ryb słodkowodnych abym
                        mógł zapoznac się ze swoim naturalnym środowiskiem. Po wyjściu na wolność będę
                        wiedział z jaka woda spłynąć. Liczę na wyrozumiałość i pomoc. POMOCY. Zenek
                        Nowak".
                        • Gość: kukułą Re: W co wy mnie wrabiacie!!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.12.04, 21:42
                          Siedż cicho Czesiu. Przejmujemy pełną kontrolę nad twoim życiem. Zresztą jeśli
                          nie podoba ci się nasza wersja grypsu to możemy przystać na Twoją. Bez
                          problemów pójdziemy tym tropem.
                          • Gość: trusiaa Re: W co wy mnie wrabiacie!!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.04, 08:34
                            I pooooszli, najpierw dokonali szybkiego przeglądu myśli i najskrytszych marzeń
                            Czesława. Nieszczęśnik miotał się przy tym i chichotał, bo łaskotki to jedna z
                            tych wstydliwych słabości, do których stary wyjadacz nie przyznał się nawet
                            swej długoletniej narzeczonej Mariannie Śledź, z którą niejeden wieczór majowy
                            przegadał w chaszczach, chruśniakach lub innych burzanach okalających ten,
                            znany niewielu wtajemniczonym, zakątek zwany przez nich...
                            • Gość: Ślimak Re: W co wy mnie wrabiacie!!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.04, 09:09
                              ...Zagajnikiem Odruchów Bezwarunkowych Pawłowa.
            • kozborn Re: Kolegą był fajnym 09.11.05, 11:13
              Jego codzienność wypełniały zwykłe, prozaiczne czynności, w których odnajdywał
              tajemną, nieopisaną radość. Zostawiał ją tylko dla siebie. Od czasu do czasu
              żywot jego przeszywało bardziej intensywne doznanie - mordercza namiętność,
              jaką zapałał do panny Zosi niskiej blondynki o mglistym powabie. Zwykł pałać
              raz w miesiąciu. Panna Zosia z kolei, jako że, jak mawiała "hańbę to ja mam we
              krwi" - oddawała się mu bez reszty.
          • Gość: Alojzy Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.genetik.uni-koeln.de 23.11.05, 13:25
            hej, hej, hej sokoly!
    • Gość: samoraj Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.04, 09:33
      Lubili to miejsce ponieważ na otoczonym przez gęste zarośla małym stawie,
      zwanym Morskim Uchem, mogli, przez nikogo nie zauważeni, puszczać pawie. Tak
      naprawdę nie chodzi tutaj o gęstą ciecz o kolorze brunatnym, na którą składa
      się żółć, nieprzetrawione resztki obiadu i wódka 40-procentowa, ale o prawdziwe
      pawie hodowlane, które czasami uciekały w zarośla otaczające Morskie Ucho z
      pobliskiej farmy zaopatrującej w te królewskie ptaki nieodlegly przecież Park
      Łazienkowski.
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.05, 10:08
        rzeczywiście bez Czesia życie jest smutne.
        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.05, 11:21
          Czesław wychylił się zza obłoku i rzucił melancholijne spojrzenie w dół.
          - Zapomnieli, a takim byłem fajnym kolegą.
          Zatrzeszczała klawiatura. Skostniałe z zimna palce podjęły trud.
          Czesław założył kurtkę, która pamiętała Marszałka, skąd ją miał - Czesio już
          nie pamiętał, a szyję okręcił wełnianym szalem, zrobionym specjalnie dla niego
          przez zręczne paluszki niezapomnianej...
          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.05, 21:07
            A jakżeby tam tylko niezapomnianej. To było objawienie swojego czasu. Trusiaa
            Kopytko, słynna druciarka wełniana (choć mogła być także wełnianką drucianą).
            Natchnienie całej polskiej armii. To dzięki niej Naczelny Wódz miał
            najpiękniejszy szal wsród Głów Państw ówczesnej Europy. Nawet sam Georing,
            który wpadał do Polski postrzelać sobie do kaczek, zawsze witając się z
            Naczelnym zazdrośnie łypał okiem w stronę szyi Wodza, którą zdobił szkarłat
            wzorzysty szalika o nieprawdopodobnie oryginalnym wzorze przywołanym talentem
            Trusii z odległych wieków bogatej kultury ludów Cyrenajki okresu złotego. Och
            ta Trusia, bez niej prysł by urok sielankowej aury jaka otaczała nasze
            międzywojnie. Bęc...
    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 08:13
      - Bęcwale jeden! Czesław zamarł. - Tak do ciebie mówię, nędzna podróbko
      legionisty. Czesław powolutku odwrócił głowę i łypnął podejrzliwie. - Cezar? Ty
      tutaj? - Cezar, pewnie że Cezar, a kto - Dziadek? Czesio padł wprost w ramiona
      dawno zaginionego druha. Impet zderzenia dwóch ciał był tak duży, że zafalowała
      krótka tunika Cezara, a jego wieniec laurowy opadł nieprzystojnie na lewe ucho.
      Tyle lat, wiosen, zim i czego tam jeszcze upłynęło od czasu gdy Czesław i Cezar
      siedzieli w szkolnej ławie. Oślej oczywiście. Cezar odsunął od siebie
      przyjaciela i przyjrzał mu się uważnie. - Wciąż nosisz ten szal? Nie
      zapomniałeś? - No wiesz stary... Czesław obserwował czubek swego buta, którym
      właśnie kreślił kółka na trotuarze. - Są rzeczy, których nie wyrzuca się ot
      tak. No chyba, że istnieją poważne powody. Nagle zmarszczył brwi i wbił swój
      jasny, sokoli wzrok w interlokutora.
    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 08:30
      - Bęcwale jeden. Czesław zamarł. - Tak, do ciebie mówię nędzna podróbko
      legionisty. Czesio odwrócił powolutku głowę i łypnął podejrzliwie. - Cezar?
      - Cezar, jasne że Cezar, a kto Dziadek? Czesław, dotąd nieufny, padł w ramiona
      dawno niewidzianego druha i po chwili załkał jak dziecko. Impet zderzenia dwóch
      ciał był tak silny, że zafalowała krótka tunika Cezara, a wieniec laurowy opadł
      nieprzystojnie na lewe ucho. Ile to lat, wiosen, zim i czego tam jeszcze
      upłynęło od czasu gdy siedzieli razem w szkolnej ławie. Oślej oczywiście. Cezar
      odsunął od siebie przyjaciela i omiótł go uważnym spojrzeniem. Pod jego wpływem
      z ubrania Czesława zaczęły opadać nitki, kłębki kurzu i drobne piórka, w które
      obrósł w czasie rozłąki. - Wciąż nosisz ten szal? Czesław obserwował uważnie
      czubek buta, kreślący równiutkie romby na ciepłym asfalcie. - Są rzeczy,
      których nie sposób wyrzucić ot tak. Chyba, że istnieją ku temu poważne powody.
      Czesław wbił w Cezara swój jasny, sokoli wzrok. W umyśle Czesia zaczęło
      kiełkować straszliwe podejrzenie
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 09:37
        W umyśle Czesia zaczęło kiełkować straszliwe podejrzenie, że nie on sam jest
        obiektem zainteresowania Cezara, ale raczej szal Trusii, który to już przez sam
        fakt, że nie rozstawał się z nim prze tyle lat, stał mu się najbliższym druhem
        i harcerzem. Nie mylił się. Wbijając wzrok w Cezara przebił się szybko przez
        warstwę towarzyskiej ogłady i w okolicach potylicy Cezara odnalazł miejsce
        gdzie w splocie struktur nerwowych, w którym dochodzi do przekształcenia
        energii działającego bodźca na impulsy nerwowe było ukryte ognisko toksyn i
        jadów czarnych myśli. "Tu cię mam !!!" - wyrwało się Czesiowi, i zaczął się
        rozczytywać w myślach Cezara jak w dobrej powieści przygodowej. Z jednej strony
        miłość, zbrodnia, tajemnica, wartka akcja i napięcie, z drugiej zaś — analiza
        istoty inkwizycji i jej działalności, czerpana ze źródeł archiwalnych, punkt
        po punkcie wykazująca obecne kłamstwa (i propagandę) na jej temat oraz próba
        postawienia tez historiozoficznych. To była pasjonująca lektura. "O rany
        Julek" - pomyślał Czesio, czym to człowiek nie zaśmica sobie głowy. Spojrzał
        wzruszony na swojego dawnego kolegę i zaprosił go uprzejmie do pobliskiego baru
        mlecznego na wspólny obiad. "Leniwe poproszę" - piewszy zaczął Cezar.
        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 10:40
          - Leniwe wyszły - rzuciła nieżyczliwie biała obła postać. Kopytka mogą być -
          warknęła na odchodnym nie odwracając głowy przybranej filuternym, koronkowym
          stroikiem. - W takim razie poprosimy o dwie porcje - krzyknął Cezar w ślad za
          odchodzącą (a ślady zostawiała głębokie, dosadne można by rzec, znacząc
          głębokie bruzdy w spękanych płytkach PCV musztardowej barwy. Czesław poczuł war
          krwi gorącej w żyłach i zerwał się z krzesełka, przewracając kulawy stolik. -
          Kooopytka?! A więc to tak. Kopytek ci się zachciało - wysyczał. To twoja
          odpowiedź na mą przyjaźń niezłomną? A ja święcie wierzyłem, przez te wszystkie
          lata, że ten szal trusiny... - szloch wyrwał się z piersi starego wiarusa.
          Czesio bez sił opadł na krzesło. Cezar, niespeszony, pospieszył z nowym
          zamówieniem. - Strusia pieczeń z szalotkami obydwu dobrze nam zrobi - rzucił z
          diabelskim błyskiem w oczach. - Nieeeeee! - ryknął Czesław i ...
    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 08:35
      Wyrażam swoje ubolewanie z powodu powstania duplikacji utworu spowodowanej
      siłą wyższą. Mea culpa też.
      • Gość: misia_cisia Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.rybnet.pl 04.01.05, 11:16
        To był naprawdę fajny kolega - pomyślał Cezar- ale niestety, popędy mnie
        przezwycieżyły. Sprawa tak duzej wagi nie może dłużej czekać i właśnie dlatego
        Czesław niebawem będzie musiał dokonać swego żywota. Stanie się to za sprawą
        mojego planu,planu genialnego w swej niecności a zarazem dyskrecji, planu
        wybinnego stratega - czyli mojego planu Ha!!
        Wystarczy zaaplikować Czesławowi tę małą ampułkę, ten drobiazg, który zawiedzie
        mnie ku sławie i spowoduje, iż spadnie kurtyna przecietności, która dotąd
        przysłaniała mi tysięczne tłumy wielbiącego mnie pospólstwa. Ciało moje -
        siedlisko geniuszu - pławić sie będzie w złocistej poświacie triumfu w nektarze
        i ambrozji. Musze tylko sprawić aby Czesław za sprawą zabójczych soków phallusa
        impudicusa osunął się niepostrzezenie w czeluść, będącą królewstwem Thanatosa.
        A kiedy już sie to stanie- JA, JA- Cezar, dzierżąc w zwycięskiej dłoni tkaną
        kobieca dłonią mapę do Świetego Graala, pomaszeruję, abu wyegzekwować od świata
        należny mi od dawna laur zwycięstwa ha!
        • Gość: misia_cisia Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.rybnet.pl 04.01.05, 11:21
          Niedokładności na poziomie grafii w wypowiedziach Cezara są spowodowane wysokim
          stężeniem adrenaliny w krwi tegoż, a także podadprzeciętną emocjonalnością
          rzeczonego bohatera.:)

          PS. abu=aby
          • Gość: j2345 Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.01.05, 20:36
            Powieść ma znamina geniuszu, ale brak w niej głównego wątku, myśli przewodniej.
            Jeśli nad tym popracujecie, to może to być wiekopomne dzieło na miarę "Zbrodni
            i Kary" Dostojewskiego.
            • Gość: misia_cisia Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.rybnet.pl 04.01.05, 20:52
              pracuję nad ciagiem dalszym i udoskonaleniami.......cierpi na tym moja praca
              zaliczeniowa z hostorii języka, ale nic to mówię- bo wiem że wielka sztuka, (a
              więc i literatura)wymaga poświęceń.

              :)..........:PPP
              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.01.05, 09:43
                -A tam naprawdę - zwrócił się Czesław w stronę Cezara przełykając następny kęs
                pieczystego strusia, - wydaje mi się, że ktoś nami manipuluje. Czy nie mógłbym
                tak jak wszyscy miec żony, dzieci, pracować na przykład w Miejskich Zakładach
                Komunikacyjnych. Wzorowo wypełniać swoje obowiązki pracownicze i dorobić się w
                końcu Przodownika Pracy. Ale tutaj coś jest w nieporządku. Moje życie to ciągłe
                wpadanie w coraz to bardziej nieprawdopodobne sytuacje, które w swej mroczności
                przypominają niesamowicie pokręcony i abstrakcyjny sen, gdzie nie ma żadnej
                logiki, wręcz czysty chaos z obcymi, nieznanymi mi tak naprawdę ludźmi. Nie
                wiem tak naprawdę czy moje serce to wytrzyma?
                Nagle w drzwiach baru ukazały się dwie postaci - No więc chłopcy - zwrócił się
                do Czesia i Cezara sam szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którym był jeden z
                przybyłych - mam przyjemność wam przedstawić Grechotsana Kristamana ibn Mallona
                Seniora, syna jednego z naszych wielkich działaczy politycznych!
                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.05, 08:22
                  I naprawdę serce Czesia nie wytrzymało - wyrwało się z młodej piersi wprost
                  do...
                  -No właśnie, którego wybrać? Cezar? Eee podły zdrajca, manipulator. To może pan
                  minister? Serce popadło w rozterkę. - Pan minister starawy jakiś i mało
                  apetyczny i - no tak - zalatuje korupcją. W takim razie - Grechostan. Serce
                  Czesia poszybowało ku niemu z łopotem drżących zastawek. - Mmmm. Oczywiście
                  wysoki, barczysty jak najbardziej i ten wzrok chmurny spod brwi czarnych,
                  krzaczastych, wygiętych jak mongolskie łuki. Serce nie miało więcej czasu na
                  czczą kontemplację. Wypadki potoczyły się błyskawicznie. - Masz - to zegarek z
                  zatrutymi wskazówkami i długopis dla leworęcznych. Mogą ci się przydać. Grecho
                  rzucił niedbale na stolik dwa eleganckie drobiazgi. Platynowa bransoletka
                  zegarka pogardliwie zadźwięczała o laminowany blat. - Ja? Cóż ja mogę -
                  krygował się zarumieniony, jak jakaś cholerna Zosieńka, Czesław.
                  - Nie bądź taki skromny - z szerokim, gasnącym jednakże na połudnowym
                  wschodzie, uśmiechem zwrócił się do niego minister. Brutalny wtręt Grecha
                  przerwał tę, prawie czułą, scenę - Nie mamy wiele czasu. Przed barem czeka na
                  ciebie ktoś, od kogo wiele zależy. Nie przegap szansy. Czesio drżącą dłonią
                  pozbierał gadżety i troskliwie umieścił je w kieszeni legionowej kurtki. Ku
                  chwale...- Okrzyk zamarł mu na ustach. - Ojczyzny? - dodał niemrawo. -
                  Oczywiście, oczywiście - minister niecierpliwie popychał go ku wyjściu. Za
                  brudną szybą baru majaczył zarys auta? Dorożki? Czesław nie mógł się
                  zdecydować. - Żona, dzieci - taaa, czegóż to mi się zachciewa. Jeszcze jeden
                  rzut oka za siebie - na oniemiałego Cezara, dwóch facetów w czerni i Czesław
                  dał nura w nieznane...
                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.05, 09:34
                    Za drzwiami baru pomarańczowe słońce spłynęło za brukowaną uliczkę pozbawioną
                    drzew, krzewów, mchów i paproci. Nagi cień majączącego zarysu auta przybrał
                    ciemno-karmazynową barwę, a ostre występy karoserii rozdzierały poświatę
                    wtrącając swe mroczne akcenty: wydłużone, szpiczaste jak włócznie cienie z
                    groźnie wyglądających rur wydechowych. Czesio otulił się szalem Trusii i w tym
                    momencie cichy pogłos delikatnych i melodyjnych dźwięków rozległ się w jego
                    mocno strapionym sercu: wspomnienie trusinych drucików wełnianych frywolnie
                    stukających jeden o drugi w wprawnych paluszkach miłej przyjaciółki,
                    dziergajacej dla niego szal, który przez tyle lat chronił go przed nagle i
                    zdradziecko atakującymi objawami ze strony układu oddechowego: surowiczą
                    wydzieliną z nosa, bólem gardła, chrypką, chrobotami w klatce piersiowej i
                    suchym “szczekającym” kaszelem. Och, gdyby nie Trusia to zapewne dokańczał bym
                    swoich dni w Zakładzie Chorób Górnych Dróg Oddechowych - rozmarzył się Czesław.
                    Ale nie było czasu na wspomnienia. Czesław czuł powagę chwili...
                    • Gość: łojezu Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.05, 10:03
                      ... i to by było na tyle. Koniec!!!!!!
                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.05, 10:12
                      Pachniała swojsko, jakby suchą krakowską, dzięcieliną pałą i czymś jeszcze, na
                      razie nieuchwytnym. Czas naglił, trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Lecz ta
                      zamiast stawić mu czoła, wymykała się, śliska jak piskorz i pewna ulica, którą
                      Czesław pamiętał z dzieciństwa. Wodząc za prawdą błędnym wzrokiem Czesio trafił
                      na pewien stały punkt. Oparciem dla rozbieganych myśli stała się sylwetka,
                      majacząca obok samochodu. Słońce wciąż oślepiające, choć chylące się ku
                      zachodowi, skutecznie rozmazało jej kształty. Czesio miał nieodparte wrażenie,
                      że w tej niedbałej postawie, w tym pochyleniu głowy jest coś znajomego. Nie
                      wierzył własnym, choć ciasnym oczom:
                    • kirchner Re: To był naprawdę fajny kolega 06.01.05, 10:26
                      Nagle..
                      - pardon. Panowie wybaczą -wydukał Pan Czesio.
                      Minister spojrzał badawczo. PO chwili pociągnął nosem i zrozumiał powód
                      konfuzji współpasażera. - no wie Pan... W takiej chwili...
                      Od tego momentu jechali w milczeniu. Pan Czesio oparł głowę na zagłówku fotela.
                      Swietlne refleksy ulicznych latarni w regularnych interwałach ukazywały pooraną
                      twarz, pólprzymknięte oczy... Pan Czesio marzył...
                      ...Trusia..Takich fantazyjnych bączków nie puszczała żadna kobieta w całej
                      okupowanej Warszawie, ani generalnej Guberni, a pewnie nawet na terenie całej
                      trzeciej rzeszy. no chyba że Hela Prykałówna... Grymas bólu zmarszczył na
                      chwilę twarz Czesia, ale po chwili wrócił do słodkich wspomnień.
                      ...Trusia. Ech..gdy puszczaliśmy pawie na Morskie Ucho.
                      Sygnałem dla ptaka było przeciągłe pierdnięcie; glissando tercjami w górę. Na
                      ten sygnał paw startował z krzaków, nabierał rozpędu i pomykał w stronę tafli
                      wody. Jednak prawdziwą wirtuozerią bylo przywołanie go spowrotem. To potrafiła
                      tylko Trusia. Odwracała się tyłem do stawu podnosiła z lekka spódnicę, brała
                      głęboki oddech, i.. Czegóż tam nie było! najpierw stacatto szybkimi sekundami
                      cała gamę w górę, potem legato wolniejszy zjazd trzy tercje w dół, wywiązywała
                      się krótka melodia, zazwyczaj fragment Tango Milonga, i całość zwieńczona
                      przeciągłym sykiem niby starożytnego węża z Mezopotamii. Concerto Grosso!
                      Szczęścia, jakie malowało się na zroszonej drobnym potem i lekko
                      zaczerwienionej twarzy Trusi i rozanielonum obliczy Czesia, nie da się
                      opisać... Kiedy to było... Niby wczoraj, niby przed wiekiem...
                      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.01.05, 10:23
                        Czarna limuzyna cicho mknęła dalej. Czesio podążał wzrokiem w kierunku jazdy.
                        Nagle miejski krajobraz ustąpił miejsca pilnie strzeżonym przed wpływem
                        cywilizacji sielskim zagonom pobliskiego ogrodu zoologicznego. Wjechali w
                        alejkę zwierząt afrykańskich. W klatce lwa trawy falowały lekko, wolne od
                        oparów bagiennych. Wzrok Czesia pobiegł w tamtym kierunku, przebył ostatnie
                        rozlewiska mętnej wody oraz błotne doły. Samochód nagle zatrzymał sie przy
                        lekko uchylonych stalowych wrotach odgradzających dwa światy. Stopy Czesia
                        zanużyły się w miękkiej trawie, a płuca odetchnęły czystym, wonnym powietrzem,
                        tak innym od dusznej, pachnącej zgnilizną atmosfery wąskich uliczek Starego
                        Miasta. Czesio prześlizgnął się przez uchyloną bramę i nagle stanął oko w oko z
                        samym Królem. Oczy lwa błyszczące energią, jaśniały błękitem, kontrastując z
                        okolonym rudą grzywą pyskiem. "Wasza wysokość" - wyszeptał Czesław pochylając
                        się w głębokim ukłonie. Lew uśmiechnął się szczerze ukazując równe szeregi
                        śnieżnobiałych kłów. "Ruszaj za mną" - mruknął i dał nura w pobliskie zagony
                        bursztynowego świerzopu. Biegli długo, kąpiąc się w świetle miesiąca, niepomni
                        niebezpieczeństw okupacji, no bo cóż mogło im grozić w tak pięknym miejscu.
                        Zatrzymali się, gdy na trawiastym wzniesieniu spstrzegli postać kontrastującą z
                        błękitnym niebem. Coś trzymała, stała czekając na naszych uciekinierów,
                        czujących w nozdrzach zapach lasu czerniącego za nią, w oddali...
                        • kirchner Re: To był naprawdę fajny kolega 07.01.05, 12:07
                          Czesio, jako że nigdy nie patrzył ludziom prosto w oczy (od tamtego pamiętnego
                          spotkania przed laty), skupił swój wzrok na butach stojącej przed nimi postaci.
                          Było to czarne, gumowe obuwie, u góry wykończone skrawkiem filcu. W latach
                          późniejszych miało ono nosić dumne miano "gumofilce", lecz teraz Czesio
                          sklasyfikował je po prostu jako gumowe kamasze. Podniósł wzrok trochę wyżej:
                          osobnik ubrnay był w spodnie, wyrażnie czymś ubrudzone, wyżej różowa koszula i
                          czyściuśieńka, nienagannie przylegająca do słusznej postury marynarka modnego
                          wówczas koloru zgniłej oliwki.
                          - To Leppersohn - pierwszy przerwał ciszę Minister. -nasza "wtyczka" u tamtych.
                          Czesio ze zrozumieniem pokiwał głową.
                          -Gudror! powiedział ochrypłym głosem Leppersohn.
                          - Ze co? Czesio szeptem zwrócił się do Ministra
                          - nie wiem. CHyba coś jak dzień dobry, albo witam was.
                          - No to jak będziemy sięz nim porozumiewać?
                          - Rysujemy w notatniku, i resztę na migi
                          - Aha - Czesiu czuł się cokolwiek niepewnie
                          Leppersohn zrobił kilka kroków naprzód. W rękach trzymał duży notatnik na
                          drewnianej podkładce. Podszedł do stojącej przed nim grupy.
                          - fryyg pro tij boolemnen - wychrypiał i podsunąl pod nos Ministra notatnik.
                          Na przybrudzonej kartce widniał narysowany wprawną ręką wizerunek księżyca,
                          kubka i jakiejś rożliny.
                          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 09:48
                            "Cały ratunek w wełniaku Trusii" - przemknęła pociągiem pośpiesznym przez głowę
                            Czesława zbawienna myśl. Otulił się szczelnie tęczowo barwnym szalem stając się
                            jednocześnie całkiem niewidocznym dla otoczenia. "Trza wracać na Krzywe Koło"-
                            Czesław podjął dialog z wyimaginowanym konduktorem, który właśnie otworzył
                            drzwi do przedziału wagonu pierwszej klasy, w który Czesław owinięty w szal
                            ukrył się przed innymi bohaterami tej porażajacej opowieści. W jego myślach
                            koła pędzącego stalowego kolosa z cała powagą wybijały sekundy przybliżające go
                            do podjęcia dramatycznej decyzji czy ma wysiąść na najbliższej stacji, czy
                            raczej bezpiecznie ukryty ma mknąć z szybkością Expresu relacji Warszawa - Lwów
                            do odległych kresów własnej świadomości. "Nie jedziamy na żadne kresy" - nagle
                            dotarły do Czesława słowa konduktora, wypowiedziane na dokładkę drukowanymi
                            literami, - " ten pociąc już nigdzie się nie zatrzymuje!" I tu nagle Czesław
                            sięgnał do kieszeni płaszcza, miał tam ukrytą ostatnią puszkę sardynek, z którą
                            się nie rozstawał przez długie lata, trzymając ją przezornie na czarną
                            godzinę.
    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 09:29
      Nagły wybuch targnął powietrzem. Czesio instynktownie zasłonił Króla własnym
      ciałem. Tuman rdzawego kurzu przesłonił wszystko. Przez chwilę widać było
      opadające na ziemię szczątki przebierańca: najdłużej w powietrzu unosiły się
      strzępy czyściuteńkiej, białej koszuli. - Nooo...- wyrwało się Czesiowi. Król
      wyszczerzył w łaskawym uśmiechu swój nienanganny garnitur zębów. Atmosfera,
      oczyszczona tak nagle rozbłysła feerią barw. Dało się wyczuć świeży powiew - to
      nadchodził ciąg dalszy.
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 09:51
        "Cały ratunek w wełniaku Trusii" - przemknęła pociągiem pośpiesznym przez głowę
        Czesława zbawienna myśl. Otulił się szczelnie tęczowo barwnym szalem stając się
        jednocześnie całkiem niewidocznym dla otoczenia. "Trza wracać na Krzywe Koło"-
        Czesław podjął dialog z wyimaginowanym konduktorem, który właśnie otworzył
        drzwi do przedziału wagonu pierwszej klasy, w który Czesław owinięty w szal
        ukrył się przed innymi bohaterami tej porażajacej opowieści. W jego myślach
        koła pędzącego stalowego kolosa z cała powagą wybijały sekundy przybliżające go
        do podjęcia dramatycznej decyzji czy ma wysiąść na najbliższej stacji, czy
        raczej bezpiecznie ukryty ma mknąć z szybkością Expresu relacji Warszawa - Lwów
        do odległych kresów własnej świadomości. "Nie jedziamy na żadne kresy" - nagle
        dotarły do Czesława słowa konduktora, wypowiedziane na dokładkę drukowanymi
        literami, - " ten pociąc już nigdzie się nie zatrzymuje!" I tu nagle Czesław
        sięgnał do kieszeni płaszcza, miał tam ukrytą ostatnią puszkę sardynek, z którą
        się nie rozstawał przez długie lata, trzymając ją przezornie na czarną
        godzinę.
        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 12:14
          Puszka, podłużna i lśniąca złociście, posiadała swój gatunkowy ciężar. Czesław
          ważył ją przez chwilę w dłoni, jednocześnie rozważając strategię ratunkową.
          Instynkt samozachowawczy zwyciężył. Czesio, wziąwszy szeroki zamach, posłał
          puszkę precyzyjnym rzutem wprost w zamknięte okno przedziału. Drzemiący dotąd
          współpasażerowie zerwali się jak jeden mąż i żona i rozcapierzonymi w geście
          rozpaczy palcami gorączkowo poszukiwali hamulca bezpieczeństwa. O dziwo
          znaleźli. Stalowa bestia,zgrzytnęła przeraźliwie i stanąwszy dęba wśród kłębów
          pary zatrzymała się gwałtownie. Czesław, korzystając z zamieszania otworzył
          drzwi wagonu, skoczył i miękko wylądował na murawie. Po chwili odwrócił się i
          gładząc spocony bok stalowego potwora szepnął cicho - Już dobrze maluśki, już
          dobrze. Pociąg drgnął na te słowa i przeciągnąwszy się iście tygrysim gestem
          ruszył, nabierając prędkości, na wschód czyli donikąd. Czesław musiał jeszce
          odnaleźć w trawie puszkę-nierozłączkę, która niejedno już widziała.
          • Gość: kukula Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 13:30
            Do Trusii: Ten fragment genialny jest!!! Czeslaw sie ucieszy.
            • Gość: trusiaa Do kukułą IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 15:47
              Radość moich przyjaciół jest moją radością... Twój ruch Karpiu drogi.
              • Gość: kukułą To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.05, 22:44
                Trochę żal mu było rozstać się z pociągiem, a zwłaszcza z lokomotywą, której
                lśniący stalowy korpus prezentował się dostojnie jak garnitur zamówionym u
                najlepszego krawca. Dzieckiem jeszcze będąc Czesław przesiadywał godzinami na
                Dworcu Głównym z fascynacją oglądając dostojnie wtaczające się na stację
                ciężkie, ogromne spływajace tłustą oliwą jak potem parowozy. Cóż to była za
                uczta dla dziecięcej wyobraźni gdy mógł ukradkiem podejść do sapiącego,
                dyszącego i dmuchającego żarem z rozgrzanego brzucha stalowego potwora i dać mu
                kostkę węgla, którą czasami udawało mu się wyprosić w składzie opału.
                Najczęściej lokomotywy odwdzięczały mu się filuternym puszczeniem pary w
                gwizdek i przymilnym buch-uch-puff-uff-nięciem. "No cóż" - westchnął Czesio, na
                wspomnienie tamtych radosnych chwil przepatrując wzrokiem najbliższą okolicę,
                mieniącą się zielenią zagonów buraków ćwikłowych. W oddali w dolinach rzek
                kwieciły się smugi łąk stepów akermańskich.

                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.01.05, 22:21
                  Ba! Stepy te jednak są zamieszkane przez krwiożercze zające, które czepiają się
                  wystającymi siekaczami wszystkiego co czerwone. Skoro więc w szalu Czesia
                  dominowała ta ponętna dla gryzoni barwa - nie sposób było podążać, nawet
                  wzrokiem, w tym kierunku. Czesław rzucił spłoszone spojrzenie pod nogi. - Ach,
                  co za dar od losu! Wśród murawy lśniła wdzięcznie jego puszka-nierozłączka -
                  pocieszycielka, źródło nadziei, zachęta na przyszłość i kusząca obietnica uczty
                  lukullusowej. Czesio z westchnieniem ulgi, jak listek figowy, opadł na trawę i
                  przygarnął do serca swój skarb najcenniejszy - pancerną puszkę sardynek w oleju
                  aromatyzowanym.
                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.05, 07:27
                    -Ach, puszka - wyrwało się z gardła Czesława i przewaliło ochrypłym echem po
                    okolicznych wąwozach i parowach. Fala uderzeniowa przeszywającego uszy dźwięku
                    była tak mocna, że wyrównała z impetem wszystkie nierówności terenu w promieniu
                    kilkudziesięciu wiorst. Po czym wracając ruchem wachadłowym walnęła w odartą ze
                    złudzeń zasłonę, mur nieprzyjaźni, jaki od wieków dzielił na wrogie sobie obozy
                    tubylcze plemiona mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Nagle wszystkie, z
                    taką skrupulatnością przekazywane z pokolenia na pokolenie wzajemne animozje i
                    resentymenty niechęci, urazy, i anse,jakgdyby były strzeżone przez srogich
                    herubów zła, nagle straciły ostrze swojej demonicznej mocy. Lud tłumnie wyległ
                    na ulice, trakty i dziedzińce. Najwięksi wrogowie ze łzami w oczach padli sobie
                    w ramiona szepczącz czule słowa gorliwie wyrażanej skruchy. Cóż to był za
                    widok. Nawet puszka nierozłączka, która już tyle widziała, teraz trzymana w
                    drżących ze wzruszenia dłoniach Czesława przecierała ze zdziwienia swoje
                    domyślne oczy. Należało niezwłocznie działać. Gnany sentymentem wspomnień z
                    dzieciństwa Czesław użył starego chwytu, który przed laty był jego codzienną
                    radosną praktyką, gdy wraz z małym Hipolitkiem przebiegali ulicę Prostą udając
                    ułańskie konie. Czesław puścił sie przed siebie w zagony włoszcyzny i łany
                    złocistego zboża. Najpierw stępa, potem bez wysiłku przeszedł, sprężystym,
                    swobodnym i ener­gicznym krokiem w kłus, by po chwili zakończyć ostrym galopem.
                    Wiatr dostojnie rozwiewał mu włosy nad czołem jak grzywę kawaleryjskiego
                    rumaka.

                    • Gość: trusiaa Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.05, 08:22
                      Czesio eleganckim łukiem galopował właśnie na grzbiet ostatniego ocalałego
                      pagórka, gdy poczuł w okolicy łopatek niepokojące swędzenie. Coś początkowo
                      nieśmiało, potem coraz energiczniej torowało sobie pod jego płaszczem drogę ku
                      światłu... - Aaaaaa! - wykrzyknął Czesio obezwładniony nowymi doznaniami. Jego
                      mocarne kopyta oderwały się od ziemi i kontynuowały swą niestrudzoną wędrówkę
                      po nieboskłonie. - Leeeeeeeeeeecęęę! - wrzasnął na poły z niedowierzaniem na
                      poły z satysfakcją dziką i nieokiełznaną. Mali, przyziemni, ludzie zadzierali w
                      górę łebki jak szpilki i pytali jeden drugiego - Is it a plane? - Is it a bird?
                      Is it a fly? I pewnie mogliby długo tak jeszcze, gdyby nie usłyszał ich
                      Czesław. Spłoszony, rozdął chrapy i zarżał cicho. Jego silne ciało, uzbrojone w
                      parę potężnych skrzydeł nadal cięło przestworza ze świstem. - Matko kochana -
                      rozmyślał gorączkowo (a matce jego Nadzieja było na imię) - O matko jedyna! Kim
                      ja jestem!? Mógł być, w zasadzie księciem ciemności (świadczyły o tym skrzydła
                      i kopyta), ale nie czuł nienawiści do świata, a oddech jego nadal był świeży
                      jak macierzanka i nie wyczułbyś w nim nawet cienia siarki. Aniołem też raczej
                      nie - skąd bowiem kopyta? (Choć uśmiech miał Czesio prawdziwie anielski -
                      łagodny i perlisty). - Cóż - pomyślał Czesio skromnie - jestem więc pegazem...
                      Jednak jego radość była przedwczesną. Jeden rzut oka upewnił go, że z taką parą
                      skrzydeł nie tylko nie może być mitycznym stworem, ale nawet latać nie może
                      żadną miarą. Były to bowiem autentyczne, a więc nieco sfatygowane i nadgryzione
                      zębem czasu, skrzydła husarskie z tych co to łopotać owszem mogą,ale żeby zaraz
                      fruwać?! Gdy dotarła do niego ta prawda smutna i oczywista - Czesław rozpoczął
                      swój ikarowy lot ku ziemi. Łopotał jeszcze, przez chwilę, resztkami godności
                      osobistej, a gdy nawet tej zabrakło - wpadł, jak niepyszny, w sam środek
                      warzywnej grządki. Gdy pierwsze oszołomienie ustąpiło rezygnacji zerwał w
                      zamyśleniu listek sałaty i począł przeżuwać ponuro mlaskając.
                      • Gość: kukułą Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.01.05, 11:09
                        -No niestety, kiedyś mógłbym tak galopować w nieskończoność, Nie te lata -
                        westchnął Czesław zagryzając wyrwanym spod siedzenia warzywem. „Dobry seler „ –
                        dodał, ze smakiem przeżuwając zieleninę – „gdyby tylko nawozili mocznikiem
                        lepszego gatunku, ale i tak pierwsza klasa warzywo”. Czesław wyprostował
                        kręgosłup tak, że ciężka husarska zbroją swobodnie zsunęła się nieco niżej i
                        wbijając się tylną częścią w podłoże utworzyła całkiem wygodne oparcie dla
                        całego tułowia. Czesio mógł wreszcie rozluźnić napięte mięśnie. Nagle jego
                        wzrok spotkał się z lekko opadającym piórkiem wyrwanym w górze przez pęd
                        powietrza z poklerza husarskich skrzydeł. „Coż za ironia losu”-dumał Czesław
                        sięgając tym razem po marchew – „ ja brutalnie przywołany do rzeczywistości
                        przez prawo grawitacji z hukiem gruchnąłem o ziemię pozbawiony nadzieji na
                        dokończenie swojej misji, a to piórko jakby igrało sobie ze wszystkich prawideł
                        fizyki”. Nagle lekko urażone prawa fizyki odpłaciły mu się z nawiązką. Oto
                        Czesław poczuł tępe uderzenie na skroni. To puszka nierozłączka jako ostatnia
                        wylądowała na głowie naszego bohatera. Lekko zamroczony Czesław zerwał się na
                        równe nogi, dobył szablę z pochwy i zaczął gwałtownymi ruchami ciąć na
                        wszystkie strony. W samą porę. Przez zagony warzywników atakowały go fale
                        bólu. Mniej więcej wtedy wróciła mu normalna świadomość. I wtedy próbując
                        złapać chwiejną równowagę Czesław doszedłem do wniosku, że ból nie jest aż tak
                        ostry by w masie wątków, które ostatnimi czasy przewaliły sie przez jego
                        świadomość nie wybrać tego najlepszego. Schylił się i przeszukjąc dłońmi
                        delikatne listki wyrwał z ziemi młodego buraczka.
                        • Gość: trusiaa Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.01.05, 09:23
                          Buraczek zamrugał bezradnie zaspanymi oczkami: - A, Czesław. Wszystkiego
                          najlepszego - wymamrotał. Czesio nie zdążył nawet się specjalnie zdziwić, gdy
                          powietrze wokół niego zafalowało i zamgliło. Trwało to ułamek sekundy i Czesław
                          został ogłuszony nagłym wybuchem entuzjazmu. Oto znalazł się na ulicy Prostej,
                          w przytulnym lokalu gastronomicznym "Pod śledzikiem", otaczali go wszyscy
                          znajomi i przyjaciele na przemian wiwatując i śpiewając mniej lub bardziej
                          składnie "Sto lat"! Wzruszony Czesio, ukradkiem wycierając nos rękawem ,
                          spoglądał na zebranych - nikogo nie brakowało. Byli tam więc: pan ...
                          • Gość: kukułą Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.05, 11:22
                            Byli tam więc: pan Cerny (102 w obwodzie klatki schodowej) oraz jego pies, pan
                            Cerfaust ( bardzo wybuchowy charakter, z natury jednak dobrotliwy i
                            współczujący), pan Ewka ( właściciel warsztatu samochodowego, specjalista od
                            zatartych śladów po silnikach spalinowych), pan Orama ( o szerokich horyzontach
                            myślowych, jednak tylko przy dobrej pogodzie, dlatego myśli o emigracji nad
                            morza południowe). Były też zacne panie, jak chociażby sąsiadka Czesława z
                            Prostej, pani Karka ( zawsze wydłubująca dziury w całym jeśli jeszcze jakoweś
                            całe przy niej się zachowało).
                            Wszyscy bawili się wybornie, gdy oto nagle...
                            • Gość: trusiaa Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.05, 11:33
                              Nagle nadchodziło powoli, jak żółw ociężale. Czesłwa dostrzegł je kątem oka i
                              plaskając się w czoło otwartą dłonią, roześmiał się szczerze: - Zapomniałem.
                              Przecież mam coś dla was! Sięgnął do przepastnej kieszeni płaszcza. Nic.
                              Zajrzał w ciemną czeluść - a tam tylko echo grało (z cicha, na trzy czwarte).
                              Podczas gdy zniecierpliwiona ferajna zaczęła tańczyć taniec chocholi, Czesław
                              zapiszczał, zazgrzytał: - Nie ma! Gdzie się podział...
                              • zed111 Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! 31.01.05, 11:55
                                mozna popisac z Wami czy to jest powiesc na dwa pisaki...?
                                :-)
                                • Gość: kukułą Re: Kukułą - jeszcze, jeszcze, ale się uśmiałam!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.05, 12:10
                                  serdecznie zapraszamy,przecie w kupie siła, zatem do dzieła
    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.01.05, 12:10
      Nooo, wiesz. Pewnie, że możesz popisać z nami. Tylko musisz najpierw poznać
      Czesława. Poczuć bluesa. Wyczuć pismo nosem. A potem to już samo pójdzie (górą,
      doliną, jak chcesz ;). Oj, najwyżej zostaniesz wybuchnięty, lub co gorsza
      zapomniany. :)
      • Gość: kontakt Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.szczecinek.net.pl / *.Szczecinek.Net.PL 31.01.05, 15:31
        bukmacherzy robią już zakłady czy się utrzyma w peletonie a wśród smreków
        słychać gromkie uuraaaa
        • frred Re: To był naprawdę fajny kolega 01.02.05, 09:57
          aaa
          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.02.05, 11:38
            "Chyba szczęście mnie opuściło" - westchnął nasz bohater wydobywając
            jednocześnie z siebie niskie "soczyste" melodyjne tony dokładnie takie jakich
            oczekiwałby się po kimś kto nie może ukryć melancholii. Głos Czesława
            przybierał na sile, w miarę atakujących jego głowę wątpliwości, wzmacniany
            dodatkowo przez ogromną ilość informacji muzycznej wyżłobionej w pamięci ,
            przy jednoczesnym zachowaniu jak największej wierności sygnału. A głos Czesław
            miał potężny. Wszyscy zastygli w bezruchu wpatrzeni w Czesława, który
            dramatycznie wywracając na wszystkie strony kieszenie płaszcz soczystym basem
            wprawiał gości w niemal ponadnaturalne uniesienie.
            - Nie ma !!!!!!!!!! - zabrzmiało ostatnim akordem i Czesław nisko ukłonił sie
            przed zebranymi. Odpowiedziano mu gromkimi brawami.
            • Gość: Buba, czyli Kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.02.05, 23:43
              -Nie ma, a było - zachrypiał Czesław tym razem na inną nutę, nutę specyfiki
              okupacyjnej rzeczywistości tamtego okresu, nie efektowną, lecz prostą i
              szczerą, dobytą z zakamarków strapionego serca, w którym każde źdźbło trawy i
              każdy liść i kwiat są zdecydowanie sentymentalne, ale posiadają
              niezaprzeczalnie walory estetyczne: szczególnie pod względem kompozycji i
              światła. Czesław opadł na krzesło, które zatrzeszczało złowieszczo pod ciężarem
              odpowiedzialności, która spoczęła na barkach Czesława.
              • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 03.02.05, 11:39
                "Nie ma, ale czego?" - zaświtało nagle w głowach gości. Tajemnicze ruchy
                Czesława, który pastwił się nad kieszeniami płaszcza wywracając je naprzemian
                to w jedną i drugą stronę przyjmując azymut kąta między płaszczyzną południka
                przechodzacego dokładnie przez środek lokalu "Pod Śledzikiem",a płaszczyzną
                przechodzącą przez środek kuli ziemskiej nagle olśniły wszystkich zebranych.
                Jak jeden mąż ( i żona oczywiście) zrozumieli, że oto odnaleźli nagle właściwy
                kierunek. Oto rozwiązanie zagadki zagubienia w labiryncie zdarzeń. I w tym oto
                momencie, naśladując ruchy Czesława,wszyscy rytmicznie i zgodnie, powolnymi
                ruchami, włączyli się w dziwny z pozoru taniec, w którym za rekwizyt posłużyły
                kieszenie garsonek, marynarek, płaszczy i peleryn. Cóż to był za przejmujący
                widok.
                • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 03.02.05, 11:56
                  Gdyby nie mgła oczywiście widok byłby jeszcze lepszy. Choć lekka mgiełka, która
                  otuliła całą scenerię przydała jednak zdarzeniu plastycznej wyrazistości.
                  • nie_ma_takiego_numeru Re: To był naprawdę fajny kolega 03.02.05, 13:19
                    -Miałeś Czesiu zrobić próg!!! -zawołał z nienacka jeden z gości. Nienacek
                    początkowo był oburzony tak bezceremonialnym traktowaniem, lecz wkrótce sam
                    zaczął krzyczeć; -Miałeś Czesiu zrobić próg!
                    wkrótce cała sala podjęła ten refren.
                    • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.05, 22:03
                      Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Wszystkie kieszenie okazały się puste.
                      Nawet złamanego grosza. Zza kontuaru wyskoczył, załamując w błagalnym geście
                      dłonie, pan Egiryk, właściciel lokalu.
                      "I kto teraz zapłaci za prawie beczkę śledzi i napitki, niech to dętka pęknie" -
                      żałobił biegając od stolika do stolika i błądząc wzrokiem daleko od miejsca,
                      gdzie teraz przebywał, starając się schować rumieniec zakłopotania za parującym
                      kubkiem herbaty, który podsunął mu jeden z gości.
                      "Zaraz, zaraz, pieniądze się znajdą" - nagle niskim głosem odezwał się wysoki
                      mężczyzna w zielonym drelichu - " niedługo będzie tędy przejeżdżał niemiecki
                      transport z wypłatą dla całego garnizonu. Mam plan..."
                      • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 04.02.05, 08:56
                        "Plan miałeś" - zwrócił się w niewyszukany sposób do zielonego drelichu Czesław
                        i dodał "teraz ja mam plan". Nagle zza stolika na którym ułożono mała piramidkę
                        z obgryzionych szkieletów po śledziech ktoś odezwał się zachrypłym głosem: "ja
                        też mam plan". "I ja", "I ja też", zaczęto wołać z każdej strony. Jedynie
                        ciemna strona księżyca trwała w milczeniu. "Cisza" - wybuchnął kostką trotylu
                        Czesław. Kawałki, rozerwanego nagłym wybuchem złości, stolika, w który Czesław
                        walnął pięścią, rozrzuciły sie wdzięcznie po całej okolicy. Jeden nawet wpadł o
                        oko opatrzności i tkwi tam do tej pory.
                        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.05, 13:01
                          W tej sytuacji, niczym deus ex machina, musiał pojawić się zdziczały bankomat
                          (przypadkiem bez pleców). Czesław, dla ratowania honoru swojego i drogich gości
                          postanowił działać bezzwłocznie. Jeszcze tylko rzut oka na rachunek, który
                          usłużnym gestem podsunął mu na tacy pan ober i szybkim ruchem zanurzył dłoń w
                          szeleszczącej miło zawartości bankomatowej szufladki. Wyćwiczone palce Czesława
                          (- Skąd ja to znam? - Czesio zdziwił się niepomiernie) bezbłędnie odliczyły
                          niezbędną kwotę plus 10% napiwku. Oczy pana obera zalśniły chciwie. - To może,
                          skoro pan tak łaskaw, podwyższymy rachuneczek? Wystarczyło tylko sięgnąć -
                          banknoty wystawały bezwstydnie z pojemnych szuflad urządzenia. - O co to to
                          nie! - Czesław, uczciwość wyssał z mlekiem matki, która dorabiała sobie raz
                          jako liczukrupa, innym razem jako liczyrzepa. Własnym ciałem zasłonił bezradny
                          bankomat i syknął do niego: - Wiej! Teraz! Maszyna runęła przez uchylone czyjąś
                          litościwą ręką drzwi i ze skowytem pognała w ciemność. Atmosfera wokół Czesława
                          zrobiła się gęsta jak melasa. Już nie tylko pan ober, pozostali goście również,
                          otaczali Czesława - ich wzrok stał się dziki, a suknie - plugawe. Oto ktoś
                          uniósł pałkę i już miał ją strzaskać na jego głowie, gdy...
                          • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 04.02.05, 22:46
                            "Gdyby nie mój plan" - uśmiechnął się Czesław - i na dowód pokazał skasowany
                            bilet Komunikacji Miejskiej. " Oto wszyscy jedziemy na wczasy do Zalesia
                            Górnego". Goście jak gdyby tylko na to czekali i doczekać sie nie
                            mogli. "Nareszcie - powiedziała pani owita w futro z zająca - lecę po kostium
                            kapielowy". Zatrzeszczały schody, ktoś piął się pod prąd, tak, że w
                            elektrociepłowni Powiśle nie mogli nadążyć z jego produkcją. Przeciążone ponad
                            wszelkie normy przewody elektryczne iskrzyły rytmicznie w takt dorzucanego do
                            kotła ciepłowniczego węgla. A w Zalesiu Górnym wszyscy powoli kładli się do snu
                            po kolejnym pracowitym dniu.
                            • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.05, 09:56
                              Wszystko rzeczywiście potoczyłoby się w myśl Czesława gdyby potrafili jakimś
                              dziewiątym zmysłem przewidzieć wszystkie okoliczności. A tu nagle w środku
                              czerwca spadł śnieg. Dziwne, prawda! Wcale nie.
                              Okazało sie to konieczne z powodów meteorologicznych. Po prostu w czasie zimy
                              prawie nie było śniegu i dlatego aura wyrównała to sobie w naturalny sposób z
                              nawiązką w czasie lata. Padający śnieg potęgował zresztą potrzebny nastrój
                              grozy wśród bohatersko trzymających straż zebranych w lokalu "Pod Śledzikiem"
                              gości. Do tego mgła, która swym welurem przykrywała wszystko do wysokości
                              trzeciego piętra zwiększała tę grozę jeszcze bardziej, gdyż tłumiła dźwięki
                              słów, które stłumionym szeptem wydobywały się z czeluści znajdujacej się zaraz
                              za kontuarem naszego lokalu, czyniąc go oczywiście mrocznym, pełnym strachu
                              miejscem.
                              "Nici z Zalesia" - zawyrokował pan w zielonym drelichu lepiąc bałwana zaraz na
                              placyku przed knajpą pana Egiryka, i dodał z zadumą "Wracamy do mojego planu".
                              • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.02.05, 16:59
                                Jeden rzut oka wystarczył, aby Czesław prawidłowo zdiagnozował, kto zacz ów
                                wysoki pan w zielonym drelichu. Wbrew pozorom (w obie brwie, co jak mongolskie
                                łuki, zdradzały go bezlitośnie) nie była to postać nowa. Grechostan mu było na
                                imię, tak to syn Mallona we własnej osobie. Co prawda Czesław miał nigdy się
                                nie dowiedzieć, jakież to wzorki siną barwą kłute nosił na piersi ten, na
                                stepie szerokim wychowany, tajemniczy osobnik. Ale też nie w głowie było teraz
                                Czesiowi oglądanie męskich torsów. Widok Grechostana przywiódł mu na myśl
                                wszystkie psychodeliczne, out of body doświadczenia, które stały się jego
                                udziałem dlatego tylko, że kiedyś raz, w porywie szaleńczej odwagi, patriotyzmu
                                mu się zachciało. Patriotyzm, owszem dobra rzecz, nawet coś w tym kierunku,
                                kiedyś gdzieś robił - pozostały mu na pamiątkę wojskowy płaszcz i wysłużony
                                szal. Teraz jednak skołatana głowa Czesia domagała się snu, relaksu. - To
                                Rycerz na Giewoncie sobie śpi, Śpiąca Królewna śpi jak najuprzejmiej, a ja co -
                                jak kundel bury, bez przytuliska?! Temu panu już dziękujemy - wydusił z trudem
                                przez ściśnięte gardło. Poczuł, jak Grecho przeszywa go ostrym, pełnym pogardy
                                spojrzeniem. Lecz nie z Czesławem te numery. Piorunujący wzrok intruza
                                ześlizgnął się wzdłuż, wyprężonej w postawie zasadniczej, osoby Czesława,
                                musnął jedynie lampasy jego spodni i wsiąkł bezszelestnie w podłogę. Grecho
                                zdziwiony wielce, poszarzał i skurczył się w sobie. - Skurczyłeś się bratku -
                                uśmiechnął się Czesio. Wara ci ode mnie. I leniwie kołysząc biodrami, opuścił
                                lokal z godnośćią. Godność jednakowoż opuściła i jego podstępnie i znienacka,
                                gdyż runął jak długi, tuż za progiem, poślizgnąwszy się na białego puchu trenie.
                                • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 05.02.05, 20:48
                                  Zazgrzytały zęby. Siekacze o trzonowe, a kły o transpalnty. Dawno nie było
                                  takiego napięcia. Wszyscy bohaterowie naszej opowieści mieli juz dość ciągłej
                                  niepewności co do dalszych swoich losów. Głowny inspektor Elektrociepłowni
                                  Powiśle z niepokojem patrzył na wskaźniki poboru mocy, które niebezpiecznie
                                  zbliżały sie do wartości krytycznych. W dyspozytorni zadwonił telefon, to Hans
                                  Frank z centrali w Krakowie martwił się o los mieszkańców swojej Guberni.
                                  Wszystkie służby zostały postawione w stan najwyższej gotowości. Piekarze
                                  otrzymali rozkaz osłodzenia losu pozostawionych na pastwę losu i niepogody
                                  obywateli. Wypiekom nie było końca. Pączki, serniki, makowce, i baby piaskowe
                                  wlewały się szerokim strumieniem do miast i wsi naszego umęczonego kraju.
                                  Czesław zyskał choć na moment chwilę wytchnienia. W Zalesiu Górnym szykowano
                                  się na przyjęcie uciekinierów z miasta.
                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.02.05, 18:43
                                    Ot tego momentu opowiadanie nabrało rozpędu, uniosło się, rozwinęło skrzydła i
                                    poleciało w przestworza mijając szerokim łukiem wszystkie szaro-nudne
                                    podwarszawskie miejscowości: Zalesie-Górne i Dolne, Konstancin, Pruszków, tak
                                    aby wylądować w pełni chwały na peronie Dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.
                                    Długi lot nieco odświeżył Czesława. Poszedł do dworcowej restauracji i zamówił
                                    porannną prasę do stolika. Nagłówki gazet donosiły wielkimi literami: Miś
                                    Puchatek obudził się z zimowego snu. Jutro występ na deskach Opery Narodowej".
                                    Czesław ściągnął brwi. Szóstym zmysłem wyczuwał podstęp i nie zamierzał
                                    zostawic tej sprawy samej sobie.
                                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.05, 08:24
                                      Wszakże do porannej prasy zawsze, ale to zawsze podawano mu kawę z kożuszkiem i
                                      świeżutką kremówkę. Czesław na próżno rozglądał się za frenetyczną kelnereczką,
                                      która w prysiudach i lansadach zwykle przemierzała słoneczną salę dworcowej
                                      kafejki. - Bestyjka ma talent - myślał o niej gdy zarzucając obleczonym w
                                      czarną taftę kuperkiem wdzięcznym ruchem już to nalewała kawę, już to
                                      przynosiła tacę pełną obietnic. Tak b y ł o. Czesław uświadomił sobie nagle
                                      całą swą bezradność wobec porażającej bezlitosnej prawdy - kelnereczki nie ma
                                      nie będzie. Żegnajcie poranne, niewinne rytuały - ciepłe i bezpieczne. Oto
                                      bowiem zza bufetu wychyla się...
                                      • Gość: Naataf Lydzlyrg Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.05, 22:01
                                        Wychyla się wskazówka zegara niebezpiecznie wskazująca zbliżającą się godzinę
                                        policyjną. "Tak wcześnie" - przemknęło i uszło, a potem widziano to w kącikach
                                        załzawionych oczu Trusii. "Niekoniecznie" - usłyszał cichy szept za sobą
                                        Czesław. Gdy się obrócił nie zobaczył już nic tylko ziejącą grochem z kapustą
                                        czeluśc pełną najsmutniejszych wspomnień. Sięnął po jedno z nich. Bylo to coś
                                        na kształt serdelka lub parówki przwiązanej w połowie jasną kokardką. "Tak,
                                        tak" - westchnął Czesłąw wspominając czasy, gdy zegarki naręczne nie stanowiły
                                        zagrożenia dla poczucia rzeczywistości, które i tak zostało już nadgryzione
                                        zębem czasu. A zęby to były mocne niczym w paszczy lwa lub Jasia Malinowskiego,
                                        za przeproszeniem.
                                        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.05, 22:14
                                          "Nadgryzione powiadasz" - pośpiesznej egzegezy własnych myśli Czesław
                                          dokonał. "Ano, kelner" - zawołał w stronę czeluści, "Czy nie macie problemu z
                                          gryzoniami?" Odpowiedziało mu milczące echo, choć jednak szmer jakiś do uszu
                                          jego dotarł. Szmer niespokojny, ale frapujący. Czesław znał się jednak na
                                          podstępach własnej wyobrażni. Nie z nim takie numery.
                                          • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.05, 09:51
                                            Drrrrrrr!!!! DRRRRRRR!!! - ???? Czesław wracał do siebie. Z trudem. Nie to żeby
                                            niechętnie - nie ma to jak w domu, nieprawdaż. Jednak było to uczucie dziwne.
                                            Drrrrrr!!! Budzik (dlaczego radziecki?!) drrrrdał bezmyślnie, ale za to coraz
                                            głośniej. Czesław z trudem otwierał zlepione powieki, potoczył nieprzytomnym
                                            wzrokiem (tur, tur, tur - rozległo się w jasności poranka)- Siódma...? Pac! -
                                            plaśnięty prosto w durnowaty dzwonek, budzik spadł na podłogę i teraz, już w
                                            całkowitej ciszy, gmerał w powietrzu krzywymi nóżkami. - Jak ja go
                                            nienawidzę...- wycedził przez nieumyte zęby Czesław. - Dzisiaj kupię nowy.
                                            Dzisiaj? A więc nadeszło "dzisiaj"? - Czesław nie posiadając się z radości, z
                                            nadzieją na normalność witał ten dzień błyszczący jeszcze od rosy i pachnący
                                            świeżą farbą.
                                            • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.05, 21:10
                                              Normalność zaprowadziła go do łazienki, gdzie na brzegu umywalki znalazł mydło.
                                              Niby nic, a jednak wszystko takie zwykłe i znajome. Namydlił dłonie, potem
                                              przeniósł pianę na twarz przy okazji zamykając oczy. Woda ściekała słabym
                                              stumieniem szumiąc jednostajnym dźwiękiem. Za oknem budziło się wraz z
                                              Czesławem miasto. Szum wody ustał, Czesław wytarł twarz ręcznikiem i spojrzał w
                                              lustro. Jednym rzutem oka ocenił swój wygląd i zadowolony wrócił do jadalni.
                                              Ubrał się i zbiegł po schodach na dół. Ulica przywitała go ostrym powietrzem.
                                              Odetchnął głeboko i poszedł przed siebie. Najzwyczajniej i całkiem normalnie
                                              krok po kroku zbliżał się do swojego przeznaczenia.
                                              • iwles Re: To był naprawdę fajny kolega 09.02.05, 08:58
                                                A przeznaczenie to miało 170 cm wzrostu, piękne długie blond włosy i wybujałe
                                                kształty.
                                                Pan Czesław, który nigdy nie patrzył nikomu prosto w oczy - swoim zwyczajem
                                                zapatrzył się w owe dwa punkty kilkanaście centymetrów poniżej twarzy. Jakże
                                                więc mógł zauważyć, że na chodniku leży jego własne mydło, które było wypadło
                                                przez okno, gdy się tak nabożnie rano mydlił. Szedł więc dalej niczego
                                                nieświadom, widzą tylko przed sobą to najcudowniejsze cudo.
                                                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.02.05, 09:25
                                                  Cudo nadepnąwszy kawałek mydła nie przewróciło się (jak mógłyby tego ktoś
                                                  oczekiwać), lecz jedynie skręciło nogę w kostce. Boleśnie. Zaraz potem
                                                  nachyliło się i dotykając narastającej opuchlizny szpetnie zaklęło. - %%#@!!!
                                                  Czesław miał więc okazję obejrzeć zjawisko z bliska. Owszem, szczodrze
                                                  owłosione i blond, owszem - nawet ponad 170 cm wzrostu i słusznej postury. Owe
                                                  punkty, od których Czesio nie mógł oderwać wzroku, okazały się wypolerowanymi
                                                  do połysku guzikami na wyłogach ułańskiego munduru. Piękny ów kawaler szybko
                                                  zorientował się, że jest obserwowany, więc czym prędzej wyprostował się,
                                                  wyprężył i zasalutował: - Porucznik Stanisław Dowgiłło do usług!
                                                  W oczach Czesława zalśniły dwa czyste, przejrzyste znaki zapytania...
                                                  • iwles Re: To był naprawdę fajny kolega 09.02.05, 10:28
                                                    ...i te znaki zapytania szybko przemieniły się w ogromne wykrzykniki !!!!
                                                    Co jest u licha? - pomyślał....
                                                    Kochani, cóż mógł począć w takiej chwili nasz drogi Czesio ?
                                                    Myślał i myślał, a że wiadomo iż od myślenia człowiekowi mózg wypala, to i nasz
                                                    najdroższy kolega wypalał się, wypalał, wypalał....
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.02.05, 19:36
                                                    ...wypalał się, wypalał, wypalał i wypalał. "O czym to ja myślałem" - pomyślał
                                                    Czesław, i myślał dalej zapominając zupełnie o tym, że przed chwilą pomyślał,
                                                    że już najwyższy czas podjąć próbę aby wyrwać się ze swoich myśli i wreszcie na
                                                    powitanie podać dłoń porucznikowi. Jednak nie uczynił nic takiego lecz pogrążył
                                                    się jeszcze bardziej w swoich myślach. Brnął przez ten labirynt dość długo.
                                                  • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 09.02.05, 22:00
                                                    Brnął i brnął przez zaspy własnych myśli, błądząc pomiędzy zmysłowymi
                                                    pożądanami chytrze ukrytymi za wystawionymi na pokaz cnotami. Czesław myślał
                                                    dalej i głębiej jeszcze, aż do granicy gdzie impulsywne pragnienia zatrzymały
                                                    się spłoszone na przeszkodzie rozumnych ograniczeń. Tutaj dopadła go wreszcie
                                                    zbawienna myśl.
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.02.05, 09:21
                                                    Myśl brzmiała jednoznacznie: - W tył zwrot durniu! Wykonać!!! Czesław, nawykły
                                                    do wojskowej rutyny - jak pomyślał, tak zrobił. Nie dość, że się regulaminowo
                                                    odwrócił, to jeszcze truchcikiem podążył w kierunku domu, pozostawiając
                                                    oniemiałego porucznika samemu sobie. Długo zresztą Dowgiłło sam nie pobył -
                                                    wypatrzyły go bystre oczka panien pensjonarek, które parami właśnie wracały z
                                                    kościoła. Trzask, prask i już otaczały go rozszczebiotaną gromadką. Porucznik
                                                    nie miał szans. Porwały go na ramiona i triumfalnie poniosły zdobycz przez
                                                    rozświetloną słońcem ulicę. Tymaczasem Czesław drżącą ręką umieścił klucz w
                                                    zamnku. Zasuwka zgrzytnęła cichutko i drzwi uchyliły się. - Udało się -
                                                    westchnienie wyrwało mu się z piersi. Tu mi dobrze, tu mi ciepło, tu się będę
                                                    rozmnażał - szepnął Czesław moszcząc się wygodnie w przepastnym fotelu.
                                                    - Rozmnażał?!
                                                  • iwles Re: To był naprawdę fajny kolega 10.02.05, 12:43
                                                    No właśnie, moi drodzy....... zastanówmy się. Czy Czesław był w stanie się
                                                    rozmnażać?
                                                    Czy to uratowałoby go od zejścia?
                                                    Dlaczego nic mu się w życiu nie udawało ?
                                                    Nawet ponętna blondyna okazała się facetem?

                                                    Czesławie, jakże nieprzewidywalny był twój żywot !!

                                                    Bo czyż ktokolwiek mógł się domyśleć, co spotkało Cię, gdy wszedłeś do domu?
                                                    Że ten drut z wieszaka, który w pośpiechu wychodząc porzuciłeś - okazę się twym
                                                    oprawcą? Że tak bezlitośnie uderzy Cię swą ostrą końcówką ?
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.02.05, 14:59
                                                    gwoli wyjaśnienia: Czesław siedzi w bezpiecznym fotelu. Nie został niczym
                                                    draśnięty - patrz wyżej. Kontynuujmy temat. :)
                                                  • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 10.02.05, 22:45
                                                    Czesław wyciągnął się bezpiecznie w fotelu i uśmiechął się do siebie. Złożył
                                                    list, w którego treści dostrzegł wewnętrzna sprzeczność i zadowolony ze swojego
                                                    odkrycia skupił swój wzrok na mosiężnej obramówce klamry od paska, który zwisał
                                                    przewieszony przez oparcie fotela. Rozwinął w sobie zdolność do analizowania
                                                    wydarzeń ze swojego życia poprzez ciche kontemplowanie przedmiotów martwych.
                                                    Tym razem jednak rozmyślania zaprowadziły go w kierunku którego się nie
                                                    spodziewał. Jeszcze raz przebiegł wzrokiem po zapisanej drobnym pismem kartce
                                                    papieru i zatrzymał się przy słowach: - "Bo czyż ktokolwiek mógł się domyśleć,
                                                    co spotkało Cię, gdy wszedłeś do domu? Że ten drut z wieszaka, który w
                                                    pośpiechu wychodząc porzuciłeś - okazę się twym oprawcą? Że tak bezlitośnie
                                                    uderzy Cię swą ostrą końcówką ?" Tak, Czesław rozpoznał ten styl i charakter
                                                    pisma. Dzieło prowokatora było jak najbardziej oczywiste. Jednak co było celem
                                                    tego oczywistego podstępu? Czesław i na to znalazł odpowiedź.

                                                  • iwles Re: To był naprawdę fajny kolega 11.02.05, 08:51
                                                    Delikatnie podniósł się z fotela, chociaż cholernie mu się nie chciało i bardzo
                                                    ostrożnie zaczął robic obchód swoich wszystkich szaf, będąc przygotowanym na
                                                    najgorsze...
                                                    Nic się jednak nie wydarzyło... Skierował się więc do kuchni, aby zrobic sobie
                                                    kanapeczkę z tuńczykiem, kiedy zobaczył na środku podłogi pustą puszkę po
                                                    rybach, a z parapetu wpatrywały sie w niego wredne, szyderczo śmiejące się,
                                                    skośno-zielone oczy należące do....
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.02.05, 10:55
                                                    To zazdrość, ten potwór zielonooki patrzyła na nieszczęsnego Czesława. - Dobra,
                                                    zazdroszcą mi świętego spokoju. Rozumiem, że bogatego życia wewnętrznego i
                                                    odmiennych stanów świadomości. Ale żeby z takich błahych powodów zżerać moje
                                                    rybki w oleju aromatyzowanym i niszczyć bezpowrotnie puszkę nierozłączkę? -
                                                    Czesław chlipnął rozdzierająco: tak chlipać może tylko prawdziwie zraniony
                                                    mężczyzna. Jednak chwila słabośći minęła równie szybko jak się pojawiła. -
                                                    Zaraz, zaraz - Czesio w zamyśleniu potarł gładko ogolony, niestety nie
                                                    kwadratowy, podbródek a co ja robiłem przed DRRRRRR!...? Mgliste wspomnienie
                                                    samotnej kolacji i odpoczynku wojownika, jaki po niej zaraz nastąpił, poraziło
                                                    zmysły Czesława. Byłby się spoliczkował, ale żal mu było ręki. Szybka decyzja i
                                                    Czesław strzelił głową w mur. Na oślep. Uderzenie oślepiło go rzeczywiście, gdy
                                                    się ocknął - parapet był pusty. Ba - nie było nawet parapetu...
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.02.05, 18:54
                                                    Zamiast parapetu w trawie grały świerszcze. Gdzieniegdzie przeleciała mucha
                                                    lawirując pomiędzy przeszkodami w postaci rosnącego tu łubinu lub przeleciał
                                                    komar wykonując swą niewdzięczną misję owadziego wampira. Czesław rozejżał się
                                                    dokładnie po nowych dekoracjach opowiadania. Poprawił nieco rozmieszczenie
                                                    drzew na horyzoncie, przepływający opodal strumyk przewrócił na drugą stronę, a
                                                    wśród łopianu kwitnącego opodal umieścił kilka zajączków. "Tak będzie lepiej"-
                                                    mruknął zadowolony sam do siebie. Wszystko było gotowe do dalszej akcji.
                                                    Czesław nastawił jeszcze na zegarku szybkość z jaką miały przebiegać
                                                    nadchodzące wydarzenia i ruszył przed siebie w szerokie pola złocące się
                                                    dojrzewającym jęczmieniem. Nagle Czesław zatrzymał się i postawił dworzec
                                                    kolejowy w samym środku szczerego pola. Zagwizdała lokomotywa, pasażerowie
                                                    kręcili się od peronu do peronu a pan zawiadowca dumnie podniósł rękę dając
                                                    znak do odjazdu. I wszystko starym zwyczajem odjechało w siną dal.
                                                  • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 12.02.05, 08:27
                                                    Sam Czesław też naraz ze złości zsiniał na swoją bezmyślność. Jakże tak mógł
                                                    był pozbawić się w jednaj chwili całego swojego dorobku literackiego, tych
                                                    wszystkich przygód niesamowitych, drogich miejsc sercu bliskich i grona
                                                    wiernych mu postaci drugoplanowych. Jeden ruch nieprzemyślany i całość
                                                    wchłonęła nienasycona czeluść sinej dali. Co począć teraz bez przytulnego
                                                    mieszkanka przy Krzywym Kole? Komu teraz nie patrzeć prosto w oczy, gdy bohater
                                                    sam jak palec pozostał na niezapisanych stronicach naszego niezrównanego
                                                    opowiadania? Czesław ze smutkiem spojżał na puste stronice, które leżały przed
                                                    nim czekając na przyjęcie dalszej akcji i z rezygnacją zrobił na pierwszej z
                                                    nich dużego kleksa.
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.02.05, 11:37
                                                    Kleks rozlał się, początkowo leniwie, paprząc wszystko po drodze, po chwili
                                                    jednak zmienił barwę na tęczowa i począł wybrzuszac się w kilku miejscach na
                                                    raz. Jednocześnie rozwijał się w górę i na boki, chybotał i drżał -
                                                    zafascynowany Czesław nie mógł od niego oczu oderwać. Gdy wreszcie bezkształtna
                                                    masa uformowała się ostatecznie - w skołtunioną czarną brodę, okulary w
                                                    drucianych oprawkach i wesolutki tużurek - Czesław poczuł, że robi mu się
                                                    słabo: stał przed nim Ambroży Kleks.
                                                  • Gość: kukułą Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.02.05, 18:34
                                                    - Czy można? - zapytał Ambroży skacząc ze stołu na podłogę. Zrobił przy tym dla
                                                    rozładowania atmosfery fikołka w powietrzu, ale przy okazji zawadził butem o
                                                    zasłonę przy oknie i rozerwał ją na pół. - Nic nie szkodzi, przynajmiej będzie
                                                    więcej światła - powiedział usprawiedliwiająco i usadowił się w fotelu
                                                    naprzeciw Czesława. "Ach, proszę uważać" - nie zdążył ostrzec gościa nasz
                                                    bohater, gdy w tym samym momencie Ambroży wystrzelił w powietrze wbijając się
                                                    głową w sufit. "Chciałem powiedzieć, że w tym fotelu strzelają sprężyny" -
                                                    zakończył bezradnie Czesław. Ambroży zamachał porozumiewawczo nogami w
                                                    powietrzu i syknął porozumiemawczo: - Pssss! Proszę o chwile ciszy. To co widzę
                                                    przechodzi najśmielsze moje oczekiwania, - kontynuował - choć jestem filozofem
                                                    to nigdy nie spodziewałem się ujżeć Świata, oczywiście przez duże "Ś" z tak
                                                    zadziwiajacej perspektywy. Eureka!! Okryłem w konstelacji Byka nową gwiazdę o
                                                    zadziwiającej jasności i nieprawdopodobnym kształcie. Toż to dopiero będzie
                                                    sensacja!
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.05, 09:18
                                                    Czesław nie czuł się najlepiej - coś co miało być tylko chwilowym omamem
                                                    powstrząsowym wyglądało realnie, panoszyło się, wierciło, darło zasłony i psuło
                                                    ukochany fotel (bo gdy siadało się na nim półgębkiem, z wolna i ostrożnie nie
                                                    strzelał sprężynami i był przyjazny). Pan Kleks mościł się tymczasem na
                                                    dywanie, przyjmując pozycję kwiatu lotosu. Zanosiło się na dłuższą medytację.
                                                    Czesław, mając do wyboru bierne przyglądanie się Ambrożemu lub inne wyjście z
                                                    sytuacji - wybrał to drugie. Udał się do kuchni. To miejsce - zwykle przyjazne
                                                    i słoneczne, wydawało się zanurzone w gęstej, kleistej substancji. Ruchy
                                                    Czesława siłą rzeczy również stały się powolne i nieskoordynowane. Próba
                                                    otworzenia puszki z kawą marago zakończyła sie wysypaniem tej ostatniej na
                                                    podłogę. Przy czym ziarenka kawy nie spadły, jak można by tego oczekiwać -
                                                    kaskadą, lecz unosiły się w stanie nieważkości wokół otumanionego Czesława.
                                                    - Młuuuuszłęęę cłoooś zzz tłymmm zrłoooobłić - wybełkotał Czesio w zwolnionym
                                                    tempie. W tym momencie wydarzenia nabrały szwungu - kawa błyskawicznie zebrała
                                                    się do kupy i wskoczyła do puszki, Czesio puszkę zakręcił i tyłem wybył ze
                                                    słonecznej kuchni. Wchodząc do pokoju zobaczył jeszcze skrawek ulatującego
                                                    przez okno dywanu, na którym wciąż siedział Ambroży. - A niech mu będzie na
                                                    zdrowie - westchnął Czesław i postukał palcami w dolnął wargę - Co to ja? A -
                                                    kawa! -I już po chwili, siedząc przy kuchennym stole, wdychał ulubiony aromat
                                                    wprost z porcelanowej filiżanki z ręcznie malowanym wrąbkiem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.05, 10:22
                                                    -Jestem setny, jestem setny - krzyknął uradowany Kukułą i zaczął skakać z
                                                    radości po pokoju. Czesław miał już tego powyżej uszu. Niedość, że Ambroży
                                                    Kleks poczynił tyle spustoszenia w jego własnym mieszkaniu, to jeszcze ten
                                                    zwariowany sąsiad na górze. Jan Kukułą mieszkał ze swoją siostrą Anglaztasyą
                                                    Trusiią piętro wyżej. Rodzeństwo to najbardziej dało się Czesławowi we znaki.
                                                    Nocy nie można było przespać spokojnie w obawie przed ich zwariowanymi
                                                    extzesami.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.05, 11:35
                                                    Para ta na zewnątrz występowała jako dwoje nobliwych państwa w średnim wieku.
                                                    Ubrani jak na mieszczan przystało: w tweedy i lny - on oraz w tweedy, welury i
                                                    żorżety - ona. Oboje zawsze zapięci wzorowo pod szyję, wyprasowani i
                                                    wykrochmaleni, w nieodłącznych kapeluszach: borsalino - on, toczku lub panamie-
                                                    ona. Zawsze pod rękę. Niezawodnie wyposażeni w torebkę okruchów dla ptasząt i
                                                    tutkę z cukierkami dla dziatwy przedszkolnej. Tak więc spacerowali niespiesznie
                                                    Jan z Anglaztasyą (przez brata zwana pieszczotliwie Tasią) i sprawiali wrażenie
                                                    dobrodusznych, pogodnych i pogodzonych z losem. Ona drobiąc małe kroczki w
                                                    sznurowanych bucikach, szeleściła halkami i pochylała z wdziękiem główkę,
                                                    osadzoną na długiej, łabędziej szyi. On, podkręcając wypomadowany wąsik,
                                                    uśmiechał się do niej i lekko postukiwał w bruk hebanową laseczką o srebrnej
                                                    rączce. Po południu wracali wszakże z przechadzki, jeszcze tylko odkłonili się
                                                    po drodze paru sąsiadom, jeszcze któreś nachyliło się, aby pogłaskać
                                                    podwórzowego Burka i już po chwili zamykały sie za nimi drzwi przytulnego
                                                    mieszkanka. A wtedy...
                                                  • Gość: Grylzdyl Fataan Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.02.05, 11:46
                                                    przepraszam za ten nagły post krytyczny, ale to jest niezłe...
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.02.05, 22:50
                                                    "A wtedy..." - zdążył napisać Czesław w pamiętniku, gdy nagle całym domem
                                                    wstrząsnęła potężna eksplozja: coś jakby okropny łoskot, głuchy, dudniący huk
                                                    detonacji, a potem piekielna wrzawa, zgiełk i wesołe krzyki, a po chwili
                                                    lament, płacz i wycie jak gdyby splecione w jeden dziki chaos ze szczękaniem
                                                    zębów, trzaskiem łamanych kości a także łomotem rozbijanych bezlitośnie
                                                    sprzętów domowych. A przecież był to tylko niewinny choć gwałtowny wybuch
                                                    radości w lokalu zajmowanym przez przykładne rodzeństwo. Kamienica zachwiała
                                                    się w posadach lecz na szczęście nie runęła. Tylko w paru mieszkaniach
                                                    znajdujących się na wyższych piętrach wyleciały z okien szyby. Sam Czesław
                                                    szczęśliwie uszedł z życiem gdy w ostatnim momencie dał nura pod łóżko ratując
                                                    się przed spadającym żyrandolem, który pod wpływem wybuchu radości w mieszkaniu
                                                    wyżej oderwał się od sufitu i z hukiem roztrzaskał się o biurko przy którym
                                                    Czesław wieczorami notował swoje wspomnienia.
                                                    "Co ich tak rozbawiło?" - zapytał sam siebie Czesio wyglądając ostrożnie spod
                                                    łóżka.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.02.05, 09:36
                                                    Wybuch entuzjazmu, jaki nastąpił piętro wyżej nie był ani nagły, ani
                                                    niespodziewany. Czesław jednak, mając upiorne rodzeństwo za sąsiadów, z wolna
                                                    popadał w histerię. Otóż, jak zwykle po oświeżającej przechadzce, Jan i Tasia w
                                                    zaciszu domowych pieleszy powracali do właściwych swych postaci, aby móc oddać
                                                    się ulubionym rozrywkom. Tasia z ulga pozbywała się krępujących ruchy
                                                    fatałaszków i zakładała obszerny, wygodny hutniczy kombinezon (wygrany kiedyś w
                                                    remika od nieszczęsnego majstra zmianowego zatrudnionego w COP - Centralnym
                                                    Okręgu Przemysłowym - tenże nie mogąc przeboleć straty zaraz strzelił sobie w
                                                    łeb), Jan preferował natomiast stroje zwiewne i pełne powabu - tym razem
                                                    wybrał koronkowe dessous w kolorze bladej lawendy oraz japoński szlafroczek
                                                    malowany w motyle i pawie, z cytrynowego jedwabiu - całości dopełniał wrzosowy
                                                    szal (zamotany na głowie asymetrycznie - tak, aby jego końce swobodnie spływały
                                                    na ramię) oraz cygarniczka kości słoniowej. Nareszcie uwolnieni z okowów
                                                    pozorów i konwenansów mogli przystąpić do dzieła: dziś przypadały półfinały
                                                    rozgrywek cymbergaja. Oboje uzbrojeni w wąskie, szylkretowe grzebienie i złotą
                                                    rublówkę stanęli po przeciwnych stronach stołu, mierząc się badawczym wzrokiem.
                                                    I pooooszło:
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.02.05, 21:08
                                                    I poszłoooo... jak zwykle z płatka. Gra trwała do samej północy. Co chwilę
                                                    towarzyszyły jej nieskrępowane wybuchy radości. Czesław tymczasem postanowił
                                                    skończyć z pamiętnikiem. Pisanie przestało przynosić mu radość. Podszedł do
                                                    okna. Jego ukochane miasto tętniło życiem, ulice grały migotaniem świateł, na
                                                    horyzoncie przeleciał areoplan ciągnąc za sobą szarą wstążkę spalin. I w tym
                                                    momencie Czesław postanowił uczynić coś dla dobra ludzkości. Koniec z
                                                    egistycznym chowaniem się po kątach i z biadoleniem nad własnym losem. Nie miał
                                                    wcale tak najgorzej. Nigdy nie był głodny, co najwyżej nie jadł czasami przez
                                                    parę dni. Zawsze miał dach nad głową, choc najczęściej nie nad swoją własną.
                                                    Ubranie pasowało na niego jak ulał choć trzeba przyznać, że było o kilka
                                                    numerów za duże. Buty służyły mu wiernie już kilkanaście sezonów. Coż pragnąć
                                                    jeszcze? Jednak Czesław odczuwał pewien niedosyt, co do którego nie chciał się
                                                    przyznać nawet przed samym sobą. Nasz bohater szybkim ruchem przy pomocy
                                                    naręcznego zegarka z funkcją nieskończoności namierzył odległość dzielącą go do
                                                    sinej dali i przeskakując przez parapet odleciał w kierunku wskazanym przez
                                                    wskazówki zegarka odbijające się zielonkawą poświatą nafosforyzowanego metalu
                                                    od inkrustowanej prawdziwymi rubinami tarczy.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.02.05, 10:43
                                                    Wątpliwości opadły go w trakcie lotu, czyli gdy było już za późno. - Co
                                                    właściwie strzeliło mi do głowy? - szeptał. Ja ze swoją nikczemną posturą... -
                                                    jęknął. - I wątłym zdrowiem ... - zaskamlał. Ludzie, cóż po ludziach, czym... -
                                                    Czesław zdał obie sprawę, że cytowanie cudzych myśli w niczym mu nie pomoże. -
                                                    Godności trochę - sumienie szturchnęło go tak energicznie, że na chwilę zmienił
                                                    trajektorię lotu. To zaważyło na jego dalszych losach - oto u stóp Czesia
                                                    rozpościerało się malownicze, senne miasteczko. Pośrodku majaczył schludny
                                                    ryneczek, na nim urocza budka z lodami, a przy budce mała dziewczynka, z
                                                    warkoczykami ozdobionymi dwiema potężnymi białymi kokardami. Trąc oczy
                                                    piąstkami mała beczała donośnie: - Buuuuu! (właściwie powinno być "beeeeee",
                                                    ale jak wiadomo tak się nie beczy). Czesław poczuł coś. To coś drgnęło. To było
                                                    w nim zawsze lecz, dotąd uśpione, dawało mu spokój. Teraz czuł owo coś całym
                                                    Czesławowym jestestwem. To było poczucie przyzwoitości i obowiązku, umiłowanie
                                                    prawdy i chęć niesienia pomocy innym. Było tego tyle, że wątłe barki Czesława
                                                    ugięły się pod ciężarem. Nasz ulubieniec zaczął pikować w dół. I oto stał u
                                                    boku zasmarkanej, młodocianej hiteryczki. Zwykle w takiej sytuacji odszedłby
                                                    czym prędzej nie wyciągając rąk z kieszeni. Coś się jednak zmieniło - Czesław
                                                    stał się superbohaterem - Nadczesławem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.02.05, 20:53
                                                    „Nadczesławem jam ci” – jakiś głos wewnętrzny, ochrypły i niski budował w
                                                    Czesławie nową osobowość. Wsłuchał się głębiej w te dobywające się z wnętrza
                                                    odgłosy, szumy i dźwięki. A jestestwo Czesława miało się coraz lepiej: teraz
                                                    już nie podszepty wewnętrzne, ale sam Czesio mruknął sobie wesoło własnym
                                                    głosem: -"Kurde felek, no nie, jam ci Nadczesław nad wszystkie Czesławy." Naraz
                                                    dźwięk wewnętrzny głęboko w lędźwiach niczym bicie dzwonu na wieży kościelnej,
                                                    donośny i mocny przeszył całe jestestwo Czesia jak gdyby oznajmiając całemu
                                                    światu, że oto dzieło przemiany zostało zakończone. Czesław zajaśniał blaskiem
                                                    cnót , wiedzy, siły i odwagi. Dziewczynka sprzedająca lody wyciągnęła dłoń
                                                    zbrojną w wafelek z kulką truskowkowych i szepnęła zachęcająco: -"To dla pana
                                                    jegomościa."
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.02.05, 07:32
                                                    Nadczesławowym nadwysiłkiem Czesław przeszył wzrokiem kulkę lodów. Ten odcień
                                                    różu był mu dobrze znany. Badał, analizował, porównywał i nagle: -"Ach, toć to
                                                    odcień rumianych policzków Ambrożego Kleksa" - żachnął sie Nadczesław. I w tej
                                                    samej chwili truskawkowe zlały się jeszcze większym rumieńcem... Ambrożemu
                                                    naprawdę było wstyd.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.02.05, 09:36
                                                    I całe szczęście. Gdyby nie nagłe wtargnięcie Czesława w idylliczne dekoracje
                                                    miasteczka - Ambroży przeszedłby samego siebie, a to dla smarkatej mogłoby się
                                                    źle skończyć. Ale do ad remu: Otóż mało kto, a ściślej nikt, nie wiedział o
                                                    tym, że Ambroży poza pracą prowadził drugie życie. I trudno mu sie dziwić - kto
                                                    wytrzymałby wielogodzinne użeranie się z nieletnimi, wymyślanie coraz to nowych
                                                    atrakcji i robienie z siebie pajaca?! No na pewno żaden dojrzały mężczyzna
                                                    zdrowy i normalny, a do takich, prywatnie, Pan Kleks należał. Dlatego, gdy
                                                    nerwy odmawiały mu posłuszeństwa, nie chcąc krzywdzić swoich wychowanków -
                                                    udawał się w tzw. podróże. Po powrocie snuł opowieści o swoich niezwykłych
                                                    przygodach, a na tych wyssanych z palca bredniach wychowywały się całe
                                                    pokolenia niewinnych dzieci. Prawda była taka, że Kleks opuszczał cichaczem
                                                    swoją akademię i gnał przed siebie byle dalej w poszukiwaniu zacisznej knajpki.
                                                    W okolicy był powszechnie znany, więc musiał zapuszczać się bardzo daleko by
                                                    takie miejsce znaleźć. I oto trafił do sennego miasteczka, zabalował przez noc
                                                    w lokalu z wyszynkiem, a rano, skacowany dopadł lodziareczki i zażądał lodów o
                                                    smaku kapuśniaku. Dziewczynka stroiła sobie z niego żarty i na efekty nie
                                                    trzeba było długo czekać. Ambroży zaczął bluzgać ordynarnie i ijuż miał zamiar
                                                    przewrócić cały kram jednym kopnięciem, gdy pojawił się Nadczesław. Kleks
                                                    niewiele myśląć zwinął się w kulkę lodów truskawkowych. No teraz to było mu
                                                    wstyd...
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.02.05, 19:39
                                                    "Trudna sytuacja" - myślał Nadczesław głębią myśli swojej przełykając ślinę -
                                                    "Zjeść i mieć już wreszcie święty spokój z częstym, nieproszonym gościem, czy
                                                    zostawić go na pastwę jego niecnych pokus." Nadczesław zagłębiał się coraz
                                                    bardziej w swoje myśli, aż do momentu gdy nie mógł już zaczerpnąć odpowiedzi,
                                                    tak głęboko zabrnął. Podrapał się po głowie, ale i to nic nie pomogło.
                                                    Tymczasem Ambroży rumienił się coraz bardziej, aż jego truskawkowe oblicze
                                                    nasyciło się intensywną, ognistą czerwienią. Wiedział on przecie, że chwila
                                                    prawdy jest już blisko. Nadczesław spojrzał w górę i tam naraz w stadzie
                                                    przelatujących kaczek znalazł odpowiedź. Ptaki lecąc sformowały klucz, który o
                                                    dziwo przypominał kształtem swym literę "B". "Be, Be" - na głos myślał
                                                    Nadczesław - "no tak, be jak burak, czerwony jak burak. Wyśmienicie nadaje się
                                                    na ćwikłę".
                                                  • pan-cerfaust Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego 21.02.05, 20:23
                                                    Gdyby Nadczesław myślał dłużej doszedłby zapewne w swoich myślach bardzo
                                                    daleko. Może nawet okrążyłby ziemię. Kto wie? Ale naraz przy "cwikle" zabrakło
                                                    mu świerzych myśli i się po prostu zaciął. Polizał zatem swojego loda, nie
                                                    bacząc na protesty Ambrożego Kleksa, i usiadł na ławce w parku w cieniu
                                                    rozłożystej lipy. Lipa zaszumiała, Nadczesław zamruczał, a Ambroży zawył - i w
                                                    ten sposób powstała X Symfonia Beethovena.
                                                  • Gość: kukułą Re: Pojawienie się Kleksa Ambrożego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.02.05, 20:45
                                                    Od tej pory w okolicy zapanowała Symfomania. Wszyscy na gwałt zaczęli szukać
                                                    rozłożystych lip, pod którymi mogliby tworzyć wiekopomne dzieła muzyczne.
                                                    Muzykowaniu nie było końca, a niezliczone klucze wiolinowe i nuty przysłoniły
                                                    cały horyzont swoimi obłymi kształtami. W ten sposób ukształtował się nowy
                                                    okres w historyi formowania się skorupy ziemi: pięcioliniorząd.
                                                  • pan-cerfaust Pięcioliniorząd 21.02.05, 21:09
                                                    To był okres w którym na nowo pojawiły się dizonaury. Co prawda niewielkich
                                                    rozmiarów, ale jednak. Wróćmy jednak - zapewne czytelnicy nie mogą już doczekać
                                                    się rozwoju naszej niesłychanie ciekawej opowieści- do przytulnego mieszkania
                                                    znajdującego się w wykładanej szarym granitem kamienicy przy ulicy Krzywe Koło
                                                    w Warszawie. Właśnie pękła tam rura z ciepłą wodą, oraz zawalił się strop nad
                                                    częścią mieszkań znajdujących się na ostatnim piętrze.
                                                  • Gość: kukuła Re: Pięcioliniorząd IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.02.05, 21:18
                                                    Gwoli skisłości - to była jednak rura z zimna wodą.
                                                  • pan-cerfaust Re: Pięcioliniorząd 21.02.05, 21:22
                                                    Po dokładniejszych badaniach stwierdzono jednak, że była to rura z kapustą
                                                    kiszoną.
                                                  • Gość: kukułą Re: Pięcioliniorząd IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.02.05, 21:30
                                                    Jednakowoż okazało się, że nie była to rura lecz beczka, i to nie z kiszoną
                                                    kapustą, a o ile to prawda - była to beczka śmiechu.
                                                  • pan-cerfaust Re: Pięcioliniorząd 21.02.05, 21:37
                                                    Po użyciu nadzwyczajnego profesora uniwersytetu do najdokładnieszych badań
                                                    okazało sie jednak że nic nie pękło i nic się nie zawaliło.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pięcioliniorząd IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.05, 08:03
                                                    Panowie - powieść nam się w szwach rozłazi :) Wena mnie opuściła, za to
                                                    rozbolała mnie głowa. Gdy osiągnę stan migrenowy - na pewno pociągnę wątek
                                                    dalej, ku jasnej przyszłości. Zaraz wracam. (ale te lipy rozłożyste i cała
                                                    reszta - nader smakowita)
                                                  • iwles Jak ten gościu miał na imię ?????? 22.02.05, 08:13
                                                    Nasz bohater bardzo dzielnie znosił wszystkie wpadki, lecz postanowił się co
                                                    nieco podleczyć i w tym celu pojechał do miasta Łodzi.........
                                                  • Gość: kukułą Re: Jak ten gościu miał na imię ?????? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.05, 08:40
                                                    "Życie to ciągłe zmiany" - pomyślał oryginalnie Czesław - Nadczesławem będąc -
                                                    gdy już pociąg wtoczył sie na stację Łódź Fabryczna. Tutaj czekała go miła
                                                    niespodzianka. Do Łodzi dotarła już Symfomania, której nasz bohater był
                                                    inicjatorem. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia stworzono kilkaset doskonałych
                                                    utworów muzycznych, z których na czoło wybijała się nowa wersja "Halki"
                                                    Moniuszki, a zaraz potem "Gorset", "Pończochy" oraz "Tużurek", o tyle
                                                    oryginalny, że w wersji na kotły i lęćbedy.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Jak ten gościu miał na imię ?????? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.05, 10:23
                                                    I byłby może Czesio udał się na jakiś cienisty skwerek lipowy, aby w objęciach
                                                    Euterpe lub innej Polihymnii słuchając hymnów i pieśni oddać się błogim
                                                    marzeniom, gdyby nie te lody fatalne. Jako Nadczesław powinien zdawać sobie
                                                    sprawę z ryzyka, ale przecież był ufny i niewinny, nie pomyślał - a zrobił
                                                    (między nami mówiąc Czesio był po prostu głupi, ale to nie jego wina, przecież
                                                    mamusi Nadzieja było na imię). Spożycie lodów z Ambrożego było stokroć bardziej
                                                    niebezpieczne niż zjedzenie, bo ja wiem, lodów z salmonellą. O!
                                                    Ambroży skończył paskudnie, to fakt, i nawet po śmierci niechlubnej nadal mógł
                                                    szkodzić. I zaszkodził Czesiowi tak, że biedaczysko wprost z peronu pojechał do
                                                    Rygi. To nie pomogło mu niestety i jakaś litościwa dusza, rozpoznawszy w nim
                                                    słynnego wirtuoza powiozła go dorożką do pobliskiej lecznicy. Była to lecznica
                                                    małych zwierząt, a w niej przyjmował sam doktor Dolittle, który do Łodzi
                                                    przyjechał do wód, zabłądził i tak pozostał biedaczysko.
                                                  • Gość: kukułą Sprawa Lodów IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.05, 21:43
                                                    "Nie mogę, no nie, chyba zwariuję, coś takiego" - dało się słyszeć zza drzwi
                                                    gabinetu tajemniczego doktora. Oczekujący na wizytę pacyjenci, początkowo
                                                    zachowywali sie jak gdyby nigdy nic; ktoś przeglądał czasopisma rozłożone na
                                                    stoliku, ktoś inny utkwił wzrok w suficie i trwał w nabożnym skupieniu godnym
                                                    lepszej sprawy, inny ktoś skrzypiał krzesłem poruszając się rytmicznie w takt
                                                    tylko jemu znanej melodyi. " Aaaa, no nie, o rety, ludzie ratujcie mnie, chyba
                                                    zaraz pęknę" - wciąż atakowało wyobraźnię zgromadzonych w poczekalni. Pierwszy
                                                    Ktoś nie wytrzymał i uklęknął pod dziurką do klucza w drzwiach gabinetu.
                                                    Niestety nie dało się nic zobaczyć, cały widok przesłaniał wielki, ciemny
                                                    przedmiot o nieokreślonym kształcie.
                                                  • pan-cerfaust Re: Sprawa Lodów 22.02.05, 21:57
                                                    Kształt ten co prawda nieokreślony dało się jednak - przy udziale kilku
                                                    zmysłów - wyczuć. Pachniał on pieprzem i palonym polnym zielskiem oraz
                                                    kiszonymi ogórkami. Jedak czym kształt ów był, pozostawało wciąż zagadką.
                                                  • Gość: kukułą Re: Sprawa Lodów IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.05, 22:37
                                                    Czy większa dziurka od klucza rozwiązałaby problem i kształt zostałby
                                                    rozpoznany? Nie sądzę. Kształt ten pomimo rozpoznawalnych zapachów nie posiadał
                                                    jednak cech przestrzennych, które mieściłyby się w trzech znanych wymiarach.
                                                    Posiadał on jeszcze jeden wymiar, tajemniczy i zagadkowy, wymykający się
                                                    całkowicie wszelkiemu doświadczeniu.
                                                  • iwles co było za dziurką od klucza? 23.02.05, 08:09
                                                    Ten czwarty wymiar - to tajemniczy zimny powiew, który wysysa z żywych istot
                                                    całą radość.
                                                    D e m e n t o r !!- skojarzyło się jakoś Czesławowi !! Podniósł się więc szybko
                                                    z kolan, gdy nagle dopadła go dziwna niemoc. Przez dziurkę od klucza wychynął
                                                    dziwny paznokieć i zbliżał się powoli do oka Czesia. No nie! - w dodatku
                                                    brudny !! Do łazieneczki marsz !! - krzyknął Czesio - prosze umyć
                                                    rączki !! ..... i w tej samej chwili stracił świadomość.
                                                  • Gość: kukułą Re: co było za dziurką od klucza? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.02.05, 21:16
                                                    Stracił Czesław świadomość ale odzyskał przytomność. I to w samą porę. Była to
                                                    przytomność ponadprzeciętna, pozbawiona wszelkich naleciałości obcych kultur,
                                                    zatem bardzo patryiotyczna a zarazem swojska i nieco siermiężna.
                                                  • pan-cerfaust Re: co było za dziurką od klucza? 23.02.05, 22:12
                                                    Siermiężność Czesławowej przytomności widoczna była jednak jedynie dla oka
                                                    specjalisty. Wszyscy inni widzieli w naszym bohaterze to co było głowną cecha
                                                    jego charakteru: spójność zewnętrzną, lub jak kto woli: skłonność do otwierania
                                                    się w sobie.
                                                  • Gość: trusiaa Dziurka nie istnieje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.02.05, 08:08
                                                    - Znów popadam w histerię? przemknęło przez głowę Czesiowi. To być nie może -
                                                    jestem wszak Nadczesławem - przybyłem pokój na ziemi nieść! I, choć zajęło mu
                                                    to dłuższą chwilę, jakoś pozbierał się do kupy. Tak przygotowany zapukał do
                                                    drzwi pukiem nie znoszącym sprzeciwu - Puk! Puk! Please come in - zagruchał zza
                                                    drzwi doktor. Czesław obdarzony nadnaturalną mocą - bez trudu zrozumiał i
                                                    przyjął zaproszenie. Jednak, w patriotycznym odruchu, postanowił zwracać się do
                                                    rozmówcy wyłącznie popolsku: - Pokój z Tobą panie bracie. Tu skłonił sie na
                                                    hinduską manierę (było to jedyne ustępstwo na jakie poszedł w imię lepszej
                                                    sprawy). - What's up doc? - wyrwało się Dolittlowi - I mean: what's up sir?
                                                    - Powiem krótko - rzucił Czesio niespeszony - dla dobra ludzkośći pożarłem
                                                    Kleksa Ambrożego i teraz cierpię na niestrawność. Lekarz uśmiechnął się
                                                    dobrodusznie, podrapał w różową łysinkę i zaraz zasiadł do pisania recepty, a
                                                    brzmiała ona jak następuje:
                                                  • iwles recepta 24.02.05, 12:45
                                                    recepta:

                                                    rano o 8 : całus w świńskiego ryjka
                                                    południe - kopniaczek w dupcię wilka
                                                    wieczorem: karalucha do ucha na chwil kilka
                                                    a na noc: szczotka ryżowa do zadyjka
                                                  • Gość: trusiaa Re: recepta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.02.05, 13:30
                                                    Wiesz co iwles? Sam sobie zrealizuj taka receptę. Miałam wrażenie, że kumasz
                                                    bluesa. Jak ci się nudzi to przecież masz tyyyle fajnych wątków do odwiedzania.
                                                    Z pełną wyrozumiałością - trusiaa
                                                  • iwles no przeciez od czegoś ten Czesio musiał umrzeć :) 24.02.05, 13:34
                                                  • iwles Re:no przeciez od czegoś ten Czesio musiał umrzeć 24.02.05, 14:08
                                                    Biedny Czesio. Mimo że trafił do lekarza od zwierząt - jakimś nadzwyczajnym
                                                    zbiegiem okoliczności okazał się on bardzo pomocny !!
                                                    A przypomnijmy, że była to połowa roku 1979, czyli całkiem niedawno.
                                                    Moi drodzy, Czesław to był naprawdę fajny kolega, był........ nie zapomnimy go
                                                    nigdy.
                                                    Mimo że ostatnie jego chwile obfitowały w tak wiele nieprawdopodobnych zbiegów
                                                    okoliczności, wypadkowych nieszczęść, ale i wspaniałych przezyc przynoszących
                                                    tyle radości...
                                                    Jednak koniec nieuchronnie nadchodził..........
                                                  • Gość: kukułą Re:no przeciez od czegoś ten Czesio musiał umrzeć IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.02.05, 22:39
                                                    Nie takie rzeczy Czesław przeżył. Hę, przeżyje i rok 1979. Ale o tym dowiemy
                                                    się dopiero za lat kilkadziesiąt. Swoją drogą w klepsydrze umieszczonej
                                                    w "Życiu Warszawy" zakradł sie był błąd. Oczywiście,że dotyczyła ona ześjcie w
                                                    czasie snu (gwoli skisłości - była to poobiednia drzemka), osoby płci o imieniu
                                                    Czesłaf, przemieszkującej na poddaszu kamienicy mieszczącej się prze Krzywym
                                                    Kole w Warszawie. Ale czy wszystkie fakty umieszczone w prasie, a dotyczące
                                                    tego przykrego wydarzenia były w zgodzie z obiektywną prawdą? Niechaj
                                                    czytelnicy sami ocenią i wyciągną odpowiednie wnioski.
                                                  • pan-cerfaust Re:no przeciez od czegoś ten Czesio musiał umrzeć 24.02.05, 23:03
                                                    Zresztą sam lekarz przeglądając wyniki badań nie mógł uwierzyć własnym oczom,
                                                    dlatego pożyczył na chwilę bardzo dobre oczy od swojej asystentki. Testy były
                                                    jednoznaczne: Czesław cierpiał na bardzo rzadko spotykaną przypadłość - okazało
                                                    się że przypadłością wspomnianą jest nieśmiertelność i to wyjątkowo
                                                    niebezpieczna, bo wrodzona. No cóż, czasami trzeba spojrzeć prawdzie w oczy,
                                                    nawet wtedy gdy nie są one naszymi własnymi.
                                                  • Gość: kukuła Spadaj ze swoja śmiercią IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.02.05, 23:25
                                                    Czesław dość długo przyglądał się prawdzie wymalowanej pastelowymi kolorami na
                                                    twarzy doktora D. Doszedł jednak do wniosku, że woli bardziej zdecydowane
                                                    barwy - zwłaszcza odważny efekt uzyskany przez kontastujace ze sobą kolory
                                                    przeciwstawne. Odwrócił wzrok od zatroskanej twarzy weterynarza i poszukując
                                                    nowych wrażeń popatrzył jednym okiem do góry, drugim natomiast zatoczył koło o
                                                    średnicy łuku wynoszącej mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów, by w końcu
                                                    zawisnąć wzrokiem na drzewie za oknem. Był to piękny kasztanowiec.
                                                  • Gość: trusiaa Czesław wiecznie żywy! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 08:17
                                                    Czesio trwał tak zamyślony z jednym okiem na podłogię, z drugim okiem w
                                                    atmosferzu, aż stary doktor doznał olśnienia. - You are Superczeslaw, aren't
                                                    you? Czesio błyskawicznie spuścił wzrok, wszak nawet jako heros skromnym był
                                                    nadal. - Tak mówią - szepnął cichutko i zarumienił się niczym dzięcielina. I
                                                    wtedy stał się cud. Medyczny. Otóż wraz z rumieńcem wypełzł na jego policzki
                                                    niesławny cień Kleksa Ambrożego. Chwilę się zawahał, najpierw zawisł na rzęsach
                                                    Czesia, a potem przyjąwszy postać niewinnego obłoczka, sfrunął na kasztanowiec
                                                    barwiąc jego kwiaty na różowo...
                                                    Wszystkie dolegliwości przeszły Czesiowi jak ręką odjął. - Panie, pan jesteś
                                                    geniuszem - jedna wizyta wystarczyła, bym wyzdrowiał zupełnie. - Uśmiechnięty
                                                    Doktor w zamyśleniu podrapał Czesia pod brodą i za uszami, a gdy skończył
                                                    Czesio zaskomlał cichutko i wskazał łapą drzwi. Spacerek to było właśnie to o
                                                    czy teraz marzył.
                                                  • Gość: kukułą Re: Czesław wiecznie żywy! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 08:33
                                                    - Proszę nie zapomnieć zdjąc wzroku z drzewa, przyda się Panu w przyszłości -
                                                    na odchodne powiedział doktor D. Czesio wybiegł na ulicę. Czuł się szczęśliwy i
                                                    rozpierała go energia. Nawet patrol Gestapo - dwóch mundurowych o groźnych
                                                    minach przeciwpiechotnych - nie zrobił na nim większego wrażenia. Podbiegł do
                                                    kasztanowca i podskoczył aby zdjąć swój wzrok wiszący wysoko na gałęzi.
                                                  • iwles A skąd Gestapo w XX-leciu Międzywojennym ? :) 25.02.05, 09:08
                                                    No tak - to ten brak wzroku.... - pomyślał Czesław - granatowe mundury okazały
                                                    się dwoma spasionymi kotami, które chcąc dopaść kasztanowca przed Czesiem -
                                                    przyspieszyły kroku - mając chrapkę na czesiowy wzrok.
                                                    Kociska sprężyły się - wygięły najeżone grzbiety i spróbowały odepchnąć
                                                    Czesława, który już-już dosięgał gałęzi.
                                                    Ale nasz kolega był szybszy. Kurs drapania się po drzewach, który ukończył
                                                    jeszcze w dzieciństwie, z wynikiem celującym - po raz kolejny okazał się bardzo
                                                    przydatny.
                                                    Koty-Behemoty - odeszły jak niepyszne, spuszczając nosy na kwintę, bo ktoś
                                                    okazał się lepszy i szybszy od nich.
                                                    Czesio - pełen triumfu i chwały pomaszerował raźnie dalej i, nawet, z lekka
                                                    podskakiwał, podąrzając za jakimś smacznym zapachem, bo głośne burczenie w
                                                    brzuchu przypomniało mu, że dziś jeszcze nic nie jadł.
                                                  • Gość: kukułą Dobre, Iwles IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 09:15
                                                  • Gość: trusiaa Re: Dobre, Iwles IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 09:23
                                                    Ale kolega i. dzisiaj dla Czesia łaskawy
                                                  • iwles Re: Dobre, Iwles 25.02.05, 09:50

                                                    A teraz trusiuu pociągnij Czesia dalej.

                                                    aha - i. to nie kolega, lecz jeżeli już to koleżanka.
                                                  • Gość: trusiaa Niemożliwe, nie ma takich kobiet :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 10:44
                                                    - Co by tu? Kopytka ze skwarkami? Błeee. - Czesio żachnął się, ale troszeczkę
                                                    się tym żachnięciem zdziwił. - No to może... jajecznicę? Iiiii... - machnął
                                                    ręką. Ale zaraz pomyślał - Oj niedobrze z Tobą Czesławie. - Już wiem -
                                                    serdelki! Łaaach! Tu reakcja była natychmiastowa. - A dlaczego brzydzę się
                                                    takimi przysmakami? zapytał podejrzliwie(I może dodałby jeszcze - a dlaczego tu
                                                    nie ma klamek, a dlaczego tu nie ma okien? gdyby miał na imię Jerzy
                                                    oczywiście.) Nadczesław przysiadł ostrożnie na brzeżku parkowej ławki. - Jestem
                                                    głodny - fakt. Na nic nie mam ochoty - też prawda. To czego ja właściwie chcę?
                                                    Ponieważ z myśleniem nie było u Czesia najlepiej, a po Wielkiej Przemianie
                                                    nawet jakby mu się pogorszyło, minęło południe i słońce zaczęło chylić się ku
                                                    zachodowi. Czesio nadal daleki był od wydania okrzyku - Eureka! Ale od czegóż
                                                    ma się nadświadomość. Czesiowa nadświaomość była szczególnie rozległa i
                                                    mocarna, a do tego silnie już zniecierpliwiona nieporadnością swego podmiotu. -
                                                    Nagle w głowie Czesława rozległ się spiżowy ton: - Słyszy mnie? Patrz mie na
                                                    usta: nektar bogów. Ambrozję masz jeść! Jasne? - Jasne! Tak jest! - Czesio
                                                    zerwał się z ławeczki. Oczywiście. Przecież Nadczesław nie może jeść byle
                                                    czego. Wyłącznie ambrozję. - Taaa. Ale skąd ją wziąć? Tym razem, o dziwo,
                                                    myślenie poszło jak z płatka: - ambrozja - Ambroży - rumieniec - kwiaty -
                                                    kasztanowiec - nektar. - Uf no to spadam na drzewo. I jak pomyślał tak zrobił.
                                                  • iwles Kopernik też była kobietą :):):) 25.02.05, 13:22
                                                    Rozsiadł się Czesio wygodnie na gałęzi i wyciąga dziubek w stronę kwiatka,
                                                    machając jednocześnie rękami, coby nie spaść boleśnie na ziemię, a jednocześnie
                                                    opędzić się od natrętnych pszczół, bączków, motyli i innych rywali
                                                    najsmakowitszego nektaru świata.
                                                    A z każdym "kęskiem" robił się dziwnie coraz cięższy, ale i coraz bardziej
                                                    błogo było mu na duszy, a oczy zaszły mgłą radości.
                                                    Niebo miało przecudowny lazurowy kolor, pływały po nim mięciutkie budyniowe
                                                    obłoczki i wielka chęć latania zakwitła w głowie Czesława, a że był
                                                    Nadczesławem - postanowił wznieść się do góry niczym ptak i polecieć do jakiejś
                                                    pięknej, tajemniczej krainy.
                                                    A ponieważ, jak zwykle u Czesia "czyn wyprzedza myśl" już za chwilę unosił się
                                                    w powietrzu nie przewidując niebezpiecznych konsekwencji....
                                                  • Gość: Czytelnik To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.02.05, 17:00
                                                    Jestem czytelnikiem opowiadania o Czesławie. Bardzo mi się podoba. Czy Czesław
                                                    nie mógłby pojechać w moje strony rodzinne, do Sokołowa Podlaskiego i tam
                                                    dokonać czegoś fajnego? Może można to zrobić? Z góry dziękuję. Czytelnik
                                                  • Gość: kukułą Postaramy się wysłać Czesia do Sokołowa. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 20:49
                                                  • Gość: kukułą Re: Postaramy się wysłać Czesia do Sokołowa. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.02.05, 21:39
                                                    No nie, zaraz, o co tutaj biega, lub dokładniej - o co tutaj lata? " A co tam
                                                    lata?" - zadawali zdziwieni to pytanie zadzierając głowy do góry. Oczywiście,
                                                    ktoś bez głowy nie miał możliwości aby choćby przez chwilę zobaczyć cień
                                                    szybującego w górze Nadczesława. A widok to był piękny i uzdrawiający.
                                                    Działanie przelatującego Czesława miało głównie charakter bakteriobójczy,
                                                    ściągający, przeciwskurczowy i moczopędny. Miało także ono zbawienny wpływ na
                                                    wszelkie zaburzenia przewodu pokarmowego, jak złe trawienie, wzdęcia, kurcze
                                                    żołądka, brak apetytu, oraz w schorzeniach nerek i wątroby, a także w krztuścu.
                                                    Dlatego na przewidywanych trasach przelotu naszego bohatera gromadziły się
                                                    grupki ludzi chorych na wspomniane dolegliwości. Biedacy ci, często bez
                                                    zmrużenia oka trwali tak przez dni i tygodnie, z nadzieją wypatrując pojawienia
                                                    się podniebnego uzdrowiciela.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Postaramy się wysłać Czesia do Sokołowa. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.02.05, 16:07
                                                    Czesio w roli Nadczesława czuł sie jak ryba w wodzie: nie żałował nikomu swoich
                                                    cudownych właściwości - posłusznie latał tam i siam wzdłuż kolejek
                                                    potrzebujących, a te, niewiarygodne, lecz prawdziwe, ciągnęły się stąd aż do
                                                    Sokołowa Podlaskiego! Wiele Czesio do szczęścia nie potrzebował, oprócz
                                                    błękitnego nieba i łanów świeżego kwiecia, gdzie mógłby się paść do woli. To
                                                    był dopiero maj, pachniała Saska Kępa zielonym, szalonym bzem, ale po maju,
                                                    wiadomo: szybciutko lato, a potem jeszcze szybciej jedenaście miesięcy
                                                    listopada... - Oj doloż, moja doloż - użalił się Czesio nad swym niepewnym
                                                    losem. - Jak, u licha, zdobyć zapasy ambrozji na zimę?
                                                  • pan-cerfaust Awiator 26.02.05, 19:18
                                                    -Już mi się w głowie kręci od tego latania - pomyślał Czesław - nadlatując nad
                                                    grupę ludzi chorych tym razem na skręt kiszek. - Gdyby się jeszcze ustawiali w
                                                    lini prostej - kontynuował swój wewnętrzny monolog - ale te kolejki wiją się
                                                    zygzakami i przeciążenia związane z ciągłymi zmianami kursu chyba mnie wykończą.
                                                    Czesław lotem nurkowym zatoczył koło nad grupą chorych, pomachał na
                                                    pożegnanie połami marynarki i wzbijając ponad poziom chmur obrał kurs na
                                                    Sokołów Podlaski. Po chwili zobaczył na horyzoncie zarys miasta.

                                                  • iwles w Sokołowie 26.02.05, 22:27
                                                    I, jak się zapatrzył, tak sie zachwycił !!
                                                    JEJaaa !! pomyślał - czemu mnie tu nigdy wcześniej moja intuicja nie
                                                    przywiodła, czemu ja się męczyłem na tych uliczkach Krzywych, Prostych i
                                                    Pokątnych, kiedy tu takie cuda !!
                                                    Piękne rzeki: Kościółek i Cetynia, jeszcze podówczas czyste, kusiły, aby zażyc
                                                    kąpieli. Nadbużańskie tereny baaardzo spodobały się Czesiowi, więc postanowił
                                                    troszkę tu zabałamucić.
                                                    Nadczesławową siłą zapikował na rynek główny, zahaczając po drodze o
                                                    cukrownię. "Przyda się trochę cukru" pomyślał - będzie z czego zrobić nektar
                                                    bogów.
                                                    Nagle - zza rogu wyleciały dwa olbrzymie sokoły - jak to w Sokołowie - i
                                                    skierowały się prosto na Czesława.............
                                                  • Gość: kukułą Re: w Sokołowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 10:56
                                                    Były to tak zwane "Sokoły Bezpiórne, Górnolotne". Odziane w tużurki z
                                                    niedźwiedzich skór, z rapierem u boku i z kapeluszem przyozdobionym kiściami
                                                    niedojrzałych czereśni stanowiły duże zagrożenie dla ówczesnych projektantów
                                                    mody. Ich -Sokołów- bezprzykładne oddanie się dziedzinie nauk ekonomicznych i
                                                    socjologii, poświęcenie się sprawie rozwój cywilizacyjnego oraz poprawie
                                                    sytuacji ekonomicznej Podlasia, cel który przyświecał całemu życiu tych
                                                    wybitnych ptaków, przerodził się w powszechny podziw i uznanie wśród
                                                    mieszkańców Podlasia wyrażające się w zaakceptowaniu stroju Sokołów jako ubioru
                                                    regionalnego. Wszyscy pragnęli, przynajmniej jakimś charakterystycznym
                                                    akcentem, wyrazić swój regionalny patryjotyzm. I tak rapiery zastapiły
                                                    parasolki. Nawet szacowne damy paradowały w niedzielę po miejskim deptaku
                                                    podpierając się połyskującymi w słońcu gustownie zdobionymi, drogimi,
                                                    sprowadzanymi z zagranicy rapierami. Natomiast młodzież upodobała sobie
                                                    niedojrzałe czereśnie, jako dodatek do wszelkich nakryć głowy, począwszy od
                                                    beretów a kończąc na wołokach. Tużurek z niedźwiedziej skóry stał się
                                                    obowiązującym strojem na podlaskiej wsi. Tak zwany "Szofer Mody" Christian
                                                    Dior, nie miał czego szukać na wielkim obszarze Podlasia i jego okolic, co
                                                    powodowało u niego nerwowy tik lewego ucha. Moda z Podlasia dotarła nawet za
                                                    ocean, gdzie zdobyła serca wybrednych mieszkańców Dzikiego Zachodu.
                                                    Ale wróćmy na rynek w Sokołowie Podlaskim, gdzie nasz ukochany bohater,
                                                    Nadczesław, stanął oko w oko z dwoma zawadiackimi Sokołami...
                                                  • Gość: Hefr Re: w Sokołowie IP: *.local.pl / *.crowley.pl 27.02.05, 12:40
                                                    Czesław przygotowany na frontalny atak poczuł lekki zawód gdy Sokoły z wielką
                                                    gracją minęły go zaszczycając zaledwie spojrzeniem z góry - Czesław nie był
                                                    wysoki i fakt ten doskwierał mu od czasów Elementarnej Szkoły Męskiej w
                                                    Parodółkach.
                                                    Jakże to...? - pomyślał. - Iż w jednej chwili z Nadczesława stał się zaledwie
                                                    zauważalny....
                                                    I w tejże właśnie chwili poczuł zapch ciągnący się za Sokołami... Zanjomy...
                                                    Tylko skąd... kiedy?
                                                    Trusiiny szal jak zwykle przyszedł mu z pomocą (kiedyś jeszcze miał puszke
                                                    nierozłączkę ale podstępne Karły Reakcji pozbawiły Czesława tego przedmiotu).
                                                    Przypomniał sobie, iż to Trusia wręczając mu szal pachniała w ten sposób:
                                                    lawenda, nutka piżma, palony cynamon i cytrusowa gałązka.
                                                    Zawsze się zastanawiał co wtedy myślała patrząc nań w ten sposób. A może
                                                    wiedział ale bał się przyznać, że wyczytał w jej oczach, zawsze takich
                                                    rozmarzonych, to co sam tez wstydził się powiedzieć... Teraz mógł to wykrzyczeć:
                                                    - Tak! Tak!! Nie zniszczę tego szala!!!!...
                                                  • Gość: Hefr (po korekcie) Re: w Sokołowie IP: *.local.pl / *.crowley.pl 27.02.05, 12:46
                                                    Czesław przygotowany na frontalny atak poczuł lekki zawód gdy Sokoły z wielką
                                                    gracją minęły go zaszczycając zaledwie spojrzeniem z góry - Czesław nie był
                                                    wysoki i fakt ten doskwierał mu od czasów Elementarnej Szkoły Męskiej w
                                                    Parodółkach.
                                                    Jakże to...? - pomyślał. - Iż w jednej chwili z Nadczesława stał się zaledwie
                                                    zauważalny....
                                                    I w tejże właśnie chwili poczuł zapach ciągnący się za Sokołami... Znajomy...
                                                    Tylko skąd... kiedy?
                                                    Trusiiny szal jak zwykle przyszedł mu z pomocą (kiedyś jeszcze miał puszkę
                                                    nierozłączkę ale podstępne Karły Reakcji pozbawiły Czesława tego przedmiotu).
                                                    Przypomniał sobie, iż to Trusia wręczając mu szal pachniała w ten sposób:
                                                    lawenda, nutka piżma, palony cynamon i cytrusowa gałązka.
                                                    Zawsze się zastanawiał co wtedy myślała patrząc nań w ten sposób. A może
                                                    wiedział ale bał się przyznać, że wyczytał w jej oczach, zawsze takich
                                                    rozmarzonych, to co sam tez wstydził się powiedzieć... Teraz mógł to wykrzyczeć:
                                                    - Tak! Tak!! Nie zniszczę tego szala!!!!...
                                                  • pan-cerfaust Re: w Sokołowie 27.02.05, 13:03
                                                    - Nie zniszczę, za nic, ten szal to ja, a ja to szal, - krzyknął na cały głos
                                                    Nadczesław oszołominony własnymi myślami. - I żebyście wiedzieli, -
                                                    kontynuował, - iż, jeśli kto odważy sie wyciągnąć swą dłoń po szal ten, to nie
                                                    minie go ostrze mojego scyzoryka.
                                                    Trzeba tutaj jednak nieco usprawiedliwić Czesława, gdyż w swoim pasiastym
                                                    ubraniu i butach z koziej skóry z ostrogami, oraz Trusinym szalu okręconym
                                                    wokół szyji mógł się Czesław czuć trochę nieswojo wśród modnie ubranych
                                                    Sokołowian i Sokołowianek.
                                                  • Gość: kukułą do Cerfausta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 13:18
                                                    Uważaj Panie Cerfauście, abyś się sam nieco na ten scyzoryk nie nadział.
                                                    Czesława naszego honoru pozbawiasz taką śmieszną broń - jak scyzor - mu w dłoń
                                                    wkładąc, a sam pancerfaustem wymachując. A ja mówię, że Nasz Ukochany Bohater
                                                    był zbrojny w dzidę, maczugę, dwa kolty kalibru 7,6 mm, baćmagę, wyrzutnię
                                                    rakiet samonaprowadzających i pozłacany czekan. No i co teraz, łyso ci?
                                                  • pan-cerfaust Re: do Cerfausta 27.02.05, 13:33
                                                    "Łyso wam?" - krzyknął Nadczesław dzierżąc mocno dzidę i wymachując maczugą.
                                                    Potem przyszła kolej na prezentację całego uzbrojenia. Nadczesław najpierw
                                                    upolował kaczkę przy pomocy rakiety samonaprowadzającej, której resztki
                                                    ściągnął z dachu miejskiego ratusza przy pomocy pozłacanego czekanu. Na koniec
                                                    dał popis władania baćmagą i strzelania do celu z zamkniętymi oczyma. Całe
                                                    miasto - Sokołów Podlaski - oniemiało z zachwytu. Zachwyt ten przelał się
                                                    wartkim strumieniem do sąsiadujących z Podlasiem województw i okręgów
                                                    autonomicznych.
                                                  • Gość: kukułą Re: do Cerfausta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 13:52
                                                    Jednym słowem powódź zachwytu zalała cały kraj. Najpierw pod zachwytem znalazły
                                                    się nisko położone doliny równiny mazowieckiej, następnie przyszła kolej na
                                                    wyżej położone rejony kraju. Sytuacji nawet nie mogła zaradzić rozpaczliwa
                                                    odezwa Hansa Franka wygłoszona na kolanach z balkonu jego rezydencji
                                                    mieszczacej się na Wawelu. Odwoływał się on w niej do poszanowania wartości
                                                    ogólnoludzkich, jak respekt dla niemieckiego munduru. Jednak to wszystko na
                                                    nic: jakby grochem o ścianę. W końcu zrozpaczony Hans wpadł w skrajną depresję
                                                    potegowaną cyklofrenicznymi omamami wzrokowymi. Zdawało mu sie, że widzi ciele
                                                    namalowane na wrotach Wawelu lub miał wrżenie że stoi na mównicy i w
                                                    nieskończoność wygłasza tureckie kazanie.
                                                    Fale zachwytu przetoczyły sie przez Polske, pognały przez całą Europę by w
                                                    końcu uderzyć z całym impetem o atlantyckie wybrzeże Ameryki.
    • Gość: odkrywca Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.core.lanet.net.pl / *.core.lanet.net.pl 27.02.05, 14:07
      pan czesław wcale nie umarł w 1979 r., tylko się wtedy urodził i nie na krzywym
      kole, tylko na prostym kwadracie (ziomal - jednym słowem). I czasem tylko nie
      wie czy jest kukułą czy trusiaa'ą (ale ładnie z angielska pociągnałem, nie?).
      Może za dużo pali, albo przebywa na forum?
      • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 27.02.05, 14:14
        Ciekawe odkrycie. Musimy je wziąć pod uwage przy badaniu życia pana Czesława.
        • Gość: j2345 Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 14:23
          "Kim jestem, lub kim nie jestem
          Trisią jestem, czy Kukułą jestem
          Oto jest pytanie?"
          Tak oto dumał na głos Czesław otoczony przez wpatrzonych w niego z zachwytem
          Sokołowian.
          • Gość: odkrywca Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.core.lanet.net.pl / *.core.lanet.net.pl 27.02.05, 14:41
            i wtedy wymyślił słynne zdanie - prawdziwe życie jest nieobecne. Sokołowianie
            jeszcze nie dorośli do tego typu deklaracji. Szczerze mówiąc - nikt nie dorósł.
            Sokołowianie rozdziawili gęby i patrzyli na czesława w milczeniu. Musieli
            wymyślić inną historię, ta ich przerastała. Czesław zrozumiał to w okamgnieniu,
            wpadł w panikę, ale zaraz się opanował. I to opanowanie zrobiło takie wrażenie
            na sokołowiczanach, że odpowiedzieli życie, życie jest nowelą. Niektórzy
            zrozumieli - jak melon i stą się wzięła dwoistość....
            • Gość: Hefr Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.local.pl / *.crowley.pl 27.02.05, 15:01
              A tymczasem dwa Sokoły Bezpiórne zawróciły manewrem przez lewe skrzydło.
              Zauważywszy to Czesław zawczasu przygotował się do kontrataku. Ustawił się w
              pozycji "w grot" i zaatakował sokoły rzeczonym melonem. I wtedy okazało się że
              sokoły to nie sokoły a drób domowy obleczony jeno w cudze piórka.
              - Kura też człowiek - skonstatował nasz bohater.
              Wziął tedy jednego ptaka na ręce i zamaszystym ruchem (trochę pod publiczność)
              wyrzucił go w górę.
              - Leć! Leć i bądź wolny! Orędowniku swobody i radości. I nigdy nie przestawaj
              być sobą!!!
              Ktoś wśród gapiów cichutko załkał ze wzruszenia. Na twarzach ludzi odamlowała
              się miłość i wspólnota. I nikt nie dosłyszał jak Czesław dopowiedział patrząc na
              drugiego sokoła - niesokoła:
              - A Ty będziesz na rosół...
            • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 15:06
              Przez tę dwoistość powstał rozłam wśród wyznawów Czesława. Sokołwianie
              podzielili sie na dwa obozy. Jedni okrzyknęli Nadczesława Trusią Nowelą, inni
              upierali się, że nasz bohater to nikt inny jak tylko Kukułą Melon. Czesław
              dostrzegł niebezpieczeństwo bratobójczych walk, dlatego dał dłonią znak
              zgromadzonym na rynku aby sie uciszyli i przemówił do nich w te wyważone słowa:
              - "Kuchnia felek, co frajera szukacie, czy co, ziomal ja wasz, Czesław z
              Czesławów prawdziwych, a nikt inny. Jak wam się chce brykać to w maliny."
              Ani ta łagodna przemowa, ani nawet grożenie dzidą, do którego w końcu Czesław
              został zmuszony, nie uspokoiło wzburzonych Sokołowian i Sokołowiczanek. Spór o
              pochodzenie Nadczesława trwał w najlepsze.
              • Gość: Hefr Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.local.pl / *.crowley.pl 27.02.05, 17:06
                • Gość: Hefr Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.local.pl / *.crowley.pl 27.02.05, 17:13
                  - Znam go! – wykrzyknął Dziadunio – najstarszy z Sokołowian. Nikt nie wiedział
                  ile Dziadunio ma lat taki był stary ale każdy liczył się z jego mądrością.
                  - Widziałem go kiedyś biegnącego nocą w lesie z jakowymś zawiniątkiem. Potem
                  przy stawie rzucił je do dziupli w starej wierzbie i nago zaczął zbierać
                  jagody....mmm – niestety to, że Dziadunio ze starości lekko sfikzował też
                  wszyscy wiedzieli.
                  - Ja go znam... ja znam.... – odzywały się zewsząd coraz śmielsze głosy.
                  Jedynie nie mówił nic pewien mężczyzna w sile wieku. Dobrze skrojony surdut z
                  angielskiej wełny, zadbane dłonie, w jednej ręce trzymał małą karteczkę a drugą
                  z niedbałą nonszalancją przytrzymywał rogową fajkę. Jegomość ów obserwował
                  Czesława od dłuższego czasu nieznacznie kiwając głowa i lekko się uśmiechając.
                  Czesław też już zauważył jegomościa. Przez chwilę stali tak i na siebie
                  patrzyli. Co każdemu z nich przychodziło wtedy do głowy nikt nie wie.
                  Gapie zauważywszy, iż za chwile mogą stać świadkami kolejnego wydarzenia
                  zamilkli. Elegancki pan ruszył majestatycznie w kierunku Czesława. Czesław
                  również - najpierw jakby z obawą albo wręcz niechęcią. Atmosfera zgęstniała tak,
                  że Czesław brnął ulicą jakoby w rzece. Gdy zbliżyli się do siebie na
                  wyciągnięcie dłoni. Elegancki mężczyzna wręczył Czesławowi ową karteczkę. Lekko
                  potem musnął palcem kapelusz, skłonił się nieznacznie i odszedł zostawiając
                  Czesława z myślami. Ten długo patrzył w ślad za nieznajomym aż ów zniknął mu z
                  oczu za witryną cukierni „Stylowa”. Wtedy dopiero odważył się spojrzeć na zwitek
                  papieru. Mała, żółta karteczka na której regularnym fantazyjnym pismem napisano
                  te oto słowa:
                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.05, 17:23
                    "(Szlachetnego człowieka poznaje się po szlachetnych czynach.) Konstanty W.
                    twój dawny przyjaciel i druh."
                    • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 27.02.05, 17:43
                      Czesław aż zachwiał sie z wrażenia. I gdyby nie dzida, którą trzymał w dłoni, a
                      o którą mógł sie oprzeć, to runąłby Nadczesław jak długi pod przemożnym ciosem
                      odległych wspomnień. TAK, Konstanty Wicek, pamietam, ile to razem dróg
                      przebytych? Ile ścieżek przedeptanych? - zanucił odległe wspomnienia na
                      nutę "Góralu czy ci nie żal" Nadczesław. Tłum Sokołowiczan nagle podchwycił
                      melodię i potężna pieśń zawisła jedno-tysięcznym głosem nad całą okolicą.
                      • iwles Re: To był naprawdę fajny kolega 28.02.05, 08:09
                        Najbardziej wzruszyły Czesława ostatnie słowa" "Wracaj do hal........."
                        Ażeby zrozumieć, co działo się w duszy Czesia, musimy się trochę cofnąć w
                        czasie, do roku 1914, kiedy.........
                        ....... kiedy to Czesio wraz z Konstantym zwiedzali sobie Sarajewo. Widok
                        pięknych gór i hal był zniewalający. Przechadzali się więc gorącymi uliczkami
                        miasta, z błogimi uśmiechami na twarzy, a był to 28 czerwiec. Nagle zrobiło się
                        straszne zamieszanie, jakies strzały, huki, ktoś krzyczał.... a Konstanty - ten
                        poczciwy przyjaciel, osłonił Czesia swym ciałem. Co prawda żadnemu z nich nic
                        się nie stało, ale dług wdzięczności pozostał na zawsze.
                        Od tego wydarzenia, Nadczesław nigdzie nie ruszał się bez pełnego uzbrojenia, o
                        czym pisaliśmy już wcześniej.
                        I teraz, po tylu latach, spotkał swego druha Konstantego.
                        Ruszył szybko w tłum, dogonił przyjaciela, uściskali się serdecznie, poszli do
                        najbliższej karczmy i przy grzańcu zatopili się we wspomnieniach.
                        Lecz Czesio, rozglądał się cały czas rozbieganym wzrokiem wokół, czyhając na
                        okazję spłaty długu wdzięczności.
                        Nic się jednak nie działo........ a szkoda........ westchnął Czesław - którego
                        nadsiła rozpierała od środka i czuł, że szybko musi jej dać upust.
                        Nikt nie przewidywał, że ten czas nastąpi lada chwila, bo ulicą zbliżał się do
                        lokalu nieznany nikomu gość, w wielkim czarnym kapeluszu, okryty płaszczem po
                        sam czubek nosa. Z daleka świeciły tylko dwie szparki oczu, zimnych, sprytnych,
                        o metalowym wydźwięku.....
                        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.02.05, 18:26
                          Trusiaa poprawiła kapelusz i bez wahania pchnęła wrota karczmy. Był to lokal
                          podrzędny, towarzystwo trudno było pomylić z doborowym, zwłaszcza że wszyscy
                          zajęci byli karczemną awanturą. Na kulawych zydelkach pod ścianą kiwało się
                          smętnie dwóch cokolwiek wymiętych osobników. Z elegancji Konstantego nie
                          pozostał nawet ślad, a Czesio, pobrzękując sztućcami, marudził niezbyt
                          wyraźnie: - Fidzisz tę dzidę łapssserdaku? A czekan słłłocony fidzisz? Aaa
                          baćmagę? - mówiąc to podtykał pod nos Konstantego a to chochlę do zupy, to znów
                          widelec. Trusiaa widząc ten obraz nędzy i rozpaczy zawarczała głucho, na tyle
                          jednak wyraźnie, że Czesio uniósł swój rozmydlony wzrok i z wysiłkiem starał
                          się zatrzymać go na zamazanej czarnej postaci. Trusiaa z trudem powstrzymywała
                          zgrzytanie zębów. - Czesławie - ja ci mówię: wstań. Czesio, posłuszny jak
                          rzadko, uniósł drżące ciało znad zydelka. - A teraz pójdź za mną. - zażądało
                          to coś w płaszczu i kapeluszu. Konstanty próbował protestować, ale mówienie nie
                          szło mu wcale, więc zamachał rękoma w geście zniecierpliwienia i padł na
                          stolik. Trusiaa wyprowadziła słaniającego się Czesława na rześkie wieczorne
                          powietrze. - Mójże ty bohaterze... rozczuliła się w duchu, ale wiedziała, że
                          nie pora na okazywanie słabości. Wrzucenie Czesia do Cetyni, było przykrą
                          koniecznością. Czesław mokry i nieszczęśliwy usiłował pozbierać myśli.. - Gdzie
                          ja...? - Wciąż w Sokołowie niestety - westchnęła Trusiaa wyciągając mu zza ucha
                          oślizgłą gałązkę wodorostów. - Dlaczego mi to robisz Czesławie? Nie lubisz być
                          herosem? - Lubię bardzo - Czesio uśmiechnął się od ucha do ucha. Wiesz jednak,
                          że samogon to Twoja achillesowa pięta? - Oooo? - zdziwił się Czesio uprzejmie. -
                          Nie miałem pojęcia. - tym razem uśmiechnął sie chytrze.
                          - Rozumiem, że do cukrowni leciałeś w poszukiwaniu zapasów, ale żeby zaraz
                          zaprzyjaźniać się z Kostkiem z kotłowni, wypijać z nim całe litry bimbru, po
                          czym włoczyć się po rynku z przeproszeniem na golasa, kraśc przekupkom kurczaki
                          i wyżerać jagody, a potem wywoływać burdy w miejscach publicznych - to już
                          gruba przesada. Czesław wciąż nie rozumiał powagi sutuacji. Trusiaa westchnęła
                          cicho i dodała: - Jestem tu na polecenie Szefa. Mam Ci przekazać, że odtąd
                          zapasy ambrozji będziesz dostawał regularnie wprost z Centrali, na swój
                          warszawski adres oczywiście. No i to był Twój ostatni wybryk ma się rozumieć.
                          - Jasne - rozpromienił się Czesio. - A teraz wsadzę Cię do pociągu, a gdy się
                          obudzisz - będziesz w Warszawie. Żegnaj Czesiu. I Trusiaa nie oglądając sie za
                          siebie odeszła, zaś Czesio smacznie chrapnął w wygodnym, pulmanowskim wagonie.
                          • Gość: kukułą Umieram ze śmiechu... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.02.05, 23:33
                            W przedziale oprócz Nadczesława znajdowało się jeszcze dwóch podróżnych. Jednym
                            z nich był młody mężczyzna. Odziany w surdut z czerwonymi wyłogami i pumpiaste
                            spodnie z lampasami, stanowił nieodgadnioną zagadkę dla zerkającej w jego
                            stronę, spoza muślinowej woalki, damy w średnim wieku. W przedziale panował
                            półmrok rozświetlany co jakiś czas przez światła mijanych stacji. Wtedy właśnie
                            wzrok podróżnych spotykał się na chwilę, by za moment pogrążyć się na nowo w
                            tajemniczym półmroku sceny, na której za chwilę miał pojawić się wyrwany z
                            błogiego snu Nadczesław. Akcja opowiadana szykowała się do nowego drapieżnego
                            skoku.
                            • Gość: trusiaa Re: Umieram ze śmiechu... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.03.05, 09:48
                              Długo na skok drapieżny nie trzeba było czekać - Czesio ledwie dopadł drzwi
                              łazienki... Wlokąc się z powrotem fosforyzował w półmroku korytarza i obiema
                              rękami podtrzymywał obolałą głowę, która wydawała mu się większa od dyni z
                              sokołowskiego jarmarku. - Łot i prawincja zaszkodziła szanownemu panu...
                              Odezwał się współczująco wystrojony w pumpy pasażer. Czesio wywrócił tylko
                              oczami - mówić nie był w stanie i tak nie przekrzyczałby huku młota, który
                              pracowicie miażdżył mu skronie. - Pan pozwoli, że się przedstawię: Zenon
                              Kotowicz, cyklista. Otóż wracam właśnie z ekskursji do Sokołowa. Ja, prawda
                              żyję , ale mój bicykl, ech - słów szkoda: pałamany łot tak - Zenon nkreślił w
                              powietrzu bezkształtna pętlę. Na szczęście pojezd do Warszawy się trafił, a i
                              towarzystwo owszem, owszem grzechem by było narzekać. Tu skłonił się
                              współpasażerce, lecz gesty woal skutecznie zasłaniał jej twarz. Kobieta nawet
                              nie drgnęła. Była chyba w wieku balzakowskim, lecz możmn było o tym wyrokowac
                              jedynie na podstawie stroju - bowiem czarna zdobiona dżetami suknia, ciasno
                              zapięta pod szyją okrywała ciało gibkie i kto wie czy nie ponętne.
                              • Gość: kukułą Re: Umieram ze śmiechu... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.03.05, 21:44
                                - Czesław jestem - słabeuszowato odkłonił się nasz bohater i zaraz dodał, - od
                                pewnego czasu zwą mnie Nadczesławem i mam z tym pewien kłopot.
                                - Och, miło mi, pan Nadczesław, czytałam o panu w "Dzienniku Poobiednim", co za
                                spotkanie - nagle odezwała się zza woalki łagodnym i nieco chrypiącym głosem
                                tajemnicza dama.
                                - Miło mi bardzo - uśmiechnął się pan Zenon, - ja też coś o panu słyszałem,
                                zdaje się, że o ile pamiętam, jest pan współtwórcą teorii, że im człowiek ma
                                trudniejsze warunki, więcej stresów, cierpień, trudności w życiu, nabiera
                                większych sił, ma w sobie większą energię biologiczną, co prowadzi do
                                nadczłowieczeństwa. Czy się nie mylę, panie Nadczesławie?
                                - No tak, - odparł Nadczesław, - nie posunąłem sie w swoich badaniach zbyt
                                daleko, ale ciekawym jest iż roślina rosnąca na piasku, w złych warunkach
                                musi "walczyć" aby przeżyć i w ten sposób gromadzi wielki potencjał
                                biologiczny. Stąd, na przykład, wartość kaktusa i ogórka.
                                - Ogórka? - zarówno pan Zenon jak i tajemnicza osóbka, skrywająca się za woalką
                                z zainteresowaniem zwrócili swoją uwagę na naszego bohatera.
                                - Tak, ogórek. Niechże sobie państwo wyobrażą warunki panujące w beczce: ścisk,
                                proces fermentacji, brak dostępu do świeżego powietrza i tak dalej. A jednak,
                                jak wybornie potem taki ogórek smakuje do.... powiedzmy lemoniady. Te skrajnie
                                niesprzyjające warunki wydobywaja z takiego ogórka, proszę państwa, wszystko co
                                najlepsze. Podobnie jest z człowiekiem.
                                • Gość: trusiaa Re: Umieram ze śmiechu... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.03.05, 09:57
                                  - Woooody - jęknęła dama osuwając się bezwładnie po oparciu kanapy. Nadczesław
                                  dla damy gotów był na wiele poświęceń - rzucił się więc do stolika niepomny, że
                                  katzenjammer jeszcze go go nie puścił, zręcznym ruchem sięgnął po karafkę i
                                  napełnił szklankę wodą. - Oto woda pani - kobieta drżącą dłonią chwyciła
                                  szklankę; aby ją wychylić musiała unieść gęsty woal. Obaj panowie z ciekawością
                                  zajrzeli co też woalka kryje a teraz bezradnie wybałuszali oczy i oddychali
                                  chrapliwie z trudem chwytając powietrze. - Ach! Wydało się... jęknęła
                                  nieznajoma. - Widzę, że zmuszona jestem udzielić pewnych wyjaśnień. Poprawiła
                                  woalkę i usiadła wygodniej, prostując fałdy sukni. - Wracam właśnie od wód.
                                  Byłam w sanatorium, aby wypocząć i poprawić nieco urodę... - Zenon głośno
                                  przełknął ślinę. - ...przed moim ślubem. Jestem narzeczoną porucznika
                                  Stanisława Dowgiłły. - O żesz! - wyrwało się Czesiowi - ja go znam. Przepraszam
                                  panią, proszę kontynuować. - Otóż mój narzeczony wyjechał na manewry, ma wrócić
                                  w piątek, a ślub planowaliśmy na sobotę... To pojutrze - wykrzyknął Zenon. -
                                  Właśnie - załkała dama. - A ja w tym stanie - sami panowie rozumieją. - Ja nie
                                  rozumiem nic a nic - wyznał Czesio po krótkim namyśle. - No tak, nie
                                  powiedziałam co się właściwie stało. W sanatorium poznałam pewnego uczonego.
                                  Przysięgał, że pod jego okiem odbędę kurację upiększającą, tak radykalną, że
                                  zaskoczę wszystkich. - I dotrzymał słowa! - palnął Czesio. Dama wybuchnęła
                                  płaczem. - Twierdził, że nie ma to jak kąpiele w beczce kiszonych ogórków.
                                  Cztery razy dziennie. Byłam nieco zaskoczona, gdy moja cera pozieleniała, a na
                                  twarzy pojawił się zarost i brodawki, ale ten szarlatan przekonywał mnie, że to
                                  przejściowe skutki uboczne. Przysięgał, że to minie bez śladu w ciągu kilku
                                  dni. Spędziłam tam dwa tygodnie i proszę, jest jeszcze gorzej! Jak się pokażę
                                  mojemu Stasiowi... - nieznajoma całkiem straciła panowanie nad sobą. Nadczesław
                                  poczuł, że wzbiera w nim słuszny gniew. Oto niewinna niewiasta potrzebuje jego
                                  pomocy. Natychmiast. - Pani. Proszę czekać, wrócę zanim pociąg dojedzie do
                                  Warszawy. I bezszelestnie wyfrunął przez okno przedziału.
                                  • Gość: kukułą Tajemnica ogórka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.03.05, 21:08
                                    "Co też ludziom chodzi po głowie - pomyślał Czesław, zwiększając prędkość i
                                    nabierając wysokości - żeby tak marnować ogórki! To może być sprawka..." W tym
                                    decydującym momencie śledztwa Czesław sięgnął do swoich głębokich pokładów
                                    pamięci uruchomiając ogromny potencjał elektrotechniczny komórek nerwowych oraz
                                    potężny system przetwarzania i przewodzenia mikrodanych w mózgu. "Ach, no tak -
                                    nagle Czesław doznał olśnienia - to Alojzy Kapusta, nikt inny, tylko on.
                                    Zajadły wróg niskiego pH, właściwego dla dobrego ogóreczka kiszonego..." Jednak
                                    coś tu się nie zgadzało. Rzeczywiście Alojzy miał dużo na sumieniu, ale czy był
                                    zdolny wpaść na tak perfidny plan? Niekoniecznie. Czesław postanowił jeszcze
                                    raz przeanalizować fakty. Ktoś wyraźnie starał się zadać celny i decydujący
                                    cios jego pracy naukowej. Czy dama rzeczywiście mówiła prawdę...
                                    • Gość: kukułą Re: Tajemnica ogórka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.03.05, 07:15
                                      "Czesiu, nie daj się wpuścić w mailny" - naraz usłyszał wewnętrzny głos własnej
                                      rezolutności. A była to rezolutność zaprawiona w wielu bojach, odważna, więcej
                                      nawet: było w czesławowej rezolutności dużo dobroduszności, szczerości,
                                      naiwności i talentu komicznego i szczególnego wdzięku niż wyrafinowanej
                                      wyniosłości. I dzięki niej zdolny był Czesław obchodzić swój los, unikać
                                      przeznaczenia, i wychodzić obronną ręką i nogą z wielu groźnych i wydawałoby
                                      się, że beznadziejnych sytuacji. Czesław posłusznie poddał się temu miłemu
                                      wewnętrznemu głosowi, który tym razem przybrał charakter edukacyjny, z wyraźnym
                                      elementem samokontroli.
                                      - Wiem!! - uzmysłowił sobie naraz Czesław - przecież pamiętam tę twarz. Co
                                      prawda przy pierwszym naszym spotkaniu był blady i spuchnięty, ale to jest na
                                      pewno on! Tak to Grechotsan Kristaman, pozieleniały z zazdrości, ukrywa się
                                      sprytnie przebrany za damę.

                                      • Gość: trusiaa Re: Tajemnica ogórka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.03.05, 08:17
                                        Zadowolony ze swej przenikliwości Czesław lotem nurkującym zbliżył się do torów
                                        kolejowych i w ciągu kilku sekund dogonił pociąg. Zajrzał przez okno do
                                        przedziału. Widok, który ukazał sie jego oczom był przerażający: - Zenon
                                        związany i zakneblowany leżał na jednej kanapie, zaś na drugiej, w pozycji
                                        niedbałej, siedziała dama, podkasawszy wysoko suknię. W całej okazałości
                                        ukazały się silne nogi w wojskowych bryczesach i wypolerowane na glanc
                                        oficerki. Kapelusz i woalka zniknęły. - Grechostan, a jednak miałem nosa. Tę
                                        kwestię Czesio wyszeptałby pobielałymi wargami, lecz Nadczesław zdanie to
                                        wypluł niecierpliwie. Czuł, że zanosi się na pojedynek. Pgardliwym spojrzeniem
                                        zmierzył zielonego przeciwnika, który w dwóch palcach trzymał niedopałek
                                        papierosa podłej jakości i zaciągał się nim łapczywie, dopóki nie rzucił go na
                                        podłogę wagonu i nie przydeptał obcasem. W głowie Czesia zaczęło coś świtać i
                                        nie była to Jutrzenka różanopalca, lecz wciąż bolesne wspomnienie poharatanej
                                        puszki nierozłączki i zielonych oczu jakiegoś zazdrośnika, który pożarł jej
                                        zawartość. - To był Grecho, tylko po co to zrobił i na czyje polecenie? Palące
                                        pytania zaprószyły ogień w czuprynie Czesia - po chwili już cały płonął z
                                        ciekawości.
    • Gość: cesiek Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 193.109.244.* 03.03.05, 11:47
      i właśnie dlatego mówimy NIE czerwonej pajęczynie i ojcu prowadzącemu ten
      kramik z watą.
      • Gość: kukułą Powieść na śmierć i życie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.03.05, 22:08
        Grechostan zauważył ogien za oknem w momencie gdy Czesław szykował się do ataku
        uzbrojony w naostrzoną baćmagę. Gdyby nie słabość naszego bohatera do zielonego
        koloru to miałby już Grechostana "na widelcu". Jednak zawachał się podziwiając
        delikatny odcień seledynowej zieleni na twarzy swojego przeciwnika. Grechostan
        zerwał się na nierówne nogi ( miał nieco dłuższą prawą), zachwiał się jednak i
        wyrżnął plackiem ziemniaczanym jak długi. Nadczesław w tym czasie pokonał okno
        i wskoczył do środka. W tym momencie walka była już wygrana bez walki, jednak
        Nadczesław zrozumiał, że powieść w której bierze udział, i w której przypadła
        mu zaszczytna rola głównego bohatera, nie jest bajką dla dzieci lub grzecznym,
        umoralniającym opowiadaniem. Nagle, ze smutkiem, uświadomił sobie, że jest to
        powieść na śmierć i życie. Oto miał swojego śmiertelnego wroga u swoich stóp.
        • pan-cerfaust Re: Powieść na śmierć i życie 03.03.05, 23:25
          - Co robić, brnąć dalej w ten wir nieprawdopodobnych wydarzeń, czy wycofać się
          do pierwszych stron opowiadania i wrócić na ciepłą posadę tłumacza grypsów w
          więzieniu przy Rakowieckiej? - taką myślą oboczną zastąpił sobie Czesław brak
          myśli głównej lub zasadniczej idei, która pchnęła by go do dalszego
          bohaterskiego działania. - A może odpowiedź kryje się poza opowiadaniem , w
          którym występuję, w inny nieznanym mi świecie?
          • Gość: trusiaa Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.05, 14:55
            - Waaarszaawaaa! - głos konduktora wyrwał Nadczesława ze snu. Przez chwilę
            rozglądał sie półprzytomnym wzrokiem po przedziale, ale oprócz Zenona nkogo tam
            nie było. - Ot chyba pora na nas - uśmiechnął się i dodał - Miło było poznać. -
            po czym zaczął przeciskać się korytarzem do wyjścia. Coś mi tutaj nie gra. -
            Czesio potrząsnął głową. Jego wątpliwości natychmiast zagłuszyło burczenie w
            brzuchu: - Oho! Pora na moją ambrozję. Muszę szybko do domu.
            • Gość: kukułą Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.05, 20:36
              [BAĆMAGA - dyrektorka pewnego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie. Kukułą
              miał przyjemność należeć do jej wychowanków, w których starała się wpoić miłość
              do języka łacińskiego. Baćmaga była ewolucyjnym rozwinięciem maczugi, z tą
              różnicą, że zadawała ciosy w sposób nadzwyczaj precyzyjny - dysponowała bardzo
              nowoczesnym i czułym systemem namierzania ofiary, reagującym na każde, nawet
              najmniejsze potknięcie się przy odmianie rzeczowników w siedmiu łacińskich
              deklinacjach, nie wspominając już o koniugacjach. Ogółem bardzo nowoczesna broń
              pedagogiczna o dużym polu rażenia.]
              • pan-cerfaust Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? 07.03.05, 21:41
                [Nic nie rozumiem. W takim bądź razie bąć tu mądry! W jaki sposób mógł
                Nadczesław być uzbrojony w dyrektorkę Baćmagę. To rujnuje nam prawdopodobnie
                wątek.]
                • Gość: Hefr Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.local.pl / *.crowley.pl 07.03.05, 21:50
                  Bo Czesław miał baćmagę oryginalną. A dyrektorka wierną kopię zakupioną w
                  Cepelii lub sklepie pamiątkarskim będąc swego czasu na wycieczce w Sokołowie
                  Podlaskim.
                • Gość: kukułą Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.03.05, 22:04
                  [Raczej nie. Niczego nam nie rujnuje, a raczej wzbogaca. Nadczesław mógł wiele
                  skorzystać na - nawet krótkotrwałym - kontakcie z tą interesującą osobą. Myślę,
                  żę niebawem się o tym przekonamy. Oczywiście, nie oczekuję, że Nadczesław
                  będzie władał łaciną, ale jestem przekonany, że niebawem sprawi nam wszystkim
                  miła niespodziankę.]
                  • pan-cerfaust Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? 07.03.05, 22:16
                    - Dura lex, sed lex - nagle wyrwało się Nadczesławowi. Usiadł zatem na ławce w
                    parku i postanowił zacząć wszystko od nowa.
                    • Gość: kukułą Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.03.05, 08:29
                      "Kim ja naprawdę jestem? - głowił się Nadczesław - czy mój los zależy tylko od
                      widziimsię Trusii, pana Cerfausta, Hefr'a, Iwles, Cesia i Kukułą, czy też
                      rzeczywiście jestem nieśmiertelny i mogę puścić się samopas na głębokie wody
                      fikcji literackiej?" Gdyby nie natrętna mucha, która niespodziewanie usiadła na
                      nosie naszego ukochanego bohatera, zapewne odkryłby całą prawdę o sobie samym,
                      jednak odruchowo pacnął się z całej siły w nos. Mucha odleciała, ale z nosa nie
                      zostało prawie nic - przynajmiej takie wrażenie, poparte dojmującym bólem,
                      dotarło do Czesławowej świadomości.
                      • Gość: trusiaa Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.03.05, 09:36
                        - Dlaczego nadal jestem głodny? Czesio spojrzał wyczekująco w niebo.
                        - Do domu. - syknęła czesiowa Nadświadomość. - Do domu miałeś iść.
                        - Dom. Jedzenie. Święty spokój. - myśli Czesia znów popłynły sprawnie i bez
                        zakłóceń. Czesio uspokojony i niemal zrelaksowany wcisnął ręce głęboko w
                        przepastne kieszenie i ruszył na Prostą wesolutko pogwizdując. Od czasu do
                        czasu melodię zakłócały fałszywe tony marsza granego przez puste kiszki.
                        Czesio był tak szczęśliwy, że oto nadchodzi kres jego kłopotów, iż nie zauważył
                        stójkowego, który usiłował przy pomocy służbowego gwizdka zagłuszyć jego
                        entuzjazm. - Staaaaać - wrzasnął zniecierpliwiony policjant. - Proszę okazać
                        dokumenty. Czesio zamarł wpół kroku. Dokumenty, jakieś papiery, paszporty,
                        prawa jazdy, licencje... - Ależ ja niczego takiego nie posiadam! - wyrzucił
                        wreszcie. - Jak mam to rozumieć? - nasrożył się stójkowy - Zapomniał pan zabrać
                        z domu? - Nie, ja po prostu jestem wolny, niezależny, sam sobie sterem i
                        okrętem. - Mhm.Mhm. - Nadświadomość Czesia chrząknęła znacząco, ale oczywiście
                        ją zignorował. - W takim razie idziemy na komisariat, tam zapłaci pan karę za
                        zakłócanie porządku publicznego oraz za kpiny z władzy. Posłuszny zwykle Czesio
                        tym razem pokazał lwi pazur - Otóż nie. Nie dam się zapuszkować! Jednym
                        wdzięcznym podskokiem znalazł sie w powietrzu i machnąwszy połami płaszcza dla
                        spotęgowania efektu - poszybował do swego przytulnego mieszkania, aby nareszcie
                        najeść się ambrozji. Stójkowy długo stał jeszcze z rozdziawionymi ustami, aż
                        litościwi przechodnie zaczęli wrzucać w nie drobne monety.
                        • pan-cerfaust Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? 08.03.05, 15:43
                          Gdy już uzbierała się pokaźna sumka pan stójkowy wreszcie "kłapnął" szczękami,
                          czyli zamknął usta. "Doskonały pomysł na dodatkowy zarobek" - pomyślał
                          przeliczając monety, - "może uzbieram w ten sposób na nowy rower i będę mógł
                          wziąć swoją Kaśkę na wycieczkę nad Świder."
                          W ten sposób Nadczesław znowu - choć nieświadomie - przyczynił się do czyjegoś
                          szczęścia. Pan stójkowy przez lata będzie wspominał ten błogosławiony moment
                          swojego życia, gdy spotkał Czesława.
                          • Gość: kukułą Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.03.05, 07:57
                            Nieświadomy niczego Czesław wylądował wreszcie przed bramą kamienicy, w której
                            mieszkał. Zauważył pewne zmiany: na balkonach nowe doniczki z cebulą i
                            pietruszką i porem. Dbano w ten sposób o to aby nie brakowało "zielonego" w
                            skromnej diecie okupowanej Warszawy. Naraz z bramy wyskoczył mały kundelek,
                            nowy podwórkowy burek - przybłęda - a za nim kilka kotów i jaszczurka. Czesław
                            się uśmiechnął - lubił zwierzaki, a ta mała gromadka nowych mieszkanców
                            podwórka przypomniała mu dzieciństwo, gdy opiekował się własnym zajączkiem
                            morskim, którego przpadkowo wyłowił z Bałtyku będąc tam na wakacjach. Czesław
                            szybko pobiegł na górę, otworzył kluczem drzwi i wszedł do mieszkania. Panował
                            tam półmrok, jednak można było rozpoznać sylwetkę siedzącego w fotelu
                            człowieka. Czesław podszedł bliżej, i jeszcze bliżej - no tak, miał przed sobą
                            Ambrożego Kleksa.
                            • Gość: trusiaa Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.03.05, 11:09
                              - Wszelki duch...! - wyrwało się Czesiowi. - I ja Go chwalę - wyznał Kleks
                              słodziutko i tym samym uduchowionym tonem ciągnął dalej - Oto twoja ambrozja,
                              szef kazał mi dostarczyć pod wskazany adres i to był przypadkiem ten dom, ta
                              garsoniera. - Też mi coś: garsoniera - obruszył sie Czesław - przecież to
                              kawalerka. - Jak wolisz drogi przyjacielu - głosik Ambrożego był ulepkowaty jak
                              małmazja. - Widzisz Czesławie, tak mi się porobiło, odkąd za swe nędzne
                              występki przeciw ludzkości zostałem zmuszony do rozdawnictwa ambrozji... - Nie
                              jest tak źle - skłamał Czesław, ale przecież nie mógł spokojnie patrzeć na
                              wątłą, wręcz eteryczną postać Kleksa: przezroczysty i ofermowaty w białej
                              szacie, z siwą brodą i załzawionymi oczami patrzącymi żałośnie zza zaparowanych
                              szkieł, w niczym nie przypominał buńczucznego pirata i zawadiaki. Ambroży
                              miękkim gestem wskazał na stojącą na stole kryształową miseczkę wypełnioną po
                              brzegi drogocenną substancją. - Bądź zdrów - smacznego - szepnął i rozwiał się
                              w powietrzu. - Czesio zabierając się do jedzenia obiecał sobie solennie: -
                              Nigdy, przenigdy nie podpaść szefowi.
                              • Gość: kukułą Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.03.05, 21:20
                                Szef, jak podejrzewał Nadczesław, do perfekcji opanował specyficzny styl
                                zachowania, postępowania i traktowania wszystkich bohaterów opowiadania.
                                Przyznać trzeba, że swoje obowiązki wykonywał rzetelnie i bez zarzutu, nigdy
                                nikomu niczego nie brakowało, wszystko co potrzeba otrzymywali zgodnie z
                                przepisami i na czas. Jednak, było pewne... ale. Nikt właściwie nie znał zasad
                                jakie obowiązywały uczestników tej gry. Nie było tutaj ani jedności miejsca,
                                czasu czy przestrzeni. Szef mógł uznać wszystko za właściwe lub niewłaściwe.
                                Tylko On miał prawo do oceny i wydania wyroku w oparciu o niezany nikomu
                                specyficzny, jego własny, system wartości. "Czy jestem sobą?" - podchwycił myśl
                                Czesio - "a może wcale mnie nie ma? Może istnieję tylko w wyobraźni szefa, z
                                którą nie jest najlepiej?"
                                • pan-cerfaust Re: Kukułą - czy możesz zdefiniować baćmagę? 09.03.05, 22:49
                                  No tak, wiedziałem, że Czesław się do nas kiedyś dobierze. Nie wiem jak wy, ale
                                  ja zacieram po sobie ślady i zaszywam się w jakimś bezpiecznym miejscu. Przy
                                  możliwościach Czesia to nie mam z nim najmniejszych szans.
                                  • Gość: trusiaa Czesio - reaktywacja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.03.05, 10:40
                                    Tak sobie Czesio rozmyślał, ale króciutko - tylko tyle, że zdążył zjeść
                                    miseczkę ambrozji. - Do roboty! - zahuczała w głowie Czesia Nadświadomość.
                                    - Spaaać - kusiło Czesia coś innego, "chyba jego własny mózg, gdyż w procesie
                                    trawiennym głowa nade wszystko pragnie snu, podczas gdy żołądek pracuje" - Kto
                                    to powiedział?! Kto? - Czesio zdał sobie sprawę, że usłyszał właśnie fragment
                                    lekcji przyrody, na której nie uważał jakieś piętnaście lat temu. - Cofnąć
                                    taśmę - coś ryknęło tuż za uchem Czesia i biedak już nie wiedział o czym by
                                    myślał, gdyby myślał. Lekko skołowany powlókł się do łóżka, licząc na chwilę
                                    spokojnego snu.
                                    • Gość: kukułą Re: Czesio - reaktywacja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.03.05, 18:19
                                      Cosik ze mną niedobrze - wymamrotał Nadczesław zwalając się na łóżko, lecz w
                                      tej samej chwili zniknął w kłębach kurzu. Trzeba przyznać, że nasz bohater od
                                      dawna nie odkurzał swojego legowiska. Stężenie pyłu było tak duże, że wydostał
                                      się przez niedomknięte drzwi na korytarz i pogrążył go w mroku.
                                      Ktoś gwałtownie kichnął, ktoś inny potknął się o nierówny stopień i zleciał ze
                                      schodów, ktoś inny jeszcze zaczął wołać o pomoc.
                                      -Co tutaj się dzieje? Ludzie, rany... - krzyknęła pani Grochal z pierwszego
                                      piętra wyglądając na korytarz. Lecz nagle na jej głowie wylądował jakiś ciężki
                                      przedmiot i rzucił nią o ścianę, która to ściana pod ciężarem 140 kilogramów
                                      żywej wagi z hukiem zawaliła się otwierając przestrzeń do następnego
                                      mieszkania. Ciało pani Grochal przeleciało przez jadalnię Malinowskich i
                                      porywając ze sobą obrus z zastawą z siłą taranu rozbiło kredens z porcelaną.
                                      Malinowscy nawet nie mieli czasu na reakcję, gdyż wraz z pania Grochal do ich
                                      mieszkania wdarły się kłęby pyłu i kurzu. I także tutaj wszystko spowiły mroki
                                      niewiadomej. Znalazł się jednak ktoś dla kogo cała ta sytuacja była doskonałą
                                      okazją do... Uwaga, teraz się zacznie!
                                      • Gość: trusiaa Wiesz kukułą, ja Cię kiedyś zamorduję:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.03.05, 09:48
                                        - Wytam sianownych państwa. Jak państwo nie wydzom posiadam tu cudowne
                                        uziądzenie do lykwidacji zbędnego kurzu. - Likwiduj pan do cholery i nie gadaj
                                        tyle! - wyrzęził Malinowski. - Się nie paly nieprawdaź? Otóź najsamperw opowiem
                                        o zaletach tego wynalazku, a następnie zainkasuję od sianownych państaw opłate
                                        manipulacyjno w wysokości 2 złotych polskich od łebka. Czy któś reflektuje? -
                                        Tyle pieniędzy? To skandal! - zapiszczała pani Grochal gramoląc się spod sterty
                                        skorup. - Skoro o pieniądzach mowa, to drogo pani nam zapłaci, niech no tylko
                                        policzę straty! - wydarła się pani Malinowska de domo Knurowska. A co to ja się
                                        do was na obiad prosiłam?! - Grochalowa stanęła mocno na nogi - Ech ty
                                        kolumbryno jedna! - ryknęła Malinowska krzepką ręką chwytając Grochalową za
                                        loczki. - Precz z łapami szantrapo! - obie panie jęły lać się zdrowo, natomoast
                                        pozostali lokatorzy otoczyli je przyglądając się walce z życzliwym
                                        zaintersowaniem.
                                        • Gość: kukułą Opłaciło się!!! To jest najlepszy tekst! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.03.05, 23:05
                                          - "Ty żesz pogrzebowa płaczko - ryknęła na całe gardło Grochalowa rwąc za kudły
                                          Malinowską - cegłą głaskane twe oblicze, puszczaj...ty lwowski pępku." Dramat z
                                          udziałem godnych siebie przeciwniczek rozwijał sie w najlepsze ku uciesze
                                          widzów. I nie wiadomo jak by się zakończyło to pełne naturalnych emocji
                                          przedstawienie, gdyby do akcji nie wkroczył ślepy los. A że i sprawiedliwość ma
                                          przewiązane oczy to obie panie otrzymały to na co zasłużyły. Któż by mógł
                                          przypuszczać, że najzwyczajniejsza, mała myszka, która przebiegła przez
                                          korytarz -najwyrażniej spłoszona - może w jednej chwili przeistoczyć sąsiedzki
                                          dramat w tragikomiczną farsę. Na widok myszki panie, przerażone, przywarły do
                                          siebie i z piskiem razem wskoczyły na resztki tego co zostało z kredensu.
                                          Prysnęła dawna wrogość jak mydlana bańka, panie splotły dłonie, zbladły i
                                          posłusznie zamilkły.
                                          - Szanowne pańzdwo - znowu do akcji wkroczył wynalazca urządzenia do likwidacji
                                          zbędnego kurzu - jak pańzdwo widzom, to jezdem zdrów całkiem jak na piasku
                                          ryba...
                                          - Co pan gadasz, coś nam tu przyniósł, to przecież są dojarki, co do krowy się
                                          podłącza... jaki kurz pan tym zbierasz... co pan tu kurzysz, jak babcie kocham -
                                          przerwał mu nagle Malinowski.
                                          - Pan mnie dusze moje nie gryzie jak bardzo smutny robak bo mnie pan pod serdze
                                          na pół metra nie ściśniesz. Wszyztgo prawda co do nogi - odgryzł sie wynalazca.
                                          - Ja nie mogę, to jakiś dom wariatów - chwycił się za głowę Malinowski.
                                          - Opuszczali kwinty w nos - ripostował wynalazca, - nie bądż pan jak ten dzban,
                                          co to długo nosił ucho do studni, ale przecie mu sie koniec urwał, O!
                                          • Gość: kukułą Egipskie mumi ! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.03.05, 08:02
                                            Aha, jeszcze jedno. Gdy na dole kamienicy nieprawdopodobne wydarzenia
                                            następowały po sobie z szybkością chartów goniących zająca polnego to kilka
                                            pięter wyżej przykryty grubą warstwą kurzu Czesław spał w najlepsze jednym ze
                                            swoich najgłębszych snów. Nie drgnął nawet gdy do jego przytulnej kawalerki -
                                            wkroczyła cała grupa mieszkańców kamienicy, z wynalazcą na czele, aby odkryć
                                            źródło, które dało początek całemu zamieszaniu. Tropem gęstniejącego w
                                            powietrzu kurzu ciekawi sensacji dotarli do lokum, które zajmował nasz ukochany
                                            bohater.
                                            - O rany klarnet, a to co? - krzyknęła swoim tubalnym głosem Grochalowa
                                            wskazując na Czesława. To "coś", co ukazało się oczom przybyłych rzeczywiście
                                            usprawiedliwiało najgłębsze zdziwienie, któremu w głośnych gwizdnięciach i
                                            przyświstach dali nagle wyraz. Czesław leżąc nieruchomo na tapczanie i
                                            przykryty szczelnie - centymetrową z hakiem - warstwą kurzu przypominał coś na
                                            kształt sarkofagu.
                                            - Niech mnie gardło łokciem wyjdzie, jak to nie jezd egypzkie mumie, jak pragne
                                            pańztwa podskoczyć, - ze spokojem zawyrokował wynalazca nachylając się
                                            ostrożnie nad Czesławem.
                                            - Egipska mumia, pan oznajmiasz! - postawił oczy w słup pan Malinowski i
                                            dodał, - ale jak ta egipska archeologia tutaj dotarła, za przeproszeniem?
                                            - Urwało jem cierpiwoźć bo jech tam różnorake prófesory dłubali w ziemie to sie
                                            zwineli one iedne, w trombe, i do nas z rozpacze zanurkowali, - odkrył przed
                                            zebranymi całą prawdę wynalazca.
                                            - Ah, niech to, chyba mnie słabo - jęknęła Malinowska. Sprawne ramię jej
                                            małżonka podtrzymało jednak słabnace ciało.
                                            - Jusz czuje że mnie serce puka w głowie, to interez jak po szmalcu, - nagle
                                            ucieszył się wynalazca i dodał: - To interez w masło i kredyta jak kocham
                                            pijane bydło. My ta mumie opchniem w muzemie y sie bankiet odbywamy na całego,
                                            niech mnie kot ogonem zakrenci!

                                            • pan-cerfaust Re: Egipskie mumi ! 12.03.05, 10:04
                                              Muszę na chwilę stąd zrobić wyjście, bo mnie od śmiechu w kolanach skrzywiło i
                                              sadzawki mnie puściły (przepraszam - stawy).
                                              • Gość: Zdyl Gryl Fataan Re: Egipskie mumi ! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.03.05, 10:22
                                                Jezdem wstrząśnięty!
                                                • trond Re: Egipskie mumi ! 13.03.05, 09:37
                                                  zanim ktokolwiek z towarzystwa zdążył ochłonąć z wrażenia komentarze utknęły im
                                                  w krtaniavch a oczy wyszły na wierzch i uległy wybałuszeniu...
                                                  • trond Re: Egipskie mumi ! 13.03.05, 09:39
                                                    albowiem zlekka niedostrzegalnie ale skutecznie drobiny kurzu poczęły wznosić
                                                    się,wirować,żyć własnym życiem,a na końcu wiercić w nosie każdą z obecnych bez
                                                    wyboru osób
                                                    mumia stęknęła jęknęła głęboko odetchnęła i drgnęła!
                                                  • Gość: kukułą Re: Egipskie mumi ! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.03.05, 18:59
                                                    Drgnięcie mumii to nic nadzwyczajnego. Zazwyczaj co sto lub dwieście lat każda
                                                    mumia zmieniała niewygodną pozycję w kokonie z bawełnianych wstążek.
                                                  • Gość: trusiaa Drgnięcie mumii IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.05, 09:36
                                                    Siedzę bezradnie skubiąc cienkie wąsiki, strzygę uszami i nerwowo pogryzam
                                                    marchewkę. Trusiee mają takie małe mózgi...
                                                  • Gość: kukułą Re: Drgnięcie mumii IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.05, 09:40
                                                    Wielkie Trusiee poprzestają na tym co małe, a wydrwigrosz zawsze czuje
                                                    niedostatek ;)
                                                  • Gość: trusiaa Re: Drgnięcie mumii IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.05, 10:29
                                                    - W twarz? W twarz? Dobra, trochę się uspokoiłam. Ale wiesz Kukułą, muszę się
                                                    do czegoś przyznać Ja nie jestem z Warszawyyyyy! Chciałam tak swojsko -
                                                    knajacko, a widzę, że Ty masz Wiecha w małym paluszku. No jak tak można.
                                                    Siedzę w kucki i kiwam się monotonnie, a rodzina tylko marchewkę donosi.
                                                  • Gość: kukułą Twórczość najważniejsza a reszta to zając IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.05, 21:04
                                                    Sprawa z Wiechem wygląda tak, że już nikt tak nie gada. Ale można w tym stylu
                                                    trochę pofantazjować, co też uczyniłem. Nie było takiego zwrotu: "O rany
                                                    klarnet" i wielu innych, które są po prostu tylko w "konwencji". Ale styl
                                                    pozostał i teraz to już nie ma znaczenia co jest autentykiem a co "piątym
                                                    kisielem".

                                                    Przypuśćmy że sprzedajmy Nadczesława do Muzeum Narodowego. Może tam rozpocząć
                                                    nowy żywot jako najbardziej ceniony eksponat. Jest też szansa aby nasz bohater
                                                    okazał się odwiedzającym Warszawę Faraonem. Przebiegłe rodzeństwo, które
                                                    dręczyło Czesława swoimi ekscesami, teraz stara się posłużyć "naszą mumią" w
                                                    swoich niecnych rozgrywkach z komisarzem Cupiałowiczem. Czyli dużo jest jeszcze
                                                    do odkrycia.
                                                  • pan-cerfaust Re: Twórczość najważniejsza a reszta to zając 17.03.05, 09:42
                                                    - Cupiałowicz jestem, komisarz Cupiałowicz - przedstawił się wysoki mężczyzna o
                                                    gładko ogolonej twarzy z świdrującymi oczkami ukrytymi za grubymi szkłami
                                                    okularów. - To przystąpmy od razu do czynności - zakomunikował nie znoszącym
                                                    sprzeciwu głosem, - mumia należy od tej chwili do władz i zostaje
                                                    zarekwirowana. Proszę się rozejść!
                                                  • Gość: trusiaa Dooobra, to już idę. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.03.05, 11:22
                                                    Lokatorzy z niezadowoleniem kręcili głowami, wzruszali ramionami, a co bardziej
                                                    krewcy nawet spluwali w obie garście. - Ależ mumia spoczywa w łóżku sąsiada
                                                    naszego pana Czesia. Znakiem tego on jedynie zabytkiem kultury dysponować
                                                    może. - wygłosił bez zająknienia ławnik sądu grodzkiego pan Kolanko (łysy
                                                    zresztą). - Tak jest niech szlachetna sprawiedliwość sie nie daje! Prosze sie
                                                    nie boić tylko śmiało i odważnie! - miejscowa społeczność stanęła murem za
                                                    panem Kolanko. Panu władzy zrobiło sie głupio, ale nie zamierzał się poddawać
                                                    bez walki. - Ten lokal opustoszałym jest jak widać, gdzież zatem jego
                                                    właściciel bawi? - Bawi? Toż przecie on pierwszy do roboty. - Pani Malinowska
                                                    może i czasem wredna była, ale wobec władzy broniłaby nawet własnej teściowej.
                                                    - W tem momęcie udał się właśnie do apteki... gdyż, gdyż - Grochalowa, cała
                                                    purpurowa, szukała gwałtownie wyjaśnień - jego przodek szanowny zaniemógł i oto
                                                    właśnie na wersalce odpoczywa. - Jaki znowu przodek? - policjant tracił rezon,
                                                    zdjął czapkę i wytarł kraciastą chustką spocone czoło.- No ten tu obywatel.-
                                                    zaczął pan Malinowski - Szanowny przodek pana Czesia, co go własnym mlekiem
                                                    prosto od krowy wykarmił. - Jego stryj - krzyknął ktoś zza pleców
                                                    Malinowskiego. - Wujo, jak pragnę sprawiedliwości. - rzucił ktoś inny - Milcz
                                                    pokrako toż to jego pradziad własny! - zanosiło sie na ostrą wymianę
                                                    argumentów. Komisarz przedarł sie przez tłum rozjuszonych lokatorów i pochylił
                                                    nad leżącym. - Przecież to nieboszczyk - stwierdził z całą urzędową powagą. To
                                                    po cóż mu leki? Koniec dyskusji - zabieram denata.
                                                  • Gość: kukułą Re: Dooobra, to już idę. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.03.05, 22:55
                                                    W tym momencie denat kichnął prosto w twarz komisarza, na co ten jęknął
                                                    przeraźliwie i pobladły jak płótno obracając się na pięcie w podskokach dopadł
                                                    drzwi, w geście rozpaczy jeszcze szarpiąc je gwałtownie wyrwał klamkę , walnął
                                                    przy okazji głowę w futrynę, zachwiał się, przytomnie jednak doskoczył do
                                                    schodów i nadzwyczaj pośpiesznie zbiegł na dół. I tyle go widziano.
                                                    - Płyń sobie z wódkiem i piwym! - krzyknął jeszcze za nim wynalazca maszyny do
                                                    pochłaniania zbędnego kurzu. Jednak cała uwaga zebranych skupiła się na
                                                    budzącej się na powrót do życia mumii. O dziwo ciekawość przezwyciężyła strach
                                                    i wszyscy z wielkim przejęciem obserwowali to co się działo w miejscu, z
                                                    którego głośne kichnięcie wypłoszyło komisarza Cupiałowicza. A działy się
                                                    rzeczy na wieść o których ani słońce zajść nie będzie chciało, ani księżyć
                                                    wzejść się nie odważy, tak dziwne i niespotykane te rzeczy były. Mumia
                                                    otworzyła oczy i uśmiechnęła się ukazując szereg równych złotych zębów.
                                                    - Ale bogactwo jak arystokracja! - krzyknęła z zachwytem Malinowska.

                                                  • Gość: trusiaa Re: Dooobra, to już idę. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.03.05, 18:31
                                                    - Łaaaaaach. Mumia najpierw przeciągnęła się rozkosznie, aż zajęczały sprężyny
                                                    w tapczanie, a potem znów kichnęła: -Tsiuuu! i jeszcze - Apsiaaaa! - Sto lat! -
                                                    pożyczyli jej chórem sąsiedzi, po czym ten i ów zaczął zabierać się do wyjścia,
                                                    ale przecież nie panie Malinowska i Grochal, pilne obserwatorki życia, które za
                                                    nic nie przepuściłyby okazji,żeby dowiedzieć się czegoś nowego.
                                                    - I jak się sąsiad szanowny czuje? Czesio przetarł oczy, co zaowocowało
                                                    natychmiast piekielnym bólem i pieczeniem. - Do łazienki by z panem trzeba -
                                                    zatroszczyła się Grochalowa i już obie sąsiadki zgodnie wlokły Czesia. Panie
                                                    były na tyle usłużne, że próbowały go po drodze uwolnić z odzieży, ale na to
                                                    Czesio się nie zgodził. _ O co to, to nie! Bardzo panie uprzejme, ale teraz
                                                    muszę pobyć sam w miejscu, do którego nawet król piechotą chodzi. - Jak na
                                                    zaspanego Czesława było to nad wyraz długie i stanowcze przemówienie, więc
                                                    sąsiadki niechętnie i z ociąganiem opuściły wreszcie mieszkanie. Czesio
                                                    zatrzasnął drzwi i z ulgą oparł się o futrynę.
                                                  • pan-cerfaust Re: Dooobra, to już idę. 19.03.05, 22:31
                                                    Lecz "o Dziwo !" furtyna nie podtrzymała Czesiowego ciała, lecz zmiękła pod
                                                    naporem ciężaru i przefiltrowała Nadczesława przez samą siebie. Naraz nasz
                                                    bohater znalazł się po drugiej stronie miejsca w którym był przed chwilą.
                                                    Pąsowe światło oświetlało widnokrąg poprzetykany wznoszącymi się tu i ówdzie
                                                    przyprószonymi śniegiem majestatycznymi szczytami gór.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Dooobra, to już idę. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.05, 11:20
                                                    - Wracaj Nadczesławie - w uchu Czesia zadzwonił słodziutki głosik. Dostarczyłem
                                                    ambrozję. - Ambrożyyyy? - Czesio był niezmiernie zdziwiony. - To już? Przecież
                                                    przed chwilą jadłem? - Ach żartowniś z Ciebie Czesławie - zachichotał Kleks -
                                                    jadłeś a potem zapadłeś w długi sen, musisz się znowu pokrzepić, żebyś nie
                                                    stracił cudownych właściwości. Czesio wrócił do rzeczywistości jednym susem.
                                                    Trochę zniecierpliwiony Kleks przytupywał eteryczną nogą i otrzepywał tunikę z
                                                    wirującego wszędzie kurzu. - Ależ tak nie można Czesławie - istocie Twojego
                                                    pokroju nie przystoi mieszkać w takim chlewie. I spójrz na siebie - to
                                                    niechlujne odzienie nie licuje z powagą Twego stanowiska. Co widzę - złote
                                                    zęby? Nie umyłeś ich ostatnio i masz osad po ambrozji... Fee - marsz do
                                                    łazienki. Czesio, wkurzony z lekka, poczłapał w kierunku, który oskarżycielsko
                                                    wskazywał palec Ambrożego.
                                                  • Gość: kukułą Pies to czy kot? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.05, 23:22
                                                    Człap, człap, człap...i jeszcze raz człap. "Och, pomyliłem się, to nie w tę
                                                    stronę" - westchnął Czesław i odwrócił się na pięcie. Tym razem przyśpieszył
                                                    kroku, tak że teraz rytmicznym dźwiękiem odbijało się od podłogi: tup, tup, i
                                                    jeszcze raz tup. Czesław zwolnił trochę kroku, a jego cień poszedł dalej sam w
                                                    stronę łazienki. Naraz Czesław ze zdziwienia przetarł oczy. To co zobaczył
                                                    przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Jego własny cień wyglądał jak duży,
                                                    wychudzony pies, miał ogon, pazury i najprawdziwsze psie wąsy! Kołysał się
                                                    rytmicznie idąc przed siebie - tup, tup, raz w prawo, raz w lewo. Wszedł do
                                                    łazienki i zamknął za sobą drzwi. "Och nie, - pomyślał z przerażeniem
                                                    Nadczesław - pewnie zaraz umyje sobie zęby moja szczoteczką." Dopadł do
                                                    łazienki, szarpnął za klamkę. Drzwi jednak nie ustąpiły, były
                                                    zamknięte. "Zajete, hau, hau, - cień zaszczekał w odpowiedzi - hau, hau, proszę
                                                    się nie denerwować, hau, hau, tylko , hau, hau, wymyję sobie.. hau... pysk, i
                                                    zaraz wychodzę... hau, hau".
                                                  • Gość: trusiaa Re: Pies to czy kot? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.05, 08:15
                                                    - O w morrdę... O w mordę! Ambroży! Co to ma być? - To? Ambroży niewinnie
                                                    zatrzepotał rzęsami. - To są skutki uboczne. Nadczesław nie reagował. - Ujmę
                                                    rzecz inaczej: tak się dzieje, o ile nie przestrzega się reguł. - Reguł? jęknął
                                                    Czesio - Nic nie wiem o żadnych regułach! - Cóż, żartowniś z naszego szefa.
                                                    zachichotał Kleks cieniutko. Zapomnieli Ci powiedzieć biedaku... - O czym?
                                                    Dlaczego znowu czegoś nie rozumiem, przecież miałem być "Nad" a jestem "pod".
                                                    Poddaję się - zrezygnowany Czesław siadł pod ścianą i objął głowę rękami.
                                                    - Ts,ts, ts - zacmokał niezadowolony Ambroży. Nie ma lekko. Jak się juz zostało
                                                    wybrańcem, to się nie da tego odkręcić. Reguły są trzy: myj ręce przed
                                                    posiłkiem, zęby po posiłku, a drzemka dopiero trzy godziny po zjedzeniu
                                                    ambrozji. Proste? Proste. No to ja lecę - smacznego. - Zaraaaaz, a to bydlę w
                                                    łazience?! wrzasnął Czesio za odlatującym. - Nieładnie Czesławie, więcej
                                                    szacunku dla własnej osoby - zaszemrał Kleks odlatując. - By Cię pokręciło.
                                                    A żeby Ci tak... Donośny łoskot sprawił,że Czesio momentalnie zamilkł, stulił
                                                    uszy i zamknął się w sobie. Po chwili ostrożnie otworzył jedno oko.
                                                  • pan-cerfaust Re: Pies to czy kot? 22.03.05, 09:10
                                                    - Gdzie jest łazienka? - zapytał Donośny Łoskot zwracając się do otwartego oka.
                                                    Oko z wrażenia zapomniało słów, dlatego na pomoc przyszedł mu Nadczesław: -
                                                    Prosto przed siebie, a potem na lewo.
                                                    - Dziękuje, - donośnie załoskotał Donośny Łoskot i poszedł we wskazanym
                                                    kierunku.
                                                  • Gość: trusiaa Powstał pewien problem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.05, 09:24
                                                    Hm. Mamy oto ciekawą sytuację wątku przeniesionego. Otóż w łazience
                                                    zagnieździli się dwaj bohaterowie "Jak rozmawiać trzeba z Burkiem" w osobach
                                                    (sądząc z opisu Kukułą) Burka oraz kota Łoskota (o którym tak naprawdę niewiele
                                                    wiadomo). Proszę kolegów o ustosunkowanie się do powyższego i podjęcie wspólnej
                                                    decyzji co do losów w/w podmiotów. Dodam jeszcze, że autorzy i mieszkańcy
                                                    wspomnianego wątku moga poczuć się wykorzystani i np. zażądać tantiem lub co
                                                    gorsza wynagrodzenia strat moralnych. Ba!
                                                    Trusiaa z poważaniem.
                                                  • pan-cerfaust Re: Powstał pewien problem 22.03.05, 09:38
                                                    Po chwili z łazienki dobiegł do naduszu Nadczesława łoskot przemieszany z
                                                    donośnym szczękaniem.
                                                    - Kto może tak donośnie szczękać, - zastanawiał sie Czesław wsłuchując się w
                                                    łoskot, - A może to wina szczoteczki do zębów, dawno już nie była zmieniana.
                                                    Tymczasem szczęk z łoskotem zlały sie w jeden dźwięk, który można
                                                    byłookreślić "ponaddźwiękowym szczękołoskotem".
                                                  • pan-cerfaust Re: Powstał pewien problem 22.03.05, 09:41
                                                    "Sama Trusiaa jest sobie winna, bo po cóż wprowadzała do naszego wątku Donosny
                                                    Łoskot. Teraz juz się od niego nie uwolinimy."
                                                    Z odważaniem Pan-Cerfaust
                                                  • Gość: trusiaa Re: Powstał pewien problem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.05, 09:57
                                                    - O matko kochana. Znowu. Trusiaa zapięła czarny płaszcz, wcisnęła na głowę
                                                    kapelusz i energicznie zapukała do drzwi Czesława. Czesio uchylił je, wpuścił
                                                    Trusięę do środka i drżącą dłonią, bez słowa, wskazał łazienkę. - Tak. Tak
                                                    wiem - Trusiaa wzniosła oczy do nieba - za jakie grzechy...? Jednym
                                                    niecierpliwym szarpnięciem otworzyła drzwi łazienki. - Chodź tu Czesiu, sam
                                                    zobacz. Pokój kąpielowy lśnił czystością. Kafelki, dokładnie jak na ulicznej
                                                    reklamie proszku Pucuś, rzucały tęczowe blaski. Mydło pachniało lawendą,
                                                    puchaty ręcznik zwisał usłużnie z wieszaka. - Czesiu - to wszystko dla Ciebie -
                                                    WIĘC DLACZEGO NIE CHCESZ SIĘ UMYĆ? Czesio spuścił głowę, splótł palce, zakręcił
                                                    nimi młynka, w końcu westchnął i wzruszył ramionami - No dobraaa, przecież
                                                    żartowałem. Trusiaa nieznacznym ruchem brody wskazała Czesiowi wannę, po czym
                                                    zakasała rękawy płaszcza i zamknęła drzwi na zasuwkę, aby Czesław nie miał
                                                    dokąd wiać. Nie upłynął nawet kwadrans, gdy drzwi otworzyły się znowu, a
                                                    Trusiaa wymaszerowała raźno, pogwizdując. Czesio wciąż stał, nieporuszony,
                                                    oglądając swoje odbicie w lustrze.
                                                  • pan-cerfaust Re: Powstał pewien problem 22.03.05, 10:07
                                                    Czegóż on tam nie zobaczył. Lustro odbijało obraz bogactwa i radości. Czesio aż
                                                    podskoczył z zachwytu, pod wrażeniem przeżycia estetycznego. A widok to był
                                                    przejmujący. Umyte włosy, zaczesane w falę, opadały łagodnie na jego lewe
                                                    ramię. Rumiane policzki biły świeżością cery jak dwa rajskie jabłuszka. Jednym
                                                    słowem nowe stworzonko.
                                                  • Gość: trusiaa I o to mi właśnie chodziło... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.05, 10:36
                                                  • Gość: kukułą Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.05, 22:50
                                                    A ja? Co ze mną? - Pomyślał cień i postanowił zapolować na dobrą kość wołową.
                                                    Zmysł węchu zaprowadził go prosto pod drzwi mieszkania zajmowanego przez pania
                                                    Grochalową. Właśnie gotowała rosół na dobrym kawałku wołowiny z kością. Cień
                                                    nie miał trudności z prześlizgnięciem się przez szparę pomiędzy drzwiami a
                                                    furtyną. Po chwili był już w kuchni i niezauważalnie wtopił sie w cień pani
                                                    Grochalowej.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.03.05, 19:29
                                                    Grochalowa jak każda wzorowa gospodyni, była schludna i zawsze domyta, toteż w
                                                    osłupienie wprawił ją nagły niepohamowany odruch - zapragnęła się z całych sił
                                                    podrapać po plecach. - Ale wstyd! - wysapała czochrając się o futrynę. - A żeby
                                                    to wciórności - jęczała drapiąc się zajadle trzonkiem największej chochli do
                                                    zupy. - Trzymajcie mnie ludzieeee - Grochalowa nie mogąc sobie ulżyć wpadła w
                                                    ruch wirowy i jak fryga kręciła się po kuchni obijając się o ściany i sprzęty
                                                    domowe. Z półek leciały produkty sypkie i lepkie zamieniając zadbaną kuchnię w
                                                    stajnię Augiasza. Cień Czesia gorzko żałował tak pochopnej decyzji; skąd miał
                                                    wiedzieć biedny niedouczony cienias, że ludzie moga mieć alergię na cudze byty
                                                    ciemne i ulotne. Na razie jednak, oszołomiony, nie mógł odkleić się od
                                                    Grochalowej.
                                                    Tymczasem nieświadomy niczego Nadczesław nareszcie oderwał sie od lustra i
                                                    pomaszerował raźno do stołu, gdzie czekała na niego miseczka czystej ambrozji.
                                                  • Gość: kukułą Re: Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.05, 07:40
                                                    Właściwie, to jeśli chodzi, o oderwanie się od lustra, to można tutaj podzielić
                                                    się z naszymi czytelnikami pewną dygresją. Pomimo tego - co oczywiście jest
                                                    prawdą - że Nadczesław wyszedł z łazienki, to jednak odbicie jego nowego
                                                    oblicza nadal pozostało na swoim miejscu. Gdybyś - drogi czytelniku - miał
                                                    okazję zajrzeć w owo lustro, to zobaczył byś mógł - ku własnej uciesze - wierne
                                                    odbicie naszego bohatera zastygłe na wieczność w pozie mędrca, w sposób
                                                    jednoznacznie wskazujący na opartą o głębokie zrozumienie afirmację realiów
                                                    życia w okupowanej przez hitlerowców Warszawie. Ale, ale ... mógłbyś, drogi
                                                    czytelniku pomyśleć, że wolałbyś raczej by Nadczesław wyprężył swe ciało w
                                                    pozie doskonałości, pewności siebie, inteligencji, poczucia humoru i szeregu
                                                    innych zalet, w pozie wyrażającej jakimś oryginalnym gestem etos szlachty
                                                    zaściankowej i składających się na ten etos wartości moralnych i religijnych.
                                                    Sam przyznam, iż też miałbym podobne pragnienia, ale - przyznajmy to wspólnie -
                                                    że jednak nie możemy zbyt wiele wymagać od naszego bohatera.
                                                    Zarówno czesławowy cień, oraz jego odbicie w lustrze, podjęły te nowe byty,
                                                    trud życia na własny rachunek. I niestety, drogi czytelniku, przyjdzie im za to
                                                    zapłacić najzabawniejszą cenę.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.04.05, 09:46
                                                    Czesław jak to Nadczesław: zjadł co mu dano i spoglądając ukradkiem na boki
                                                    wylizał miseczkę. Fakt ten został oczywiście odnotowany przez sekretarkę szefa
                                                    w dziennym raporcie aktywności. Potem sięgnął po regulamin, który ostatnio
                                                    spisywał na tekturce, i odczytał kolejne punkty - "zęby", i "nie spać". Umycie
                                                    zębów zajęło mu zaledwie 15 sekund, a punkt "nie spać" postanowił zrealizować
                                                    na mieście. Oblicze Czesia uwiecznione na łazienkowym lustrze czekało na swoją
                                                    kolej, zaś jego cień, cóż nie grzeszył rozumem i ani się spostrzegł - jak
                                                    potężny cień Grochalowej wciągnął i pochłonął go bez reszty. Ostatni odgłos
                                                    paszczą wydany przez niego zarejestrowała muszka owocówka przelatująca w
                                                    pobliżu. Brzmiał on: - "Aj, jestem kobietą!". Cóż, pochylmy głowy nad utraconym
                                                    bezpowrotnie ciemnym fragmentem egzystencji Czesława. Można mieć tylko
                                                    nadzieję, że bohater tak zakręcony w nieprzewidywalnej rzeczywistości nie
                                                    zwróci uwagi na stratę. W końcu do czego Czesiowi cień...
                                                  • pan-cerfaust Re: Rosół u Grochalowej 02.04.05, 10:07
                                                    Rzeczywiście bez cienia można się jakoś obejść, lub zastąpić go czymś co
                                                    mogłoby ów cień przypominać. Są tacy, którzy ciągną za soba ciemną draperię,
                                                    niby to od niechcenia, ale jednak widać włożony w to trud i nadludzki wysiłek.
                                                    Inni nie pojawiają się w dni słoneczne, lecz z utęsknieniem wypatrują momentów
                                                    słotnych i pochmórnych, gdy nikt już nie jest zaopatrzony w naturalny cień.
                                                    Czesław jednak postanowił całą sprawe zbagatelizować i naturalna koleja rzeczy
                                                    przeszedł do porządku dziennego nad stratą własnego cienia. A niech tam -
                                                    dobrze, że jest jeszcze zdrowy na ciele i umyśle.
                                                  • Gość: kukułą Re: Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.04.05, 20:10
                                                    - Czy grozi mi sina dal? - pomyślał Czesław i nagle zsiniał z wrażenia na myśl
                                                    o nieznanej dali.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Rosół u Grochalowej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.04.05, 09:29
                                                    - Ależ skąd - zaszemrało jego odbicie w lustrze - wiesz, że czuwają. Nie tylko
                                                    nie dadzą ci odejść: powiedzą co masz robić!
                                                    - To co ja mam teraz robić? - Czesio zasępił się srodze.
                                                  • Gość: kukułą Praktyczna porada IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.04.05, 22:44
                                                    - Nie martw się Nadczesławie, - odbicie w lustrze uśmiechnęło sie szeroko -
                                                    właściwie możesz robić to wszystko na co masz tylko ochotę. Proponuję zacząć od
                                                    zmycia naczyń w kuchni, a potem przydałoby się małe pranko. Ot tak po prostu,
                                                    aby nie wyjść z wprawy.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Praktyczna porada IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.05, 09:18
                                                    Nadczesław czym prędzej rzucił się w wir pracy, ale... szast-prast i po
                                                    wszystkim! - Znikąd nadziei,żadnych wskazówek. Chyba zaczynam tracić moc.
                                                    I już Nadczesław miał zacząć chlipać - jak to Czesio miał w zwyczaju, gdy nagle
                                                  • Gość: kukułą Re: Praktyczna porada IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.05, 23:40
                                                    ...nagle usłyszał tajemniczy głos za ścianą. Początkowo mógł odróżnić tylko
                                                    pojedyńcze słowa, jak gdyby wypowiadane szeptem, potem jednak, zaczął chwytać i
                                                    rozumieć sens całych zdań. Bez wątpienia ktoś opowiadał historię swojego
                                                    życia... jedną z najdziwniejszych jaką zdarzyło się Czesiowi do tej pory
                                                    usłyszeć. A było to tak...
                                                  • pan-cerfaust Re: Praktyczna porada 26.04.05, 08:18
                                                    "Za dziewięcioma górami i jedenastoma rzekami była sobie chatka pokryta słomą,
                                                    w której to chatce mieszkała urzędniczka pewnej państwowej instytucji. Żyła
                                                    długo i szczęśliwie do czasu gdy nie poznała pewnego bardzo przystojnego
                                                    motorniczego..."
                                                  • pan-cerfaust Re: Praktyczna porada 27.04.05, 23:51
                                                    Nadczesław opadł nagle na fotel i zrezygnowany wyszeptał: - już tak naprawdę
                                                    nie mam po co żyć, proszę zlitujcie się i dajcie mi spokojnie odejść. Nie ma
                                                    sensu sztucznie podtrzymywać mnie przy życiu.
                                                  • Gość: trusiaa Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.04.05, 09:23
                                                    Nic z tego, Nadczesław w tym odcinku jest stanowczo za młody - zmarł znaaacznie
                                                    później. O tym, żeby odszedł tam dokąd chce, także nie ma mowy. Czesław jest
                                                    nasz, on nas jednoczy, zmusza do wysiłku intelektualnego, pozwala nie czuć się
                                                    samotnie w sieci (to prawie cytat był). Ja tam go już z rąk nie wypuszczę. To
                                                    mówiła Trusiaa. Hough.
                                                  • pan-cerfaust Re: Nic z tego 28.04.05, 23:09
                                                    Nadczesław machnął ręką godząc się ze swoim losem. "Skoro już tak musi być to
                                                    niech będzie" - dodał sobie otuchy - " ale gdybym tak mógł zostać, na przykład,
                                                    gajowym i biegać za zającami po lesie, to by mi to wyszło na zdrowie, bo w tym
                                                    warszawskim kurzu, to już mi płuca wysuszyło i dostaję po mału dychawicy. To co
                                                    da sie zrobić? Wyślijcie mnie do, powiedzmy, Puszczy Cichej, gdzie buki i
                                                    jodła, oraz runo leśne i zwierzyny w obfitości."
                                                  • Gość: kukułą Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.04.05, 08:31
                                                    Jeszcze tego brakowało!!! Przenigdy
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.04.05, 09:14
                                                    Przenigdy Nadczesław by tak nie powiedział. Jako wychowany w aglomeracji
                                                    przedstawiciel populacji miejskiej nie tylko nie lubi przez dłuższy czas
                                                    przebywać na łonie przyrody - on nie może żyć poza miastem z jego nagrzanym,
                                                    pachnącym spalinami powietrzem, wodą czerpaną z zardzewiałego kranu, wonią
                                                    magla, butwiejących odpadków, ostrym zapachem browaru i mdłym zapaszkiem
                                                    cukrowni, odorem targu rybnego i wreszcie pomniejszymi smrodkami zapaszystych
                                                    bram, końskiego nawozu na bruku... - Ech to jest życie - wzruszył się
                                                    Nadczesław.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.04.05, 08:51
                                                    Proszę się nie wzruszać, ponieważ przed Tobą Nadczesławie stoi bardzo ważne
                                                    zadanie, od którego powodzenia zależy los całego Narodu. Będzie to misja bardzo
                                                    niebezpieczna (zdaje sie, że to lubisz), ale także dająca możliwości
                                                    zaprezentowania całej swojej odwagi i poświęcenia. Plan misji zostanie
                                                    dostarczony niebawem przez nadinspektora imperialnego pierwszej kategorii ,
                                                    specjalnego agenta Trusięę.
                                                  • Gość: shutdowner Re: Nic z tego IP: 80.122.96.* 04.05.05, 13:05
                                                    Cos mi sie wydaje, ze Nadczeslaw ma objawy przepracowania. Nic nie robi, nie
                                                    wyrusza na nowe w yprawy w kraj, nie zajmuje nas swoimi arcyciekawymi
                                                    przemysleniami. Albo ktos sie za niego zabierze, albo przestane sledzic jego
                                                    losy.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.05.05, 14:17
                                                    Trusiaa przeczesała palcami grzywkę, zarzuciła warkocz na plecy i splunąwszy w
                                                    obie garści zatarła rączki. - Szef obarczył mnie zadaniem logistycznym wielkiej
                                                    wagi? No to dostanie swój plan!
                                                    punkt 1.
                                                    - Nadczesławie! (pogłos sprawił, że ściany czesiowej garsoniery zadrżały, a on
                                                    sam powstał na równe nogi), co jest nasza plagą narodową? No co? (Trusiaa
                                                    próżno czekałaby odpowiedzi, toteż kontynuowała cierpliwie) - palenie tytoniu
                                                    otóż. Jeśli już teraz, przed wojną (Nadczesław wzdrygnął się cały) mhmm, jeśli
                                                    właśnie teraz powiadam, nie powstrzymasz narodowego nałogu, w przyszłym
                                                    stuleciu palić będą wszyscy od oseska do starca. W tobie cała nadzieja.
                                                    Masz wolną rękę. Do dzieła.
                                                    Zakończywszy przemowę, Trusiaa sięgnęła po kubek ulubionej, zielonej herbaty i
                                                    upiwszy spory łyk, z sympatią śledziła poczynania Nadczesława.
                                                    Bohater nieporuszony z początku, stał jak, za przeproszeniem, królik
                                                    zahipnotyzowany wzrokiem pytona. Gdy jednak wibracje ścian ustały, Nadczesław
                                                    wyprostował się, zmężniał, zwłaszcza w oczach i rozpostarwszy swój płaszcz, z
                                                    głośnym krakaniem wzleciał w mroczne, wieczorne niebo.
                                                  • Gość: shutdowner Re: Nic z tego IP: 80.122.96.* 04.05.05, 21:00
                                                    No wlasnie o to chodzilo. DAC MU POPALIC. Musze Trusii przyznac, ze wpakowala
                                                    Nadczeslawa w prawie niewykonalna robote. Plan jest szelmowski. Juz tutaj
                                                    zacieramy tez raczki, bo z wypiekami na twarzy bedziemy sledzili losy naszego
                                                    narodowego bohatera.Pozdrowienia z daleka.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.05.05, 09:46
                                                    - Palenie tytoniu - plagą narodową. Ja - bohaterem, herosem. Krrra! Nadczesław
                                                    szybował pod kopułą nieba. Nareszcie, w mroku czuł się swobodnie - niezauważony
                                                    przez nikogo, rejestrowany tylko radarami nielicznych nietoperzy wirował, robił
                                                    beczki i nagłe zwroty a to przez dziób, a to, pardon, przez rufę, by po chwili
                                                    rzucić się głową w dół i zakończyć pikowanie tuż na ziemią. Po tej rozgrzewce
                                                    uniósł się wysoookooo raz jeszcze. Pionowo zawisł w powietrzu i wziąwszy się
                                                    pod boki, jak jego amerykański kolega S., sokolim wzrokiem przeszył gęste
                                                    ciemności. Ujrzał niebawem to czego szukał. Państwowe Zakłady Tytoniowe prężyły
                                                    dumnie swoje kominy, wszystkie okna jarzyły się blaskiem, a więc praca szła
                                                    pełną parą. - A zaraz pójdzie z dymem - wycedził Nadczesław cynicznie.
                                                    Wysunąwszy do przodu zaciśniętą prawicę jednym susem ruszył w kierunku fabryki.
                                                    Jego płaszcz łopotał złowieszczo.
                                                  • Gość: shutdowner Re: Nic z tego IP: 80.122.96.* 07.05.05, 13:56
                                                    Nadczeslaw mrugnal okiem porozumiewawczo do swojego cienia sunacego pod nim na
                                                    polanie oswietlonej bladym swiatlem ksiezyca. Wszystko bylo juz gotowe przed
                                                    ostatecznym atakiem, gdy nagle Nadczeslaw poczul mocne szarpniecie z tylu. To
                                                    plaszcz zaplatal sie w koronie rozlozystego debu stojacego na drodze lotu
                                                    Nadczeslawa i zagradzajacego droge do zlowieszczych i mrocznych Panstwowych
                                                    Zakladow Tytoniowych. Katem oka Nadczeslaw ocenil wiek drzewa na jakies
                                                    dziewiecet lat. "Kawal historii", pomyslal bezwladnie zawisajac pomiedzy
                                                    galeziami po chwili dodajac nowa mysl do poprzednich "Przynajmniej troche
                                                    odpoczne przed ostateczna rozprawa z wrogiem".
                                                  • Gość: pan-cerfaust Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 08:02
                                                    Wisząc już grubo ponad dwa tygodnie Naczesław miał dużo czasu aby przejść
                                                    wewnętrzną przemianę. Zaczęła się ona jednak od zmiany pewnych cech
                                                    zewnętrznych. Oto okazało się,że odpoczynek w pozycji wiszącej pomiędzy
                                                    gałęziami okazałego dębu nadał niebywałej swieżości czesławowemu obliczu.
                                                    Czesław od-wy-młodniał, nabrał dziecięcych rumienców, stracił drugi podbródek,
                                                    zmarszczki gdzieś zniknęły, a nos nieco zadarł się do góry ( o dziwo sam z
                                                    siebie).
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 09:49
                                                    Czesław przypominał Tadeusza Kościuszkę z dziecięcej czytanki! Jego płaszcz
                                                    wysmagany wiatrem, spłowiały od słońca i deszczu - łopotał niczym chłopska
                                                    sukmana. Niesforne włosy, nieposkromione pewną dłonią fryzjera, wiły się
                                                    orzechowymi puklami i opadały, wdzięczną plerezą, na czoło. - Ale mam nosa. -
                                                    stwierdził z przyjemnością Czesław wpatrując się w swoje odbicie w kropli
                                                    rosy. - Chyćmy broni, chyćmy koni! - natrętną melodyjką zabrzęczało mu w uchu.
                                                    - Jedzą , piją lulki palą... - Zaraz, co jest? - zdenerwował się Nadczesław,
                                                    wiszę tu i wiszę, a przecież miałem coś zrobić? Papierosy, spalić, zniszczyć!
                                                    Już po chwili znów coś zasmędziło - Pieje kur! Ostał mi się jeno sznur... -
                                                    Sznur? Jasne! - Czesio zwolniwszy uchwyt jedną ręką palnął się w czoło. -
                                                    Sznurek! Mam go w kieszenii, mogę się nim obwiązać w pasie i luuuu! na dół.
                                                  • pan-cerfaust Re: Nic z tego 23.05.05, 23:11
                                                    Pierwsze zetknięcie ze stałym lądem po dwóch tygodniach kołysania się pomiędzy
                                                    gałęziami na wietrze było nie lada przeżyciem. Czesław nie mógł złapać
                                                    równowagi i zarzucało nim na boki, jak gdyby wciąż walczył z podmuchami
                                                    wiatru.Na szczęście zdołał dokołysać się do pobliskiej chłopskiej zagrody i
                                                    ratując sie przed upadkiem chwycił się płotu zrobionego ze solidnych dębowych
                                                    bali.
                                                    - A patrzcież jak gębę umoczył, że się płota uczepił jak rzep psiego ogona -
                                                    krzyknęła starsza kobiecina na widok Nadczesława, przywołując ruchem ręki kilka
                                                    ciekawych sąsiadek.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.05.05, 08:10
                                                    O moiście wy - toż to pan Naczelnik Kościuszko! Jedna z kobiet przypadła z
                                                    nabożną czcią do kolan Czesława, w jej ślady pospieszyły pozostałe niewiasty i
                                                    dalejże pod kolana ściskać, a ręce całować. Na ten widok gospodarz wytoczył się
                                                    z chaty i jak nie huknie: - A poszły won do chałupy! Oj durne wy baby, durne:
                                                    co to, ksiądz proboszcz, że tak przed nim klękata? Baby niechętnie oderwały się
                                                    od Czesława i wycierając nosy w zapaski, poszły precz do domu. Gospodarz
                                                    przyjrzał się obcemu niechętnie: - Coście za jeden? Babów wam się bałamucić
                                                    zachciało? Czesław oszołomiony, oślepiony blaskiem popołudniowego słońca, a i
                                                    przez dwa tygodnie od rozmów odwykły - tylko westchnął ciężko i machnął ręką.
                                                    - Języka w gębie zapomniał, czy durnowaty jakiś? - gospodarz lustrował
                                                    przybysza z rosnącą niechęcią. - Ja... teego. No tam - Czesław znów machnął
                                                    dłonią w nieokreślonym kierunku. - Ja ... papierosy zniszczyć, zgnieść... - Aaa
                                                    kurzyć mu się zachciało, tak od razu trza było! - i gospodarz rozjaśniwszy
                                                    oblicze za pazuchę sięgnął. - Nie! Nieee! Apage! - wrzasnął Czesio i ruszył
                                                    przed siebie kurzgalopem. Gospodarz tylko zsunął kapelusz na tył głowy, zapalił
                                                    papierosa i zaciągnąwszy się błogo, stwierdził zamyślony - A nie mówiłem, że
                                                    durnowaty?
                                                  • pan-cerfaust Re: Nic z tego 24.05.05, 19:37
                                                    Tymczasem Nadczesław dotarł do pierwszych umocnień okalających twierdzę
                                                    Państwowych Zakładów Tytoniowych. "Twierdzą" był zespół solidnych budynków z
                                                    czerwonej cegły pamiętajacych jeszcze czasy okupacji austyjackiej. W szarej
                                                    przydubówce obok szlabanu zagradzającego drogę prowadzącą na teren "Zakładów
                                                    Śmierci" siedział znudzony cieć odziany w granatowy mundur z żółtymi wyłogami.
                                                    Nadczesław podskoczył do przodu, przywarł swym obliczem kościuszkowskim do okna
                                                    i zmierzył wartownika wzrokiem przygważdżając go do ściany. Tamten ani pisnął a
                                                    jeno mruknął zatrwożony: - O rany jejku !!, - i po tych słowach osunął się
                                                    zemdlały na podłogę.
                                                    - Dobra nasza, - dodał sobie animuszu Nadczesław i ruszył galopem prosto na
                                                    magazym markowego tytoniu "Georgia".
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nic z tego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.05, 08:08
                                                    Ta nazwa, przywołała w jednej chwili wspomnienia - oto Jack - znajomy Murzyn z
                                                    Południa, niskim ochrypłym głosem śpiewa płaczliwie "Georgia, Geooorgia!"... _
                                                    Co to ja chciałem? - zacukał się Czesław. - No przecież na czczo to ja sobie
                                                    mogę! Sięgnął do kieszeni i wyczuł pod palcami miły, obły kształt piersiówki -
                                                    po chwili poczuł jak życiodajna ambrozja spływa mu do gardła. Jak zwykle
                                                    najpierw ujrzał setki wirujących, kolorowych bąbelków pękających bezgłośnie,
                                                    potem chwila euforii, potem "Mam moc!, Powiadam wam: MOC" i już Czesław był
                                                    gotów. Podkasał rękawy, wciągnął powietrze ze świstem, aż mu zafalowały
                                                    nozdrza, i pochyliwszy się do przodu, ruszył pełną parą wprost na znienawidzony
                                                    magazyn.
                                                  • pan-cerfaust Re: Nic z tego 25.05.05, 22:52
                                                    Nozdrza Nadczesława podrażnił zapach tytoniu...
                                                  • Gość: trusiaa Oooo Pan-cerfauście IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.05.05, 10:51
                                                    Tak to nie ma: "podrażnił". I co i tak już i teraz ja? A guzik. Dla mnie też
                                                    dziś świeci słońce. I jutro i za dwa dni będzie tak samo. Toteż się byczę i
                                                    oczekuję dlaszego ciągu: a wysil swój intelekt przebogaty, a rusz palcami,
                                                    a "wyślij" wciśnij. Wtedy pogadamy. Ale takie o "podrażnił"? Nie ze mną te
                                                    numery Pan-cerfauście. Wstydź się, wstydź.
                                                    Trusiaa z majowym pozdrowieniem. :)
    • czarny.humor CZECHU!!! Krzyknął pan Czesław. CZEEECHUUUUU!!! 26.05.05, 11:49
      Spójrz mi w oczy gnojku!!!
      I wyprostuj to Koło!!
      • Gość: pan-cerfaust Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.05.05, 22:10
        Magazyn przedniego tytoniu "Georgia" przywitał szarżujacego Nadczesława
        bukietem zapachów: słodkich i kwiatowych po świeże oraz ostre, bardzo
        egzotycznych, dziwnych i nieznanych przebogatą gamą woni odległych krain.
        Druga zmiana pracowała całą parą. Na parapecie stało radio nastawione na
        stację grającą poważną muzykę. Właśnie szedł Kiepura gdy Nadczesław z całym
        impetem wpadł do środka...

        • Gość: typ Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.05, 15:13
          Przechodzący Kiepura nie dostrzegł Nadczesława i to miało decydujący wpływ na
          dalszy przebieg wypadków...
          • Gość: trusiaa Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.05, 16:13
            - "Ninoooooou, ach uśmieeeeechnij sięęęę" - słodycz tej prośby miała się nijak
            do scen dantejskich, jakie następowały po sobie w błyskawicznym tempie.
            Najpierw z parapetu spadło z hukiem radio. Kiepura natychmiast zamilkł,
            oburzony. - Aaaarrrrgh! - tyle tylko miał do powiedzenia Nadczesław. Wirował po
            całej hali dwojąc się i trojąc w oczach zdumionych pracowników. Wydawało się,że
            urosło mu kilka dodatkowych par ramion - młócił nimi metodycznie, zgarniając
            całe naręcza papierosowych bibułek, wpychał je natychmiast do ust i żuł z
            wściekłością. Zbliżał się przy tym nieubłaganie do skrzyń z pachnącym kusząco
            tytoniem. Tu przystanął na chwilkę - szarmancko skłonił się struchlałej
            fasowaczce i zapytał niskim, seksownym głosem - Czy mogę prosić o ogień?
            Omdlewająca kobieta podała mu zapałki. I to był właściwie koniec Zakładów
            Tytoniowych w/m. Jeszcze lata całe okoliczni mieszkańcy spierali się co do
            tego, czy na wieczornym niebie najpierw pokazała się łuna pożaru, czy też
            widziano tam potężnego herosa, który szybował w niebo z omdlałą fasowaczką
            Kupść Genowefą. Ludzie nie wspominali tej historii źle - otóż nikt w pożarze
            nie ucierpiał - przeciwnie: namiętni palacze rzucili się tłumnie ku zgliszczom
            Zakładów by, za darmo i do woli, nawdychać się krzepiących, tytoniowych
            aromatów. Niestety były to ich ostatnie podrygi, jako że w całym województwie w
            ciągu tygodnia zabrakło papierosów...
            • pan-cerfaust Re: Dziękuję 31.05.05, 19:59
              Niewiarygodne !!! - pomyślicie drodzy czytelnicy. Tak, w samej rzeczy, ale
              prawdziwe. Historia ta ma zresztą swój zadziwiający morał. W ten oto sposób
              narodziła się słynna na cały świat kiełbasa wędzona w oparach palonego tytoniu.
              Aby się o tym przekonać wystarczy tylko wpaść na moment do pierwszej lepszej
              karczmy, lub jak kto woli do zakładu żywieniowego, czy to w Polsce, czy na
              Słowacji, czy gdziekolwiek indziej, by w gronie biesiadników, wędzących w
              oparach dymu tytoniowego różne wyroby wędliniarskie, spożyć tego wyszukanego
              specjału. Aższszsz... ślinka leci, prawda!!!
              Nadczesław tymczasem szybował, mocno trzymając za rękę swoja wybrankę Genowefę
              Kupść, ku lepszej przyszłości. Czy jednak ktoś złowrogi i nikczemny nie będzie
              im się starał w tym przeszkodzić?
              • Gość: typ Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.05.05, 21:46
                martwie się, że z powodu ciągłych trudności Pan Nadczesław niedługo przejdzie
                na Ciemną Stronę i zostanie Grylzylem Faatanem
                • Gość: trusiaa Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.06.05, 09:28
                  Trusiaa westchnęła ciężko (jak to Trusiaa) - przeszkodzić, tak, ale żeby
                  zaraz "złowroga i nikczemna"? Kupść Genowefa nie jest przecież stosowną partią
                  dla Nadczesława. Ba! Nadczesław jako heros w ogóle nie moze wiązać się z
                  ziemiankami. Czas przeciąć ten smętny romans, jeszcze nie rozpoczęty. Ciach!
                  Srebrne, grawerowane w niezapominajki, nożyczki Trusii błysnęły tylko raz, ale
                  jakże skutecznie zadziałały. Oto oniemiała Genowefa poszybowała dostojnie w
                  kierunku najbliższeo stogu siana (na który z mhmm... gracją) opadła, zaś
                  Nadczesław, z typową dla siebie bystrością, frunął dalej, wyżej, szybciej, a z
                  jego ust nie znikał perłowy, iskrzący się hollywódzki uśmiech. Ten facet miał
                  klasę. Nie ma co.
                  • pan-cerfaust Re: Dziękuję 01.06.05, 23:08
                    "Hę" - westchnął ktoś obijając galwanicznym echem westchnienie Trusii. "Jeśli
                    to prawda, że nie może się wiązać z ziemiankami, to przecie żadna współczesna
                    powieść, opowiadanie, nowela, film nawet, nie ostaną się bez tego wiążącego
                    uwagę odbiorców wątku, jakim jest pogmatwanie spraw - wyzwalające
                    nieprzewidziane uczucia - pomiędzy bliskimi sobie osobami płci obojga. No cóż,
                    to tak, jakby prowadzić restaurację w porcie morskim bez możliwości wyszynku.
                    Bankructwo murowane. Można oczywiście zastąpić piwo, na ten przykład, mlekiem
                    lub lemoniadą; może przy upałach przewyższających 40 stopni, nikt spragniony
                    nie będzie sie pytał o drobiazgi, i wypije co mu podadzą, ale nie liczmy tutaj
                    na nadprzyrodzoną i nieoczekiwaną pomoc. Prawa rozrywki, którymi rządzi się
                    świat fantazji literackiej są raczej nieubłagane.
                    "No cóż, jeśli nie ziemianki, to może ziemniaki" - pomyślał rozbawiony
                    Nadczesław i wywinął zgrabnego fikołka w powietrzu, jakieś 12000 metrów ponad
                    powierzchnią ziemi na wysokości Puszczy Białowieskiej.
                    • Gość: j2345 Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.06.05, 08:22
                      Od słowa "ziemniak", które zostało skompromitowane przez "ziemiństwo"
                      wolę "Kartofel" - brzmiace swojsko i smacznie w połączeniu ze skwarkami.
                      • Gość: trusiaa Re: Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.06.05, 10:13
                        Nagle nasz Bohater przypomniał sobie, że jest głooodny. Zniżył lot tak, że mógł
                        rozróżnić poszczególne krzaki (janowca,wilczegołyka) oraz kępki turzycy. Chwilę
                        jeszcze krążył, aż wypatrzył stado żubrów - Tutaj odpocznę. Miękko wylądował na
                        grzbiecie dorodnego byka, który z niezmąconym spokojem żuł dostojnie świeże
                        źdźbła. Słońce świeciło łagodnie przez gałęzie pięćsetletnich dębów i jodeł.
                        Plamy światła rozkładały się malowniczo na murawie, krople rosy błyszczały
                        tęczowo. Wśród kwiecia polatywały motyle, brzęczały pszczoły. Zrelaksowany
                        Nadczesław potrzebował tylko jednego: tytanowego termosa, z platynowym korkiem,
                        wypełnionego po brzegi chłodną, świeżą ambrozją. Sięgnął w tym celu do
                        przepastnej kieszeni płaszcza i oto już mógł rozkoszować się niezrównanym
                        trunkiem. Zamaszystym gestem odkręcił korek.
                        • Gość: kukułą Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.06.05, 23:53
                          Nieważne, czy rzeczywiście to był korek, czy też zupełnie coś innego, ważne
                          natomiast jest to co się potem wydarzyło. Okrężny ruch dłoni Nadczesława, przy
                          odkręcaniu korka, spowodował ruch powietrza, który niespodziewanie - przy
                          niskim pułapie chmur - zamienił się w podmuch wiatru, z początku łagodny,
                          niewinny nawet, lecz po chwili żywioł ten przybrał formę której nie można już
                          kontrolować. Oto zerwał się huragan: "niszczyciel" wylęgły w krętych
                          wgłębieniach chmur, czy to wskutek głuchego łoskotu, jaki wydaje ogień
                          przemieniając się w substancję powietrzną, czy to z powodu gwałtownego
                          rozrywania się i rozdzielania chmur, czy wreszcie w wyniku tarcia i gwałtownego
                          łamania się obłoków, gdy już stwardniały na lód. Krótko mówiąc, niewinny ruch
                          ręki spowodował zjawisko - dziwny fakt przyrodniczy -, którego nie sposób
                          wytłumaczyć w inny sposób, jak jedynie tym, że Nadczesław jest wyjątkowym
                          bohaterem, wyjątkowego i jedynego w swym rodzaju opowiadania...
                          • pan-cerfaust Re: Zjawisko 03.06.05, 08:40
                            No niech mnie... zaczyna robić się niesamowicie.

                            Tymczasem spłoszony byk - żubr pognał przed siebie w stronę Ziemi łódzkiej
                            unosząc na swoim grzbiecie odzianego w portki pełne strachu Nadczesława.
                            • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.06.05, 09:39
                              Po pierwsze primo: Witaj Kukułą!!! Już Cie opłakałam, a tu proszę - jesteś cały
                              i zdrowy! Hura! (to był taki mój prywatny okrzyk na Twoją cześć)
                              Po drugie primo: jakie portki?! jakiego strachu? wszak Nadczesław herosem był
                              c.b.d.o.
                              Nadczesław obserwował całe zajście ze stoickim spokojem. Mimo, że gigantyczny
                              wir pochłaniał wszystko w promieniu trzystu metrów, wokół Nadczesława panował
                              idealny porządek. Fakt, że znajdował się w oku cyklonu, nie tylko umożliwił mu
                              spożycie zasłużonego posiłku, ale też dostarczył niezwykłych przeżyć natury
                              estetycznej. Rzadko wszak można ujrzeć nie ruszając się z miejsca tyle
                              zawirowań społecznych, historycznych, przyrodniczych. Oto jak w upiornym
                              chocholim tańcu, tylko na mocno przyspieszonych obrotach, przemykały wokół
                              niego obrazy: a to rozśpiewana, malownicza grupa bab porwanych wprost spod
                              figury, gdzie na majówce mamrotały pacierze, a to wójt goniący z siekierą w
                              garści swą niepokorną połowicę, a to szwadron ułanów na przepięknych siwkach,
                              bułankach i kasztankach,zgarnięty z wypadu patrolowego. Całe stada zwierzyny
                              leśnej: wychucholi, ryjówek, tchórzy, nietoperzy, mnogie rzesze turkuciów
                              podjadków i bielinków kapustników, nieprzeliczone ilości sprzętów gospodarskich
                              w postaci łoży małżeńskich i łóżek panieńskich, luster z konsolkami i bez,
                              garów, pierzyn, stołków i nocników. Wrescie na koniec ujrzeć mu dane było
                              piękną hrabinę Z. spoczywającą na parkowej ławeczce, zaczytaną w lekturze i
                              dzierżącą w dłoni koronkową parasolkę. Zauroczony Nadczesław poprawił się na
                              grzbiecie żubra i dalej delektował się widowiskiem, nie wiedząc nawet, że oto
                              wynalazł właśnie multikino i to niebylejakie: trójwymiarowe!
                              • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.06.05, 00:33
                                "Odwzajemniam serdeczne powitanie, wielce szanowna pani hrabino T."

                                Cenne spostrzeżenia - nigdy bym na coś takiego nie wpadł. Aż się prosi aby
                                zapoznać Nadczesława z zaczytaną w lekturze, piękną hrabiną. Ale, podobno
                                ziemianki są dlań zakazane - może to i dobrze, uniknie w ten sposób wielu
                                rozczarowań i nieprzespanych nocy.
                                A swoją drogą co za nerwy, a może jednak pragnienie poznania prawdy, czytającej
                                tak, ot, sobie, w oku cyklonu powieść romantyczną, jak gdyby nigdy nic - a może
                                to jednak wzburzone huraganowym wiatrem uczucia hrabiny stały się niezwykle
                                groźne dla niej samej, czytając o najbardziej rozbudzonych namiętnościach nagle
                                została porwana w sam środek najgwałtowniejszego żywiołu. Oto dostrzegło ją
                                samo oko cyklonu. W jego środku istnieje jednak miejsce, w którym każdy
                                chciałby się znaleźć. Z tego powodu też pozornie nieosiągalny cel odnalezienia
                                prawdy potrafi dalece pogrążyć każdego, kto tak bardzo pragnie go osiągnąć.
                                Nikt nie wie, czy kolejny przychylne spojrzenie oka przeniesie go bliżej
                                upragnionego celu, czy też ponownie odrzuci w wir chaosu i zagubienia.
                                Nadczesław przeczuwając "coś" postanowił działać i starym zwyczajem
                                energicznie podrapał się po głowie.

                                • pan-cerfaust Re: Zjawisko 04.06.05, 08:42
                                  Nie wiedziałem, że Trusiaa ma się ku Nadczesławowi. Jeśli to prawda, to sądzę,
                                  że jest tu szansa na najbardziej romantyczny wątek w całej literaturze
                                  światowej.
                                • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.06.05, 08:43
                                  Ten drobny z pozoru gest natychmiast uciszył huragan. Ot tak. Poddane działaniu
                                  siły odśrodkowej sprzęty, ludziska i zwierzęta w jednej chwili zostały
                                  wyrzucone na swoje miejsca. No prawie, bowiem wskutek zderzenia z bieliźniarką,
                                  grupa rozmodlonych wiejskich gospodyń trafiła do wojskowych koszar, w środek
                                  placu apelowego, gdzie właśnie poczet sztandarowy XVI szwadronu kawalerii...
                                  Ech - dużo by mówić, grunt, że pod wieczór babcie niezłomne zostały odwiezione
                                  do rodzinnej wioski przez uczynnego kuchmistrza. Jednak był ktoś, kto nie
                                  wrócił do siebie. Ostatnią osobą, na której Nadczesław zatrzymał wzrok, była
                                  hrabina Z. Siłą woli ściągnął ją (razem z ławeczką na ziemię), a gdy
                                  bezpiecznie wylądowała, zaczął pryglądać się jej - nie powiem - natarczywie.
                                  Hrabina, pochłonięta lekurą, jeszcze przez chwilę nie odrywała oczu od książki,
                                  jednak gdy to uczyniła - aż podskoczyła z wrażenia, a zdziwone bezgranicznie -
                                  Ach!- wyrwało się z jej arystokratycznych ust. - To niemożliwe! - dodała po
                                  francusku.
                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.05, 13:21
                                    A jednak to było możliwe!!! Przed oczyma zdumionej hrabiny pojawił się jej
                                    kuzyn we własnej nieoczekiwanej osobie, nieco osmolony, w nadpalonym odzieniu,
                                    ze śladami głębokich poparzeń w okolicy gardła i potylicy, bez brwi, rzęs i
                                    połowy włosów z lewej strony głowy spalonych w czasie ucieczki z Pań.Zak.Tyt.
                                    - ale to był on, Czesław, żywe wspomnienie sielskiego dzieciństwa spędzonego
                                    razem w rodzinnym domu hrabiostwa Z.
                                    - Ciapek , to TY !!!!!! - wyrwało się mocnym wzruszeniem prosto z serca hrabiny
                                    Z. Nadczesław początkowo spokojny, teraz nie mógł także powstrzymać
                                    przybierających w nim gwałtownych uczuć. Odległe obrazy radosnego dzieciństwa
                                    natarły na niego z ogromną i zniewalającą siłą. Nadczesław był teraz zbyt słaby
                                    aby im się samodzielnie oprzeć. Przez chwilę walczył ze wzruszeniem, ale uległ
                                    pokonany i zwaliwszy się z byka padł do stóp hrabiny kichając w niebogłosy...
                                    to uczulenie na sierść żubra dało o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie.

                                    • Gość: trusia Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.05, 16:03
                                      Hrabina bez słowa podała mu batystową chusteczkę do nosa wykończona mereżką, w
                                      rogu dyskretnie mignął herb oraz inicjały rodu. Nadczesław z wdzięcznością
                                      przyjął chusteczkę i wtrąbiwszy zrazu nos ryknął po chwili zdrowym płaczem.
                                      Płakał z tęsknoty za utraconym bezpowrotnie dzieciństwem, za wolnością i
                                      beztroską szczenięcych lat. Oto widział siebie w pełni sierpnia, jak z gromadą
                                      wiejskich bosonogich chłopaków pomaga zagonić dworskie bydło od wodopoju do
                                      obory. Potem stanął mu przed oczami wuj Mateusz, który z właściwą sobie pasją,
                                      hodował pszczoły - złociste ich roje unosiły się nad sadem malowniczo położonym
                                      na wzgórzu. Oto kolacja w ogrodzie przy świetle lampionów - dzieci biegają
                                      wokół stołu, śiągając z niego co i raz upragnione słodycze, nie baczac wcale na
                                      udawane protesty dorosłych. Kąpiel w stawie... - Ciapku, mój kochany. Myślałam
                                      już, że utraciłam Cię na zawsze. - Mów co u Ciebie? Gdzie się podziewałeś przez
                                      wszystkie te lata?
                                      • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.05, 21:09
                                        Gdyby Nadczesław nawet chciał opowiedzieć wszystko co przeżył przez ostatnie
                                        lata, dzielące go od ostatecznego rozstania z rodziną, to i tak zapewne nikt by
                                        mu nie uwierzył. Przecież dla Hrabiny Z. i całej szacownej reszty rodziny był
                                        wciąż łagodnym i grzecznym Ciapkiem, dobrze ułożonym chłopaczkiem pochodzącym z
                                        utytułowanej i zacnej rodziny. Czy mógł teraz zwierzyć się ze swojego dziwnego
                                        życia, które od pewnego czasu rozwijało się w niezrozumiały dla niego samego
                                        sposób? I czy same fakty miałyby tutaj jakieś znaczenie? Przecież za widoczną i
                                        opisaną w naszym opowiadaniu warstwą życia kryły się jakieś głębsze znaczenia,
                                        których sens był nawet dla niego samego wciąż nieodkryty i tajemny. I poza tem,
                                        ten ciepły głos kuzynki nazywający go znowu Ciapkiem. Czy miał przed nią odkryć
                                        całą prawdę o tym, że jest coraz bardziej zagubiony w labiryncie następujących
                                        po sobie najbardziej nieoczekiwanych zdarzeń? Zresztą czy byłby przez nią
                                        zrozumiany jako wojujący Nadczesław?
                                        - Mam taką ciepłą posadkę biurową w stolicy - wybąkał Nadczesław, - a tutaj dla
                                        relaksu zajmuję się tym czym zajmowałem sie zawsze, bratam się z
                                        naturą...umiłowanie przyrody...rozumiesz Jarmuszko...palę sobie ognisko, piekę
                                        kartofle...fotografuję żubry...
                                        • pan-cerfaust Re: Zjawisko 07.06.05, 11:54
                                          Przy ostatnim słowie Nadczesław miał już siebie samego dość. " Po co udajesz,
                                          głąbie" - skarciło go sumienie. Jednak patrząc na delikatną kuzynkę, jej
                                          niewinną twarzyczkę, pełną zaufania i dodroci, Nadczesław nie miał odwagi aby
                                          odkryć przed nią to wszystko co wiedział o życiu, ludziach, i o samym
                                          sobie. "Prawda by ją zniszczyła" - usprawedliwiał siebie w myślach i
                                          kontynuował dalej brnąc w zmyślenia i zafałszowania... Tymczasem wewnętrzny
                                          głos, który ostrzegał go, przebijając się przez jego własne myśli, nagle
                                          zamilkł a zastąpiło go głośne i miarowe stukanie od wewnętrznej strony czaszki
                                          na wysokości skroni. Poczatkowo Nadczesław nie zwrócił na to uwagi, gdy jednak
                                          stukanie stało się na tyle natarczywe, że zaczęło wypełniać całą czaszkę
                                          głośnym dudnieniem, zapytał głośno: "Kto tam?".
                                          • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.05, 18:26
                                            Odpowiedziało mu głuche milczenie. "Kto tam, pytam po raz ostatni?" - groźnie
                                            wycedził przez zęby Nadczesław.
                                            "Ciapku, z kim ty rozmawiasz" - zapytała spłoszona kuzynka. Lecz Czesław nie
                                            zwrócił na nią uwagi i poderwawszy się na równe nogi rozpędził się i z całych
                                            sił wyrżnął głową w pień wiekowego klonu. Chwilę stał zamyślony, lecz po
                                            chwili, z jeszcze większą siłą powtórzył cios głową...
                                            • pan-cerfaust Re: Zjawisko 07.06.05, 19:09
                                              - Tylko nie to, aaaaaa boli, - jęknęło z wnętrza głowy Nadczesława.
                                              - Nie będziesz mi wiecej łaził po głowie, Ambroży !!!! - ryknął jeszcze
                                              groźniej Nadczesław i aby zwiększyć siłę uderzenia obrócił się na pięcie kilka
                                              razy i zadał ostatni, lecz precyzyjny cios, tym razem tyłem głowy...
                                              • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.05, 08:44
                                                Natychmiast popadł w błogostan - jeszcze rzucił hrabinie figlarne spojrzenie
                                                spod rzęs, po czym runął uroczyście twarzą w dół - wprost w mrowisko. Nie czuł
                                                na szczęście piekących protestów, wyeksmitowanych ze zrujnowanego kopca,
                                                owadów. Nie słyszał przerażonych szlochów i pełnych współczucia okrzyków
                                                hrabiny. Nie było go ani tam, ani nigdzie indziej. Jego świadomość zamarła -
                                                zacisnąwszy kaprawe oczka. Ambroży odszedł zniechęcony. I leżał tak Czesław w
                                                odrętwieniu, i pewnie by tam zginął marnie rozszarpany przez oszalałe mrówki,
                                                gdyby hrabina nie sprowadziła pomocy.
                                                • Gość: j2345 Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.05, 10:05
                                                  No podziwiam was. Mało który bohater zniósłby to co wyprawiacie ze swoim
                                                  Nadczesławem. Może pan-cer. lub trusiaa go zastąpi?!!!!
                                                  • gixer.a Re: Zjawisko 08.06.05, 12:50
                                                    Ja zastąpię jeśli mnię chceta!!!!!! Umiem akrobatykę,
                                                    skaczę z trzeciego piętra na główkę, nie pyskuję,
                                                    obracam akcjami na giełdzie. Może Być???
                                                  • gixer.a Re: Zjawisko 08.06.05, 14:15
                                                    A jak za mało to dorzucę jeszcze gzdukowanie. I co???
                                                  • pan-cerfaust Re: Zjawisko 08.06.05, 14:18
                                                    S pa pa pa pa Daj... za przeproszeniem
                                                  • Gość: Sajko Re: Zjawisko IP: *.tvk.torun.pl / 217.173.176.* 08.06.05, 14:49
                                                    Wątek doch osób, z tego jedna robi za dwie, żenka
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.05, 19:34
                                                    Że ne parle pa. Mam wrażenie, że p. Dochnal się włączył... A może żona p.
                                                    Dochnala.
                                                    Ale do adremu:
                                                    Oto drabiniastym wozem, przysypiając co i raz po drodze, toczył się Dyl
                                                    Puszczański. Chłopina zawiózł był właśnie dwa worki ziemniaków dla dzików,
                                                    worek marchwi dla danieli i dla innej zwierzyny workow pszenicy trzy. Taki był
                                                    jego służbowy obowiązek i on ten obowiązek sumiennie wykonał. A że słonko
                                                    chyliło się nad puszczą coraz niżej, komary szczęśliwie nie kąsali, a wiaterek
                                                    w koronach drzew usypiająco szumiał, tak i Dyl usadowił się wygodnie na wozie
                                                    grubym kożuchem wyścielonym i drzemał sobie nieborak. Nagle jakś niewiasta na
                                                    drogę przed wozem wypada, konika za cugle u pyska przytrzymuje, a wrezszczy coś
                                                    w niebogłosy. A taka jakąś biluchna cała, jakby w mgłę i rosę jeno odziana. -
                                                    Ot niedobrze - myśli chłopisko - ani chybi południca, albo inna strzyga i na
                                                    bagno zwabić mnie chce. - Ożesz ty! Już miał się batem zamachnąć gdy...
                                                  • Gość: Sajko Re: Zjawisko IP: *.tvk.torun.pl / 217.173.176.* 08.06.05, 20:13
                                                    A piszcie sobie sami do siebie, jak wam się to podoba:0 buehhe
                                                  • gixer.a Re: Zjawisko 08.06.05, 20:28
                                                    O, Jeszcze jeden - Sajko - donosiciel sie ujawnił, a myślałam, że wszystkich
                                                    juz wykonczył Bronek Wildstain. Zgłoś się Sajko po drobne, ale będziesz musiał
                                                    podpisać pokwitowanie.
                                                  • Gość: Sajko Re: Zjawisko IP: *.tvk.torun.pl / 217.173.176.* 08.06.05, 20:29
                                                    Jo, dobra
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.05, 21:55
                                                    Gdy nagle jakby go ktoś obuchem w łeb zdzielił, tak go rozświtliło we
                                                    zrozumieniu, że aż przkucnął z tego wysiłku umysłem. "Czy ja dosyć nie myślę,
                                                    jak to ja takien rozumny człowienk możesz takie gupstwa pomysleć?" - pomyślał i
                                                    jak gdyby kłócił się sam ze sobą w myślach swoich myśląc dalej i na dodatek
                                                    jęzorem w jadaczce swojej słowa dziwne mieląc - " oj, gupota mie zrujnuje,
                                                    zakała ja rodu mojem zacnego jak w brodę nakichane, żem ja psa od deszczu
                                                    odróżnić nie mogie.Deszcz szczeka z rynnem, a pies szczeka z pyska, toć to
                                                    dworska panienka, sama tu w osobie swojej ze szlachetną parasolkie w ręku
                                                    swojem." I tu Dyl Puszczański sam się batem przez kark zdzielił...raz a dobrze,
                                                    że aż go skręciło.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.06.05, 08:57
                                                    Zsunął się więc niezgrabnie z wozu i dalejże w bełkotliwe przeprosiny uderzać,
                                                    już miał na kolana runąć, aby swoim słowom dodać powagi, ale hrabina
                                                    zniecierpliwionym gestem ucięła wszelkie wyjaśnienia. - Wy jesteście Dyl
                                                    Puszczański? - Ja. - A to wasz wóz? - Juśći. - No to chodźcie ze mną szybko -
                                                    tu rannego trzeba ratować. Dyl posłusznie ruszył za kobietą, która właśnie
                                                    znikała w chaszczach. Gdy wskazała mu leżącego z nieobecnym uśmiechem na ustach
                                                    Czesława, Dyl nie pytał o nic, tylko zarzucił sobie bezwładne ciało na plecy i
                                                    chwiejnym krokiem podreptał do wozu, za nim - zaczepiając wizytową suknią o
                                                    krzaki jeżyn, kroczyła pospiesznie hrabina. - Uff. - Dyl zrzucił nieprzytomnego
                                                    do wozu, zaraz pomógł wspiąć się do środka hrabinie, zaciął konia i ruszyli.
                                                    Czas był najwyższy, bo słońce już zaszło, a w puszczy budziły się wilki,
                                                    nieźwiedzie i inne bestie, o których pobożni ludzie mówią z rzadka, pod
                                                    przymusem, a i to czyniąc znak krzyża na piersi.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.06.05, 09:48
                                                    Po pół godzinie dobrej jazdy dotarli do karczmy na skraju lasu leżącej, której
                                                    właścicielem był zacny Żyd Mejdeł Balsambaum, właśnie na progu stojący i
                                                    kurzący machorkę. Gdy zobaczył hrabinę Z. z wozu do niego dłonią machajacą
                                                    grzecznie się ukłonił i w te słowa zagaił: - Ale jak komu los dobrze cyci zrobi
                                                    całkiem do smaku, to go słodkie makagigi w sercu tak miło, panię szacunkową
                                                    Hrabiny, dżedżyćkę wsiową ja się okoliczności nie spodziewał.
                                                    - Ty mi tutaj Mejdeł nie godaj od rzeczy tylko bierz kuzyna pani dżedżyczki i
                                                    go ratunek zrób, bo go ostatni dech upuszcza!! - parsknął Dyl Puszczański.
                                                    Koniec końców wylądował Nadczesław na ławie w karczmie z kupą słomy pod głową i
                                                    derką ze skóry niedźwiedziej na brzuchu.
                                                    - Kudłata sprawa - zamyślił się Mejdeł Balsambaum nachylając sie na
                                                    nieprzytomnym Nadczesławem i dodał: - nijedno szczęści zginie jak do nigo
                                                    przyją świnie, otżeż to si właśnie stało...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.06.05, 10:10
                                                    Nie pomogła niedźwiedzia skóra na brzuchu, krwi puszczanie, pijawek
                                                    przystawianie, skrapianie koszernym spirytusem ani okadzanie świecami. Mejdeł
                                                    rozłożył bezradnie ręce: - Ja sie nie chce w to mieszac,ale po mojemu złe go
                                                    dopadło. Ja pani dziedziczce radze po dobroci - panienka go zabiera do domu i
                                                    szeptuchę wzywa i to migiem, bo już mu włosy zielenieją. Hrabina spojrzała na
                                                    Czesława z niepokojem - istotnie jego włosy przybraly soczysty odcień wiosennej
                                                    zieleni, z pasemkami szmaragdowymi i gdzie niegdzie turkusowymi. Z jego ust nie
                                                    schodził słodki, rozmarzony uśmiech. - Nie ma rady - oświcie ruszamy. -
                                                    zarządziła energicznie hrabina i otuliwszy się znalezioną w stajni derką -
                                                    zasnęła na siedząco oparta o ścianę.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.06.05, 10:41
                                                    Tymczasem ktoś musiał pozostać na straży. Opowiadanie nie mogło ot tak po
                                                    prostu zasnąć wraz z Hrabiną Z. i przeczekać do rana na dalszy niesamowity
                                                    rozwój wypadków. Naładowana energią niedawnego huraganu akcja naszej powieści
                                                    czekała na znak aby potoczyć się dalej. Nawet niewinne mruknięcie kota, który
                                                    wygrzewał się na piecu mogło dać impuls, który uruchomi i puści w ruch
                                                    maszynerię, która za kilka lat na przykład przeobrazi ludzkość w taki sposób,
                                                    że znikną podstawy niesprawiedliwości. W tej niesamowitej scenerii pogrążonej w
                                                    mroku, na odludziu karczmie, wszystko mogło się wydarzyć...

                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 10:21
                                                    Wszystko spało. Pospali się nieliczni goście. I sam właściciel austerii. I jego
                                                    żona Sura. I jego synek Szmul. I ich kotka Saba. Cichutko zadzwoniły miedziane
                                                    rondle zawieszone nad piecem. Potem coś błysnęło za oknem, jakby ktoś zieloną
                                                    latarnią zaświecił do środka. Zgasło. Dyl Puszczański zaczął chrapać
                                                    rozgłośnie, ale że go hrabina poczęstowała nagłym kuksańcem - umilkł.
                                                    Cicho. Ale coś jakby drżeć poczęło. Dreszcze, niemal niewyczuwalne, wstrząsały
                                                    domem. Ustało. Ptaszysko nocne wrzasnęło w puszczy i znowu błysnęło zielone
                                                    światło. Hrabina tknięta nagłym, nieznanym impulsem otworzyła oczy... Iiiiii!!!!
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 11:26
                                                    I usłyszała tętent koni, z początku słaby, lecz w miarę upływu czasu, coraz
                                                    bardziej wyraźny, aż do momentu gdy już można było odróżnić charczenie
                                                    galopujących koni i groźne pokrzykiwania poszczególnych jeźdźców. Późna pora
                                                    wytworzyła specyficzny nastrój: od niepokoju po grozę, a potęgowały go
                                                    metaliczne dźwięki uzbrojenia nadciągających jeźdźców przemieszane z
                                                    niespokojnym dźwiękiem naśladującym złowrogie podmuchy wiatru. Burza nie dała
                                                    za wygraną i zbierała swe siły aby uderzyć z jeszcze wiekszą siłą.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.06.05, 12:04
                                                    Przez puszczę przeszedł gwałtowny szum. Stare drzewa zatrzepotały rozpaczliwie
                                                    gałęziami, zaskrzypiały poskręcane konary. Grube krople deszczu zagrzechotały o
                                                    liście łopianów. Hrabina próbowała rozróżnić poszczególne dźwięki. Wyłowić
                                                    odgłosy końskiej galopady. Na próżno. Gwałtowny wicher zgłuszył wszystko.
                                                    Niespokojnym spojrzeniem obrzuciła Czesława - leżał wciąż uśmiechnięty. - Jak
                                                    śpiący rycerz. - rozczuliła się hrabina, a jednostajny szum deszczu ukołysał ją
                                                    do snu.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.06.05, 23:37
                                                    - Cicho sza...Licho nie śpi, - ktoś powiedział ćwierćszeptem. W zupełnym
                                                    mroku, rozświetlanym jedynie co jakiś czas zielonkawym światłem przybłysków,
                                                    ostrzeżenie to nabierało nagle jakiegoś dodatkowego znaczenia, jak gdyby
                                                    stanowiło ilustrację do księgi Apokalipsy i zarazem skłaniało do postawienia
                                                    sobie ostatecznego pytania, jaka jest różnica między niebem i piekłem. Ci,
                                                    którzy ćwirćszept usłyszeli, nie mogli być pewni czy rzeczywiście licho nie śpi
                                                    bo nie ma gdzie, i czy zaraz nie zastuka do drzwi karczmy szukając dla siebie
                                                    nocnego prztuliska... Tymczasem noc zbliżała się wielkimi krokami do swojego
                                                    najgłębszego mroku.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.06.05, 14:55
                                                    - Nie wiem jak Wy, ale ja mam tego dosyć. - jęknęła hrabina. Do domu
                                                    natychmiast! Dylu - pakujemy się. - Ależ pani dziedziczko, tak nie można, po
                                                    nocy. Jeszcze coś się przytrafi i będzie nieszczęście. - karczmarz na próżno
                                                    usiłował zatrzymać zdesperowaną pannę. Bo hrabina panną była w istocie. Nie
                                                    starą może, ale zawsze co panienka to panienka - wiadomo: rutę w ogródku trzeba
                                                    siać, na balu ściany podpierać - bo a nuż ktoś w tańcu jej w oko wpadnie, to
                                                    zaraz wychodzić za mąż zapragnie. (- Oj doloż moja, doloż - zajęczała hrabina w
                                                    nawiasie). Jedziemy i basta! A nie słaniaj mi się tylko właź na wóz! - wysapała
                                                    z trudem, osobiście pakując Nadczesława do wozu. Dylowi na ten widok fajka z
                                                    gęby prawie wypadła, ale się pomiarkował, zebrał całą odwagę jaką miał w sobie
                                                    i nie bacząc na pioruny i błyskawice - zaciął konia.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.06.05, 23:34
                                                    (Jak można w taką pogodę i do tego w środku nocy wyganiać bohaterów w nieznane.
                                                    Przecie nie dojadą, a jeszcze w mroku zaginą i nie będzie o kim pisać.
                                                    Nadczesław raczej jest niezastąpiony, jeśli go stacimy, to tak jakby nam kto
                                                    rękę obciachnął!)
                                                    Aha, jak to szło...Dyl zaciął konia i ruszyli przed siebie.
                                                    - Do dworu, - uniosła się hrabina, - ale jej słaby głos zagłuszył grzmot jaki
                                                    się rozległ z góry, z ponadwysokości, a na niebie pojawiła się jakgdyby łuna
                                                    ognia nadając całej scenie smaku gulaszu z podwójną porcją ostrej papryki.
                                                    Strasznie było...
                                                  • pan-cerfaust Re: Zjawisko 14.06.05, 07:39
                                                    )przepraszam, nie mogłem wcześniej, bo byłem w błotach(

                                                    Tylko wtedy zrozumiemy klimat i straszność całego dzieła gdy sami zechcemy się
                                                    bać. Czytając to opowiadanie, sam nastawiłem się że mam się bać: bo to jest
                                                    horrrrrror - strach mnie oblatuje. Akcja powieści rozwija się w ten sposób, że
                                                    robi się zabójczo straszna i nie dziwię się komuś kto się boi czytająć ją bo na
                                                    tym polega urok horrorów. Wybija się spośrod innych konkurentów tym że
                                                    praktycznie przez cały czas od początku do końca można się spocić ze strachu.
                                                    Jako jedna z niewielu ma naprawdę dobry klimat, więc jeśli ktoś sądzi że jest
                                                    lipna bo nie jest straszna to niech poda tytuł jakiegoś innego opowiadania
                                                    które - jego zdaniem - jest straszniejsze na tym forum.
                                                    Jeśli nie jest w stanie podać takiego tytułu (albo poda taki że wszyscy
                                                    wybuchną śmiechem) to niech się nie odzywa.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.06.05, 12:13
                                                    Koń pędził ile sił, wóz podskakiwał i kolebał się na wądołach - Dyl zaparł się
                                                    z całej siły nogami, ale i tak ledwie trzymał się na koźle. Ulewa siekła
                                                    bezlitośnie, sine błyskawice rza po raz przecinały niebo. - To dla Ciebie
                                                    Ciapku, wszystko to dla Ciebie - szeptała hrabina. Nadczesław nie odpowiedział
                                                    nadal pogrążony w letargu. Nic nie robił sobie z deszczu i grzmotów, nie
                                                    wzruszał go nawet fakt, że w każdej chwili mógł wypaść z rozkołysanego
                                                    niebezpiecznie wozu. Nadczesław trwał niewzruszony jak skała. Był ostoją
                                                    spokoju i zdrowego rozsądku w tej niedorzecznej sytuacji. Niepokój hrabiny
                                                    budziły tylko jego włosy fosforyzujące słabym zielonkawym blaskiem. Nagle koń
                                                    zatrzymał się jak wryty. Wóz zaskrzypiał, zajęczał i też stanął. - Ki diabeł? -
                                                    Dyl nie kwapił się żeby zejść z wozu i sprawdzić, co zaszło. Przerażone
                                                    zwierzę, parskało, tańczyło w miejscu i zarzucało łbem chcąc oddalić się jak
                                                    najszybciej z tego miejsca. - Dlaczego stoimy Dylu? - krzyknęła hrabina. Jej
                                                    głos zagłuszała ulewa - misterna fryzura i elegancka suknia przepadły - oto
                                                    dworska panienka wyglądała jak chłopka, którą deszcz zaskoczył przy
                                                    sianokosach. - Kuń się boi dalej iść - odparł Dyl. - No to zejdź i sprawdź co
                                                    się stało. Dyl najwolniej jak tylko mógł zlazł z wozu i trzymając bat w
                                                    pogotowiu ostrożnie podszedł do konia. Wytężył wzrok i przez ścianę ulewy
                                                    zobaczył to na drodze. - Święci pańscy - wyjąkał i zaczął cofać się przerażony.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.06.05, 23:48
                                                    Straszność następnej sceny jest tak straszna, że aż straszy. Dlatego nie
                                                    będziemy się zgłębiali w szczegóły aby nikogo nie przerazić na resztę życia.
                                                    Zdajemy sobie sprawę, że żadna z kierowanych przez ego sił duszy:rozum, pamięć
                                                    czy wola, nie mogą być aktywne w stanie przerażenia. Jednostka nie wie, czego
                                                    się boi, ale czuje, że lęk jej uniemożliwia iść do przodu - tak stało się w
                                                    wypadku Dyla... Chociaż dla właściwej oceny faktów zmuszeni będziemy chyba
                                                    jednak wyjawić - o zgrozo - prawdę o tym co zatrzymało wóz na leśnej drodze...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.06.05, 09:21
                                                    (Rączki i nóżki mi opadły na takie dictum Kukułą drogi. To nie chcesz waść
                                                    rękawicy podnieść, jeno w twarz mi ją odrzucasz? Twoja kolej to była i stwora
                                                    straszliwego, a może wręcz przeciwnie, trzeba było wymyślić. A Ty tędy, owędy
                                                    niby patrzy, niby słucha, a wywinąć się jak piskorz, albo inny Karp chcesz?
                                                    Wiem, że to do Ciebie niepodobne. Wypadek przy pracy, tak? Zatem oczekuję
                                                    sprostowania, aby nasza opowieść gładko płynęła dalej. Odwagi.
                                                    Trusiaa z poważaniem)
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.06.05, 10:06
                                                    [Zgadzam się z całym przekonaniem, chyba mi rozum odjęło, żem się z pola bitwy
                                                    wycofał. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że w ostatnim teście IQ zdobyłem aż
                                                    57 punktów, przy średniej jak się wydaje 100.] Cały dzień będę myślał i może
                                                    coś wymyślę ale nic nie mogę obieceć. Nie mam talentu do wymyślania potworów.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.06.05, 23:10
                                                    No cóż niech będzie... Dyl zobaczył, na tle poprzecinanego przez błyskawice
                                                    granatowego nieba, połowicę swoją w pozycji bojowej z makutrą w ręku, gotową do
                                                    ciosu. Widok to był tak straszny, że nawet koń Dylowy dostał drgawek nerwowych,
                                                    a cóż dopiero Dyl, biedaczysko, tak się poplątał w jednej chwili w myślach
                                                    swoich, że włosy jego siwe dęba stanęły mu na lewą stronę, a nogi obute w
                                                    kamasze z cholewami przymarzły do miejsca na którym stał. Prędzej mógł się
                                                    biedny Dyl spodziewać kota w butach niż swoją Frędzlę Puszczańską w koszuli
                                                    lnianej zapinanej z przodu, wyszywanej dość ubogim ściegiem krzyżykowym,
                                                    zobaczyć. Na koszuli zaś czarny aksamitny gorsety z wyszytą trupią czaszką. Na
                                                    głowę za to czepiec w kształcie pancernego kasku na fryzurze upiętej wokół
                                                    pierścienia z drutu kolczastego, tzw. chymli. Nadawało to głowie specyficznego
                                                    kształtu transzei przeciwczołgowej. A na ramionach duża lniana chusta ze
                                                    znakami przynależności do Zakonu krzyżackiego. Jednym słowem był to widok tak
                                                    niecodzienny i straszny, że Dyl wolał był nigdy się nie narodzić niż dożyć tak
                                                    arcyprzerażającej chwili... Ufff
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.06.05, 09:52
                                                    (Haaaaa!!! Z ust mi to wyjąłeś.Telepatia czy co? Smakowity ten kawałek:)

                                                    Dyl stał jak wryty ani słowa nie mogąc wydusić z zaciśniętych grozą ust. Na
                                                    próżno hrabina przekrzykiwała pioruny w nadziei na odpowiedź o przyczynę
                                                    postoju. W końcu zniecierpliwiona zsunęła się z wozu i potrząsnęła Dyla za
                                                    ramię - A cóż to wam się stało? - Eeee... Booo!!! No. - rzucił zrezygnowany
                                                    Dyl. W tym momencie jego baba przystąpiła do frontalnego ataku: - A ty szlajo
                                                    zatracona! Ty włóczygnacie, ty rujowniku bezwstydny, mordo sflaczała - babów ci
                                                    się zachciało?! To ja z obiadem drugi dzień czekam a ty ośli wypierdku, kacapie
                                                    jeden po krzakach z pannicą bezwstydną się przewracasz?! Czekaj ty zaraz ci się
                                                    figlów odechce! Każdemu przekleństwu towarzyszyło jak nie plaśnięcie otwartą
                                                    dłonią prosto w pysk strwożonego Dyla, to tęgi cios wymierzony wałkiem od
                                                    makutry. Oblicze nieszczęsnego małżonka Frędzli przypominać zaczynało odstały
                                                    placek ze śliwkami i rabarbarem, ale baba nie zamierzała na tym poprzestać -
                                                    oto ujrzała hrabinę i patrząc na nią spode łba zawarczała głucho: Ty co się
                                                    gapisz krowięto? Cudzych chłopów ci się zachciewa taaak? To zaraz mojej pięści
                                                    dam ci posmakować. Ty wywłoko!!! I gdy miała zadać cios decydujący stał się
                                                    cud. Oto Piorun strzelił w gruby konar tuż nad głową Frędzli. Na efekty nie
                                                    trzeba było czekać - gałąź runęła wprost na czepiec baby, powaliła ją na ziemię
                                                    i pozbawiła na chwilę przytomności. Dyl odzyskał mowę i niewiele myśląc złapał
                                                    hrabinę wpół, zarzucił ją na wóz i nie oglądając się za siebie szarpnął lejce: -
                                                    Wieee! Ruszaj Siwek! Koniowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.06.05, 21:39
                                                    I poniosło ich w głośnię leśną, która z powodu gromów jakie z nieba gęsto
                                                    spadały głuszą być przestała. I im bardziej głośna wydawała się naszym bohaterom
                                                    głusza, tym bardziej jednak ich w siebie wciągała jakby chcąc ich ogłuszyć samą
                                                    sobą odbijając tętent Dylowego siwka i skrzypienie graniastego wozu głuchym
                                                    echem za słuchaczy jedynie mając leśne bractwo pająków, kleszczy, muchomorów,
                                                    komarów i innych paskudztw.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.06.05, 08:11
                                                    Tymczasem ulewa się skończyła, a litościwy księżyc wypłynął na niebo ukazując
                                                    całą faunę leśną w najdziwniejszych pozycjach - najczęściej wczepioną pazurami
                                                    w pnie albo kępy turzycy, z wytrzeszczonymi ze strachu ślepiami i kłapiącą
                                                    zębami z wielkich emocji.
                                                  • Gość: kukułą Re: Zjawisko IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.06.05, 20:16
                                                    Fauna fauną, natomiast co do flory to w skład bukowej puszczy,nad którą właśnie
                                                    wschodził księżyc, wchodziły też klony widłolistne i jesiony parzystonogie,
                                                    które wyginęły w większości innych rejonów a pozostały tylko w trudno
                                                    dostępnych miejscach puszczy, gdzie także w naturalnym środowisku rosły
                                                    wąchacze wąskolistne, wyglądem przypominające sadowe, lecz mające większy kwiat
                                                    i osiągające średnicę do dziesięciu łoci, dwóch dłoni i jednego palca.
                                                    " Co za rejon obfitujący w zagadki natury " - lepiej nie mogła tego wyrazić
                                                    hrabina Z. i w samej rzeczy wyraziła.
                                                    Bo oto właśnie wjechali w drzewowierzby figlarne, wyrażające się najczęściej w
                                                    małych formach, których wielkość jest rzędu centymetrów (4 – 6 [cm]), z wyglądu
                                                    podobnych do różnego typu ripleskawrków z piaszczystymi koronami uliścienia o
                                                    grzbietach prostych lub czasami krętych, powstałych na przestrzeni wieków w
                                                    warunkach bardzo dużego zacienienia.


                                                  • pan-cerfaust Liczydło 19.06.05, 21:39
                                                    Tymczasem Nadczesław starał się liczyć przez sen wszystkie mijane drzewa, ale
                                                    się obudził przy trzechsetnym sześćdziesięcio dwutysięcznym dziewięćset
                                                    czterdziestym drugim. [Swoją droga co za możliwości obliczeniowe!]
                                                  • Gość: trusiaa Re: Liczydło IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.06.05, 12:41
                                                    Obudzony Nadczesław tryskał wprost entuzjazmem - zachalapał wóz, obryzgał
                                                    współpasażerów i nawet szkapie się dostało. Towarzystwo zaniosło sie perlistym
                                                    śmiechem (to hrabina), zdrowym rechotem (Dyl) a na końcu koń by się uśmiał, ale
                                                    wędzidło mu nie pozwalało. Rozbawiony Dyl nawet nie zauważył, kiedy wóz z drogi
                                                    zjechał w ruchome piaski i zaczął tonąć nieubłaganie - tym szybciej, iż wozem
                                                    wstrząsały spazmatyczne śmiechy i bezwstydne chichoty. Koń pogrążył się
                                                    pierwszy i wcale mu nie było do śmiechu. Po chwili także wóz z ludzką
                                                    zawartością zniknął bez śladu. Powierzchnia piasku falowała jeszcze, niczym
                                                    gęsta, aromatyczna grochówka bulgocząca w garnku i tylko wrzask przerażonego
                                                    świadka makabrycznej sceny - wąsatego wychuchola niósł się rozedrganym echem po
                                                    pierwotnej puszczy. Nastał świt.
                                                  • Gość: lichoń Re: Liczydło IP: *.piotrkow.cvx.ppp.tpnet.pl 20.06.05, 14:36
                                                    I co teraz? Męczy mnie zmartwienie, że juz po nich.
                                                  • Gość: lichoń Re: Liczydło IP: *.piotrkow.cvx.ppp.tpnet.pl 20.06.05, 18:34
                                                    Mówię wam to ze uzami w oczach - już niech Kókółą nie bazgroli, bo jego kawałki
                                                    to trawnik do deptania, niech tylko Trusiaa nadaje i jeszcze ten pon-cerfaust.
                                                    A teraz mówię wam moje córki i synowie miłujcie sprawiedliwość i Nadczesława.
                                                  • pan-cerfaust Re: Liczydło 20.06.05, 18:49
                                                    O ja szczęśliwy i zarazem biedny. Tutaj spotykają mnie wszystkie moje
                                                    nieszczęścia, że ja muszę takie rzeczy czytać i już mi wzrok słabnie i nie
                                                    odróżniam O od A. Ratunku, jestem już uprasowany.
                                                  • Gość: lichoń Re: Liczydło IP: *.piotrkow.cvx.ppp.tpnet.pl 20.06.05, 18:58
                                                    Ja nie marudzę: ja tylko uświadamiam, bo kochom te robote krytyka. To się
                                                    nazywa, że edukacja i nauka to priorytety dla narodu.

                                                    "A teraz coś z zupełnie innej beczki." -dumał pogrążając sie w sypkim piasku
                                                    Nadczesław i jeszcze: "Idę do piachu bo zazdrość jest głupia i bywa śmieszna.
                                                    Szczególnie gdy dotyczy przeszłości. Przeszłość już nie istnieje. Natomiast
                                                    przyszłość, przyszłość moja jest w piachu. Tylko ona troski prawdziwie wymaga."
                                                  • pan-cerfaust Re: Liczydło 20.06.05, 19:23
                                                    I to Trusia ich posłała do piachu, niemożliwe!!!!!

                                                    Charakterystyka agenta o pseudo Nadczesław w kartotece CBŚ:
                                                    " Jest romantykiem, pisze wiersze i w ogóle. Róże, kwiaty, zachód słońca to są
                                                    jego klimaty. Jest osobą spontaniczną, lubi coś powiedzieć i to zrobić... Jest
                                                    też szalony, a zarówno spokojny. Taki szalony romantyk. Dzielny, rycerski
                                                    agent z całą pewnością pozostałby sobą, gdyby nie nadmiar zabaw, igraszek z
                                                    podejrzanymi osobnikami i czarownicami, które, przepowiadając mu otrzymanie
                                                    tytułu Głownego Inspektora Sanitarnego zasiały w sercu jego ziarenko żądzy
                                                    władzy. Wplątany w sieć intryg agent Nadczesław zaczyna grę przeciw całemu
                                                    światu. Obłuda i dwulicowość nie znają granic. Ludzie tacy jak on, słabi i
                                                    robiący co tylko chcą, gdy otrzymają choć odrobinę władzy, są skazani na
                                                    porażkę. Bohater ten nie zasługuje nawet na odrobinę litości, mimo nielicznych
                                                    czynów godnych prawdziwego wodza. W końcu rozpracowany przez AGENTA DO ZADAŃ
                                                    SPECJALNYCH Trusięę został posłany do piachu."


                                                  • Gość: trusiaa Re: Liczydło IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.06.05, 21:10
                                                    Ech, tylko ludzie małej wiary wstrzymali oddechy, a zaraz potem załkali
                                                    rozgłośnie za utraconym bohaterem. Widział to kto, żeby ktoś najpierw zginął
                                                    tragicznie i w dodatku widowiskowo, żeby potem żyć sobie do późnej starości i
                                                    odejść cichutko w 1979?
                                                    Zaprawdę powiadam Wam: Nadczesław żyje, Hrabina i Dyl maja się dobrze koń takoż
                                                    a z nim pchły jego.
                                                  • pan-cerfaust Re: Liczydło 22.06.05, 11:12
                                                    Tak właśnie myślałem - teraz jednak po chrzcie w piasku Nadczesław poczuł
                                                    powołanie aby zostać arcykapłanem nowej filozofii. Potrzebna mu w tym będzie
                                                    pomoc jego oddanych przyjaciół: Trusii - jako teoredyla , Kókóły niejakiego i
                                                    Pana Cerfausta, oraz innych pomyleńców.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Liczydło IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.06.05, 11:36
                                                    Pierwszy odzyskał mowę koń i wydał odgłos paszczą - Ihaaaa! Zaraz po nim
                                                    oprzytomniał Dyl i rozejrzał się dokoła - Dziwy panie, cuda i dziwy - zacukał
                                                    się. Hrabin zatrzepotała rzęsami, stracając z nich przy okazji resztki piasku,
                                                    zaś Nadczesław przyjrzał się wszystkim z łagodnym uśmiechem i trącając Dyla w
                                                    ramię, rzekł: - Jedź przyjacielu. Dyl jeszcze raz ocenił sytuację i próbował to
                                                    sobie w myślach poukładać: Spadli my - to prawda, w piachuśmy tonęli też
                                                    prawda, ale że pod piachem taka grota kryształowa, i gościniec bity, szeroki
                                                    prosto z niej do... Niestety Puszczański nie miał pojęcia dokąd zasdniczo droga
                                                    prowadzi. Westchnął, splunął w garście i uchwyciwszy lejce na konia cmoknął.
                                                    Wóz ruszył bez pośpiechu, a żelazne obręcze turkotały głucho w tym tajemniczym,
                                                    rozświetlonym perłowym światłem tunelu.
                                                  • Gość: trusiaa Ducha nie gaśże! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.06.05, 10:07
                                                    (Z tego miejsca pragnę zwrócić się do Kukułą, mojego nieocenionego
                                                    interlokutora: Drogi Kukułą, brak mi Twoich wpisów. Sama do siebie przecież
                                                    gadać nie będę. Nie pozwól uciszyć Nadczesława - tego faceta czeka wielka
                                                    kariera! Niech ta karawana jedzie dalej (wiesz co mam na myśli). Nabierz sił i
                                                    do roboty. Będę tu czekać do skutku. Trusiaa z poważaniem.)
                                                  • Gość: kukułą Re: Ducha nie gaśże! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.06.05, 22:10
                                                    Przez dłuższą chwilę nie mogli sie otrząsnąć z wrażenia, nawet Nadczesław,
                                                    którego już niewiele mogło zadziwić, przewracał oczami jak zauroczony i co
                                                    chwilę pokazywał palcem co ciekawsze stalaktyty zwisające długimi soplami ponad
                                                    głowami naszych bohaterów. I rzeczywiście: mroczna grota stwarzała
                                                    niepowtarzalny nastrój: tajemniczość i malowniczość komór, zagłębień, szczelin
                                                    skalnych oraz kominów krasowych potęgowało dyskretne oświetlenie przez
                                                    świetliki widłonogie, ukrywających się w załomach skalnych.
                                                  • trusiaa Grota 27.06.05, 11:13
                                                    Powoli zwyczajna wyprawa powrotna do domu nabierała cech dwudziestowiecznej
                                                    wycieczki zakładowej z początku lat siedemdziesiątych. Oto, zachwyceni
                                                    przepięknymi okolicznościami przyrody, pasażerowie drabiniastego wozu poczuli
                                                    głód i pragnienie. Natychmiast w czeluściach lnianego worka, który Dyl
                                                    przezornie zabrał na drogę znalazła się cebula, spory kawał razowca, gomółka
                                                    białego sera, osełka masła owinięta w chrzanowy liść i co najważniejsze:
                                                    flaszka bimbru domowej roboty. Nie przerywając jazdy towarzystwo posilało się z
                                                    ochotą, co jakiś czas wydając okrzyki zachwytu: to na widok niezwykłych
                                                    nacieków na ścianach groty, to znów na cześć fundatora ekologicznych
                                                    przysmaków. W miarę opróżniania zacnej flaszeczki atmosfera stawała się coraz
                                                    bardziej senna i leniwa, aż w końcu wszyscy posnęli. Tylko koń nie mógł
                                                    pozwolić sobie na lenistwo, bo nie było rozkazu do zatrzymania się. Człapał
                                                    więc dalej, co i raz z irytacją wzruszając ramionami. Lecz jak wiadomo: ktoś
                                                    nie śpi, aby spać mógł ktoś, toteż poczciwe konisko uparcie dążyło do
                                                    niewiadomego celu. Byle prosto i dalej przed siebie.
                                                    Nagle coś małego, kudłatego i na pokracznie wielkich bosych stopach zastąpiło
                                                    drogę siwkowi. - Prrrr! - dziwaczny karzeł zatrzymał konia. Na wozie słychać
                                                    było nadal chrapanie. Stwór uchwycił konia za uzdę i chociaż musiął wspinać się
                                                    przy tym na palce - poprowadził go do bocznego korytarza, gdzie...
                                                  • Gość: kukułą Re: Grota IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.05, 09:52
                                                    gdzie...ogromną jasną grotę oświetlało siedem wykutych z blachy lamp i duży,
                                                    wiszący pośrodku wykonany w klapadze żyrandol z czterema figurkami szkrabów
                                                    niskopiennych trzymających w dłoniach rożki z lodami czekoladowymi. Przy samym
                                                    wejściu oraz w zagłębieniach skalnych na płaskorzeźbach delikatnie
                                                    wygrawerowane hipopotamy leśne i zające morskie odgrodzone uschniętymi
                                                    gałęziami oraz postaciami z przypowieści i przyśpiewek ludowych. Patrząc lewym
                                                    okiem od północnego wschodu : skacząca kózka, kopszmatek, niepełnoletni smok
                                                    wawelski ,sowizdrzał i wronozdrzał, szczurokłap i kot w bamboszach. Górne
                                                    części jaskini ozdobione zostały wicią roślinną - trawiastą, zielska polnego, z
                                                    bluszczu i pokrzywy... Koń dylowy stanął jak wryty pod wrażeniem całości.
                                                    Instynkt tylko na małą chwilę wyprzedził wzrok i zaraz głodne zwierzę rzuciło
                                                    się na roślinne ornamenty przy okazji wywracając wóz graniasty z którego
                                                    wypadła cała zawartość...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Grota IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.06.05, 10:51
                                                    (Ale się uchachałam:)) - te szkraby niskopienne z rożkami i kopszmatki ze
                                                    szczurokłapami - jakbym tam była!)

                                                    - O matko kochana! wyrwało się hrabinie, która masując obolałe miejsca z trudem
                                                    zbierała się z kamiennej posadzki. Dyl nic nie mówił, tylko toczył
                                                    półprzytomnym wzrokiem co i raz mrużąc oczy od blasku bijącego z kryształowych
                                                    ścian groty, sapał też rozgłośnie na widok niezwykłych stworów, które choć
                                                    wyrzeźbione, jak żywe spoglądały ku niemu ze ścian. Nadczesław wypiął dumnie
                                                    pierś, jakby chciał powiedzieć - Oto jesteśmy na miejscu! - lecz wtedy na
                                                    środek sali wystąpił włochaty karzełek i skrzeczącym, acz nie znoszącym
                                                    sprzeciwu tonem wygłosił co następuje: - Po jakie licho was tu przyniosło
                                                    człowieki? Zapraszał was kto? Żaden nędzny, cuchnący śmiertelnik nie może wyjść
                                                    stąd żywy. Dlatego...
                                                    - Za pozwoleniem - Nadczesław przerwał tyradę - a może by tak zagadkę
                                                    rozwiązać, albo dać okup w stylu "dajcienamtooczymjeszczeniewiecie,żetomacie"?
                                                    Oburzony człowieczą zuchwałością gnom zazgrzytał żółtymi ostrymi zębiskami
                                                    - Nie dworuj sobie z nas chudopachołku, bo niewiele ci już życia zostało.
                                                  • Gość: cham i prostak co za bzdety? co za głąb to wymysla? IP: *.tvk.torun.pl / 217.173.176.* 28.06.05, 11:13
                                                  • pan-cerfaust Re: Grota 29.06.05, 09:16
                                                    Hę...Nadczesław już tyle razy otarł się o śmierć, że miał już prześwity i
                                                    przetarcia na rękawach i nogawkach swojego munduru. Tym razem sprawa wygłądała
                                                    na o wiele poważniejszą. Po pierwsze, Nadczesław nie mógł wykorzystać w
                                                    konfrontacji z groźnym karłem wszystkich swoich atutów, a mianowicie atak z
                                                    powietrza nie wchodził w rachubę - wysokość groty wykluczała taką możliwość. Po
                                                    drugie, sam Nadczesław nie był pewien czy ma ochotę cokolwiek robić aby
                                                    uratować swoją skórę. To był najwyższy czas na zmiany i teraz nadarzała się
                                                    wyborna okazja aby gruntownie zmienić swoje położenie. Dlatego Nadczesław - jak
                                                    już wspomniano - wypiął pierś i zastygły w tej pozie czekał na niekorzystny
                                                    rozwój wypadków...
                                                  • kirchner Re: Grota 30.06.05, 14:16
                                                    niekorzystny rozwój wypadków jednak nie nadchodził. może to wiatr dziejowy wiał
                                                    nie w tę stronę, może nastąpiło ostateczne ocieplenie klimatu, a moze po prostu
                                                    fatum, które nad nim zawisło, tak się jakoś nieszczęśliwie zaczepiło, że nie
                                                    mogło spaść. Przecież tak też już bywało.
                                                    Tymczasem na dalekich atypodach zegar z kukułką wykukał godzinę siódmą, i
                                                    niejaki John Welsh zacząl drapać się po tyłku celem wstania z łóżka i pójścia
                                                    do pracy w kopalni keramzytu i pumeksu.
                                                  • Gość: pan-cerfaust Re: Grota IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.06.05, 23:11
                                                    Właśnie !
                                                  • Gość: kukułą Re: Grota IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.07.05, 12:28
                                                    Co właśnie? Właśnie że nie! - krzyknął Nadczesław tak głośno że aż można było
                                                    go usłyszeć na wszystkich złączach Neostrady - Właśnie, że znowu ktoś zaczął o
                                                    mnie pisać. Niezależnie czy dobry, czy też zły obrót wypadków to i tak wychodzi
                                                    na jedno - JESTEM NIEŚMIERTELNY !!!!
                                                    Pod wrażeniem tych słów Szczurokłap, który spokojnie wisząc na ścianie od
                                                    pamiętnych czasów nabierał coraz wiekszej wartości historycznej, nagle spadł ze
                                                    swojego miejsca prosto kłapem na włochatego karła rozpłaszczając go o granitowe
                                                    podłoże... właśnie.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Grota IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.07.05, 09:49
                                                    Tego karłowi było już za wiele - czuł, że życie z niego ucieka (na szczęście to
                                                    było dopiero trzecie życie w ciągu ostatnich 678 lat) i że znowu będzie trzeba
                                                    zaczynać wszystko od początku, a przecież jego kariera rozwijała się tak
                                                    pięknie... Był już o krok od awansu na Wszechwiedzącego Luda. Teraz te smętne
                                                    pyszczydła kryjące się dotąd w cieniu rzucą się do walki o dębowy tron i ktoryś
                                                    z tych niedorobionych cymbałów dorwie się do władzy. Tylko nie Lichacz! Tylko
                                                    nie o... Wzrok gnoma zmętniał, a jego wkurzony duch opuścił mdłe ciało i
                                                    powlókł się ze spuszczonym ogonem do puszczy szukać nowego gospodarza po norach
                                                    i wykrotach.
                                                  • bogdanekb Re: Zjawisko ? 21.11.07, 13:00
                                                    Pora na kolacje.
                                                  • bogdanekb Re: Zjawisko 21.11.07, 13:11

    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.05, 09:52
      No więc: karzeł leży rozplajdzony
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.07.05, 22:41
        Leży już tak dwa tygodnie i warto byłoby go posprzątać. Lepiej żeby co innego
        leżało.
        • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 07.08.05, 14:24
          Niech sobie jeszcze poleży. Zresztą cała służba porządkowa opuściła stanowiska
          pracy i udała się na urlopy. Po wakacjach nastąpi dalszy ciąg.
          • Gość: shutdowner Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 80.122.96.* 08.08.05, 17:19
            Co sie stalo Nadczeslawowi?
            • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.08.05, 10:10
              Nadczesław oniemiał. - To taaak? Bohater pierś wypina, nadstawia karku, chce
              ratować ludzkość, a tu byle szczurokłap zabiera mu sprzed nosa cały splendor?
              Nadczesław, siadł tyłem do towarzystwa, założył ręce na piersi i nabzdyczył
              się. Bezradna hrabina miotała się od Nadczesława do szczurokłapa - wydając
              nieartykułowane dźwięki próbowała wyrazić swój zachwyt, ale i współczucie.
              Jedynie Dyl nic sobie nie robił z calego zajścia: - Jak tak - to tak! Wyciągnął
              z kieszeni kawałek wędzonki i żuł z lubością, popatrując spod oka na otaczające
              go wspaniałości. - A może by tak co do chałupy na pamiątkę zabrać? Sąsiadom
              pokazać?
              • Gość: shutdowner Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 80.122.96.* 15.08.05, 22:24
                Sprawy rzeczywiscie potoczyly sie we wlasciwym kierunku. Nie dla wszystkich
                jednak, zawsze sa tacy, ktorym odebrano prawo wyboru. Do nich nalezal
                oczywiscie Szczuroklap. Mogl tylko z zazdroscia patrzec jak Dyl, na pamiatke,
                odrywal od sufitu jaskini ogromny stalaktyt, mieniacy sie tysiacem kolorowych
                mineralow. "To sie moja ucieszy"- mruczal Dyl pod nosem z przyzwyczajenia, gdyz
                wcale nie myslal o powrocie do domu, ale marzyla mu sie teraz ucieczka w jak
                najdalszy zakatek nowej scenerii. Nie tylko jemu... ale o tym za czas jakis.
                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.08.05, 16:34
                  Małe siedziało wytrzeszczając ślepia. Oj, dostanie mu się za to wszystko. Będą
                  strzygi warczeć, śliną strzykać, może za ogon wytargają? - Tylko nie za
                  wąsiki! - małe odruchowo pogładziło pyszczek. - Co mogło zrobić takie małe?
                  Samo? No co? Uczyli, mówili, żeby pilnować Wielkiej Komnaty, ale przecież od
                  stu lat z okładem nikt nie widział tu obcego! Dlatego nikomu nie chciało się tu
                  sterczeć. Wysłali małe. - Ja tego dłużej nie wytrzymam! I Małe puściło się
                  kurcgalopkiem dokładnie przez środek groty.
                  • Gość: mr kopytko Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.09.05, 13:43
                    -Tylko spokojnie, pośpiech nie jest wskazany - wskazał na nowy trend w
                    relacjach pomiędzy bohaterami Nadczesław, - i co z tego będziecie mieli jeśli
                    się teraz nawzajem pozjadacie?
                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.09.05, 11:52
                      - Eeeej - nie tak prędko: dokąd to? Nadczesław sprawnym i szybkim jak
                      błyskawica ruchem przydeptał ogonek Małego. Powietrze aż zaiskrzyło i
                      zapachniało elektrycznośćią. Małe skuliło się, zwinęło w futrzastą kulkę i
                      drżało z wielkiego strachu. - Fuj! Wciórności... toż to szczur jakiś wielki a
                      paskudny - wzdrygnął się Dyl. Małe błysnęło pociemniałymi z gniewu ślepiami.
                      - Szczur, szczur - zaburczało do siebie. - I kto to mówi - paskud, jakiego
                      podziemie nie widziało: łyse to, śmierdzi gorzałą i zębiska ma zepsute! - Co ty
                      tam bulgoczesz? - zainteresował się Nadczesław.
                      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.09.05, 09:08
                        Jednak bulgotanie nie ustawało. Pomimo, że nasze opowiadanie nie ma nic
                        wspólnego z napojami gazowanymi to jednak zapędzony w kozi róg Szczurokłap nie
                        miał wyjścia jak tylko zapienić się na modłę coca - coli.
                        • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 03.10.05, 22:38
                          Nagle coś gruchnęło odbijajać się głuchym dźwiękiem od ścian groty by umkąć
                          coraz słabszym echem dalej w głąb podziemnej głębi.
                          -To głąby ! - twórczo zaitonował świeżą myśl Nadczesław, starając na nowo
                          rozruszać swoje nadprzeciętne zdolności opiniotwórcze.
                          - Jak na początek, po tak długiej przerwie, to wcale nieźle - wyszeptały do
                          Nadczesława jego własne myśli...
                          • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.05, 11:26
                            Głąby sunęły dostojnie wzdłuż korytarza unosząc się nieznacznie nad ziemią.
                            Wszystkie stworzenia małe i duże pierzchały przed nimi, mrużąc ślepia od blasku
                            jaki bił od dostojnie zataczających się potaci. Jedynie Nadczesław...
                            • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 04.10.05, 18:59
                              Jedynie Nadczesław stał jak zamurowany, z niedowierzania przecierając oczy. Oto
                              doświadczył pierwszego w swoim życiu zmaterializowania własnych myśli. Głąby
                              wyglądały na jak najbardziej rzeczywiste: przeważały pośród nich kapuściane,
                              ale i można było też w tym dostojnie sunącym szeregu głąbów dostrzec i bardziej
                              egzotyczne osobniki, jak prowansalskie głąby kalafiorowe, delikatne głąby z
                              dalekich Chin, pekińskie, a także osobniki o nieokreślonym pochodzeniu,
                              charakteryzujace się futurystycznymi kształtami...
                              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.10.05, 16:52
                                - O Klementyno kochana, - wyszeptał Nadczesław wydychając jednocześnie cały
                                zapas powietrza z płuc swoich, - co ja, Nadczesław jak by nie było, robię tutaj
                                pośród tych wszystkich głąbów?

                                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.10.05, 10:35
                                  Stwierdzenie to tak oczywiste w swej prostocie - jak padło, tak zawisło w
                                  powietrzu mieczem zgoła Damoklesowym. Hrabina została trafiona pierwsza -
                                  spąsowiała, zaczerpnęła spazmatycznie tchu, po czym odwróciwszy głowę,
                                  zawzięcie poczęła skubać brzeżek mantylki. Dyl, początkowo tylko gębę
                                  rozwarłszy i wybałuszywszy ślepia, w końcu niedwuznaczną aluzję zrozumiał.
                                  Gniew począł w nim narastać i wzbierać, jak nie przymierzając zacier węgierkowy
                                  w za ciasnym baniaku... Nadczesław o sekundę za późno zrozumiał ogrom swojej
                                  gafy: głąby co prawda już odpłynęły w niebyt, ale swąd pozostał...
    • Gość: nacia:-) Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.autocom.pl 11.10.05, 19:16
      Wzruszyła mnie historia pana Czesia...
      • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 12.10.05, 19:30
        To dopiero, a myślałem, że nas już wszyscy nienawidzą.
        • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 12.10.05, 20:01
          I rzeczywiście głąby co prawda już odpłynęły w niebyt, ale swąd pozostał... I
          nie był to swąd palonych za sobą mostów jedynie, ale był ów swąd dziwną
          mieszaniną dymów z inkwizycyjnych stosów - pomieszanie mdłego zapachu spalonych
          ciał ludzkich z zapachem palonych grzechów, by dalej przypominać odór
          nadpalonej sierści koziej przemieszany z wyziewami z Zakładów Siarkowo -
          Smołowych i nieznośnym dla powonienia dodatkiem smrodu palonej izolacji na
          uzwojeniach lini przesyłowych prądu trójfazowego... Jednak...
          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.10.05, 08:13
            Jednak Nadczesław nie był już w stanie ponosić całkowitej odpowiedzialności za
            swoje myśli. Ta dziwna sytuacje zupełnie go przerosła. Niby bąknął coś tam pod
            nosem, niby wybałuszył błagalnie oczy starając się znaleźć odrobinę zrozumienia
            u swoich kompanów, ale te wszystkie "niby" w konfrontacji z nieubłaganą
            rzeczywistością okazały się jedynie nie nie znaczącymi gestami bezradnego
            zakłopotania.
            • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.10.05, 19:48
              Hrabina podkasała suknię (tylko nad kostki, aby jej fałdy nie przeszkadzały w
              szybkim marszu i mijając Nadczesława zdobyła się jedynia na energiczne
              skinięcie głową. Kapelusz zsunął jej się przy tym na czoło tak, że z trudem
              wymacała koło drabiniastego wozu. Z trudem, ale jednak, wgramoliła się na górę,
              po czym poprawiwszy kapelusz i wygładziwszy spódnicę - rzuciła władczym tonem:
              - Mój człowieku - jedziemy! Dyl nie potrzebował ponownej zachęty - ciężko opadł
              na wóz i cmoknął na zamyśloną szkapę. Wóz ruszył. Gdy z wolna toczył się obok
              Czesława - jego pasażerowie nie zaszczycili go nawet jednym spojrzeniem.
              - Ej! - krzyk jakoś nie wydobył się z jego zaciśniętej krtani. -Ej.- wychrypiał
              smutno, raczej do siebie tylko, bo wozu widać już nie było.
              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.05, 10:19
                I naraz, nie tylko wozu Nadczesław nie mógł już dostrzec, lecz w miarę gdy wóz
                dylowy oddalał się coraz bardziej to wraz z nim oddalały się i znikały jedna po
                drugiej wszystkie elementy podziemnej rzeczywistości. Otchłań oddalających się:
                Dyla i hrabiny, wciągała nieubłaganie wszystko; jaskinia zaczęła tracić swój
                zaryz by po chwili zniknąć na amen, umilkła też nagle wrzawa hipopotamów
                leśnych i zajęcy morskich, kopszmatków, sowizdrzałów, wronozdrzałów, oraz
                zacnych szczurokłapów. Co gorsza, w chwili jednej ucichły nawet najsłabsze
                odgłosy życia. Naraz Nadczesław ujął się wpół, przywarli mocno do pierwszej
                swojej głębszej myśli, przychylił się nieco zatrwożony poprzez krawędź nagle
                uciekającej rzeczywistości, mocny chwycił się jej ostrej krawędzi i uleciał ze
                wszystkich sił w nową przestrzeń prześwitującą czarodziejską tęczą cudów
                wywołaną przed chwilą właśnie wstającym w promieniach porannego słońca nowym
                dniem.



                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.05, 12:24
                  Nadczesław zacisnął z całej siły powieki i zdał sie jedynie na swój absolutny
                  słuch i perfekcyjny węch. Miał nosa - może nie tak wielkiego jak Cyrano, ani
                  tak teleskopowego ja Pinokio, ani nawet tak wszędobylskiego jak pies Cywil -
                  był to nos nie od parady, nie zatabaczony, nie znośny - ot, nochal jakich
                  wiele. Jednak posiadał wyczucie rytmu, poczucie czasu i odczuwał niezliczoną
                  ilość woni, zapaszków, a już na pewno fetorów. I oto, zbliżając się ku
                  nieznanemu, poczuł pismo nosem! Zapach drukarskiej farby był drażniący i
                  obiecujący zarazem. Mamił niedaleką perspektywą poznania. - Gdy tylko otworzę
                  oczy dowiem się wszystkiego! - Nadczesław uśmiechnął się szeroko do swoich
                  myśli. - Raz! Dwa! Trzy... i
                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.10.05, 11:07
                    ...cztery, pięć.
                    - Pięć dwadzieścia, - nagle ktoś go szturchnął w bok, -, aaa, i jeszcze dwa
                    trzydzieści dwa za pączka. Ile będziesz pan tu siedział i przesypiał każde
                    popołudnie. Wstawać, niech pan się lepiej przejdzie, bo w tym dymie to pan się
                    zwędzisz na kabanosa.
                    Nadczesław nie od razu odważył się zmierzyć z rzeczywistością. A było się z
                    czym zmierzyć! Po pierwsze docierały do niego dziwnie sprzeczne sygnały. Skąd
                    tutaj ten zapach farby drukarskiej? Po drugie miał uczucie, że znajduje się w
                    ruchu, jak gdyby powodującym wzrost ciężaru ciała i odczuwał "ciągnięcie" w
                    pewnym kierunku. Tego rodzaju przeciążenie występuje szczególnie wyraźnie w
                    windach (gdy zdaje nam się przy ruszaniu, że żołądek podchodzi do gardła),w
                    startujących samolotach i rakietach, ale jednocześnie Nadczesław był pewien, że
                    siedzi na krześle i trzyma w ręku małą kulistą rzecz pokrytą kosmatą farbą lub
                    chrupkim lakierem.

                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.10.05, 10:13
                      Pączek zdażył się już zagrzać w Nadczesławowej dłoni, a lukier skapywał
                      wdzięcznie do środka rękawa. Widok mankietu koszuli, który nienaganną bielą
                      odcinał się od mysiego koloru aksamitnego tużurka wprawił bohatera w lekkie
                      pomięszanie. - Skąd u mnie takie wytworne ubranie? Paryski szyk? Nie
                      poruszywszy ulukrowana dłonią ani o cal, wolną ręką przejechał po włosach i
                      twarzy: włosy rozdzielone symetrycznym przedziałkiem, pociągnięte cieniutką
                      warstewką brylantyny, musiały świecić jak lustro. Na gładko ogolonych
                      policzkach pyszniły się bujne bokobrody, zaś pod nosem...Tak! Wąsik nieduży, o
                      zawadiacko podkręconych w górę koniuszkach prężył się dumnie.
                      Nadczesław rozejrzał się ostrożnie dookoła...
                      • Gość: puk Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.proxy.astra-net.com 27.10.05, 21:05
                        Potem zwrócił swój wzrok w stronę okna i oniemiał po raz kolejny w przeciągu ostatnich godzin. Za
                        oknem roztaczała się panorama morskiego kurortu. Na oceanicznych falach kołysały się pełnomorskie
                        jachty, przycupnięte w malowniczej zatoczce. Błękitne niebo upstrzyły mewy szybujące leniwie ponad
                        szarawym molem wbijającym się głęboko kontrapunktem w regularną linię choryzontu. Nadczesław
                        mlasnął z wrażenia zagryzając nagłe zakłopotanie pączkiem i postanowił ubiec dalszy ciąg
                        nieprzewidywalnych wypadków i schował się pod kawiarnianym stolikiem.
                        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.11.05, 20:01
                          W samą porę... Nagle sielankowy nastrój luksusowaj kawiarni został zakłócony
                          przez huk rozbijanych czteroskrzydłowych drzwi frontowych i do lokalu wtargnął
                          z impetem osobnik o wyglądzie rozmytym z powodu częstego przebywania na
                          deszczu - z którego to powodu prawie nikt nie zauważył nagłego wtargnięcia
                          intruza. Osobnik ten przełamując barierę szumów, szeptów i dyskretnych dźwięków
                          wyrwał do przodu, sto razy szybciej niż najszybsze ruchy oscylacyjne w
                          fermentującym białku, i nagle znalazł się w zupełnie nieznanej sytuacji.
                          Przetarł oczy i jednym susem dopadł pustego stolika, przy którym jeszcze nie
                          tak dawno ociekając lukrem odpoczywał Nadczesław...
                          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.11.05, 17:33
                            - Co to jest!?? - zaburczał groźnie w stronę kelnera przybysz wskazując na
                            ślady lukru, pozostawione przez Nadczesława, na stoliku.
                            - Pan szanowny się nie podrzuca, bo to miejsce spokojne - odrzucił kelner.
                            - Panie, pan nie wiesz kim ja jestem, ja chcę mieć czysty blat pod rozłożenie
                            mapy! - ryknął przybysz.
                            - Panie, nie rzucaj pan słów jak cegłów z góry, bo sam w łeb oberwać nią
                            możesz - podtrzymywał konwersację kelner.


                            • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 09.11.05, 09:17
                              I konwersacja potoczyła się w kierunku wskazanym przez ogólnie przyjęte,
                              oczekiwane sposoby zachowania i systemy przekonań, utrwalone
                              w sposób formalny lub nieformalny przez poglądy większości współobywateli. W
                              ruch poszły argumenty w postaci (tutaj wymieniam w nieporządku alfabetycznym):
                              1. popielniczka alabastrowa, wiaderko na lód do szampana, cukiernica
                              porcelanowa firmy Bungdon i parasol automatyczny.
                              ...Tymczasem siedzący w kucki pod stołem Nadczesław przechodził kryzys związany
                              z poczuciem przynależności, identyfikowania się z czymś lub z kimś?
                              Niby coś tam czuł, a zwłaszcza odczuwał energię przepływająca strumieniem
                              elektronów poprzez sklepienie własnej czaszki, a jakże, ale ogólnie rzecz
                              biorąc to zaczął zapadać w letarg intelektualny objawiający się brakiem
                              łaknienia uczestniczenia w dalszym rozwoju wypadków. Po chwili spod stołu
                              zaczęło dobiegać miarowe, melodyjne chrapanie...
                              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.11.05, 10:48
                                Wszelkie, żywione jeszcze do tej pory, nadzieje na spontaniczny rozwój
                                opowiadania, legły nagle w gruzach, wraz z zalegającym miejsce pod kawiarnianym
                                stolikiem, Nadczesławem. I nawet jego arcyciekawy sen - wojna płci na pieczyste
                                i smażone, sen, w którym miał widzenie potyczki w cybernetycznej bitwie
                                hakerów, szpiegów i oszustów z wielkimi korporacjami kulinarnymi, takimi jak:
                                Mac'Tusk and Donald, Pizza Kalepusz (spolszczona nazwa znanej sieci,
                                popularnych i drogich jadłodajni),proroczy sen, gdzie odgrywał rolę głównej
                                atrakcji kulinarnej w postaci pieczonego kaczora - nie zdołałby zastąpić
                                dramatycznego rozwoju - w naszym opowiadaniu - tych szczęśliwych okoliczności
                                stwarzających porywające sytuacje bez wyjścia, w których Nadczesław grał
                                pierwsze skrzypce.
                                A tak, niestety, nasza historia zamieniła się w starcie równorzędnych racji
                                moralnych, powodujące nieuchronną klęskę jednostek szlachetnych, jakimi bez
                                wątpienia są nasi wszyscy czytelnicy.
                                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.11.05, 11:25
                                  - O płonne nadzieje! - gardłowy ryk Nadczesława zagłuszył stukot padającego
                                  stolika. Bohater wynurzył się w całej okazałości: nie tylko lśnił wewnętrznym
                                  blaskiem (jak to zwykł robić każdy chodzący wzór cnót wszelakich), ale w
                                  prawicy dzierżył resztki pieczystego - czy był to drób, czy raczej nierogacizna
                                  pozostawmy rozważaniom politologów.
                                  - Oto jestem Penelopo! Gdzież twoi zalotnicy?!
                                  W pierwszej chwili po sali przeszedł lekki szmerek. Rozbawieni goście kręcili
                                  się niespokojnie przy swoich stolikach, ten i ów głową tylko, inni zaś
                                  paluchami wskazywali Nadczesława, towarzyszyły temu chrząknięcia, mlaskanie,
                                  wywracanie oczami, postukiwanie się w czoło, rysowanie kółek na skroni, gwizdy
                                  i nieliczne oklaski.
                                  Nadczesław stał niewzruszony, zaś osobnik, który dopiero co skończył wymianę
                                  argumentów z kelnerem, dziarsko poderwał sie z podłogi i rozprostowawszy
                                  utytłaną lukrem mapę, rzucił jakby od niechcenia - Cny Odysie, jam twoja i
                                  tylko twoja, wiesz to dobrze - zalotnicy moi pierzchli - tę oto mapę zostawili.
                                  Cóż nam czynić należy?
                                  Na sali - cisza jak makiem zasiał. Jedynie pewna praczka, która kończyła
                                  dopijać maraschino z maleńkiego kieliszeczka, naraz zalała się łzami i
                                  wyszeptała: - Jakie to wzruszające... I jak stała - tak wybiegła z lokalu,
                                  gubiąc meszty.
                                  • pan-cerfaust Brawo Trusiaaaaa - fajne 10.11.05, 12:20
                                    -Kości zostały rzucone - dodał Nadczesław zamaszystym ruchem ciskając resztki
                                    pieczystego poza siebie. Spojrzał na mapę rozłożoną na stoliku i natychmiast
                                    powziął dramatyczną decyzję.
                                    -Jedziemy, to znaczy lecimy, - nasz bohater ruszył w stronę tajemniczego
                                    właściciela mapy, - hasło się zgadza, z małym wyjątkiem: Odys przychodzi do
                                    Penelopy nie z mapą, lecz z sałatą...
                                    • Gość: kukułą Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.05, 07:59
                                      Los się do mnie uśmiechnął, - pomyślał Nadczesław patrząc w smutną twarz
                                      swojego nowego kolegi. Naderwana warga, rozpłaszczony nos i fioletowe plamy
                                      wokół oczu nadawały twarzy nieznajomego magicznie majestatyczny i poważny
                                      wyraz. Nagle Nadczesław spostrzegł, że właściciel mapy nagle przenosi swój
                                      wzrok na bliżej nieokreśloną przyszłość, jak gdyby starając się ostrzec
                                      Nadczesława przed nową przygodą, z jej całym nadciągającym bagażem
                                      niebezpieczeństw i przeżyć . Nadczesław nachylił się wykęcając głowę pod kątem
                                      180 stopni i spojrzał nieznajomemu głęboko w oczy. To co tam zobaczył przeszło
                                      obok jego najsmielszych oczekiwań, by przejść i wyruszyć w nieznanym kierunku
                                      ku nowej i fascynującej przygodzie.
                                      • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.11.05, 20:12
                                        Mapa rozłożona na stole nagle zwinęła się w rulonik i powiedziała
                                        najzwyklejszym ludzkim głosem: "Jeśli to co wokół nas nie stanie się tym co nad
                                        nami to to co pod nami zniszczy to co jest w nas."
                                        • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.11.05, 14:37
                                          - Prawo moralne? rzucił Nadczesław niepewnie. Odys nerwowo oglądał paznokcie i
                                          rozglądał się na boki. W końcu nie wytrzymał - Ta mapa to schizofreniczka. Gada
                                          do siebie i stawia mnie w kłopotliwym położeniu. Najgorzej, że blednie ze
                                          złości i wtedy wie pan: można z niej obrusik sobie zrobić.
                                          • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.11.05, 14:40
                                            Napisałam Odys? miało być: Penelopa nerwowo oglądał paznokcie...
                                            Za niedogodności przepraszam.
                                            • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.11.05, 21:16
                                              - Mapa jest po prostu wybrakowana z powodu złej jakości farby drukarskiej, -
                                              rzucił od chcenia Nadczesław i pociągnąl palcem po mapie na wysokości
                                              Ciechanowa. Stała się rzecz dziwna. Oto na miejscu starożytnego i wielce
                                              zasłużonego mazowieckiego grodu rozłożonego na mapie plątanina ulic i
                                              szachownicą majestatycznych budowli nagle pojawiły się, ni stąd lub z owąd nie
                                              wiedząc skąd, przedmieścia Chicago...
                                              • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.05, 12:22
                                                Pośród jednakowych, jak pudełka zapałek Świt, małych, białych domków
                                                rozsypanych na idealnie prostokątnych, zielonych trawnikach stał ten właśnie
                                                dom. Identyczny z pozostałymi, ale na szmaragdowej murawie prężyły się dumnie
                                                celuloidowe flamingi, a nad zaprzęgiem reniferów pochylał się troskliwie
                                                plastikowy Mikołaj... Pośród zaś tych niewątpliwych ozdób spoczywał na
                                                pasiastym leżaku osobnik średniej tuszy, w jasnym kapeluszu z modrym otokiem,
                                                białym ażurowym podkoszulku, bistorowych buraczkowych spodniach i butach made
                                                in Italy - czarnych, z białymi wstawkami, o dziurkowanych noskach. Mężczyzna
                                                ten uśmiechał się błogo zza ciemnych okularów, z jego lewej dłoni zwisał
                                                niedbale niedopałek cygara, w prawej dzierżył kieliszek martini. Z oliwką.
                                                • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.05, 23:26
                                                  - O widzi pan , panie Penelopo, gdyby w drukarni nie oszczędzali na farbie, to
                                                  flamingi rzeczywiście byłyby naturalnie różowe i wtedy moglibyśmy od razu
                                                  rozpocząć dochodzenie, - wyrzucił z siebie gniewnie Nadczesław i ciągnął dalej
                                                  w tym samym tonie , - a tak, szkoda gadać, fuszerka, bez różowych flamingów nie
                                                  możemy dobrać mu się do skóry...
                                                  Nadczesław nachylił się nad mapą i dokładnie przeszył wzrokiem osobnika
                                                  rozłożonego na leżaku. Żaden szczegół, ba, nawet szczególik nie uszedł jego
                                                  uwagi. Dłuższą chwilę studiował twarz mężczyzny, na której malował się
                                                  charakterystyczny, tajemniczy uśmiech, znany także z przedstawień starożytnej
                                                  rzeźby góralskiej z doliny Chochołowskiej...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.11.05, 13:57
                                                    - Sabała to on nie jest.
                                                    - Harnaś także nie - rzucił krótko Nadzczesław, a jego szczęki zacisnęły się
                                                    prawie niedostrzegalnie, jak u porucznika Klossa. Podobieństwo potęgował fakt,
                                                    iż bohater przymrużył nagle powieki i spode łba zmierzył Penelopa
                                                    przeszywającym wzrokiem, po czym odwrócił się (niby obojętnie) i wyciągnął z
                                                    kieszonki na piersi srebrną papierośnicę ozdobiona gapą. Wciąż nachmurzony
                                                    zapalił papierosa, a gdy ten zatlił się - pospiesznym ruchem zgasił go w
                                                    popielniczce i zaczął pracowicie rozwijać bibułkę filtra. Nie ułatwiały mu
                                                    sprawy dość grube skórzane rękawiczki. Po kwadransie krople potu perliły mu
                                                    się na czole, a na skroni pulsowała błękitna żyła. I wtedy udało się! Z
                                                    papierosa wysunęła się maleńka, zwinięta w rulonik karteczka. Teraz wystarczyło
                                                    ją tylko rozwinąć. Po dwudziestu minutach urękawiczone dłonie Nadczesława
                                                    drżały, ale zwoik udało się rozprostować. Penelop zajrzał z szacunkiem przez
                                                    ramię Nadczesława. Po jakiemu to? Runy? - rzucił niewinnie. - A dlaczego uważa
                                                    pan, że to runy? - oczy Nadczesława ugodziły nieszczęśnika niczym dwie
                                                    mizerykordie. - To quipu. I niech mi pan nie zawraca głowy, że to pismo
                                                    sznurkowe! Ech, wy panowie oficerowie - konspiracji wam się zachciało.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.11.05, 09:22
                                                    "Ciężki przypadek rozstrojenia nerwowego" - pomyślał Penelop poprawiając czarny
                                                    beret na głowie - "o co mu chodzi z tymi flamingami, i po co teraz bawi się w
                                                    Klossa, przecież można po prostu, kawę na ławę..."
                                                    -Nie piję kawy, może być herbata, a najlepiej ziółka - rzucił mimochodem
                                                    Nadczesław pochłąnięty lekturą szyfru zapisanego na skrawku bibułki. "Tak, tak
                                                    - nagle doznał objawienia i przeliterował na głos - trzy łyżki dziegciu, dwie
                                                    główki czosnku...wymieszać...
                                                    - Czosnku, za przproszeniem, nie mamy, wyszedł, wie pan wojna, wszystkie chłopy
                                                    wolą handlować na czarno... - wciął się w monolog usłużny kelner, pełniący
                                                    nieopodal wartę z przewieszą przez przedramię białą serwetką z wygrawerowanym
                                                    na niej ozdobnym pismem monogramem "K F".
                                                    - Pan da spokój - nagle znalazł sie na miejscu Penelop, - tu chodzi o sprawę
                                                    wagi państwowej, przynieś pan lepiej czajnik z herbatą i sok malinowy...
                                                    Tymczasem co bardziej ciekawi - rozgrywającego się dramatu - goście
                                                    kawiarniani ostrożnie zaczęli się gromadzić wokół stolika, na którym Penelop
                                                    rozłożył mapę, odsłaniającą dokładnie tajemnice zachodnich przedmieść Chicago.
                                                    - Żebym ja szledzi nigdy nie kosztował, tak mnie to w nerkie uwiera, jakie one
                                                    tam słodkie, jak cziosnek i cybula, życie mają w tej Ameryce, niech im kaczka
                                                    spuchnie, panie Antoni - rzekł jeden z gości do swojego towarzysza przyglądając
                                                    się z zazdrością osobnikowi rozłożonemu wygodnie na leżaku w ogródku ozdobnym w
                                                    różówe pelikany, plastikowego mikołaja i zaprzęg reniferów.
                                                    - Brylant, nie życie, jak gensi smalec, panie Felku,albo pierogi w maśle, -
                                                    przytaknął smutnie pan Antoni.
                                                    Tymczasem kelner uwinął się bardzo szybko i już przed naszymi bohaterami stała
                                                    waza z parującym rosołem na kurze...


                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.11.05, 10:15
                                                    Zafascynowany Penelop przyglądał się temu niezwykłemu zjawisku: po prostu
                                                    pożerał wzrokiem kurę, która leżąc na plecach, tak zręcznie balansowała
                                                    skrzydłami, że waza z rosołem postawiona na jej brzuchu nie tylko nie traciła
                                                    równowagi, ale też nie uroniła ani kropli złocistego bulionu. Nagłym podrzutem
                                                    kupra kura wybiła wazę w górę, po czym skoczyła zgrabnie na nogi i, zanim waza
                                                    spadła, zniosła szczerozłote jajo... Zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć pan Felek
                                                    z panem Antonim przechwycili rosół i pognali z nim do swojego stolika. Kura
                                                    zaś, zarumieniona i wzruszona, kłaniała się na wszystkie strony. Zewsząd padały
                                                    wiązanki. Kwiatów polnych i leśnych.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.11.05, 10:48
                                                    "Jak się kura zarumieni bardziej to będzie w sam raz na drugie po rosole " -
                                                    makabrycznie pomyślał Nadczesław nagle uświadamiając sobie, że już od tak dawna
                                                    nie jedł. Tymczasem zachwytom gości nie było końca. Przy każdym ukłonie, kury-
                                                    artystki, skierowanym w stronę kawiarnianej publiczności, z sali dochodziły
                                                    gromkie brawa i okrzyki aplauzu.
                                                    - Bissss, bisss - przekrzykiwano się. "Prosimy o numer na markaronie" -
                                                    dorzucił ktoś. "Tak, tak, szpagat na czterojajecznym, - gruchnęła pąsowa z
                                                    emocji dama, ocierając pot z czoła koronkową chusteczką.
                                                    - Jeszcze dzisiaj nie zniosłam tylu jajek, - kura ukłoniła się w jej stronę,
                                                    wyraźnie dając do zrozumienia, że nie ma dzisiaj ochoty na balansowanie na
                                                    makaronie rozciągniętym pomiędzy dwoma filarami podtrzymującymi kawiarniany
                                                    westybul.
                                                    - Choł macz za ten cziken? - nagle ożywił się gość z amerykańskiego środkowego
                                                    wschodu z zaciekawieniem wychylając się z mapy i z pożądaniem łypiąc w stronę
                                                    genialnej kury ekwilibrystki...
                                                  • Gość: Wójcik Re: Nowy kolega IP: *.chello.pl 30.11.05, 22:10
                                                    Tymczasem zaatakowała zima...
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.11.05, 22:18
                                                    Był to atak oskrzydlający przeprowadzony dwoma dywizjami pod dowództwem
                                                    generała L. Wójcika. Nagle wszystkich zmroziło.
                                                  • Gość: Wójcik Re: Nowy kolega IP: *.chello.pl 05.12.05, 21:31
                                                    L. to skrót od "Lawenty", nietypowego imienia, nadanego mu przez prababkę,
                                                    podobno na cześć temperamentu ojca, który był jak lawa - z wierzchu twarda,
                                                    plugawa, a w środku wiadomo jaka. Jednak Lawenty jest jak lód, i po wierzchu i
                                                    po środku, zawsze z niego zieje chłodem, trupim chłodem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.12.05, 23:16
                                                    Nikt nie spodziewał się Lawentego w środku lata. Zwykle pojawiał się pod koniec
                                                    listopada, lub na początku grudnia. Tymczasem był środek lata. Brzozy szumiały
                                                    płaczliwie pełnym listowiem, pszczoły się miodziły swoim zwyczajem, grzyb
                                                    jadalny porastał pokotem bory starodrzewne, a kartofel pracowicie zabulwiał
                                                    szachownicę pół uprawnych. Jednym słowem: wszystko według przekazywanych od
                                                    pradawnych czasów niepisanych praw przyrody.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.12.05, 09:30
                                                    - Choł? A paszoł z łapami od naszej kokoszki! - starszy kelner Zdzisław Kolanko
                                                    jednym plaśnięciem dłoni posłał Jankesa na jego miejsce - leżak rozłożył się
                                                    płasko pod jego ciężarem, a mapa zafalowała.
                                                    - Co złobiłeś s moim małtini ju mołon! Na szczęście kieliszek ocalał - gdyż
                                                    flaming przytomnie złapał go w dziób. - Your drink, sir - rzucił z oksfordzkim
                                                    akcentem.
                                                    - Ian?! Ian Fleming?! - tego Nadczesławowi było za wiele. To ja Czesław.
                                                    Nadczesław. Poproszę wstrząśniete, nie zamieszane.
                                                    - Z oliwką? - uśmiechnął się Fleming.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.12.05, 20:14
                                                    Starczy tego, dość. Choć kurzy wątek ma swoją niocenioną wartość, to jednak
                                                    warto też poświęcić choćby pięć minut na prognozę pogody, zwłaszcza, że
                                                    zdominował ją Lawenty. W czasie gdy Nadczesław bratał się ze swoim dawnym
                                                    druhem i harcerzem Jankiem Flamingiem, wspominając wspólnie spędzone chwile w
                                                    oślej ławce w szkole przy Okólnika, za oknami kawiarni, w której to zaszył się
                                                    nasz bohater, zorgrywał się prawdziwy dramat, a może i nawet tragedia. Oto
                                                    Lawenty rozhulał się rzetelnie,ano ziemia już dropiała spod zagonów śnieżnych,
                                                    po dołach i bruzdach bieliły się poszarpane płaty, a zagony świeciły łysicami
                                                    lodowymi. Mróz zato wgryzał się ostymi szczękami w parowy leśne i zagaje.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.12.05, 22:22
                                                    Odtwarzając w pamięci, po latach, tamte dnie i noce Nadczesław napisał w swoim
                                                    wspomienniku: "Pomimo, że od pewnego czasu prześladowały mnie różne dziwne
                                                    postaci z mojej wyobraźni, a także jak najbardziej realne zwierzeństwo, to
                                                    jednak był to dla mnie czas bardzo szczęśliwy i pełen radosnego uniesienia.
                                                    Choć zdawałem sobie jasno sprawę, że najprawdopodobniej do niczego już nie
                                                    dojdę to jednak zima, która niespodziewanie rozhulała się w samym środku
                                                    gorącego lata pomieszała mi wszystkie najgorsze przeczucia i oto pewnego
                                                    mroźnego lipcowego popołudnia niespodziewanie wygrałem okrągła sumkę na
                                                    loterii, a zaraz potem dostałem kataru."
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.01.06, 14:49
                                                    Katar wiadomo - rzecz nabyta.
                                                    - Jakie to szczęście, że nikt nie zauważył jak okrągła sumka wybrzusza się w
                                                    kieszeni mego płaszcza! Nadczesław uśmiechn... - A psssiaaaa!!! -ął się
                                                    radośnie - w pośpiechu opuszczając kawiarnię. Musiał też zaraz postawić
                                                    kołnierz, bo mróz lipcowy wgryzał się bezlitosnie w odsłonięty kark.
                                                    I tu Trusiaa stanowczym szusem zastąpiła drogę zakatarzonemu - A szal gdzie? A?
                                                    - Szaal? Ach szal? - Nadczesław uśmiechnął się przepraszająco - Pamiętam. Był.
                                                  • pan-cerfaust Re: Nowy kolega 19.01.06, 09:23
                                                    I tutaj szal Trussiowy przesłonił wspomnieniem nagłym - dawnych radosnych
                                                    chwil - nie tylko szeroki horyzont myślowy Nadczesława i wiedzę jego nie tylko
                                                    ogólną ale również nadzwyczajny siódmy zmysł organizacyjno-porządkowy.
                                                    Nadczesław westchnął rozrzewniony delektując się zbawiennym ciepłem
                                                    wspominanego Trussiowego szala z włóczki angorowej, kupionej za ostanie kartki
                                                    zaopatrzeniowe, przechowywane na czarną minutę w zakamarkach Trussinej
                                                    skarbonki. To było to czego tak naprawdę potrzebował - oto intuicja jego
                                                    towarzyszki literackiej znowu okazała się kolosalnym wkładem wywiadowczym w
                                                    ostateczne zwycięstwo dobra i prawdy na polu ekspresji suwerennych
                                                    istot. "Tak, tak - pomyślał Nadczesław, - musi ona być symbolem czegoś na
                                                    ziemi, choć w przenośni na niebie."
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.01.06, 10:02
                                                    Trusiaa jak stała tak się zabrała i słychać tylko było jak mruczy pod nosem
                                                    rozeźlona - Na kartki Na kartki... Toż ja go sama... Ech.
                                                    - Na niebie? Nadczesław odruchowo wzniósł w górę swe oczy stalowoniebieskie i
                                                    westchnął. Oto na nieboskłonie rozpościerała się tęcza ogromna od horyzontu po
                                                    horyzont.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.01.06, 11:11
                                                    Tymczasem akcja powieści potoczyła się dalej zgarniając ogromnym pługiem
                                                    posównym spychacza zakładów oczyszczania miasta, zwały lipcowego śniegu
                                                    zalegające ulice, chodniki, bramy i podwórka z piaskownicami: naszego miasta, w
                                                    którym to Trussia chwiejnym krokiem, przeskakując z jednej rozpadliny lodowej
                                                    na drugą, oddalając się w sobie tylko znanym kierunku, bez wyraźnego celu, ale
                                                    jednak z wyraźnym przekonaniem że oto wreszcie nadszedł czas na ostry finisz w
                                                    wyścigu do odkrycia zagadki prawdziwej bliskości i dobrej, dojrzałej samotności.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.01.06, 11:24
                                                    Na te słowa Trusiaa odwróciła się raz ostatni, chciała coś powiedzieć, ale
                                                    machnęła tylko reką i zniknęła w tumanie śniegu.
                                                    Nadczesław zaś z błogim uśmiechem kontemplował tęczę. Ta mieniła się w słońcu,
                                                    drżała, falowała, jakby obiecując, że legenda o skarbie ukrytym przez karła
                                                    jest prawdziwa. Patrzył Nadczesław w górę, patrzył, aż wypatrzył! Oto na
                                                    szczycie tęczy pojawił się neon migoczący rytmicznie. A napis brzmiał:
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.06, 10:17
                                                    Napis głosił: "Po co ci świeczka jeśli masz OSRAM".
                                                    Nadczesław poczuł się jakby był jedną nogą w grobie, a drugą w kaloszu. Tego
                                                    było już za wiele. Nagle doświadczył wrażenia jak gdyby prowokacja: profanacja
                                                    wypieszczonych w duszy idei - ideałów, z którymi wiązał całą swoją przyszłość
                                                    niedokonaną, godzi we wszystkie najcenniejsze wartości jakie wyznawał. Te
                                                    wymarzone wieczory poetyckie przy ogarku lub melanchlijnym świetle świeczkowym,
                                                    gdy "przez powietrze słyszy się rozległości i wielu głosów wzajemne wołanie"
                                                    stały się nagle atakiem kampanii reklamowej pchanej niezaspokojoną żądzą zysku
                                                    dyrektora wytwórni żarówek i łuków jarzeniowych, firmy zagranicznej "OSRAM".
                                                    Nadczesław zfioletowiał ze złości i zacisnąwszy pięści ruszył w stronę "Pod
                                                    Krokodylem" przemyśleć całość zagadnienia...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.06, 11:05
                                                    ...gdy nagłe olśnienie spłynęło na jego głowę parującą od myśli niespokojnych!
                                                    - Zlikwidować! Hasło było jasne jak słońce. Nadczesław nie tracił ani chwili -
                                                    zawrócił i ruszył do krańca tęczy. Jak się okazało, nie musiał iść daleko.
                                                    - Czegóż to nie wymyślą! - skrzywił się, wspinając się po drabince zręcznie
                                                    ukrytej w celuloidowych fałdach tęczy. Nawet niespecjalnie zasapany stanął w
                                                    rozkroku na szczycie tego cudu reklamy.
                                                    - No, i to by było na tyle. - szarpnął, pociągnął i
                                                  • Gość: skrzypces Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.01.06, 20:52
                                                    zapadł się w przepaść.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.06, 20:29
                                                    Niekoniecznie było to przyjemne. Czerwony kolor tła na którym jarzyły się
                                                    seledynowe grochy przyprawiał o zawrót głowy. "A więc to tak!" - z grozą
                                                    pomyślał Nadczesław, spadając w ukrytą przepaść laboratorium produkującego
                                                    omamy wzrokowe, mamidła fantasmarogyczne, zwidy halucynacyjne i widziadła
                                                    reklamowe na użytek centralno-tajnego biura marketingu. Na nic przydało się
                                                    machanie rękoma i rozpaczliwe próby chwycenia się za jakąś fałdę jaskrawego
                                                    tła. Nadczesław nabierał prędkości spadając z coraz głośniejszym świstem,
                                                    przypominjącym odgłos pocisku wychodzącego z prędkości początkowej do ruchu
                                                    ciał poruszającego się z prędkością porównywalną do prędkości światła.
                                                    Przynajmniej tak się mogło wydawamać postronnemu obserwatorowi. Ogólnie rzecz
                                                    ujmując wystąpił tu czynnik przyspieszający akcję literacką naszego
                                                    opowiadania.
                                                  • immanuela Re: Nowy kolega 23.01.06, 12:08
                                                    Czynnik przyspieszający akcję tego opowiadania, wielu opowiadań, a nawet
                                                    książek, niejaki mister Katalizator, wystąpił tu w całej okazałości. Nienaganny
                                                    smoking, czarna peleryna, lakierki na pełen błysk. Całości dopełniał fantazyjnie
                                                    zamotany wokół szyi włóczkowy szal Trusii. Nadczesław, który właśnie zaczął
                                                    nabierać pierwszej prędkości kosmicznej, westchnął. Lipcowy mróz, zamienił jego
                                                    westchnięcie w subtelną mgiełkę, która rychło zmieniwszy swój stan skupienia,
                                                    osypała się na ziemię w postaci kryształków lodu. Mr Katalizator, nie tracąc
                                                    czasu, złowił w włóczkowy szal szczękającego zębami Nadczesława i powiedział:
                                                  • pan-cerfaust Re: Nowy kolega 23.01.06, 22:06
                                                    - "Szal Trussiowy dla pana, jak piwo z dzbana..." Ciągu dalszego już Nadczesław
                                                    nie mógł zrozumieć, gdyż Mr Katalizator przyśpieszył nagle tak gwałtownie, że
                                                    wszystkie jego słowa zlały się w jeden przeciągły, niesamowicie wysoki dźwięk,
                                                    podobny do tego, jaki wydaje wysokoobrotowy sygnał alarmowy , który to dźwięk,
                                                    z powodu rosnącej twardości powietrza, wizualizował się w postaci
                                                    promieniującej energii wokół głowy Mr Katalizatora. "Chyba mnie wiozą karetką
                                                    pogotowia na sygnale" - pomyślał Nadczesław i postanowił niczemu się już nie
                                                    dziwić.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.06, 10:07
                                                    Otwieranie oczu okazało się dla Nadczesława czynnością żmudną, jakby nigdy
                                                    wcześniej nie ćwiczoną. - I raz. I rrraz! - komenderował powiekami - to
                                                    stanowczo, to znów niemrawo. Potem zrezygnował. Aby przeanalizować swoje
                                                    położenie zwrócił leniwe myśli ku poszczególnym receptorom. Odpowiedzi
                                                    nadchodziły z opóźnieniem, lecz nie były dramatyczne, czego się z początku
                                                    obawiał: "ciepło", "miękko", "cicho". - Mmmmm. Nie jest źle... - pomyślał.
                                                    Próbował czymś poruszyć - może palcem? Stopą może? Nic. Napotykał na stanowczy
                                                    opór - nie tyle własnych kończyn, które rwały się do działania
                                                    (rr...w...aaa...ł...yyyy?), ale jakiejś nieznanej materii, która niczym kokon
                                                    szczelnie go otulała. - Gdzie ja u licha...?
                                                    - No, no - usłyszał kobiecy głos cichy, lecz stanowczy. - Tu nie wzywamy sił
                                                    nieczystych. Niech pan teraz odpocznie.
                                                    - Ale co ja...? I skąd?!
                                                    - Jest pan pod doskonałą opieką. Lekarze obiecują szybkie wyzdrowienie, jeśli
                                                    tylko będzie pan stosował się do zaleceń.
                                                    Nadczesław uczynił ostatni wysiłek i oporne powieki rozkleiły się na krótką
                                                    chwilę - to jednak wystarczyło, aby rozpoznał pochyloną troskliwie anielską
                                                    twarz zakonnicy w wykrochmalonym kornecie.
                                                    - O ...! Jestem u szarytek?!
                                                    Nie widział już ani nie usłyszał nic więcej. Mgła opadła i przez chwilę mógł
                                                    odczuwać tylko słabiukie pulsowanie w skroni, jednak i to po chwili ustało.
                                                  • immanuela Re: Nowy kolega 24.01.06, 10:44
                                                    Pulsowanie w skroni ustało, pulsować zaczął jednakże przeciwległy biegun
                                                    Nadczesława. Powodem tego był szal, który zsunął się był z Naczesławowej szyi i
                                                    zatrzymał na kostce lewej nogi. Zsuwanie się szala, rozpoczęte w chwilę po
                                                    zarzuceniu go przez Mr Katalizatora, gdy Nadczesław znajdował się jeszcze w
                                                    pozycji wertykalnej, teraz zupełnie ustało. Włóczkowy szal Trusii wreszcie się
                                                    zatrzymał, pełen godności i majestatu, otulając macierzyńskim wprawdzie, lecz
                                                    nieubłaganie mocnym ściskiem lewą stopę Nadczesława. Kostka, nieco już
                                                    napuchnięta, zaczęła pulsować w rytmie disco polo.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.06, 10:48
                                                    (errata:
                                                    jest: pulsować w rytmie disco polo
                                                    winno być: pulsować w rytmie polki galopki
                                                    uzasadnienie: czas akcji to dwudziestolecie międzywojenne, ergo...)
                                                  • immanuela Re: Nowy kolega 24.01.06, 11:11
                                                    - Co to jest disco polo? – zapytała siostra Mercyjencja, pochylając się nad
                                                    leżącym na łożu boleści Nadczesławem. W malignie wymówił pan to słowo wielokrotnie.
                                                    - Światy przyszłe widzę w proroczej wizji – wyszeptał Nadczesław - wirtualne
                                                    światy. Ludzie siedzą przed maszynami do pisania, które połączone są takim
                                                    kablem, co otacza ziemię całą. Z domów w ogóle nie wychodzą. Mówią do takich
                                                    czarnych pudełek, co to je cały czas przy uchu noszą. Widzę...
                                                    - Apage satanas! – wyszeptała ze zgrozą siostra Mercyjencja – Chory pan jesteś,
                                                    i to bardzo.
                                                    Kostka Nadczesława pulsowała w swoim rytmie.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.06, 19:51
                                                    Tymczasem za oknem dzień chylił się ku końcowi. Muchy zniżały swój lot
                                                    wypatrując śmietnisk, lub obfitujących w odpadki zapadlisk ,gdzie mogłyby
                                                    usiąść i posilić się jeszcze przed pójściem na nocny i zasłużony odpoczynek.
                                                    Jedna z nich, przelatując ponad dachami średniowiecznej budowli, wypatrzyła
                                                    poprzez okno klasztorne, brązową, smakowitą plamę, o przykrym zapachu, rozlaną
                                                    leniwie na białym banadżu, obwiniętym wokół ramienia i tułowia leżącego na łożu
                                                    pacjenta. Owad nasz prześlizgnął się między epokami dzielącymi średniowiecze
                                                    od współczesności, a jakże, zatoczył koło nad leżącym, i upewniwszy się, że jak
                                                    na razie, nic mu nie grozi za strony chorego, z dreszczem podniecenia usiadł na
                                                    lepkiej materii...
                                                  • Gość: Prez. Mościcki Re: Nowy kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.02.06, 14:34
                                                    - O żesz wy, - jęknęła mucha na widok nadczesia i wspięła się na węzgłowie.
                                                    Wyprostowała się na swoich zgrabnych nóżkach i cichutko zabzyczała w wielką jak
                                                    na swoją posturę, małżowinę uszatą opuchlaka zawinętego w bandaże: -To, bzzzy,
                                                    ja, Kleks, przynoszę wiadomości z centrali. Ogólnoświatowa akcja
                                                    antytyrystorowa właśnie dobiega końca. Teraz czas na ostatnie uderzenie.
                                                    Paszport i promesa na latający chodnik bengalski ukryte w skrytce numer XYTR-
                                                    444325-UIYH-0000098-LL, pod stogiem siana z ostatnich sianokosów. Reszty
                                                    dowiesz się z najbliższego wydania "Prosiaczka Porannego". Szyfr domyśny ukryty
                                                    w przpisie na pieczone prałatki z bakaliam.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.02.06, 12:14
                                                    - Siostro Mercyjencjo! Cóż to ma znaczyć? Mucha w naszym zakładzie! To
                                                    niedopuszczalne uchybienie. Proszę natychmiast usunąć tego insekta z sali!
                                                    W ramach pokuty kieruję siostrę do obierania ziemniaków w szpitalnej stołówce.
                                                    Przez dwa dni.
                                                    Dudniące kroki siostry przełożonej nie umilkły jeszcze na korytarzu, gdy blada
                                                    jak, nie przymierzając, owsianka siostra Mercyjencja chwyciła gazetę,
                                                    pospiesznie zwinęła ją w rulon i rozpoczęła polowanie na muchę.
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.02.06, 09:26
                                                    Zwinięte w rulon w potężnej dłoni siostry Marcyjencji "Nazi Nachrichten" z
                                                    ciekawym artykułem o Gebells'ie z zacięciem fruwały w powietrzu tropiąc
                                                    rozpaczliwie umykającego śmiertelnych ciosów Kleksa. Marcyjencja zawsze
                                                    oddawała się z pasją nawet najbardziej pospolitemu zajęciu. Niechaj będzie
                                                    można się nam wyrazić, że w każde powierzone jej zadanie wkładała całą
                                                    siebie, obdarzając innych zarówno swoim niepospolitym i zagadkowym wnętrzem
                                                    oraz siłą ducha, jak i angażując całą swoją siłę fizyczną. A przyznać trzeba,
                                                    że w tej dziedzinie mogła stanąć w zapasy z samym nawet Augustem Mocym Saskim.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.02.06, 10:35
                                                    Otóż mimo nędznej postury, długich, kościstych kończyn i twarzy interesująco
                                                    bladej, była Mercencyja posiadaczką krzepkich dłoni. W dzieciństwie pomagała w
                                                    kuchni zgniatając w paluszkach po trzy orzechy włoskie na raz. Jako dzierlatka
                                                    przerzuciła się na obiekty większe, takie jak: dynie, arbuzy i główki białej
                                                    kapusty. Zganiona przez proboszcza, postanowiła raz na zawsze zerwać z grzeszną
                                                    próżnością, jaką odczuwała po wyciśnięciu ostatnich soków z nieszczęsnych darów
                                                    bożych. Zapragnęła poświęcić się potrzebującym. Tak znalazła pracę i duchowe
                                                    ukojenie w miejscowym szpitalu. Siłę swoich rak wykorzystywała tylko w
                                                    uzasadnionych przypadkach. I oto nadeszła upragniona chwila. Sprawnym
                                                    backhandem posłała ogłuszoną muchę wprost na okienny parapet. Teraz patrzyła z
                                                    prawdziwą satysfakcją na nieprzytomnego sprawcę swojego upokorzenia. Już tylko
                                                    milimetry dzieliły jej karzący palec wskazujący od nieruchomego ciałka...
                                                  • immanuela Re: Nowy kolega 21.02.06, 17:32
                                                    Już tylko milimetry dzieliły wskazujący palec prawej ręki siostry Mercyjencji od
                                                    drżącego z przerażenia ciałka biednej ofiary. Mucha spojrzała błagalnie w
                                                    ocienioną białym kornetem twarz. Ale litości w tych oczach nie było. Lata
                                                    spędzone na leżeniu krzyżem na lodowatej posadzce kościoła, niezliczone
                                                    jutrznie, tudzież pozostałe Liturgie Godzin, szorstki różaniec rozkrwawiający
                                                    palce, niemiłosiernie ciężki brewiarz. To wszystko zrobiło swoje. Jedno krótkie
                                                    "Pac!" zwiniętą w rulon gazetą zakończyło tak pięknie rozpoczętą opowieść o musze.
                                                    - Siostro! Czy nie widziała przypadkiem siostra mojej gazety? - zapytał
                                                    wizytujący akuratnie szpital szarytek arcybiskup Donatelli.
                                                    - Proszę, wasza ekscelencjo - uśmiechnęła się siostra Mercyjencja podając
                                                    biskupowi gazetę.
                                                    I tu należy powiedzieć, że siostrę Mercyjencję przez całe życie prześladował
                                                    okropny pech. I teraz nie było inaczej. Jej rozbiegane spojrzenie padło na
                                                    kadłubek muchy, który nieszczęśliwym trafem przylepił się akurat do zdjęcia...
                                                  • pan-cerfaust Re: Nowy kolega 21.02.06, 22:41
                                                    Oto rozgnieciona mucha, niczym bitewne trofeum tkwiła przyklejona do podobizny
                                                    samego Wodza, którego promieniująca siłą i hartem ducha niepospolita twarz,
                                                    zajmowała całą pierwszą stronę ostatniego wydania popularnego dziennika. Ponad
                                                    ujmującym zdjęciem zwycięskiego wodza, krwistoczerwony nagłówek krzyczał
                                                    trymfująco niemal na cały głos: "Żelazny kciuk naszej armii rozgniótł wroga
                                                    niczym muchę na szybie dziejów ludzkości!!"
                                                  • Gość: kukułą Re: Nowy kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.02.06, 20:05
                                                    Co za zbieg okoliczności!
                                                  • pan-cerfaust Potrzebny zwrotniczy 22.03.06, 09:52
                                                    Zbieg rzeczywiście nie mógł wybrać bardziej niesprzyjających okoliczności.
                                                    Zresztą nie było w czym wybierać. Siermiężna rzeczywistość nigdy nie
                                                    pozostawiała dużego wyboru. No coż, jednak i teraz nie należało się poddawać.
                                                    Pomimo tego, że sytuacja dojrzała do totalnej awantury, bohaterowie jednak
                                                    zapobiegawczo trzymali swoje nerwy na wodzy. "Kto ruszy pierwszy?" - pomyślał
                                                    Nadczesław, schowany w swoim ochronnym pancerzu z gipsu. Jednak i ten umysłowy
                                                    wysiłek głównego bohatera nie pchnął akcji opowiadania na nowe tory. "Przydałby
                                                    się zwrotniczy, - dumał dalej Nadczesław - ale gdzie teraz można znaleźć
                                                    dobrych fachowców?"
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.06, 12:25
                                                    Rozeźlony parowóz dziejów stał i sapał, dyszał i dmuchał, gdy zwrotniczy
                                                    fajtłapa na próżno mocował się ze stalowym uchwytem nieopodal torów kolei
                                                    wiedeńskiej. Oporne urządzenie za nic nie chciało przestawić akcji na nowe
                                                    tory. Biedny Nadczesław skazany został na dalsze kontemplowanie beżowego
                                                    sufitu, godziny mąk spowodowanych swędzeniem i te nieliczne chwile rozrywki gdy
                                                    dane mu było spożywać kleik ryżowy z wyszczerbionego fajansowego talerza.
                                                    Znikąd ratunku. Zdarzyło się, raz co prawda, że z roztargnienia siostra
                                                    Mercencyja pojawiła w szpitalnej sali z habitem podkasanym i wetkniętym za
                                                    gumkę wykrochmalonych pantalonów, ale Nadczesław nie zdążył nawet ust złożyć do
                                                    niestosownego rechotu - siostra bowiem...
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.03.06, 08:51
                                                    Siostra Mercencyja bowiem, jak przystało na władzę sądowniczą, wykonawczą i
                                                    ustawodawczą w jednej osobie, wobec podległych jej opiece obłożnie chorych, nie
                                                    pozostawi nikogo samopas, zwłaszcza w sytuacji, gdy nagłe wzburzenie
                                                    emocjonalne, wywołane jakimś niespodziewanym, lub co gorsza dramatycznym
                                                    impulsem wzrokowym lub słyszowym, mogłoby wpłynąć ujemnie na stan zdrowia
                                                    chorego. Dlatego - kierowana wyćwiczoną w mękach zakonnej karności litością -
                                                    wetknęła, w składajace się do śmiechu usta Nadczesława, knebel...Knebel z waty
                                                    i gazy nasączony balsamem ziołowym kojącym nagłe wzdęcia i kolkę wątrobową.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.06, 10:56
                                                    - Błubłubłu! Łaaach! A fuj!
                                                  • Gość: Hefr Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.06, 23:24
                                                    Na te słowa siostra Mercencyja stanęłą jak wryta (o chorążym Wrycie, skąd inąd
                                                    wielce przystojnym opowiemy sobie później).
                                                    Takiż sam zwrot usłyszała wiele lat temu nazad gdy podczas wielkiej migracji
                                                    ludności do Krasnogorska oddała w opiekę rodzinie kupieckiej swojego małego
                                                    podówczas braciszka.
                                                    Wspomnienia jak fala zalały siostrę Mercencyję, ta zaś zalała się łzami.
                                                    Spojrzała tedy na Nadczesława z siostrzano-matczyną miłością. A było to
                                                    spojrzenie w zupełnie nowym świetle.
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 25.03.06, 00:54
                                                    Zupełnie nowe światło zalało bowiem salą szpitalną naszych troskliwych i
                                                    bogobojnych szarytek. Bo oto do sali wkroczył, tak wkroczył, jest tu jedynym
                                                    odpowiednim słowem, do sali wkroczył zatem, sprężystym, żołnierskim krokiem,
                                                    nikt inny, jeno wielce przystojny chorąży Wryt trzymając w ręku lampę naftową. W
                                                    ciepłym blasku płonącej nafty nawet zszarzała szarytka wydawała się być kobietą.
                                                    Oj, przystojny on ci był, ten chorąży Wryt, przystojny. Siostrze Mercyjencji
                                                    pozostało jedynie westchnąć tęsknie, co też skwapliwie uczyniła. Ale chorąży
                                                    Wryt nie zaszczycił jej jednym bodaj spojrzeniem.
                                                    Wzrok jego, nieco zamglony, omiatał łoże boleści Nadczesława, a w szczególności
                                                    wysuniętą niedbale spod pomiętej pościeli, kształtną łydkę tegoż.
                                                  • Gość: Hefr Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.03.06, 10:27
                                                    Na tejże łydce widniało znamię podobne do wypisz wymaluj klapniętego uszka
                                                    misia Uszatka. Takież samo znamię miałby chorąży Wryt gdyby je miał. A tak
                                                    chcąc nie chcąc, jurny żołnierz musiał rzec (bo tak nakazuje potok zdarzeń):
                                                    - Tata?
                                                    Nadczesław chciał już odpowiedziec: "Pinokio?" ale byłby to plagiat, więc
                                                    powstrzymując jeno wyciekającą ślinę spojrzał marsowo na przybysza.
                                                    - Nie mam, nie wiem, nie należy się - wypalił, gdyż jak się przekonał - służąc
                                                    niegdyś w orkiestrze dętej kompanii dezerterów za przenośny fortepian - jest to
                                                    najbezpieczniejsza odpowiedź.
                                                  • Gość: Hefr Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.03.06, 10:43
                                                    W tejże chwili by ukryć łzy wzruszenia siostra Mercencyja zakrywszy swą dłonią
                                                    usta, czoło i oboje uszu kichnęła cichutko.
                                                    - God bless ya! - huknął chorąży zbierając obrazki, które pospadały ze ścian.
                                                    - Merci - odpowiedziała siostra nieśmiało.
                                                    - Miło mi, Balerjon - przedstawił się wojak.
                                                    I ująwszy dłoń siostry Mercencyi musnął ją wąsem. Wtedy właśnie przeskoczyła
                                                    pomiedzy nimi iskra. Swąd spalonej izolacji rozszedł się po pomeszczeniu.
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 27.03.06, 13:21
                                                    Swąd spalonej izolacji stał się coraz bardziej nieznośny, gdy nagle wywaliło
                                                    wszystkie korki. Wszystkie, a w szczególności korki z dwu butelek od szampana,
                                                    co to je Nadczesław pieczołowicie pod poduszką upchał, w oczekiwaniu na lepsze
                                                    czasy.
                                                    - Mercy... - zagulgotał zmysłowo chorąży Balerjon Wryt, podkręcając zalotnie
                                                    wybrylantynowany wąsik.
                                                    Siostra Mercyjencja zapłoniła się jak dziewica, która zresztą, już od
                                                    czterdziestu siedmiu lat, była.
                                                    - Aaa... co ja tak będę leżał i leżał... - zdenerwował się wreszcie Nadczesław.
                                                    Strząsnął z siebie bandaże, lekkim skinieniem głowy podziękował siostrze
                                                    Mercyjencji za opiekę i wyszedł ze szpitala, na deszcz, śnieg i poniewierkę...
                                                    Siostra Mercyjencja i dobry wojak Wryt zostali sami.
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.04.06, 16:57
                                                    Śnieg z poniewierką to chleb powszedni dla swojaków. Swojakiem bez wątpienia
                                                    był Nadczesław. Jednak nikt by się nie spodziewał,że widok padającego śniegu z
                                                    poniewierajacą się postacią w prawym dolnym rogu obrazka, stanie się ikoną
                                                    wspólczesnej sztuki nowoczesnej. Mimo to Nadczesław - starym zwyczajem - brnął
                                                    przez zaspy śnieżne nie zważając wcale na przypadkową sławę jaką go obdarzył
                                                    los poprzez dziwny zbieg okoliczności wywołany nagłą wizytą Balejron'a Wryt'a u
                                                    sióst miłosierdzia...
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 03.04.06, 10:55
                                                    Nadczesław nie zważał na przypadkową sławę jaką go obdarzył los, ale do czasu.
                                                    Bo oto zaspy stawały się coraz wyższe, śnieg coraz bardziej grząski, a i
                                                    poniewierka dawała w kość strudzonemu swojakowi, któren się dopiero co zwlókł z
                                                    łoża boleści.
                                                    - Dość tego! - mruknął nasz bohater i jednym szybkim ruchem wrzucił ją w
                                                    największą zaspę.
                                                    Przypadkowa Sława, z nieco ogłupiałym wyrazem twarzy patrzyła za oddalającym się
                                                    Nadczesławem, by po latach objawić się jako Sława Przybylska.
                                                  • Gość: Psiohip Kanciasty Re: Potrzebny zwrotniczy IP: 62.233.139.* 03.04.06, 13:59
                                                    - O żesz wy - śpiewnie mruknęła Przybylska i zdecydowała udać się do Orzysza.
                                                    Na złość wszystkim tam właśnie postanowiła zakończyć powieść w jak najmniej
                                                    oczekiwanym momencie. Nadczesław odrzucając sławę sam na siebie podpisał
                                                    prawdopodobnie wyrok, ponieważ sponiewierana w tak bezpretensjonalny sposób
                                                    Sława, w swej bezgranicznie urażonej dumie, postanowiła się zemścić. Skostniałą
                                                    z zimna dłonią sięgnęła po flakonik ze specjalnim eliksirem ziołowym, ukrytym w
                                                    podszewce futra z lisofretki, w które była odziana. Łyknęła zdrowo i w tym
                                                    momencie nastąpiło to co miało nastąpić. Sława pod wpływem działania cudownego
                                                    eliksiru przemieniła się w Niesławę. Już w nowej groźnej postaci niesławy,
                                                    wygramoliła się z zaspy śniegowej, otrzepała z białego pyłu odzienie,
                                                    zdecydowanym ruchem otarła rękawem usta, i puściła się pędem za swojakiem. Po
                                                    chwili była już przy Nadczesławie.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.04.06, 16:34
                                                    Spojrzała, potrząsnęła głową, przyjrzała się krytycznie jeszcze raz... i jak
                                                    nie wybuchnie śmiechem! Z radości padła w zaspę i turlała się, aż przypominać
                                                    zaczęła ciepłego loda w rożku waflowym. Nadczesław przez chwilę śledził z
                                                    niesmakiem jej poczynania. Nagle jakaś myśl nieznośna zabrzęczała w jego
                                                    zmarzniętym mózgu. Wysiliwszy cały swój intelektualny potencjał Nadczesław
                                                    sapał i parskał ze złości za nic nie mogąc myśli tej wyartykułować. - Go?
                                                    Gogogonić go..? Zgoła?! Goło ale wesoło? ...Goło?! Wszak jestem goły!!! I kto
                                                    to wymyślił?! Nadczesław na próżno rozglądał się za jakimś okryciem -
                                                    gałgankiem, skrawkiem gazety chociaż, zużytym biletem tramwajowym...
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.04.06, 21:08
                                                    Popadły w niesławę Nadczesław stracił nie tylko resztki swojego lichego dobytku
                                                    w postaci szynela wojskowego, bluzy drelichowej, kalesonów, podkoszulka w żółto
                                                    granatowe pasy, skarpet wełnianych, takiegoż szala trusiiowego ,kamaszy
                                                    wojskowych z podkówką, lecz tracić zaczął nasz bohater i to co najcenniejsze
                                                    gdy już nic innego nie pozostaje: godność człowieczą. Nagle go wygięło,
                                                    zatrzęsło niemiłosiernie i rzuciło w stronę zmarzniętej na lód sadzawki, w
                                                    której to pod grubą warstwą zmarzliny pływały leniwie dwa szczupaki i cały
                                                    batalion uklejek.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.04.06, 11:09
                                                    Rzucony o taflę Nadczesław wytworzył ciepło bliskie temperatury płynnej lawy.
                                                    Jednocześnie począł świecić wewnętrznym światłem - jego serce jarzyło się jak,
                                                    nie przymierzając, węgielek w ulicznej kozie podczas zimy stulecia w 1906 roku.
                                                    To co miało nastąpić było momentem przełomowym w całej karierze herosa.
                                                    Lód nie wytrzymawszy napięcia rozpuścił się gwałtownie, a Nadczesio z wdziękiem
                                                    chlupnął do wody. Ogłupiałe ryby jak nawiedzone zaczęły tłoczyć się wokół niego
                                                    i przyciągane nieznaną siłą - przyklejały się do jego ciała.
                                                    Gdy Nadczesław wybrnął z sadzawki, od stóp do głów pokryty był srebrzystą
                                                    zbroją - w jego czuprynę wpił się szczupak, który lśnił dumnie niczym hełm.
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.04.06, 22:11
                                                    I w samą porę. Właśnie zbliżała się tyraliera, w rozproszonym szyku bojowym,
                                                    żandarmerii stacjonującego w pobliskim lesie 12 pułku Reichgrenadier-Division
                                                    Hoch und Deutschmeister. Dowodził nimi sam Reichgeneral von Gutenmutten znany z
                                                    zaciekłej pasji w tropieniu i likwidowaniu oddziałów partyzanckich na
                                                    okupowanych przez Rzeszę Niemiecka terenach. Gutenmutten profilaktycznie wysłał
                                                    właśnie najlepszych swoich ludzi aby przeczesali najbliższą okolicę.
                                                    - Hermann, widzisz to co ja? - rzekł do najbliższego kolegi oniemiały grenadier
                                                    Gutenmuttena przecierając oczy. Nie tylko on miał problemy z racjonalnym
                                                    wytłumaczeniem zjawiska, którego świadkiem był cały oddział. Oto w kłębach
                                                    pary, z zamarzniętego jeziora wyłoniła się jaśniejąca, srebrzysta postać z
                                                    głową w okresie godowym bardzo silnie wydłużoną, bocznie słabo ścieśnioną, o
                                                    przesuniętej daleko ku tyłowi płetwie grzbietowej z linią boczną kilkakrotnie
                                                    przerywaną.
                                                    - Czary, czy co?
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 05.04.06, 22:54
                                                    Jakże to nieprzystojnie zabrzmiało, jak nieprzyzwoicie, gdy srebrzysta,
                                                    jaśniejąca postać, która dopiero co wyłoniła się z zamarzniętego jeziora, z
                                                    obleśnym: "Ślup!" oderwała pijawkę, która jej się do pewnej części ciała
                                                    przyssała. Pijawka była czarna i pokryta śluzem, i wyraźnie opita.
                                                    - Was ist los? - zapytał Reichgeneral von Gutenmutten i z zakłopotaniem podrapał
                                                    się po hełmie.
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.04.06, 22:02
                                                    Sytuacja przerosła wszystkich. Nie wiemy czy to odpowiednia dieta intelektualno-
                                                    krasomówcza (krasopiszcza), czy też jakaś inna przypadłość, nie wykluczając
                                                    geniuszu tu piszacych, ale nawet Reichgeneral Gutenmutten, wytrawny wyjadacz
                                                    wielu wojen, który od dzieciństwa nie przepuścił żadnej bójki, a potem, w
                                                    dojrzałym już wieku, na wieść o jakimś konflikcie międzynarodowym, gnał czym
                                                    prędzej aby zaciągnąć się na ochotnika, tak, że w pewnym momencie brał na raz
                                                    udział w pięciu aż wojnach, objeżdząjąc wszystkie fronty rozsiane na Starym
                                                    Kontynencie, w specjalnie na ten cel skonstruowanym przez siebie
                                                    wielocypodalodlocie, nawet taki stary wyga, którego nic, wydawałoby się nie
                                                    mogłoby wytrącić z równowagi, a tym bardziej zadziwić, nawet on Reichgeneral
                                                    Gutenmutten ZROBIŁ GŁUPA...
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 06.04.06, 22:19
                                                    Głup, trzeba przyznać, dobrze był zrobiony. Szeroka, nalana twarz, skośne oczka,
                                                    obwisły podbródek. Do tego dodać należy rzadziusią, sterczącą na cztery strony
                                                    świata czuprynę. I kiedy oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w stronę tak
                                                    perfekcyjnie zrobionego przez Reichgenerała von Gutenmutten'a głupa, tajemnicza
                                                    postać, jaśniejąca od Niesławy, ze śladem po oderwanej pijawce na lewym
                                                    pośladku, chyłkiem wymknęła się z przerębli i pomknęła w kierunku pobliskich
                                                    szuwarów.
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.04.06, 22:30
                                                    Szuwary jednak były już zajęte. Nadczesław wpadł w sam środek, ukrytego w
                                                    gęstwinie badyli i witek młodej olchy, oddziału Batalionów Chłopskich. No może
                                                    niezupełnie w stu procentach chłopskich, bo przewodził im urzędnik państwowy z
                                                    Krasnegostawu, starszy referent z Działu Wodociągów Miejskich Urzędu
                                                    Powiatowego, Koncestor Wieczorek, teraz jednak w służbie Ojczyzny podporucznik
                                                    o swojsko brzmiącym pseudonimie "Onufry".
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 06.04.06, 22:47
                                                    I cóż miał rzec nasz bohater, Nadczesław, goły jak święty turecki, stojąc przed
                                                    oddziałem BCh, cóż miał on rzec? Onufry pakuj kufry? To jednak byłoby zbyt
                                                    proste. Zbyt kiczowate. Rozmyślając gorączkowo nad błyskotliwą ripostą,
                                                    Nadczesław zerwał w międzyczasie listek z młodej olchy, i zasłonił nim to, co
                                                    miał do tej pory odsłonięte.
                                                  • pan-cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy 07.04.06, 21:58
                                                    Był to dobrze wysezonowany ostatni liść z rocznika 1931. Po dziesięciu latach
                                                    tkwił jeszcze na gałęzi, lekceważąc naturalny proces biologicznego odwapniania
                                                    i obiegu materii. Z tego powodu pewne śladowe substancje organiczne nie zostały
                                                    ponownie włączone do obiegu materii. Wystarczyło to jednak aby w określonej
                                                    strukturze budowy ekosystemu powstała niewielka, lecz jednak posiadająca
                                                    destrukcyjne działanie wyrwa... Aż strach pomyśleć co by się stało gdyby nie
                                                    tylko jeden, ale więcej olchowych liści nie uleciało w siną dal z jesiennym
                                                    wiatrem roku trzydziestego pierwszego?
                                                  • pan-cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy 12.05.06, 09:17
                                                    Gdyby Wyrwa została tam gdzie powinna być,może udałoby się skończyć to
                                                    opowiadanie w miejscu na które wskazywałby logiczny Ciąg wypadków.Jednak ta
                                                    niestabilna substancja postanowiła wykorzystać właśnie Ciąg aby skierować naszą
                                                    uwage ku rzeczom drugorzędnym lub nawet trzeciorzędnym, właściwie nie majacym
                                                    wiekszego znaczenia w życiu naszych bohaterów. Ciąg zatem zatrzymał sie w polu
                                                    gdzieś pomiędzy Lublinem a Puławami i ani myślał ruszyć z miejsca.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.06, 09:31
                                                    A dokądż to miał się spieszyć ów ciąg? Miejsce między Lublinem a Puławami
                                                    pachniało bocianem, skwierczało żabą, pękało wiosną. Pierwsza krowa, z taką
                                                    pewną nieśmiałością, wyszła na premierowy popas. Rolnik tutejszy, powalony
                                                    (znojem?) legł w bruździe, wystawiając ku słońcu fioletowy nos. Kobieta tegoż
                                                    rolnika, wdzięcznie wypiąwszy swój punkt ciężkości, ziemię krasiła sadzeniakami
                                                    jak kaszę skwarkami. Dzieciska rozbiegły się z radosnym wrzaskiem po
                                                    chaszczach, tak, że ich nareszcie słychać nie było. Ciszę przerywał jedynie
                                                    dzwonek skowronka, co to dyndał ptaszkowi u wątłej szyjki od łońskiego roku.
                                                    Ciąg mógł jedynie zamruczeć i przeciągnąć się rozkosznie. Cichy plusk Ciemięgi
                                                    kołysał go do snu.
                                                  • pan-cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy 12.05.06, 12:52
                                                    Bez Ciągu kończy się wszystko. Historia, ekonomia, polityka, psychologia, ba
                                                    nawet sztuka kulinarna przestają działać.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.06, 13:31
                                                    To może ja już prawdę powiem?
                                                    Ciąg tak naprawdę rwałby do przodu - byle dalej, ale... Otóż Ciąg się zacukał,
                                                    odkąd padło stwierdzenie - ba! było to bezlitosne chlaśnięcie biczem satyry, że
                                                    Nadczesławowi m ł o d y listek olchowy wystarczył, aby zakryć to co miał
                                                    odkryte. Można teraz gdybać, a cóż takiego Bohaterowi na wierzch wylazło lub,
                                                    jeśli ktoś woli, się wypsnęło? Najważniejsze wszak, że owo coś było tak małe,
                                                    że listeczek wystarczył by ukryć skutecznie prawdę. Czyż ta prawda nie była
                                                    żałosna, skoro N. tak skwapliwie ją schował? Czy był to rozumek malutki?
                                                    Niewielkie poczucie humoru? Mała wrażliwość? Nie, po dwakroć: nie! Wstydliwy ów
                                                    szczególik musiał być fizycznej natury i Nadczesław dooobrze wiedział co robi
                                                    listeczek maleńki zrywając. Nie liść łopianu, rabarbaru, nie kasztanowca.
                                                    Olchowy malutas wystarczył by sromota nadczesławowa nigdy nie ujrzała światła
                                                    dziennego! Jednak sam gest już go zdradził, a wybrany materiał dodatkowo
                                                    pogrążył dotychczasowego Bohatera.
                                                    W zaistniałej sytuacji cóż nam czynić wypada, jak ratować Ciąg dalszy?
                                                    Jakich wreszcie użyć sposobów, by przyczynę Nadczesławowego kompleksu
                                                    zlikwidować?!
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 12.05.06, 20:25
                                                    Ciąg się zacukał, Ciąg się zamotał, Ciąg się zakałapućkał, ale bynajmniej nie
                                                    miał ku temu powodu. Otóż listek olchowy, choć młody i z młodej olchy zerwany
                                                    wcale takim małym nie był. Niejeden liść łopianu, a cóż dopiero kasztanowca, czy
                                                    byle rabarbaru, przy wyżej wymienionym "listku" olchowym byłby się ze wstydu
                                                    zapłonił w wiadomy kompleks wpadając. Przyczyna rwania się naszego Ulubionego
                                                    Ciągu Dalszego była diametralnie inna. I gubilibyśmy się zapewne nadal w
                                                    domysłach, niepewni jutra, gdyby do akcji nie wkroczył, zupełnie znienacka,
                                                    Szerlok z Holmesu.
                                                  • pan-cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy 13.05.06, 12:36
                                                    Mógłby co prawda wkroczyć w bardziej odpowiednim momencie, ponieważ ekspertyza
                                                    Trusii jak najbardziej pokrywa sie z ogólną linią doktrynalną autorów tego
                                                    opowiadania, ale cóż, mówi sie trudno. Szerlok zresztą pomylił wejścia i bez
                                                    pukania wślizgnął się do mansardy na poddaszu gdzie właśnie dobiegała końca
                                                    podejrzana transakcja walutowa regulująca prawem popytu i podaży okupacyjny
                                                    czarnorynkowy kurs funtów szterlingów, dolarów i innych bardziej egzotycznych,
                                                    ale nie mniej pożądanych przez obywateli GG zagranicznych środków płatniczych.
                                                    - Sorry,- szepnął lekko akcentując ostatnią zgłoskę Szerlok i włożył binokł
                                                    pode brew.
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 14.05.06, 01:57
                                                    - Sorry - powtórzył Szerlok, akcentując tak dobitnie ostatnią zgłoskę, że aż
                                                    binokl wziął był i wypadł mu spode brwi, rozmieniając się na drobne, czyli na
                                                    dwa monokle (w tym jeden nieco wyszczerbiony). - co to ja właściwie miałem?
                                                    - Metodą dedukcji miałeś wydyde..., wydedy..., no, ten, tego, wyjaśnić miałeś
                                                    Szanownym Autorom, czemu ten cały Ciąg im się rwie - mruknął niewyraźnie jeden z
                                                    kasiarzy, trzymający w zębach plik funtów szterlingów.
                                                    - Aaa... - powiedział Szerlok i pyknął z namysłem z fajeczki.
                                                  • Gość: Pan-Cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.05.06, 16:23
                                                    Tymczasem wydarzyła się rzecz przedziwna. Dym z fajeczki przybrał kształt
                                                    postaci ludzkiej, coś na podobieństwo dzikiego wojownika przybranego w
                                                    przepaskę na biodrach i zbrojnego w pokaźną maczugę, zatoczył krąg uniesiony
                                                    powiewem powietrza z niedomkniętego okna, a znalazłszy się obok oniemiałych
                                                    waluciarzy, pogroził im maczugą, szybko zgarnął walutę i w formie lekkiej,
                                                    niebieskawej mgiełki wrócił i zniknął na powrót w fajce Szerloka. Ten ukłonił
                                                    się grzecznie uchylając kapelusza, obrócił się na pięcie i oddalił w nieznanym
                                                    kierunku... najprawdopodobniej na północny wschód.
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 15.05.06, 20:26
                                                    Czy Szerlok oddalił się w kierunku północnego wschodu, czy też wręcz przeciwnie,
                                                    nie jest istotne dla podtrzymania akcji naszej, snującej się leniwie jak dym z
                                                    wyżej wymienionej fajeczki, opowieści. Bardziej istotne jest to, że Nadczesława
                                                    powalił, stłamsił i rozgniótł na miazgę sam widok pokaźnej maczugi wojownika. I
                                                    mimo, że była ona z dymu utkana, i znikła równie szybko jak się pojawiła, to
                                                    jednak Nadczesław poczuł się STOSUNKOWO niewyraźnie, trzymając w dwóch palcach
                                                    ten nieszczęsny listek olchowy...
                                                  • pan-cerfaust Re: Potrzebny zwrotniczy 15.05.06, 22:21
                                                    W wyobraźni Nadczesława rzeczywiście cos zazgrzytało, jak gdyby dawno
                                                    nieużywany mechanizm nagle obudził się do działania, lecz zgrzyt ten - swoją
                                                    drogą bardzo nieprzyjemny dla wewnętrznych sił ducha - był zwiastunem czegoś
                                                    zgoła innego. Otóz nie ma dymu bez ognia. Zatem Szerlok rzeczywiście zniknął w
                                                    czeluściach północno-wschodnich krańców Generalnej Guberni aby rozpalić tam w
                                                    rzeczywistości ogień ruch oporu wymierzonego w zniewidzonego okupanta. Dymek z
                                                    fajki wzmocniony teraz pokaźnym zastrzykiem walut obcych był tylko przedwstępem
                                                    fali ognia nadchodzących teraz nieprawdopodobnych wydarzeń.
                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 16.05.06, 10:31
                                                    Ogień ruch oporu, wymierzony w znienawidzonego okupanta, rozniecony od żaru
                                                    wystukanego z fajeczki Szerloka, objął swym zasięgiem całą Generalną Gubernię.
                                                    Nadczesław, chcąc nie chcąc, znalazł się w samym centrum tego krzyżowego ognia.
                                                    Jak? Gdzie? Z kim? Pytania przelatywały mu przez głowę jak nie przymierzając
                                                    Orient Express przez okoliczne wioski. Wśród lawiny znaków zapytania na czoło
                                                    wysuwała się jedna, typowo babska kwestia: "Przecież ja nie mam co na siebie
                                                    włożyć!"
                                                    Tymczasem, w brzozowym zagajniku, zanurzony po uszy w runie leśnym, spał
                                                    strudzonym snem partyzant, mając pod głową zrolowany, nieco już wysłużony szynel.
                                                  • Gość: zlewus Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.05.06, 11:11
                                                    I w tym momencie ciąg ruszył z miejsca. Najpierw leniwie i powoli jak ślimak
                                                    ociężale, jednak ruszył ospale, przez pola, przez łąki, przez groble, przez
                                                    las,i spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas...


                                                  • immanuela Re: Potrzebny zwrotniczy 16.05.06, 12:11
                                                    Ciąg ruszył z miejsca, by nie rzec z kopyta. Znany skądinąd szewc Dratewka
                                                    zostawił owo kopyto Ciągowi w spadku. Ale nie o tym chciałam. Ciąg zdążył na
                                                    czas, zdecydowanie zdążył, aby być jedynym naocznym świadkiem szarpaniny
                                                    Nadczesława ze strudzonym partyzantem. I oto, z cichym trzaskiem pękł środkowy,
                                                    tylni szew szynela dzieląc owo wdzianko na dwie równe połowy. Nadczesław
                                                    pospiesznie naciągnął na siebie zdobytą część (sic!) garderoby i poczuł się
                                                    wreszcie, choć w połowie jeno, usatysfakcjonowany. Szczegółem, który okazał się
                                                    być niezwykle istotny dla dalszych jego losów było to, że fragment szynela,
                                                    który dostał się Nadczesławowi, był zaopatrzony nie w guziki, lecz w dziurki...
                                                  • Gość: przyczułka Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.05.06, 00:46
                                                    -Czym ja zapnę..-jęknął Nadczesław.Już miał z olchowego rozporka zamek usunąć
                                                    ażeby niewprawną ręką, igłą i nicią dotychczas nieskalaną, marynarkę ową
                                                    reperacji poddać, gdy wtem, ni stąd ni zowąd, rozległ się głośny huk.Nadczesław,
                                                    ogłuszony straciwszy świadomość, po krótkim czasie odzyskawszy ją na nowo,
                                                    spojrzał na północny-zachód przez lewe ramię i dostrzegł partyzanta.Znamienne,
                                                    partyzant był w zmienionym stanie w stosunku do ostatnich 6 minut, dziejowych 6
                                                    minut.Bowiem tyle zajęło Nadczesławowi wyrwanie mu odzieży i przeanalizwoanie
                                                    jej przydatności.
                                                  • Gość: kukułą Re: Potrzebny zwrotniczy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.05.06, 19:51
                                                    Przejdźmy jednak do konkretów. Uważamy, że Nadczesław powinien nie mieszać się
                                                    do polityki, a zwłaszcza do tej jej części, która jest obserwowana przez opinię
                                                    publiczną. To po pierwsze. Po drugie, czyli zweitundo, Nadczesław zabrnął już
                                                    tak daleko,że jedynie kuracja odsysająca co bardziej pogmatwane wątki może
                                                    przywrócić mu równowage literacką i postawić go w gronie znaczniejszych
                                                    literackich bohaterów narodowych. Zatem, uważamy, jak najszybciej należy wrócić
                                                    Nadczesławem do jego malutkiego mieszkania na rogu takiej to a takiej i takiej
                                                    a nie innej ulicy i zostawić go tam w spokoju na kilka rozdziałów, aby w
                                                    spokoju mógł przemyśleć swoje najbliższe losy dając nam w końcu wytyczne co do
                                                    poprowadzenia akcji powieści we właściwym ciągu.
                                                  • Gość: miśchrumiś (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.05.06, 19:57
                                                    Wyjechał. Do Irlandii. Na saksy.
                                                  • Gość: kukułą Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.06.06, 10:09
                                                    Tymczasem Nadczesław poprawił sobie posłanie, roztrzepał puchową poduszkę,
                                                    wygładził prześcieradło, naciągnął porządniej poszwę na kołdrę. Legł znowu na
                                                    łoże i ukrył twarz w dłoniach. Rozmyślaniom nie było końca. Sam Nadczesław
                                                    powołany do życia przez niedojrzałych rodziców literackich czuł się teraz
                                                    samotny i opuszczony, zdany na własne siły i zupełnie nieprzygotowany do
                                                    samodzielnego podtrzymywania własnej egzystencji i ubarwiania swoimi przygodami
                                                    szerokiej literackiej przestrzeni. W spiżarni tez już nic nie było, jeno kilka
                                                    gróbych ogórko pływało leniwie w kwaśnej zaprawie wypełniając sobą wielki,
                                                    szklany słoik z napisem na etykiecie "levemus corda".
                                                  • Gość: kukułą Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.06.06, 08:17
                                                    Wszystko ma swój koniec - pomyślał Naczesław kończąc ostanią parówkę
                                                    brunszwidzką. Teraz mógł liczyć jedynie na przychlność losu - nadzieja odrobiną
                                                    abstrakcyjna, zwłaszcza w sytuacji powszechnej drożyzny i braków w
                                                    zaopatrzeniu, ale cóż, tonący się brzytwy chwyta.
                                                  • Gość: czwarta siostra Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.07.06, 22:06
                                                    Patrząc w dal ze swego maleńkiego okienka na poddaszu Nadczesław poczuł nagle
                                                    wszechogarniająca presję wprowadzenia myśli w czyn.
                                                    "Czynu! Czynu mi trzeba! By zwiędłą przywrócić światu egzystencję! By wezbrały
                                                    soki żywota, by zapłodnić jałową czasoprzestrzeń!"- wydobylo się z mizernej
                                                    piersi Nadczesława, który rozpaczliwie szarpnął się w okienku. Przez chwilę
                                                    trwał zesztywniały nie tyle od patosu wypowiedzianych słów, co ze strachu przed
                                                    utratą równowagi. Los niestety wzgardził jego słowami: kręcąc młyńca Nadczesław
                                                    najbanalniej w świecie runął z wysokości.

                                                    -Ciąg ruszył z miejsca- rzekła w zadumie Stanisława R. siedząca na pobliskiej
                                                    ławeczce.
                                                    Ściboliła właśnie zapamiętale kolejną mereżkę, ratującą jej skromny budżet, gdy
                                                    nieoczekiwany łoskot przywrócił ją do świadomości.
                                                  • Gość: czwarta siostra Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.06, 22:27
                                                    Wgłębienie w podłożu, uczynione przez Nadczesława, zaniepokoiło stróża,
                                                    niejakiego Pakułę Bronisława. Pakuła Bronisław uzbrojony w długowłosą szczotkę
                                                    koloru bliżej nieokreślonego aż kipiał ze złości. Kto śmiał tak raptownie i bez
                                                    Upoważniającego Dokumentu zbrukać krwią jego bruk?!

                                                    Stanisława R. uniosła wzrok znad czternastego rządka.

                                                    Świadomość Nadczesława, choć w okrojonej formie, za to z natarczywością letniej
                                                    komarzycy, poczęła tłuc się po głowie Nadczesława.
                                                  • Gość: czwarta siostra Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.07.06, 22:30
                                                    -Nie za dużo tego "Nadczesława?"- zauważył z przekąsem Bronisław.
                                                  • Gość: trusiaa Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.08.06, 20:26
                                                    - AaaaaaAAAaaa!!! - ryknął ile sił w płucach, a oczy wytrzeszczył straszliwie. -
                                                    - To sen-mara. Już dobrze, cicho. Cicho - uspokajał serce co trzepotało w jego
                                                    klatce niczym ćma w abażurze, niczym karp wyszarpnięty z wody, niczym kukuła w
                                                    pustym zegarze.
                                                    Nadczesław rozejrzał się ostrożnie po swoim schludnym starokawalerskim pokoiku.
                                                    Wszystko, na pozór, wyglądało znajomo: ot, cygarniczka z niedopałkiem papierosa
                                                    w popielniczce na dosuniętym do łóżka taborecie. Doniczka z paprotką, łyżka
                                                    dziegciu, blaszany bębenek, kamasze, szpulka szpagatu, liczydła, szal, puszka
                                                    sardynek - nie na swoich miejscach, jak zwykle. Niciana ażurowa zasłonka
                                                    powiewała delikatnie i tajemniczo w świetle księżyca - to też było do
                                                    przyjęcia. I tylko... Już zrozumiał. Tylko jeden szczegół zupełnie nie pasował
                                                    mu do układanki. Z klamki u drzwi zwisał dzwoneczek. Srebrny.
                                                    - Tylko nie to - Nadczesław zadygotał cały i z trudem przełknął ślinę...
                                                  • Gość: kukułą Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.08.06, 09:24
                                                    Dzwoneczek samodzielnie zakołatał...raz, drugi, potem trzeci. Następnie klamka
                                                    lekko uniosła się do góry, lecz nagle poprawiając swój błąd opadła w dół i
                                                    zatrzymała się na godzinie czwartej trzydzieści, jak gdyby zastygając w
                                                    oczekiwaniu na podjecie ważnej decyzji: otworzyć czy też nie otworzyć? Oto było
                                                    pytanie tego zacnego przedmiotu wykonanego ze stopu miedzi, cyny, brązu oraz
                                                    zielonu. Jednak przenikliwy dźwięk dzwoneczkowy zrobił już swoje. Nadczesław z
                                                    powodu rosnącego napięcia nie miał już sliny do przełykania zatem w zastępstwie
                                                    zaczął przełykać przedmioty rozstawione na stojącym opodal nocym biurku. I tak
                                                    na wieczne czasy został stracony zabytkowy kandelabr z czasów barona
                                                    Munchausena, podarowany przez zacnego arystokratę przodkowi naszego bohatera za
                                                    to, że przodek ów wykazał się najszybszą ucieczką z pola walki wobec
                                                    niepojawienia się na wspomnianym polu oczekiwanego, groźnego przeciwnika...
                                                  • Gość: Napo... Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.08.06, 09:43
                                                    Nagle drzwi z trzaskiem poszły:
                                                    -Napoleon!!!
                                                    Nadczesław niepewnie sie rozejrzał z niedokończoną tapetą koloru machoniowego...
                                                  • Gość: trusiaa Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.06, 08:17
                                                    ... machorkowego (pokrywającej zniszczoną mahoniową boazerię) w zębach. Znajomy
                                                    kolor przywiodł mu na myśl ulubioną używkę. Ach popalić by się chciało. - Jeden
                                                    sztach i spokój wróciłby ach!
                                                    Jakby w odpowiedzi na nadczesławowe westchnienie w szparze pod drzwiami
                                                    zasmużył się siwy dym.
                                                  • wysoki-brunet Re: (Nad)Czesława juz z nami nie ma... 22.08.06, 17:04
                                                    Leniwe kłęby powoli sunęły po podłogowej desce na kształt spokojnej tafli
                                                    jeziora. Przytulały się do pokojowych narożników i łagodnym, tanecznym ruchem
                                                    wiły się wzwyż, tuż przy ścianie, aby po chwili opleść swoją woalą zaczajone
                                                    przy sklepieniu pajęczyny.
                                                    Nadczesław, wpatrzony w leniwie pełznący dym i poruszony wspomnieniem
                                                    pokonanego dawno nałogu, ocknął się nagle i zogniskował otępiały wzrok.
                                                    Siwy dym, jakgdyby dostrzeżony, czujnie przypadł do podłogi i znieruchomiał.
                                                    - Co u licha? - mruknął podejrzliwie Nadczesław. - Cóż to za nowe diabelstwo?
                                                    Z niejakim wysiłkiem podniósł się i ruszył ociężale w stronę drzwi, nie
                                                    spuszczając czujnego oka z mgły, która kuliła się przed nim i odpływała pod
                                                    samą ścianę.
                                                    - Niech mnie kule biją, jeśli ten dym celowo nie umyka przed każdym moim
                                                    krokiem! Hmpf!
                                                    Klamka była już w zasięgu ręki.

                                                  • Gość: Wład Ać Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.06, 23:27
                                                    Nadczesław nagle wystrzelił dłonią w stronę klamki, lecz minimalnie chybił.
                                                    Jego naga dłoń przeleciała ze świstem obok celu i wylądowała we framudze, na
                                                    kilka centymetrów wbijając się paznokciami w odrzwia. Sytuacja przybrała formę
                                                    jak najbardziej z pozoru niepoważną, jednak każdy pozór ma w sobie odrobinę
                                                    nieścisłości powodując że nawet najbardziej oczywisty fakt staje się dwuznaczny
                                                    a nawet wieloznaczny, pozbawiając się tym samym sensu i uroku prostoty. I
                                                    właśnie w takiej sytuacji znalazł się Nadczesław.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.08.06, 13:21
                                                    Nadczesław potrząsnął buńczucznie grzywką (i to był błąd, gdyż jako praworęczny
                                                    nijak nie mógł na powrót plerezy przylizać) aby pokazać jasno, że godności
                                                    tracić nie zamierza. Sytuacja, jak najbardziej niepoważna, mrugnęła do
                                                    Nadczesia figlarnie i pogliglała go pod prawą pachą. Bohater zarechotał
                                                    piskliwie, lecz przypomniawszy sobie w porę o konieczności bycia dostojnym,
                                                    oparł się o framugę niefrasobliwie, jednocześnie próbując niepostrzeżenie
                                                    uwolnić paznokcie. - Mówiła Trusiaa: pazury obcinać! Nie rozumiałem po cóż
                                                    niby. Odtąd zawsze poważnie traktować będę Twe cenne rady! - zakrzyknął
                                                    żałośnie, bo z wyciągania pazurów nic nie wyszło.
                                                    Tymczasem sytuacja, odarta z uroku i prostoty, stała oto w wyzywającej pozie i
                                                    wpatrywała się w Nadczesia badawczo, przenikliwie co i raz nerwowo oblizując
                                                    wąskie wargi. Poczuł, że włos jeży mu się (zwłaszcza na karku).
                                                    Wtem do drzwi wejściowych rozległo się pukanie w rytmie: wooolny, wooolny,
                                                    szybki-szybki, wooolny.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.08.06, 07:20
                                                    Nadczesław nie miał cienia wątpliwości: istnieje jeden rytm życia dla
                                                    wszystkich, przypominający radosne i powolne pobekiwanie przeganianych po hali
                                                    owiec i baranków. Rytm ten wchodzi niepostrzeżenie w każdą frazę i zdanie
                                                    scenariusza naszego życia, by w końcu okazać się dziwnymi dźwiękami
                                                    rozbrzmiewającymi niezrozumiałym szyfrem. Wsłuchując się w pukanie Nadczesław
                                                    miał wrażenie, że jego myśli oddalają go z miejsca w które tkwił mocno wbity
                                                    paznokciami. Tymczasem...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.08.06, 11:35
                                                    ... pukanie w rytmie tanga Milonga nasilało się.
                                                    - Jak by tu otworzyć? - Nadczesław zastanawiał się gorączkowo. - A jeśli to
                                                    okazja? Życiowa szansa?! STÓJ: nie ruszaj się. Zaraz otwieram...
                                                  • Gość: Ewa Kuacyjna Re: Przygody pogłębione IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.09.06, 20:45
                                                    Nie otworzył jednak... Nadczesław znalazł się pod naciskiem przeciwstawnych
                                                    sił: pierwsza katapultowała go w rejony gdzie framuga podchodziła swymi
                                                    wyrzeźbionymi wypukłościami pod sam sufit, druga natomiast odrzuciła go w
                                                    kierunku uchylonego okna. Tego rodzaju siły rzadko mogły być zrównoważone i
                                                    choć decydowały o wyjątkowości tego rodzaju wydarzenia to w ostatecznym
                                                    rozrachunku ich relacja owocowała konfliktami nierozwiązywalnymi...
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.10.06, 09:51
                                                    No już dobrze. Konflikty konfliktami a zyc trzeba: obrać kartofle, przynieść
                                                    wodę ze studni, kupic jajka u handlarki pod Halą Mirowską, zakisic ogórki.
                                                    Nadczesław o tym wszystkim dobrze wiedział: poczucie obowiązku pukało do jego
                                                    świadomości zbyt bardzo zniewolonej przez fikcję literacką.
                                                    - A może by tak wreszcie odszukać laury i na nich spocząć, co chyba wreszcie mi
                                                    sie należy! - cos głośno wyszeptało w pierwszej osobie wyraźnie udając samego
                                                    Nadczesława.
                                                  • immanuela Re: Przygody pogłębione 16.10.06, 10:13
                                                    - Kto nas wolał, czego chciał - powiedziały La(u)ry i Pena(u)ty przechodząc
                                                    mimo. Przy czem dodać należy, że Laura objawiła się, w liczbie pojedynczej,
                                                    zaskoczonemu
                                                    NadipodgłównodowodzącemukoźlonogiemugenerałsierżantowiNadczesławowipierwszemu
                                                    jako wyściełany adamaszkiem szezlong, natomiast Penat jako nieco zdezelowana
                                                    sofa. NadipodgłównodowodzącykoźlonogigenerałsierżantNadczesławpierwszy, przez
                                                    przyjaciół zwany zdrobniale Nadczesławem mógł w spokoju ducha spocząć na
                                                    rzeczonej Laurze.
                                                  • trusiaa Re: Przygody pogłębione 16.10.06, 10:17
                                                    - Ba! Łatwo powiedzieć. Tylko skąd ja u lich wezmę dwie niewiasty? I czy
                                                    pozwolą mi spocząć? Choć niewątpliwie, po tym wszystkim, mi się to należy!
                                                    N. już był gotów do podboju - łazienka zapraszała do porannej toalety, jakaś
                                                    woda kolońska, parę kropel brylantyny i wszystkie Laury przedwojennej Warszawy
                                                    byłyby jego...
                                                    I wtedy w uchu zasyczał jakiś głosik zjadliwy (Trusioowy- nie Trusioowy)
                                                    - A lissstki bobkowe nie wysssstarczą?!
                                                    Nadczesław drgnął, oklapł i zapadł się w sobie, zgrabiwszy plecy poczłapał po
                                                    sznurkową siatkę i w ponurym nastroju ruszył na targ celem zakupienia listków
                                                    bobkowych w jakimś kolonialnym sklepiku.
                                                    - A jeśli będą mieli za mało i spocząć na nich się nie da? - rzucił, chwytając
                                                    się tej mikrutkiej iskierki nadziei...
                                                    - To przynajmniej ogórki zakisisz! - odparł beznamiętnie ten sam głosik okrutny.


                                                    (kukułą - wróciłeś!)
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.10.06, 21:43
                                                    Zaraz, zaraz, nie rozumiem! Wszyscy się pode mnie podszywają, a ja co? -
                                                    zanucił Nadczesław pasując własny tekst w melodię starej rycerskiej pieśni
                                                    bitewnej. Nic nie stało na przeszkodzie aby N. odzyskał pewność siebie. Tego mu
                                                    właśnie brakowało. Po tych wszystkich niepowodzeniach w odnalezieniu sensu w
                                                    bezsensie "pyłu życia", potrzebował czegoś co utwierdziłoby go w postanowieniu
                                                    doprowadzenia swojej historii do szczęśliwego opadnięcia kurtyny. Potem już
                                                    tylko brawa rozbawionej publiczności i mógłby być pewien przychylności opinii
                                                    publicznej... gdyby tylko recenzenci się spisali. 'Nad tym będzie trzeba
                                                    jeszcze popracować, ta' - zabrał głos we własnej sprawie i zaczął rozgladać się
                                                    po najblizszych straganch mając nadzieję na znalezienie laurów. Nad Hala
                                                    Mirowską słońce stało właśnie w zenicie.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.06, 09:54
                                                    Stało tak i stało, i stało się jasne, że długo już nie postoi, bo ileż można?
                                                    Oświetlało jeszcze, z przyzwyczajenia, przekupki zmordowane całodziennym
                                                    użeraniem się z pannami służącymi, z pokuchennymi i kucharkami we własnych
                                                    rumianych, a zażywnych osobach. Od straganów czuć wciąż było rozkoszne, a
                                                    wyraziste, wonie: włoszczyzny, jabłek i kiszonej kapusty, ale wśród tych
                                                    zapachów brakowało jednego - subtelnego aromatu liści laurowych. Nadczesław
                                                    najpierw cierpliwie, potem trochę chaotycznie, a wreszcie na oślep, z obłędem w
                                                    oku i spoconym czołem poszukiwał przyprawy. Dopadał już jak leci - a to
                                                    mleczarza z resztką bielutkiego twarogu w lnianej szmatce, a to parasolnika, a
                                                    to szewca, co beznamiętnie ostatnie już dziś podeszwy przybijał. Ludzie
                                                    popatrywali na niego spod oka, ironiczne uśmieszki i szepty ścigały go
                                                    gdziekolwiek się nie pojawił.
                                                    - Odpoczynku mi trzeba! Gdzie te laury! Gdzieee?! Nie ma nie ma,
                                                    niemaniemaniemaniemaniemaniema - nucił nerwowo na melodię piosenki co miała
                                                    dopiero powstać.
                                                    Gdy, zziajany i wyczerpany, zatoczył się ciężko na jakąś ladę, wzrok jego
                                                    powędrował ku odrapanym drzwiom maleńkiego sklepiku. Biały niegdyś szyld
                                                    koślawo wymalowanymi ciemnozielonymi literami głosił dumnie: "Artykuły
                                                    Kolonialne i Piśmienne".
                                                    - Nareszcie, słoneczko ty moje - wyszeptał spierzchniętymi wargami. Słoneczko
                                                    ziewnęło i zaszło.
                                                    Tymczasem sklepikarz wynurzył się ze sklepu i zaczął niespiesznie zamykać
                                                    kratę...
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.06, 22:20
                                                    - Aaa, bobki szanpan posiadasz? - wykrztusił w jego stronę Nadczesław.
                                                    Slepikarz obrócił sie na ćwierćpięcie, głęboko spojrzał w oczy natręta i
                                                    spochmurniał:- Oj, ty bida ciało, czerwone róże bez kolców, to i owszem, ale
                                                    niech mnie gładkie i rumiane, młode i bogate w czoło pocałują a i bobków to ja -
                                                    na tarczę Achillesa siem przysięgam - że już od września trzydziestego
                                                    dziewiątego nie widziałem... Tutaj nastąpiła wymowna przerwa na przełknięcie
                                                    śliny zmieszanej z sokiem tytoniowym z fajki, którą przygryzał w ustach
                                                    właściciel sklepu. - Ale ja mówię szanpanu, że to już do konca świata się
                                                    ludziom szykuje, słyszał szanpan, że w Pomiechówku to krowy zaczeli szczekać
                                                    jak psy same, i sam RechifUrer przyjechał zdjęcia jem porobić... Koniec świata,
                                                    do wiosny nie doczekamy...
                                                  • pan-cerfaust Re: Przygody pogłębione 18.10.06, 18:56
                                                    Naraz cos zaszczekało z przycumowanego do latarni pokaźnych rozmiarów
                                                    rdzewiejącego głośnika. Ludzie zastygli w bezruchu, starając się zrozumieć,
                                                    dobywające się ze Szczekaczki krótkie, urywane dźwięki. "Achtung, Achtung,
                                                    komendant miasta Warschauy nakladać na ludności Warschauwy kontribucji w
                                                    wysokości sieben milonów zlotych w złocie na rzecz ojczyźnianego wysiłku
                                                    bohaterskich wojsk na froncie wschodnim..." Nagle powietrze przeszył
                                                    przenikliwy świst, zaraz potem zasyczało, coś zawyło i przekaz urwał się w
                                                    jedną piatą słowa, pozostawiając wszystkich zebranych, na placu przed Halą
                                                    Mirowską, w głębokim dysonansie myśli i uczuć.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.06, 09:26
                                                    Dysonans myśli, a uczuć zwłaszcza był tak potężny, ze dosłownie ściął Nadczesia
                                                    z nóg. W związku z powyższym bohater pod latarnią przysiadł, głowę przytrzymał
                                                    z obu stron rękami, żeby mu nie odpadła i począł kiwać się monotonnie: - Jaki
                                                    39?! Dla kogo achtung?! Mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj zasypiałem w 29
                                                    roku! Dlaczego ktoś mi to robi... Ja tylko ogórki zakisić chciałem.
                                                    Ogóreczki... cztery łyżki soli na dwie kwarty wody, liście wiśniowe i
                                                    porzeczkowe, do tego czosnku główka, korzeń chrzanu, koperek i liście laurowe.
                                                    A, o ogórkach bym zapomniał - małe i jędrne mają być. Do garnka kamiennego
                                                    włożyć, na to talerzyk i kamień polny. Amen.
                                                    Byłby się, biedaczysko, jak nic na tamten świat wykołysał, gdyby jakaś rączka
                                                    chłodna nie dotknęła miłosiernie jego rozpalonego czoła.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.10.06, 09:02
                                                    Nadczesław się wzdrygnął (co miał w zwyczaju przy tego rodzaju sytuacjach)
                                                    całym swoim lewym półgębkiem, gdyż rączka od parasola, chłodząca jego rozpalone
                                                    czoło w pogodny dzień, nie była tym czego mógł się teraz spodziewać. Liczył na
                                                    coś bardziej nierealnego, na coś co mogłoby go wyrwać z marazmu myśli i uczuć,
                                                    i poddać przewartościowaniu cały jego sparaliżowany światopogląd. A tutaj
                                                    tymczasem rączka od parasolki pojawiła się nagle prowokując go do podjęcia
                                                    jakiejś akcji, co do której nie miał już nadziei że się znowu rozwinie i
                                                    popłynie swoim zwyczajem ku brzegom sinej dali.
                                                    - Ki grzyb - pomyślał nasz bohater gdy zobaczył rozpostartą nad sobą czaszę
                                                    parosola. Był czerwony w białe kropki.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.10.06, 09:50
                                                    - Muchomor cesarski, do usług - obecnie gatunek rzadki, niemal na wyginięciu,
                                                    miał pan wielkie szczęście. - zadudnił ciepły alt gdzieś, hen nad głową
                                                    Nadczesława, ponad czaszą muchomora, zdawał się spływać spod chmur deszczowych
                                                    co nad targowiskiem zawisły po zmroku.
                                                    - A pani szanowna...? - pytanie zawisło na wargach Nadczesia.
                                                    - Adelajda Klara Kropidłowska. Panna!
                                                    Oblicze rumiane, uśmiechnięte, okolone tysiącami loczków jak sprężynki,
                                                    zwieńczone kapeluszem jak młyńskie koło (co niby klomb na którym nie brakło
                                                    żadnego szanującego się kwiatka zdobił postać wzrostu więcej niż słusznego i
                                                    postury bujnej, a rozłożystej), zajrzało pod parasol. W pierwszej chwili
                                                    Nadczesław wzdrygnął się i cofnął instynktownie, ale daleko nie zaszedł, bo
                                                    latarnia stała niewzruszona, nie dopuszczając możliwości ucieczki.
                                                    - Pan nietutejszy jak sądzę, z prowincji? Zgubił się biedaczek?
                                                    - Ja, nie, bo... właściwie. Szukałem...ale, ech! - zrezygnowany machnął reką.
                                                    - No, już dobrze, niech się pan podniesie łaskawie. A! Powolutku... ja pomogę.
                                                    Jakie chucherko z pana! Samotny, nie ma komu zadbać, zaopiekować się, ale zaraz
                                                    coś zaradzimy. Porywam pana do siebie panie... jak godność, bo nie usłyszałam?
                                                    - Nadczesław jestem. Naprawdę, nie ma o co robić rabanu, ja tak tylko, bo
                                                    mieszkam... przecież i chciałem...
                                                    - Wiem wiem, wszystko wiem, a resztę mi pan opowie przy malinowej herbatce -
                                                    sama maliny zbierałam, suszyłam. To niedaleko, tuż za rogiem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 30.10.06, 20:01
                                                    Nadczesław mielił myśli przez moment. Pod muchomorem było mu całkiem dobrze.
                                                    Mógł stąd obserwować okolicę i podziwiać polanę porośniętą mchami, paprociami,
                                                    kalafonią zieloną i gołkiem pospolitym. Gdzieniegdzie sterczały długie gałązki
                                                    cięcieliny pobrzękując żółtymi dzwoneczkami kwiatów. Od rozgrzanego słońcem
                                                    leśnego poszycia ciągnął miodowy zapach. Nic tylko podziwiać. Nawet nie musiał
                                                    przecierać oczu aby od razu wpasować się do nowego obrazka. Poczuł, że
                                                    rzeczywiście mógłby tu pozostać już na zawsze.
                                                    - No to co, mój krasnoludku, dasz się zaprosić na herbatkę? - uśmiechnęła się
                                                    Klara Adelajda i gwizdnęłą przeciągle. Przywołana, w ten sposób stonoga
                                                    podbiegła posłusznie i zastygła w bezruchu obok swojej pani.
                                                    - To co jedziemy? - i nie czekając na odpowiedź zaskoczonego Naczesława
                                                    pokazała mu miejsce obok siebie na grzbiecie wierzchowca. Nadczesłąw prztaknął.
                                                    Po chwili stonoga ruszyła raźno unosząc naszego bohatera w towarzystwie wróżki
                                                    Klary Adelajdy...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.10.06, 08:22
                                                    Nadczesław życiowo obity i mentalnie złachany zachłannie korzystał z chwili -
                                                    rześkie leśne powietrze wdzierało się do płuc, ożywiało każdą cząsteczkę jego
                                                    ciała, a zwłaszcza szarą substancję w skołatanej głowie. Komórki, z szarej,
                                                    przybrały barwę tęczową i poczęły jarzyć się delikatnym blaskiem. Nadczesław
                                                    wyprostował się i otrząsnął, dumnie powiódł wzrokiem z wyżyn grzbietu
                                                    niezrównanego wierzchowca, lecz oto stonoga zaryła odnóżami w ziemię. Byli na
                                                    miejscu.
                                                    - Iiii hooop! - zanim Nadczesio się zorientował Kropidłowska porwała go pod
                                                    pachy i energicznie postawiła na ziemi.
                                                    - Oto moje królestwo - zapraszam do środka.
                                                    - Szafa? Mieszka pani... panna Klara w szafie? - zdziwił się, ale tylko przez
                                                    moment, bo oto już K.A. Kropidłowska zastukała energicznie rączką muchomora w
                                                    drzwi najzwyklejszej szafy (dwudrzwiowa, kolor średni orzech, 163x180x60)
                                                    stojącej na środku polany. W środku, jak to w szafie, ciasno było, mroczno i
                                                    pachniało z lekka naftaliną.
                                                    - Prawda, że ładne mieszkanko? - zapytała Klara zalotnie.
                                                    - Owszem - przytulne... - odparł N. i oparł się nieopatrznie o drzwi, które z
                                                    jękiem otworzyły się na zewnątrz.
                                                    - Proszę, herbatka dla pana - Klara wręczyła mu filiżankę z cieniutkiej, jak
                                                    skorupka jajka, japońskiej porcelany malowanej w niebieskie kwiatki. Malinowy
                                                    aromat zakręcił w nozdrzach. Nadczesław wypił łyk i wyjrzał przez szparę w
                                                    drzwiach - polana zniknęła, wokół szafy stały inne meble, mech zastąpił perski
                                                    dywan, lekko wypłowiały na środku, a pod oknem bo i ono tam się znalazło, w
                                                    białym, żelaznym łóżeczku z siatką spał siedmioletni, na oko, chłopiec.
                                                    - Jak my tu...? - Nadczesław zwrócił się bezradnie do Klary (co nie było łatwe,
                                                    bo Klara Adelajda zajmowała większą część szafy, a koronki i falbanki jej
                                                    kwiecistej sukni łaskotały go w nos.
                                                    - Ach, zapomniałam ci powiedzieć Nadczesławie, na tym polega moja praca. Otóż
                                                    widzisz - pojawiam się w pokojach dziecinnych, żeby przywołać malców do
                                                    porządku. Wystarczy, że rodzice wskażą na szafę, drzwi zaskrzypią ostrzegawczo,
                                                    a zaniepokojone dziecko zapyta: - Co to?! Rodzice mówią: - Uważaj, bo
                                                    zdenerwujesz panią Kropidłowską... I nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby mały
                                                    urwis, potulny jak baranek, nie poszedł czym prędzej spać, albo nie zjadł
                                                    znienawidzonej kaszki.
                                                    - I to zawsze działa, tak po prostu?
                                                    - Zwykle tak, czasem tylko, gdy rodzice nie widzą, pogrożę z daleka parasolką,
                                                    albo pokażę swój kapelusz... Powiem panu w sekrecie, że zdarzało mi się
                                                    uspokajać również niepotulnych staruszków, ale wtedy stosowałam bardziej
                                                    wyrafinowane metody.
                                                    - A czy możemy już wrócić, bo ja w lesie tak dawno nie byłem i przyznam, ze
                                                    trochę zgłodniałem?
                                                    Oblicze Klary Adelajdy rozjaśniło się łagodnym, pobłażliwym uśmiechem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.11.06, 10:30
                                                    Był to uśmiech był tak szczery i głęboki, że poprzez jego radosne ciepło można
                                                    było niemal dojrzeć dno duszy. Nadczesław rozejrzał się ciekawie. Spokojne
                                                    śniado-seledynowe wody przetkane były girlandami głębinowych buławników
                                                    purpurolistnych, które dostojnie falowały to raz unosząc się lub opadając,
                                                    jakgdyby tańcząc w takt sobie tylko znanego rytmu. Samo dno wypełniające niemal
                                                    cały horyzont wyobraźni Nadczesława przypominało mozaikowy układ podwodnych
                                                    rozlewisk i rozświetlonych tajemniczym światłem siedlisk skrytokoralowców.
                                                    Wszystko to mieniło się słotopławym pyłem perłowym radośnie pobrzękującym
                                                    różnokolorowymi dźwiękami stonowanych głębinowych barw. "Co za spokój" -
                                                    pomyślał Nadczesław dając się pochwycić tajemniczej atmosferze tego miejsca.
                                                    Nagle, w pewnym miejscu oświtlonym sennym światłem odbitym przez różowy
                                                    koralowiec, Nadczesław zobaczył małą szkatułkę. Był to klejnot dawnej sztuki
                                                    jubilerskiej pokryty najszlachetniejszą masą perłową i wysadzany szlachetnym
                                                    aleksandrytem o niespotykanym układzie krystalograficznym. Nadczesław
                                                    bezwiednie wyciagnął rękę i juz niemal dosięgając skarbu wypadł przez ledwo
                                                    domknięte drzwi szafy.
                                                    - Nie teraz, jeszcze za wcześnie...- usłyszał oddalający się ciepły głos
                                                    Kropidłowskiej i naraz całe wrażenie spokoju zniknęło.Mały chłopiec leżał nadal
                                                    w łóżku, lecz na widok Nadczesława zaczęł głośno płakać.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.11.06, 09:49
                                                    Nadczesław pozwolił zadziałać, niezawodnemu dotąd, instynktowi. Ten, jak gdyby
                                                    nigdy nic, podszedł pewnym, niespiesznym krokiem do łóżeczka, oparł się
                                                    nonszalancko o poręcz i aksamitnym barytonem zanucił - Aaaa, Aaaa, były sobie
                                                    kotki dwa... - jednak dziecko nie tylko się nie uspokoiło, ale wydało z siebie
                                                    przenikliwy wrzask zdolny potłuc kryształy w promieniu kilku metrów (na
                                                    szczęście takowych w pobliżu nie było). Natychmiast w przedpokoju zaczął się
                                                    ruch - ktoś zapalił światło, ktoś inny, zaniepokojony hałasem, zawołał dziecko.
                                                    N. nie czekał na rozwój wypadków - porzucił swój instynkt i ruszył ku uchylonym
                                                    drzwiom szafy. Gdy Czesio salwował się ucieczką - wierny jego towarzysz doli i
                                                    niedoli trwał, przy poręczy, skamieniały, a na ustach gasły mu ostatnie słowa -
                                                    Ach, śpij kochanie... Do pokoju wpadli rodzice. Jeden rzut oka na dziecko, na
                                                    łóżeczko: - Duch! Duch! - zapiszczała przeraźliwie matka, na widok szarej
                                                    postaci z mgły i galarety drżącej teraz nad jej pierworodnym. Ojciec bez
                                                    namysłu porwał z kąta synowską drewnianą szabelkę i młócił na oślep, szatkując
                                                    zjawę na drobne strzępki. Po chwili z instynktu Nadczesława nie było nawet
                                                    śladu.
                                                    Tymczasem nasz bohater, wyzuty z wszelkich zahamowań, wlazł do szafy i, z
                                                    błyskiem w oku, oglądać zaczął kwiecistą, powłóczystą garderobę Kropidłowskiej.
                                                    Interesowały go również kapelusze, koronkowe dessous i atłasowe rękawiczki. Bez
                                                    namysłu zajął się przymierzaniem kuszących fatałaszków, aż stanął przed lustrem
                                                    całkowicie odmieniony.
                                                  • pan-cerfaust Re: Przygody pogłębione 10.11.06, 10:23
                                                    Coś takiego! Nie do wyobrażenia!!! jak to możliwe? - Krzyknął ojciec dziecka na
                                                    widok wyłaniajacej się z szafy postaci. - Ciocia Fela!!! Jak ciocia mogła nam
                                                    zrobić takiego psikusa? Już niemal chciałem dzwonić na gestapo.
                                                    - A mogłam, mogłam, i jeszcze nie jedo przygotowałam - zachichitała cicia Fela
                                                    ukrywając sprytnie swoje oblicze pod szerokim rondem muslinowego kapelusza z
                                                    piórem. Gwoli wyjaśnienia należy wspomnieć, że, pozbawiony posiekanego na
                                                    kawałki instynktu, Nadczesław bez żadenych zachamowań poszedł na całość.
                                                  • Gość: Połć Wędzony Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.11.06, 11:43
                                                    - Idę na Całość. Wrócę przed północą, - oznajmiła, przybranej i zdumionej jej
                                                    zachowaniem rodzinie, ciocia Fela.
                                                    - Ależ ciociu, przecież godzina policyjna?
                                                    - Nieczego się nie obawiajcie. Widzicie tyrolskie piórko w moim kapeluszu. Nikt
                                                    z Niemców nie odważy się mnie zatrzymać. A zresztą, jeśli nawet, to przecież
                                                    dzisiaj idę na Całość.

                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 12.11.06, 07:58
                                                    Już na schodach Nadczesław odetchnął z ulgą. Nie czuł się zbyt dobrze w roli
                                                    cioci Feli. Schodził ostrożnie z ostatniego piętra po stromych schodach
                                                    trzymając się chropowatej i źle pomalowanej poręczy, uważając aby nie zaplątać
                                                    się w fałdach długiej, pufiastej sukni. Nie szło mu najlepiej. Nagle zachwiał
                                                    się następując na wypaczoną deskę w schodach, która pod ciężarem Nadczesława
                                                    zadziałała jak trampolina wyrzucając go na kilka metrów w górę. Nadczesław
                                                    rozpaczliwie zawiosłował rękoma w powietrzu i z całym impetem 80-ciu
                                                    kilogramów, niczym złowróżbny jeździec apokalipsy, przeleciał całą długość
                                                    korytarza wbijając się nogami w cienką, gipsową ścianę oddzielającą klatkę
                                                    schodową od mieszkania mieszczącego się na pierwszym piętrze pod numerem 7.
                                                    Traf chciał, że właśnie państwo Kasperek, włściciele wspomnianego mieszkanka,
                                                    zasiadali do wspólnej kolacji. Właśnie stawiano na stół w kuchni wazę z
                                                    parującą zalewajką podlaską, gdy nieszczęśliwie wpadł do niej różowy bucik na
                                                    wysokim obcasie, który następstwem feralnego, opisanego powyżej wydarzenia, po
                                                    prostu odpadł od, obutej w niego, stopy cioci Feli. Co za pech!
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.11.06, 14:37
                                                    Kasperkowa powoli uniosła ponury wzrok na swego małżonka Kasperka Władysława i
                                                    nie odrywając oczu od nieszczęśnika zanurzyła pulchną dłoń w wazie z parującą
                                                    zupą. Wydobywszy atłasowe czółenko, niegdyś różowe - obecnie szare,
                                                    przystrojone plasterkiem kiełbasy podwawelskiej - uniosła je w górę powoli, aby
                                                    nagle trafić nim bezbłędnie w ciemię nic nie podejrzewającego męża. I tak
                                                    siedem razy (dobrze, że szpilkę trzymała w górze, bo jak nic położyłaby
                                                    Władysława trupem). Głuchym ciosom towarzyszyły wrzaski Kasperkowej:
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.11.06, 23:00
                                                    - A ty pimpel w żąbek czesany co za szykse juche jedne ześ se tu wkręcił,
                                                    cooo ?!!! - i zaraz po tym zachęcającym wstępie Kasperkowa weszła na wyższe i
                                                    bardziej złowrogie obroty używając okrągłych zwrotów, których to niecnych
                                                    wyrażen, z powodu szacunku jakim darzymy naszych szanownych czytelników,
                                                    przytaczać tutaj nie wypada. Wspomnieć należy jednakowoż iż życie człowieka na
                                                    tym padole porównać można do długiego i ciemnego tunelu. Na nic blade światło
                                                    rozwieszonych co kilkaset kroków elektrycznych lamp. Czym głębiej i dalej tym
                                                    większy mrok i bałaguła. Nic tylko wiać gdzie pieprz rośnie, lub gdzie
                                                    macierzanka piaskowa niewielkimi półkrzewami,na suchych wzgórzach i polanach
                                                    tworząc gęste darnie,do spoczynku zaprasza...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.11.06, 11:01
                                                    I tak też Fela niezwłocznie uczynił. Uciekał gdzie pieprz i cytryna dojrzewa,
                                                    dzięcielina pała, a gryka jak śnieg biała (choć wszyscy wiedzą, że różowa...).
                                                    Może określenie "niezwłocznie" użyte zostało zbyt optymistycznie - wydobyć się
                                                    z gipsowej ścianki nie jest łatwo, a zrobić to nie czyniąc hałasu jest prawie
                                                    niemożliwe. Fela czynił co mógł, ale zanim uwolnił nieobutą, spowitą jedynie w
                                                    białą pończoszkę stopę (Nr 46), trochę okruchów posypało się na dębowa podłogę
                                                    klatki schodowej, czyniąc przy tym nieznośny rumor. (Czyżby mu się tylko
                                                    zdawało, czy Kasperkowa na pożegnanie rzuciła: - Bujaj się Fela?).
                                                    Nareszcie wolny i szczęśliwy poszybował do znanego juz sobie mieszkania i nie
                                                    odpowiadając na zdumione okrzyki nie swojej rodziny: - Ależ ciociu! Co też
                                                    ciocia? - jednym susem skoczył do bezpiecznej szafy. Zatrzasnął energicznie
                                                    drzwi za sobą i już zaglądał ciekawie, czy też w lesie coś się zmieniło. Las,
                                                    jak zwykle, szumiał kojąco.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.11.06, 21:49
                                                    W lesie po staremu zostało. Jedynie niedźwiedź wtoczył się na polanę otoczoną
                                                    strzelistymi sosnami. Zwierz rozejrzał się leniwie i nie zwęszywszy niczego
                                                    ciekawego spoczął oparty o pień wiekowego drzewa. Po chwili zainteresowało go
                                                    sporych rozmiarów kopisko wybudowane ciężką pracą licznej braci mrówczej.
                                                    Niedźwiedź chwycił patyczek sosnowy i zaczął nim grzebać w mrowisku wydłubując
                                                    w niem dołki i korytarzyki. Taka bezmyślna zabawa pozbawiona jakiegokolwiek
                                                    celu a tem bardziej sensu. Nagle z gęstwiny głogowych krzewów wyskoczył sporych
                                                    rozmiarów i szarym futrem okryty wilk. Dał susa w stronę niedźwiedzia,
                                                    przysiadł obok niego na tylnych lapach i zawył głośno przeszywając leśną ciszę
                                                    przenikliwym wyjcem.
                                                    - Już czas - zaczął wilk, - trzeba wyrwać Kupidłowskiej szkatułkę. CZARNY się
                                                    niecierpliwy. Zbierz wszystkich Pogromców i wyrusz do walki.
                                                    - Ale to potrwa - odparł leniwie niedźwiedź.
                                                    - Musimy mieć klucz. Na dnie duszy Kupidłowskiej jest szkatułka z ukrytym w
                                                    niej kluczem. Znajdź ją i ubij. To rozkaz Czarnego. Bez klucza nie możemy
                                                    rozpocząć ostatecznego rozwiązania...
                                                  • pan-cerfaust Re: Przygody pogłębione 14.11.06, 22:07
                                                    Warto by, - giętką myślą wymyślił Fela - wezwać na pomoc wszystkie Kopszmatki,
                                                    Wronozdrzały, Szczurokłapy, i innych podziemnych przyjaciół...
                                                    Aż Felą groźnie zatrzęsło na myśl samą o grożącym wróżce Kupiodłowskiej
                                                    niebezpieczeństwie.
                                                    - A może by ciocia wyszła z jamnikiem na spacer - zalotnie ktoś zaproponawał z
                                                    drugiej strony szafy i zaraz zapytał: - długo jeszcze ciocia będzie w tej
                                                    szafie siedzieć?
                                                  • pan-cerfaust Re: Przygody pogłębione 14.11.06, 22:27
                                                    (Kropidłowska a nie Kupidłowska: za tę niezamierzoną a niewybaczalną pomyłkę z
                                                    głębi serca serdecznie przepraszam)
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.11.06, 10:08
                                                    Fela wysunął z szafy urękawiczoną dłoń i machnął do nie-rodziny niecierpliwie -
                                                    Jeszcze chwileczkę!
                                                    Tymczasem nieświadoma niczego Kropidłowska - pstryk! - pojawiła się w szafie.
                                                    - Przepraszam, a co pani tu... - zagaiła nieco skonfundowana.
                                                    - Paaanie Nadczesławie! A ładnie to tak bez pytania cudze łaszki mierzyć?
                                                    - Feee. Fe! Fe! Fe! - każdemu fe towarzyszyło całkiem zdrowe grzmotnięcie
                                                    parasolką. Fela błyskawicznie oprzytomniał i, z przepraszającym uśmiechem, tak
                                                    szybko, na ile pozwalała mu rozwścieczona parasolka, pozbywał się nie swojej
                                                    garderoby. Po chwili goły jak święty turecki stanął skruszony przed swą
                                                    gospodynią.
                                                    - O, tak znacznie lepiej - klasnęła w rączki Kropidłowska i zakrzątnęła się za
                                                    jakimś odzieniem dla drżącego Nadczesława.
                                                    Nie spieszyło jej się. Oj, nie: co i raz wyciągała z czeluści szafy nowe
                                                    stroje, ale rzucając uważne spojrzenia to na szatę, to na golasa, kręciła głową
                                                    z dezaprobatą (czyżby jednak dawało się dostrzec na jej twarzy, kpiący, pełen
                                                    satysfakcji uśmieszek?)
                                                    - To za małe! To? Zbyt rzucające się w oczy... Za swobodne, niemodne.
                                                    Kropidłowska tak zmęczyła się poszukiwaniami, że przysiadła na dnie szafy,
                                                    podparła brodę jedna ręką i kontynuowała:
                                                    - Może to? Paczka dla Czarnego Łabędzia? Pan tak lubisz damskie stroje?
                                                    Nadczesław spiekł raka (ten wycofał się do bajora zdegustowany).
                                                    - To była wyjątkowa sytuacja. Widzi pani, dobrodziejka - instynkt mnie opuscił.
                                                    Na zawsze. - pokręcił głową ze smutkiem.
                                                    - W takim razie nie mamy wyboru - została już tylko czapka niewidka.
                                                    - Czesław z wdzięcznością złapał rzuconą mu czapkę i skwapliwie wcisnął ją na
                                                    głowę.
                                                    - Hola, hola drogi panie - wróżka pospiesznie zerwała się zpodłogi.
                                                    - Czapka będzie na specjalne okazje - teraz proponuję panu pelerynę.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.06, 08:42
                                                    Peleryna pasowała jak ulał. Wzruszony Nadczesław sięgnął pamięcią swoją do
                                                    czasów gdy w małej pelerynce spieszył do szkoły prowadzony za rękę przez babcię
                                                    swoją, Ulę Ł. Ulał z oczu łzę na wspomnienie tamtych odległych czasów i
                                                    starając się ukryć wzruszenie przed zdziwioną nieco jego emocjami Kropidłowską,
                                                    okryty peleryną, przeskoczył z szafy w gęstwinę badyli leszczynowych
                                                    oddzielojących polankę leśną od ściany młodych chojaków świerkowych.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.06, 18:32
                                                    Początkowo zaplątał się w badyle, ale po chwili dał rączego susa na polanę i,
                                                    na oczach zdumionej Kropidłowskiej, zacukanego wilka i ogłupiałego
                                                    niedźwiedzia, ruszył w tany. Rozpostarłszy pelerynę udawał nietoperza - śmigał
                                                    wśród jałowców, co i raz kłapiąc zębami, aby porwać tłustą muchę w locie
                                                    (ważkami też nie gardził). Wykonawszy zgrabnego pirueta pochylił się wdzięcznie
                                                    i wysunąwszy do przodu ramiona trzepotał nimi z gracją, by za moment zalotnie
                                                    zakrywszy twarz rąbkiem peleryny, posłać publiczności całuska końcami palców.
                                                    Wzdychał, krążył, wzbijał się ponad mrowiskami w szpagatowych skokach, klaskał
                                                    w dłonie tuż nad uszami zaskoczonych widzów, chichotał i śmigał jak jaskółka.
                                                    Aż padł. Pod dębem. I zachrapał donośnie.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.06, 20:41
                                                    - Raz, raz, dwa, dwa, raz, raz, dwa - wsłuchiwał się w nieregularne chrapanie
                                                    Nadczesława niedźwiedź - no tak, dziwne, on chrapie alfabetem morsa.
                                                    - I co? - zapytał wilk, udając że rozumie o co tutaj chodzi, lecz lekko
                                                    wyszczerzone zęby i nieregularnie opadła lewa, dolna warga, zdradzały, że jego
                                                    zdolności poznawcze właśnie osiągnęły swój kres.
                                                    - Zaraz, zaraz, - natężał słuch niedźwiedź, - to jakiś szyfr: pod - ejź do dru-
                                                    giej ści - any ty pod ucho szar - pa - ny...
                                                    - To o mnie, - zaniepokoił się wilk i nerwowo zastrzygłszy uszami przybrał
                                                    postawę obronną.
                                                    - Nie, spokojnie, - zirytował się niedźwieź, - to chyba mi pasuje do czegoś
                                                    innego. To jest myśl! Mamy ukraść Kropidłowskiej duszę ze szkatułką, prawda?
                                                    Więc my ją pod ścianę i wyciągniemy jej duszę przez ucho...
                                                    - Też coś, - warknął wilk, - ona ma nam oddać duszę z własnej woli, że tak
                                                    powiem dobrowolnie, bez przymusu musi przejść na stronę Czarnego Łabędzia. I to
                                                    jest właśnie cała sztuka, żeby ona tego zapragnęła...
                                                  • Gość: hocho Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 17.11.06, 06:44
                                                    (I nie wódź na pokuszenie...)
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.11.06, 13:34
                                                    Ba! Ale jak zmusić wróżkę do dobrowolnego oddania duszy, szkatułki i klucza?
                                                    Niedźwiedź w zamyśleniu ssał łapę, szukał inspiracji wśród leniwie sunących po
                                                    niebie obłoków, czochrał się odrzewo, potem o drugie i nic! Wilk, nie chcąc być
                                                    gorszym, posiedział chwilę, podrapał się za uchem, położył pysk na łapach,
                                                    wywrócił się na grzbiet i... nic. - A może tak pojemy wilczych jagód? -
                                                    zaproponował wilk nieśmiało. - No, masz! - niedźwiedź plasnął się łapą w
                                                    czoło. - Trzeba tak było od razu. Wiadomo - wilcze jagody dają wizje!
                                                    - Tylko gdzie ich szukać? - zatroskał sie wilk.
                                                    - Zaraz - mruknął niedźwiedź uspokajająco. Stanął na dwóch łapach, oparł się o
                                                    pień sosny i sięgnął do dziupli. Wyciągnął stamtąd za ogon rozwścieczoną
                                                    wiewiórkę. - Gadaj mi tu ruda, gdzie znajdziemy wilcze jagody?! - ryknął.
                                                    Wiewiórka wiła się i skręcała - Nad bajorem, gdzie raki zimują, koło omszałego
                                                    głazu rośnie krzak - zasyczała i dziabnęła niedźwiedzia w nos. - A najedzcie
                                                    się do syta i żebyście pękli! - wrzasnęła osowbodziwszy się z niedźwiedziej
                                                    łapy.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.11.06, 22:24
                                                    Gdzie zatem sęk w całym tym pomyśle? Prawdopodobnie zaistniała sytuacja objawia
                                                    się nam raczej tylko na poziomie deklaratywnym. Czynu brakuje, a słów zbyt
                                                    wiele. Nadczesław zasnął i już przez fakt ten wziąć nie może udziału w jednym z
                                                    najważniejszych i decydujących wydarzeń naszej śpiewogry. Rekwizyty - zazwyczaj
                                                    tak pomocne, w rozprzestrzenianiu się akcji niczym mgła za pomocą wiatru, po
                                                    zasiółkach, parowach, polach i dolinnych - teraz tylko przez słabej kondycji
                                                    szafę dębową reprezentowane, jak gdyby skurczyły się w niemożności udźwignięcia
                                                    na sobie ciężaru akcji. Bo i cóż taka szafa sama może? Jak długo ma
                                                    koncentrować na sobie uwagę i podtrzymywać naszą ciekawość samym tylko
                                                    przetrzymywaniem w sobie przez dłuższe momenty drugoplanowych bohaterów?
                                                    Kropidłowska w szafie już wyczerpała swój limit nieprawdopodobieństwa podobnie
                                                    jak nasi zwierzeństwo reprezentujący mili lecz niezbyt pojętni karykaturalni
                                                    statyści: niedźwiedź i wilk... Czynu nam trzeba.
                                                  • Gość: hocho Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 19.11.06, 22:35
                                                    Nie chwytaj się fantazji jak rzep psiego ogonu. Bo i co to da? A rekwizyty? I
                                                    co z tego, że sama szafa pod gołym niebem w lesie stoi. Czy niebo musi swoją
                                                    goliznę większą ilością niepotrzebnych gratów okrywać. Nie, wykluczone. Niebo
                                                    stać na odkrycie przed nami wszystkich swoich wdzięków. I czy ktoś z tego
                                                    powodu sromotę ponosi? Nie, przenigdy. Zatem widzisz, to co piękne, nie
                                                    potrzebuje nadmiernej liczby przyimków, przydawek i większej liczby wszelkiej
                                                    maści jakichkolwiek "dawek". Piękno broni się samo i niech tak zostanie, ze
                                                    śpiącym w jego tle nietoperzem Nadczesławem.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.11.06, 22:51
                                                    Piękna się w tym też dopatruję... Nietoperz na mchu rozciągnięty w pozie
                                                    zarezerwowanej dotąd wyłącznie dla samych bohaterów narodowych. Rozumiem
                                                    dramatyzm sytuacji. Ale żeby od razu mi tu z przyimkami i przydawkami
                                                    wyjeżdżać! Skuś baba na dziada!!
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.06, 11:06
                                                    (A chętnie skuszę, chętnie jakem baba)
                                                    Wilk i niedźwiedź - dwa niezastąpione schwarzcharaktery ruszyły na poszukiwanie
                                                    halucynogennych jagódek, zaś Nadczesław wyspał się i wstał. Usłyszał wszak
                                                    Głos, który nakazywał mu "do czynów ruszać!". Jak wstał tak siadł, zastydzony,
                                                    bowiem wspomnienia nietoperzowego tańca, jak natrętne muchy, gryzły go w kostki
                                                    i jazgotały w uszach, skwiercząc jadowicie: - Zzzeemsssta Niiietoperza!
                                                    Ooo biedny, biedny Nadczesław: skarcony przez Głos, zmuszony do działania stał
                                                    na środku polany niczym rozdarta sosna - z jednej strony jak najszybciej chciał
                                                    się pozbyć wrednej peleryny - przyczyny jego zasromania, z drugiej zaś
                                                    wiedział, że przyzwoite ubranie tylko w szafie znaleźć może. Najchętniej wiałby
                                                    na oślep, ale wiedział (skąd?!), że jest obserwowany i za nic nie zdoła się
                                                    ukryć przed cenzurą. Rozważywszy raz jeszcze swoje ograniczenia, postanowił, że
                                                    raz jeszcze zwróci się o pomoc do Kropidłowskiej, a ta...
                                                    - Proszę mój bohaterze - oto strój leśny - zielony, łaciaty, dla wrogów
                                                    nieedostregalny, tu masz niewidkę, a teraz ruszaj prędko po niedźwiedzich
                                                    śladach, zanim będzie za późno! - Kropidłowska nie dość, ze błyskawicznie
                                                    pomogła mu się ubrać, to bez wahania pchnęła go na właściwą leśną dróżkę, nie
                                                    dając mu szansy na dalsze rozmyślania.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.11.06, 22:10
                                                    Stąpał ostrożnie, nie stępa, ani nawet kłusa, ale chodzonego, to raz w lewo,
                                                    potem w tyl i wielki krok do przodu. Potem kicek w bok i przysiad pod krzewem
                                                    by nasłuchiwać. Żaden dźwięk nie uleciał jego uwadze, cha, nawet nie mógł
                                                    ulecieć, lecz przefiltrowany przez zaostrzony na brzytwę słuch, był
                                                    przechowywany w pamięci i rozkładany na niemożliwie największą ilość składowych
                                                    harmonicznych, a następnie normalizowany i porównywany do dźwięku podstawowego,
                                                    czyli najbardziej pierwotnego mruknięcia, chrapnięcia lub zaświstu. Dżwiękowe
                                                    ślady spiskowców doprowadził Nadczesława do wniosku, że szykuje się coś od
                                                    ubiegłego czerwca, lecz jednak wyszykować się nie może. Zresztą, jak wieść
                                                    niesie, Czarny Łabądź nie należał do zbyt zorganizowanych i zawsze nie mógł
                                                    zdążyć na czas. "W tym nasza nadzieja - pomyślał nasz bohater". I zaraz potem
                                                    znowu zamienił się w słuch.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.11.06, 09:42
                                                    Zamieniony w słuch żadną miarą nie mógł patrzeć, toteż przeoczył dość
                                                    obrzydliwą żabę, co nie tylko wyglądała na niemytą od nowości to jeszcze
                                                    sprawiała wrażenie wysmarowanej smołą i wytarzanej w pierzu. Paskuda, siedząc
                                                    na środku ścieżki, w zamyśleniu dłubała w nosie. Gdy tak stąpał i kickał,
                                                    zajęty jednocześnie nadsłuchiwaniem, ani się spostrzegł jak żabę nadepnął (w/w
                                                    wydała przy tym dźwięk zbliżony do "Pflupffff..."). Grunt był grząski, żaba
                                                    byle jakich rozmiarów - Nadczesław akurat ten dźwiek całkowicie zignorował i
                                                    pomaszerował dalej. Tymczasem agentka leśnego kontrwywiadu - Sroka Białoboka,
                                                    wykonując rutynowy lot patrolowy nad scieżką, dostrzegła coś, co na chwilę
                                                    postawiło dęba jej wszystkie pióra. Oto na dróżce leżał zewłok marny - ot kupka
                                                    pierza, jakaś galaretka, lecz dla wtajemniczonych oznaczao to jedno: - Alarm!
                                                    Alarrrm! - zaskrzeczała sroka szyfrem. Czarny Łabędź nie żyje! Powtarzam:
                                                    Zamordowano Czarnego Łabędzia!
                                                    Nadczesław zadarł w górę głowę i popatrzył na lecącą srokę z niesmakiem:
                                                    - Rozdarciuch jeden - ślady mi zagłusza!
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.11.06, 09:34
                                                    Straszna sprawa...Tymczasem wieść o nieszczęściu jakie spotkało Czarnego
                                                    Łabędzia rozniosła się lufthansem (czytaj: lotem) błyskawicy. Zresztą nie mogło
                                                    być inaczej. Czarny miał już swoją pozycję wśród leśnej społeczności
                                                    zwierzeństwa. Próbował już od dawna uniezależnić się od Państwowej Dyrekcji
                                                    Parków Krajobrazowych, Rezerwatów i Miejsc Widokowych. Walczył z nią na
                                                    wszelkie sposoby, najpierw śląc petycje i zażalenia, demaskując w nich sposób w
                                                    jaki ograniczane są prawa mieszkańców lasów do swobodnego dysponowania
                                                    naturalnymi zasobami leśnymi. Gdy to nie odniosło efektu, Czarny przeszedł do
                                                    walki partyzanckiej. Stworzył oddział zaufanych, na wszystko gotowych, wiernych
                                                    sobie królików, dowodzonych przez bezwzględnego wilka, i przy ich pomocy
                                                    nadgryzał na wszelkie sposoby reputację szanownej, wspomnianej wyżej,
                                                    państwowej instytucji.
                                                  • immanuela Re: Przygody pogłębione 22.11.06, 10:10
                                                    Nadgryziona na wszelkie sposoby reputacja szanownej, wspomnianej wyżej
                                                    instytucji, Państwowej Dyrekcji Parków Krajobrazowych, Rezerwatów i Miejsc
                                                    Widokowych, zaczęła chwiać się w posadach. Chwiała się i chwiała, aż wreszcie
                                                    runęła z wielkim hukiem. Rzesze obudzonych hałasem, wiernych Czarnemu Łabędziowi
                                                    królików podniosły słuchy do góry, stanęły słupka, pomerdały omykami, i pod
                                                    wodzą wilka, gotowe na wszystko, ruszyły za Nadczesławem, z niechybnym zamiarem
                                                    pomszczenia swego Wodza.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.11.06, 10:52
                                                    Tymczsem nieświadomi niczego wilk z zają..., z niedźwiedziem leźli dalej w
                                                    kierunku obiecanych wilczych jagód.
                                                    - Są. - wymamrotał skonany niedźwiedź. - Ty nazrywaj bo ja już nie mam siły. -
                                                    rzekł i chlapnął się na boczek. Wilk niezadowolony, ale przecież z
                                                    niedźwiedziami się nie dyskutuje, poczłapał do pobliskich krzaków i, z
                                                    ociąganiem, nazrywał garstkę jagód. Wszystkie ponabijał sobie na pazury, bo jak
                                                    niby miał je trzymać? Potem chwiejąc się na dwóch łapach doszlusował do
                                                    niedźwiedzia: - Masz!
                                                    Niedźwiedź nie bez obrzydzenia oblizał wilcze pazury i zagrzmiał: - Kpiny sobie
                                                    urządzasz?! Zaraz ruszaj po jakis porządny liść łopianowy i do niego zrywaj, bo
                                                    jak nie - będziesz się bez ogona z kumotrami witał!!! Wilk, odzyskawszy
                                                    motywację, bezzwłocznie wyszarpał wielki liść łopianowy i niczym szwedzka
                                                    jagodziarka zrywał jagody tylko w oczach migało. Napełniwszy liść po brzegi z
                                                    ukłonem podał go niedźwiedziowi. Po chwili obaj, bez pośpiechu, częstowali się
                                                    jagodami. Las falował, szumiał, posykiwał, błyskał kolorami, to plasnął, to
                                                    piachem zakurzył. Jakoś dziwnie się zrobiło,toteż oba burasy nic a nic nie
                                                    zdumiały się na widok nieprzebranego stada królików, które wiwatując
                                                    przepłynęło obok szeroką rzeką unosząc Nadczesława i swego wilczego wodza.
                                                  • immanuela Re: Przygody pogłębione 22.11.06, 12:39
                                                    I oto wydarzyła się rzecz straszna. Najstarszy z królików, Sir Rabbit Bags III,
                                                    uczony w piśmie, wyjął z kieszeni szynela podszytego tchórzem rulon, rozwinął go
                                                    i zaczął czytać:
                                                    Za rażące nadużycia, za posiadanie puszki szprotek, za puszczenie w niepamięć
                                                    włóczkowego szala Trusii, za wdeptanie w ziemię Czarnego Łabędzia skazuje się
                                                    obecnego tu Nadczesława na śmierć przez schrupanie. Wyrok wykonać natychmiast!
                                                    podpisano
                                                    Krewni i Znajomi Królika.

                                                    Nadczesław jęknął cicho. Obnażone siekacze królików błyszczały przerażająco...
                                                  • Gość: hocho Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 23.11.06, 07:10
                                                    Czy ma się polać krew? I dlaczego? Czy zasłużył Nadczesław na to aby skończyć
                                                    swój żywot w roli marchewki schrupanej na śniadanie przez obłędne króliki? Nie,
                                                    i jeszcze raz nie... Szkoda takiego bohatera. Szkoda tylu lat pielęgnowania
                                                    tego skromnego wątku. Proszę zatem o bardziej wyrozumiałe podejście do
                                                    problemu.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.06, 15:07
                                                    Nadczesław jęknął cicho: - To były sardynki...
                                                    - Milczeć! - pisnął dyszkantem wilk przywódca. Wyrok zostanie wykonany w trybie
                                                    natychmiastowym! Króliki zafalowały, zazgrzytały, a jeden... to zbyt
                                                    straszne... podstępnie nasikał Nadczesławowi w oko!
                                                    Bohater skulił się i, w kieszeni leśnego ubrania, namacał czapkę. - Niewidko ty
                                                    moja! - wrzasnął w myślach i wcisnął to cudo na głowę.
                                                    - Zarrraz! - huknęło coś basem tuż nad niewdzialnym uchem Nadczesława! - Jeniec
                                                    ucieka! Przeformować szyki. Szable w dłoń! niosło się po lesie. (Z tymi
                                                    szablami to była czysta przesada, ileż bowiem dzików mogły pokonać i pozbawić
                                                    uzębienia takie marne króliki?)
                                                    Na te wrzaski na polanę wtoczyły się burasy dwa. - Patrz wilku - czknął
                                                    większy - króliczki do zabawy!
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.11.06, 09:45
                                                    Scen na polanie, które się zaraz potem rozegrały, nie można podsumować inaczej,
                                                    jak posługując się przyśpiewką starożytnego biznatyjskiego folozofa,
                                                    Gartofel'a: " Baran ma rogi, a zając nogi."
                                                    Jednak Nadczesław był już daleko. Z naciśniętą na uszy czapką niewidką wiatr
                                                    unosił go coraz wyżej i wyżej, aż znalazł się w strefach wysokich, które
                                                    zamieszkiwały istoty pozbawione przyziemnych zmartwień i problemów. Ale o tym
                                                    opowie wam już Trusiaa pod rękę z Kropidłowską.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.11.06, 16:21
                                                    (cwaniutki... :) , przemyślę rzecz całą i napiszę pojutrze)
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.11.06, 10:48
                                                    Strefy wysokie nie były tak puste i sielankowe, jakby się mogło, na pozór,
                                                    wydawać. Gromadziły się tu wszystkie przyszłe wydarzenia oraz przeszłe sprawy,
                                                    które pozostały nierozwiązanymi zagadkami. Toteż im wyżej szybował Nadczesław,
                                                    tym gorzej się działo: wokół niego płynęły mgliste postaci i półprzejrzyste
                                                    przedmioty - a to Latający Holender, a to blade ofiary klątwy faraona. Wśród
                                                    nich snuły się zwoje z biblioteki Aleksandryjskiej, zaś skarby Bursztynowej
                                                    komnaty smużyły się miodowym blaskiem. Cały ten tłum ginął w chaosie radiowych,
                                                    telefonicznych i telewizyjnych sygnałów, które falowały i błyskały wokół
                                                    oszołomionego całkowicie Nadczesława.
                                                    - Trafiłem do otchłani rozpaczy! Nie ma dla mnie ratunku.- Nadczesław poddał
                                                    się rytmowi fal i kołysał się obojętny na wszystko, pogodzony z losem: z
                                                    Wiecznością nie ma żartów.
                                                    Lecz oto światełko błyska w tyglu beznadziei... Radosny promień przecina mgłę i
                                                    oświetla zwiędniętego Nadczesława! I głosik zalotny, nieco piskliwy,
                                                    obwieszcza: - A, tu mi się kawaler schował! Ależ się pana naszukałam, a tam
                                                    szarlotka stygnie!
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.12.06, 09:44
                                                    - A TAM SZARLOTKA stygnie...
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.12.06, 11:00
                                                    Przywołany z wieczności Naczesław wyciagnął dłoń po największy kawałek
                                                    antonówkowego przysmaku. Jadł z wyraźnym zadowoleniem rozsypując okruszki wokół
                                                    orbity okołoziemskiej fundując w ten sposób kilkaset nowych ciał niebieskich.
                                                    Weszły one natychmiast na orbitę okołoziemską rozświatlając głęboka noc
                                                    migotliwym blaskiem odbitego śwaiatła. O północy na Mazowszu nagle zrobiło się
                                                    jasno jak w samo południe letniego dnia. Maryna własnie rozmarzona wygladała
                                                    przez okno...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.12.06, 14:02
                                                    Na parapecie rozłożyła, dla wgody, haftowaną puchową poduszkę i na niej oparła
                                                    łokcie i swój obfity, ledwie mieszczący się w plisowanym dekolcie koszuli,
                                                    biust. Mimo, że noc była mroźna i śnieżna, Maryna rozmarzała się na całego
                                                    wpółleżąc w otwartym oknie. Traf chciał, że drogą wracał (z Pasterki?)z
                                                    gospody! Maciej, Kowaluków syn. Otóż zerknął on z przyzwyczajenia na, zamknięte
                                                    zwykle o tej porze, okienko Maryny i jak go nie porazi widok w utajeniu
                                                    kwitnących tych dwóch, unisono dyszących jak ona cała w domysłach i mgle.
                                                    Ależ go wzięło! Chłopisko zagapił się i jak nie gruchnie na oblodzoną drogę...
                                                    Leżący na plecach, z wolna tracący przytomność Maciej w ostatnim przebłysku
                                                    świadomości najpierw ujrzał nad sobą rój migocących gwiazd (okruszków?!),
                                                    a potem anioła sfruwającego wprost z nieba. Ten wielki mężczyzna w zielonym
                                                    ubraniu wreszczał coś, ale sensu słów Maciej już nie zrozumiał.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.01.07, 23:03
                                                    Bo i nijak zrozumieć by tego nie mógł i sam Anjsztajn lub jak mu tam. Wrzask ów
                                                    nie był wyrazem - za przeproszeniem - samego zainteresowanego, ale ciągnął on
                                                    się był za owym zielonym jak smród za wojskiem. I nijak się nie mógł od niego
                                                    opędzić, chodź spadał jak mógł najgwałtowniej. Czym był ów wrzask, lub kim
                                                    nawet, nikt tego ni wie, jeno chyba w zaświatach taką wiedzę posiąść można albo
                                                    i nawet nie. Jeno mignęło Maciejowi przed oczywa coś rozczuchranego i kosmatego
                                                    i jak był tak leżał nierychliwie tak zasnęło mu się na amen. A taki był chłop
                                                    dobry i pracowity, że go wszystkie ludzie chwaliły. No ale nic, co komu pisane
                                                    to i odpisać nawet za świętym przyzwoleniem się nie da.
                                                  • Gość: Pan Cerfaust Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 15.01.07, 10:44
                                                    Żę co? Kuchnia felek, - sam był chciał wiedzieć i takie pytania kręcą mi się po
                                                    głowie. Ale w tym wypadku jest to pytanie o sens ostateczny istnienia - pytanie
                                                    którym wybałuszyła swe oczy widząc przelatujacego Nadczesława Maryna.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.01.07, 10:54
                                                    Toteż nijak uniknąć mu się, spadającego ze sfer niebieskich, Nadczesława nie
                                                    udało. A może to i lepiej, bo dzięki temu Bohater nasz padł miękko wprost w
                                                    objęcia okutanego w kożuch Macieja, wrzaski okazały się niepotrzebne: lądowało
                                                    mu się miękko nad podziw. Maciejowi też na dobre wyszło, gdyż jego wymarzona
                                                    bogdanka, widząc co się święci, bez okno, bez płot przeskoczyła jak Inflacja
                                                    (dziedzica koza ) i rzuciwszy się na kolana okładała przerażonego Nadczesia
                                                    kułakami, piszcząc przy tym wniebogłosy: - Puszczaj Macieja, mój ci jest!!! W
                                                    całym tym zamęcie nikt nie zwracał uwagi na zniecierpliwioną damską postać,
                                                    przystrojoną w szale, pelisy, peleryny, mitenki i princeski. Kropidłowska
                                                    najpierw z zainteresowaniem, potem z rosnącym znużeniem obserwowała całą scenę.
                                                    Teraz z nudów oglądała swoje wymanikiurowane paznokcie i w irytacji
                                                    przytupywała wysokim bucikiem. - I któżby pomyślał, ze heros da się lać byle
                                                    podkuchennej. Co za wstyd! - wzdychała wznosząc oczy do nieba. W końcu wsunęła
                                                    dwa palce do ust i gwizdnęła ogłuszająco.
                                                  • Gość: Pan Cerfaust Re: Przygody pogłębione IP: *.chello.pl 16.01.07, 09:52
                                                    A to co? - pomyslał Nadczesław gramoląc się z Macieja i starając się stanąć na
                                                    jednaj nodze. Drugiej nie czuł, tak samo jak nie wiedział gdzie teraz jest i
                                                    co, na przykład, robi w jego kieszeni szynela, dużych rozmiarów wędzona
                                                    makrela. Poprawił szal , który wisiał mu u gardła, obciągnął mankiety,
                                                    wygładził czuprynę, przylizał grzywę spadającą mu na oczy,zapiął guzik, oderwał
                                                    jakąś tasiemkę zwisającą z rękawa, otrzepał poły marynarki z kurzu - ale i tak
                                                    nie mógł zrozumieć dlaczego to wszystko robi. Nie mógł odnaleźć powodu dla
                                                    którego wykonuje te wszystkie bezmyślne - jego zdaniem - czynności. Zamyślił
                                                    się i nagle jego wzrok skrzyżował się z piorunującym spojrzeniem
                                                    Kropidłowskiej. Nagle zagrzmiało gdzieś niedaleko, niebo się zachmurzyło,
                                                    ciężkie chmuru zaczęły przykrywać niebo i po chwili pierwsze krople deszczu
                                                    zaczęły bębnić o wielgaśne liście łopianu rosnącego tuż obok, w zagłębienaich
                                                    przydrożnego rowu.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.01.07, 12:11
                                                    I to już dziwnym się Nadczesławowi zdało, bo jak dotąd wszystko wskazywało, że
                                                    była sroga zima. Patrzył więc nasz Bohater z opadnięta szczęką na ulewę, co
                                                    moczyła po kolei łopiany, drogę, Macieja i Marynę (widok tej ostatniej
                                                    zwłaszcza był wielce osobliwy, bowiem w zasadzie ubrana baba, w strugach wody
                                                    coraz golszą się wydawała). Po chwili deszcz przybrał na sile i wzburzone
                                                    odmęty porwały wszystko: zahuczało, zaszumiało i oto na słonecznej, leśnej
                                                    ścieżce stał sobie Nadczesław z wielce zaaferowaną Kropidłowską u boku.
                                                    - No, pana to tylko po śmierć posłać! - wycedziła przez zęby. - Jak tak dalej
                                                    pójdzie, to nie herbatką, ale musztrą wojskową pana potraktuję!
                                                    - Musztraaaa... - w ogłupiałych oczach Nadczesława pojawił się błysk
                                                    zrozumienia, a fala błogości spłynęła na niego.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.01.07, 21:58
                                                    Tymczasem Maryna z Maciejem przeskakując zlewiska zniknęli pośród wiejskich
                                                    zabudowań... Teraz z konieczności, podyktowanej brakiem wyboru, należy ożywić i
                                                    poderwać do akcji naszych pozostałych nam jedynie dwojga bohaterów. Niechaj
                                                    błoga narracja, którą tutaj przygotujemy, zabawia naszych czytelników swoją
                                                    romantyczną niedorzecznością. Zresztą romantyzm stworzonej przez nas sytuacji,
                                                    w jakiej znalazł się Nadczesław stojąc w strugach deszczu, naprzeciw pani
                                                    Kropidłowskiej, jest bez wątpienia zasługą wpajanej nam od wieków wrażliwości
                                                    na los pospolitego człowieka, który stając twarzą w twarz wobec ostatecznych
                                                    wyborów, ma jednocześnie świadomość długu wobec narodu, z którego pochodzi. Z
                                                    tego też powodu Nadczesław nie mógł ani "me", ani "be". Konkludując zatem, mamy
                                                    tutaj przyjemność zaznaczyć, iż bohater nasz przeżywa dylematy moralne, gdyż
                                                    nie jest w stanie porzucić ideałów młodości.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.07, 11:15
                                                    Kropidłowska drgnęła lekko i przechyliła głowę w stronę skąd dochodził szept
                                                    Kukułąwy. Potrząsnęła loczkami z niedowierzaniem i syknęła: - Niedorzeczność.
                                                    Cóż romantycznego być może w przygarnięciu sieroty wojennej, dziecka pułku w
                                                    stanie spoczynku?! To tylko patriotyczny obowiązek. Jako dama-kobieta-wróżka-
                                                    harcerka-czarodziejka nie wahałam się ani przez chwilę. Pomoc nieść, przytulić,
                                                    ukoić, napoić nakarmić - to motto moje kropidłowskie. A amory, ech! Coś tam
                                                    drzewiej się zdarzało, ale o tym sza! Jeszcze ktoś uwierzy?
                                                  • Gość: harnaś Re: Przygody pogłębione IP: *.internetdsl.tpnet.pl 08.02.07, 19:34
                                                    Ja tom ni wiem, aleć na lotajoncych ludziów to jo mom jedno rada: odstrzelić.
                                                  • Gość: kukulą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.03.07, 08:32
                                                    Przytulony Nadczeslaw nie mial czasu nawet na to aby pomyśleć o kierownicy.
                                                    Choć droga byla prosta, wielka dlon Kropidlowskiej glaszczaca go po glowie co
                                                    chwila zaslaniala mu widoczność. I jak tu nie wpaść w klopoty? Nadczeslaw
                                                    instynktownie manewrowal na wirażach swoich rozchwianych uczuć, lecz moment
                                                    katastrofy zbliżal się nieuchronnie wraz z każdym nieoznakowanym skrzyżowaniem,
                                                    że tak wyrazimy się enigmatycznie: drogi podporządkowanej. Czyżby ceną mialaby
                                                    być wolność do nieskrępowanego wyrażanenia siebie samego? "O przenigdy" -
                                                    przemknęlo lotem blyskajacym przez mózgowie naszego bohatera.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.03.07, 11:16
                                                    Gwałtowny skręt - huk, przeraźliwy zgrzyt giętych blach, jeszcze ostatni błysk
                                                    i...!

                                                    Ciemno.

                                                    Ciemno się właśnie robiło gdy Nadczesław, zmęczony całodziennymi
                                                    poszukiwaniami, wlókł się do domu dzierżąc w prawicy upragnioną torebkę liści
                                                    laurowych.
                                                    - Flaczki będą jak nic! - skomentowała zakupy wrona siedząca na pobliskiej
                                                    wierzbie.
                                                  • Gość: kukulą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.07, 09:27
                                                    Skobel wystrzelony z procy przeszyl dźwiękiem zaświstu powietrze i odbil się od
                                                    wroniego dziobu. Sploszony ptak rozpaczliwie zatrzepotal skrzydlami i lotem
                                                    ślizgowym przelecial obok glowy Nadczeslawa wypuszczając po drodze trzymany w
                                                    dziobie skrawek papieru o jasno fioletowym odcieniu.
                                                    - Alem go pstryknąl - zarechotal Kajtek Ferment, maly urwis z
                                                    okolicy,wymachując - dla potwierdzenia swojego sukcesu - dlonią uzbrojoną w
                                                    pokaźnych rozmiarów procę wentylową.
                                                    Tymczasem Nadczeslaw instynktownie chwycil opadający skrawek papieru, rozwinąl
                                                    go i zdumiony odczytal kilka slów zapisanych drżącym pismem w poprzek od lewej
                                                    górnej krawędzi do mniej więcej siódmej - ósmej części licząc od prawego boku.
                                                    "CZEKAM, GDYBYŚ NIE PRZYSZEDL, TO JESTEM U KORNWILOWA" Nadczeslaw zagryzl wargi
                                                    i groźnie wycedzil przez zęby: "Spełniamy nagłe zachcianki i dawne marzenia."

                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.07, 11:46
                                                    - I jeszcze szyfrów mu się zachciało! Nie ma mowy - najpierw obiad, a potem się
                                                    pomyśli.
                                                    Nadczesław, mimo późnej pory, postanowił ugotować flaczki. Zrobione po
                                                    warszawsku, według babcinego przepisu, nęciły zapachem zarówno sąsiadów, którzy
                                                    kładli się na spoczynek po znojnym dniu, jak i okoliczne ptactwo -głównie
                                                    niebieskie, ale wśród ciżby dawało się zauważyć również kanary.
                                                    Całe to towarzystwo tłoczyło się na klatce schodowej, a co odważniejsi amatorzy
                                                    cudzego obiadu wisieli u parapetu kuchennego.
                                                    Nadczesław był nieugięty: najpierw zabarykadował drzwi bieliźniarką, potem
                                                    zatrzasnął i zasłonił okna, następnie - wetkąwszy do uszu watę - począł
                                                    delektować się potrawą, co to wieszcz o nich pisał: "w słowach wydać trudno
                                                    tych flaczków smak przedziwny, kolor i woń cudną".
                                                    Pozornie zajęty jedzeniem Nadczesław bezustannie przeżuwał w myślach treść
                                                    tajemniczej kartki: "...jestem u Kornwilowa". Nagle z całą ostroscią zdał sobie
                                                    sprawę, co to zmyślone nazwisko naprawdę oznaczało: korn - róg, wilowa - ulicy
                                                    Willowej! Tak po prostu - westchnął Nadczesław nieco rozczarowany. Dobrze - sam
                                                    tego chciałeś - idę! Otarł usta lnianą serwetką, odsunął z hałasem krzesło i
                                                    ruszył do drzwi, mijając na korytarzu ostatnich, pozbawionych już nadziei
                                                    maruderów, którzy wdychali chciwie resztki obiadowych aromatów.
                                                    - Do Willowej mam cztery przecznice - dotrę przed północą.
                                                  • Gość: kukulą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.07, 13:31
                                                    Nie dotarl jeszcze do drzwi gdy zaciszę domową zanieczyścilo glośne walenie
                                                    tluczkiem od mięsa w mieszkaniu obok. Jęki, które stamtąd odbiegaly detalicznie
                                                    uskutecznialy, że normalnie spokojne i ukladne malżeństwo Zielńskich odbywa
                                                    swoją tygodniową praktykę niedopasowania charakterów w pewnych ważnych
                                                    kwestiach pożycia malżeńskiego. Zlowrogie okrzyki w towarzystwie dźwięków
                                                    tluczonego fajansu zatrzymaly Nadczeslawa z dlonią na klamce. I szczęście cale
                                                    ponieważ naraz cala malżeńska śpiewogra przeniosla się na klatkę schodową.
                                                    - To ty miglancie niemoralą profanację ojca dzieciom uskuteczniasz, ty mnie
                                                    ostatnie krzeslo na hazard sprzedajesz, - przemowa pani Zielińskiej okraszona
                                                    byla wywijaniem wspomnianym tluczkiem, który kilkakrotnie dosięgną celu w
                                                    postaci ciemienia pana Zielińskiego, który jak do tej pory znosil zniewagi w
                                                    sposób kulturalny i nieuwlaczający kodeksowi karnemu. Jednakowoż jalowa gadka
                                                    jego polowicy po chwili mu się znudzila, więc chwycil ja za plezurę i
                                                    wetknąwszy leb malżonki pomiędzy szczeble schodów wymierzy jej siarczystego
                                                    kopniaka w zadnią częćś postaci - aż zatrzęslo calym domem w posadach i
                                                    fundamentach posypawszy gdzieniegdzie opadajacym tynkiem z sufitów.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.07, 13:47
                                                    - Jeszcze i to - burczał Nadczesław, brnąc po kolana w płatach tynku.
                                                    - Słusznie sąsiad zapodał! Ta szantrapa, co sie za moją małżonkie podaje, nic
                                                    tylko stajnie by naokoło robiła, ale żeby potem posprzatała, to nie! Leć kobito
                                                    po szufelkie, bo nam sie sąsiad na schodach wyłoży.
                                                    Zielińska gulgocząc gniewnie, szarpnęła balustradą raz i drugi, aż coś
                                                    trzasnęło nieprzyjemnie. Po chwili uniosła się na całą swą 157 cm wysokość i, z
                                                    balustradą na szyi, chwiejnie ruszyła w kierunku małżonka. Nadczesław nie miał
                                                    czasu oglądać dalszej części przedstawienia, gdyż aktorzy wystartowali z
                                                    łomotem na wyższe piętra kamienicy.
                                                    - Mam sprawę do załatwienia -przyponiał sobie, to co zapomniał i ruszył w dół
                                                    ulicy oświetlany przez sine światło gazowych latarni.
                                                  • Gość: kukulą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.03.07, 16:17
                                                    Temczasem życie toczylo się swoim naturalnym tokiem. Wlasnie w bramie obok
                                                    grono szanownej publiczności kończylo rozmowę towarzyską umilaną popijaniem
                                                    napojów grubogatunkowych. Już zanosilo się na puentę w postaci wzajemnego
                                                    odbijania pięściami sino-czerwonych ornamenów na twarzach zgromadzonych
                                                    obywateli gdy nagle przenikliwy dźwięk gwizdka posterunkowego wyploszyl cale
                                                    towarzystwo z ich zacisznej kryjówki. Taki miejski folklor. Nadczeslaw skręcil
                                                    w Twardą, gdzie zaczepil go mlodociany widz przechodzących obywateli, prosząc o
                                                    wsparcie w postaci datku na chorego kota. Nadczeslaw machnal tylko od
                                                    niechcenia ręką i nie naruszając swojego kapitalu przyspieszając kroku dotarl
                                                    do przystanku tramwajowego.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.03.07, 10:00
                                                    Właśnie nadjechał zmarznięty tramwaj i zadzwonił nagląco - tak zdesperowany, że
                                                    gotów był odjechać bez pasażerów. Nadczesław jedynie swemu mistrzowskiemu
                                                    refleksowi zawdzięczał, że w biegu udało mu się wskoczyć na platformę. Po
                                                    niewczasie przypomniał sobie, że podróż tramwajem nie ma najmniejszego sensu,
                                                    bo ulica Willowa odpływała właśnie po lewej mrugając ironicznie światłem
                                                    latarni. Nad zdążył jedynie zauważyć postać opatuloną płaszczem, która kuliła
                                                    się w kręgu światła. - Róg Willowej - niech to szlag! - jęknął. Czekaj na
                                                    mnie! - wrzasnął wywieszając się przez okno i machając rozpczliwie rękami.
                                                    Ktoś Spod Latarni wzruszył ramionami i poczłapał w gęstniejącą ciemność.
                                                    - Dokąd pan szanowny życzy bilecik? - zagadnął przypśniały konduktor.
                                                    Nad uniósł brwi: - Ja tylko jeden przystanek...
                                                    - Jadziem na Pragie! - radośnie wyszczerzył się konduktor.
                                                    Tramwaj jakby przyspieszył?
                                                  • Gość: kukulą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.03.07, 11:19
                                                    Rozpędzony tramwaj minąl pierwszy i drugi przystanek. Maszyneria dźwięcznie
                                                    pobrzękiwala a ryk elektrycznego motoru powiększal wrażenie prędkości z jaką
                                                    gnal na Prage tramwaj zjawa. W wagonie oprócz konduktora i Nadczeslawa bylo
                                                    jeszcze dwoje pasażerów. Jakaś obywatelka otulona kapotą w biale lilie, oraz
                                                    jegomość w cyklistówce naciągniętej glęboko na uszy dzierżący w dloni bat
                                                    woźnicy, czyli salata. Nagle salata zamachnąl się dylem z taką wprawą, że bat
                                                    strzelil aż po dwakroć, na co tramwaj poslusznie przyspieszyl klekocząc teraz
                                                    swoją konstrukcją jak zmarzniete kości na golym szkielecie. Oto stalo sie cos
                                                    nagle dziwnego i nieopisanego zarazem. Wagon minąl juz ostatni wlasciwy dla
                                                    niego przystanek i skierowal się drogą w kierunku Ząbek, czyli detalecznie
                                                    stala sie oto rzecz nie do uwierzenia.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.03.07, 15:48
                                                    Bowiem ni stąd ni zowąd tramwaj zamienił się w statek do Młocin. Do Młocin
                                                    statek płynął prychając i sapiąc wesoło, a od czasu do czasu pogwizdując.
                                                    Słońce wyjrzało zza chmur i niewiasta, zręcznym ruchem zsunąwszy z ramion
                                                    kapotę, rozpostarła ją na pokładzie i wystawiła swoje blade i przywiędłe
                                                    wdzięki na działanie promieni UVA i UVB. Salata zarzuciwszy wędkę dalekoooo za
                                                    burtę wpatrywał się w spławik nerwowo przygryzając wąsa.
                                                    Konduktor, teraz w białym uniformie, wydzierał się: - Kooomu lodi? Kooomu lodi?
                                                    Lodilodi dla ochłodi?
                                                    - Ja poproszę. Cztery - słabym głosem odezwał się Nad.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.05.07, 09:05
                                                    Głos był na tyle słaby, że nie wyrządził większych szkód. Jedynie susząca się
                                                    na sznurze, rozciągniętym od mostku kapitańskiego po rufę, bielizna kapitana
                                                    zatrzepotała gwałtownie i porwana podmuchem głosu odfrunęła w stronę lewego
                                                    brzegu Wisły.
                                                    - Cztery, mówisz Pan, czy się przejęzyczyłem, nie dosłyszawszy, - uśmiechnął
                                                    się konduktor, szczerząc się w katastroficznym usmiechu.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.05.07, 22:13
                                                    - Cztery proszę, reszty nie trzeba. Śmietankowe lody na patykach, w zroszonych
                                                    biało-błękitnych papierkach, trafiły do rąk osłabionego upałem Nadczesława.
                                                    Drżąc z emocji próbował je otworzyć. Jak najszybciej. Wszystkie naraz. I byłby
                                                    je spożył i pewnie by mu smakowały. Potem, po bieliźnianym sznurze, dotarłby z
                                                    powrotem do tramwajowej pętli, a jakby mu szczęście dopisało, nawet do rogu
                                                    Willowej i tam odbyłby umówione spotkanie.
                                                    Ale nie: proste ścieżki nie dla Nadczesia słały się we wszystkie strony świata.
                                                    Nie dla niego szmaragdowa murawa wzdłuż tych ścieżek, kojący cień starych drzew
                                                    nad nimi i srebrzysty szmer strumyków, które, gdzieniegdzie ścieżki te
                                                    przecinając, poiły strudzonych wędrowców. Inny los zgoła zgotowała Nadczesiowi
                                                    perfidna (a może bezduszna jedynie?) Fortuna.
                                                    Oto pierwszy lód wyślizguje się z rąk Nadczesława i płynnym łukiem leci wprost
                                                    na obnażony gors niewiasty rozłożonej na liliami upstrzonej kapocie. Oto
                                                    niewiasta unosi się z wolna przybrawszy mninę już to zdumioną, już to marsową.
                                                    Nadczesław zamiera pełen grozy, bowiem na skruchę czasu mu nie starczy. Oto
                                                    kobieton, celnym ciosem, wytrąca mu z rąk pozostałe lody, a te wyrzucone w
                                                    powietrze wirują chwilę na tle błękitnego nieba, aby opaść z cichymi, budzącymi
                                                    dreszcz, plaśnięciami na różowiejącą w słońcu łysinę kapitana. Nadczesław
                                                    otwiera usta do krzyku, lecz oto...
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.05.07, 22:18
                                                    lecz oto...w tym momencie gaśnie światło i zapada się Ciemność. Kapitam
                                                    Ciemność w śmietankowej peruce ze sterczącymi modnie po japońsku patyczkami od
                                                    lodów znalazł sie z całym swoim dobytkiem na samym dnie. Statek osiadł, w
                                                    tumanach kurzu, na mieliźnie wyschłego Zalewu Zegrzyńskiego. Przez osieroconą
                                                    myśl Ciemności przebiegły wszystkie poległe w tym miejscu karpie świąteczne. W
                                                    oku zakręciła sie łza. Ile by dał teraz Ciemność aby znów kołysać się w swoim
                                                    statku Żeglugi Wiślanej na niespokojnych wodach wielkiego jeziora
                                                    podwarszawskiego. Zamiast tego jednak ostał się jeno proch i pył. Kapitan
                                                    przeczesał kieszonkowym grzebieniem perukę, poprawił bluzę, przygładzając
                                                    przylizanie i prężnym krokiem wstąpił na mostek aby przemowić do załogi i
                                                    pasażerów...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.07, 07:37
                                                    Stanął pewnie w lekkim rozkroku, założył ręce z tyłu i pokołysał się chwilę na
                                                    obcasach. Zgromadzeni u jego stóp pasażerowie chciwie wpijali wzrok w usta
                                                    kapitana czekając na orędzie. Najbardziej przyssaną była niewiasta upstrzona
                                                    lodami, która oczekiwała na jedynie słuszny, i korzystny dla siebie, salomonowy
                                                    wyrok Jego Kapitańskiej Wysokości. Kapitan raz jeszcze popatrzył na zebranych,
                                                    nabrał głęboki haust powietrza - ktoś usłużnie podał mu szklankę wody. Kapitan
                                                    z uśmiechem skinął głową w podziękowaniu i napił się. Pił wolno, z namysłem do
                                                    dna. Napięcie wśród pasażerów sięgało zenitu. Jeden z panów z hukiem
                                                    eksplodował. Próżno by szukać jego strzępków wśród ławic ś.p. świątecznych.
                                                    karpi. Ktoś zachichtał nerwowo. (I nie był to Nadczesław, bowiem w oczekiwaniu
                                                    na cios karzącej ręki sprawiedliwości, strusiał i skurczył się w sobie, marząc
                                                    jedynie by o nim zapomniano.)
                                                    Gdy panie mdlejąc osuwały się w ramiona za-stojących, a mężczyźni z nerwów
                                                    wyskubali resztki wąsów, kapitan przemówił:
                                                    - Eeeech! - i, machnąwszy ręką, rzucił się głową naprzód w suche odmęty
                                                    ruchomych piasków.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.07, 11:12
                                                    Po chwili cała osobowość Kapitana pogrążyła się w odmętach dzikiej toni.
                                                    Specjalnie zaznaczamy tutaj tylko osobowość Kapitana, ponieważ jego ciało nadal
                                                    swobodnie kołysało się na złocistych falach suchej wody.
                                                    - Czy nic Panu się nie stało, że tak zapytuję się za przeproszeniem?, - ktoś
                                                    odezwał się czule z pokładu żeglugowca.
                                                    - E tam, - odrzekł Kapitan i zamachał ramionami udając wiosłowanie. Jednak opór
                                                    materii zatrzymał go w dotychczasowym miejscu.
                                                    - Proponuję partię brydża z dziadkiem i babcią, - ktos inny podrzucił zbawczą
                                                    myśl.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.07, 11:35
                                                    I, zanim ktokolwiek z zebranych zdążył zareagować, Nadczesław w przypływie
                                                    nadludzkiej siły i przebiegłości, cisnął do suchej wody dwoje zdezorientowanych
                                                    pasażerów we własnych osobach kobiety z upstrzonymi liliami i lodziarza.
                                                    Przerzuceni natychmiast umościli się wygodnie na wydmie i rozdawszy karty
                                                    oddali się intelektualnej rozrywce.
                                                    Nad nadal kombinował, jakby tu cichcem wymknąć się na róg Willowej.
                                                    Upał narastał.
                                                  • Gość: kukułą Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.07, 21:56
                                                    Narośl upału pokrywała już grubą warstwą większą część rzeczywistości.
                                                    Tymczasem przy ulicy Willowej rozdzwonił się telefon. Czyjaś blado-fioletowa
                                                    dłoń podniosła słuchawkę.
                                                    - Halo, tu Kopaczkova, kto mówi?
                                                    Odpowiedziało długie milczenie, które po chwili przerwało chrząknięcie: - Hym,
                                                    trzeba było wcześniej, bo teraz to już za późno, lub wcale już po wszystkim.
                                                    Nie ma go?
                                                    - Nie ma? - odpowiedziała sucho właścicielka nieświeżej dłoni i odłożyła aparat.

                                                    W tym czasie coś zawisnęło w powietrzu. Było to jakgdyby stężenie jakiejś
                                                    nieokreslonej materii, która przetoczyła się przez mieszkanie, zawadziła o
                                                    salon, bawialnię i utknęła w kuchni przy dużej beczce, w której kisiły się
                                                    ogórki.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Przygody pogłębione IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.05.07, 08:23
                                                    Zwiewna i blada ektoplazma zadrżała wstrząsana spazmami. Otuliła łagodnie
                                                    beczkę i poczęła pulsować, zupełnie jak w rytm oddechu. Nagle eksplodowała w
                                                    głośnym kichnięciem i przpadła bez śladu. No może niezupełnie: ślad był
                                                    pozostał w postaci Nadczesława, który miłośnie beczkę pogłaskał, a za chwilę
                                                    uniósł kamień, który przyciskał duży kamionkowy talerz, który z kolei osłaniał
                                                    i dociskał aromatyczną zawartość beczki. Nadczesław z lubością pogmerał w
                                                    ogórkowym kwasie i wydobył egzemplarz doskonały - złotozielony ogórek nieduży,
                                                    ale jędrny. - Tuś mi bratku! - wyszeptał i z chrzęstem zatopił w nim zęby.
    • Gość: krzysiek Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.tpca-cz.com 01.06.07, 03:53
      kupcie sobie koze
      • Gość: Marek R. Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 80.122.96.* 17.07.07, 13:38
        Po co przepłacać, kupcie sobie norzyczki.
        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.09.07, 21:16
          Tymczasem niebo zaszło ciężkimi chmurami, które zlegly ponurą
          szarością nad całym horyzontem. Jedynie zielony ogórek był
          przyciągającą wzrok dominantą w szaroburym tle. Jednak i on po
          chwili znikł zagryziony przez naszego bohatera, pod kanapkę ze
          szpekiem.
          • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.07, 09:30
            - Ooo, to już przesada! - zaskrzeczała Kopaczkowa wyrywając
            oniemiałemu Nadczesławowi dopiero co nadgryzioną kanapkę z ręki.
            - Ogórka jeszcze daruję, bo wolę małosolne, ale szpek? Szpeeek? Jako
            agent jesteś zobowiązany do zachowania najwyższej sprawności
            fizycznej, diety i przytomności umysłu - wyrecytowała jednym tchem.
            - Ale ta ektoplazma nieźle mi wyszła, optymalny kąt opadania,
            przejrzystość trzeciego stopnia - wyliczał Nad lekko zacukany.
            - A który dzisiaj jest, która godzina? Jesteś spóźniony o dobę.
            Powinni cię zdegradować - westchnęła ciężko i opadła na fotel
            otulając się szlem.
            • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.07, 21:21
              Cień otulonej w szal Kopaczkovej rzucił na ścianę figurę z
              wygarbieniem w kształcie nieforemnego trapezu ze strzemionami jakby
              naprężonymi w ćwiczebnym kłusie. Nagle, opisany powyżej kształt,
              zeskoczył ze swojego miejsca na ścianie i przesmyknąwszy się przez
              fotel z siedząca na nim Kopaczkovą, porzywalił swoim ciężarem
              Nadczesława.
              • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 28.09.07, 08:22
                - Matko Boska!
                • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.07, 08:51
                  Nie czas wzywać świętych, choć echo wołania o pomoc odbiło się po
                  dalekich zakamarkach wszechświata zmuszając dyżurujacego właśnie
                  anioła do wychylenia się poza obręb nieboskłonu i przyjżenia się
                  bliżej scenie walki pomiędzy bliżej nieokreślonym obywatelem
                  wystepujacym pod postacią rzuconego na ścianę cienia a naszym
                  skromnym bohaterem, Naczesławem.
                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.07, 09:28
                    Nieforemny obywatel rósł w oczach. I w barach on rósł (raczej, ze
                    względu na tempo, w barach szybkiej obsługi, ale w mlecznych takoż,
                    bo wapń - wiadomo). Gdy osiągnął wysokość imponującą rzucił
                    ostrzegawcze spojrzenie dyżurnemu aniołowi. Upierzony stróż spłoszył
                    się (dziwne), podkasał oburącz niewygodną mundurową kieckę i ruszył
                    biegiem przez nieboskłon.
                    Teraz olbrzym przeniósł swą uwagę na skromnie rozpłaszczonego na
                    podłodze Nadczesława. Bohater poczuł w tej samej chwili
                    niewytłumaczoną chęć zmiany imienia - na Podczesława. Jednocześnie
                    starał się ignorować rozpostartego nad sobą potwora - zapamiętale
                    piłując paznokcie, gwiżdżąc Marsyliankę i recytując z pamięci spis
                    inwentaryzacyjny magazynu broni białej Trzeciego Pułku Szwoleżerów.
                    Wszystko na nic - szybki niczym kula z procy Nieforemny był już w
                    głowie Podczesia i tam bił się z jego myślami.
                    • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.07, 21:41
                      Kto teraz myśli? - Pytaniem tym można by pochylić niejedną głowę do
                      samej ziemi. Bo myśleć nie ma o czem! Po prostu myśli same więdną
                      już przed swoim porannym wzejściem, by ustapić miejsca nagiemu
                      instynktowi, który to zawładnął już niepodzielnie nad całym
                      horyzontem gasnącej cywilizacji. A cóż dopiero jedna, jedyna głowa
                      Podczesława. Co ona może?... Nagle zapragnął mieć ich więcej, nie
                      jedną tylko, lecz cały ich tysiąc. A może i więcej...
                      • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.07, 23:51
                        - Jaaaam milijon, a imię moje CZTERDZIEŚCI I CZTERY.
                        To było to! Podczesław błyskawicznie począł kojarzyć fakty: było tam
                        coś o chamie ze złotym rogiem (jakiś nadziany mąż zdradzany), statku
                        do Młocin... - Statki-naczynia-omłoty-żniwa-lato-lata-czterdzieści i
                        cztery...
                        - Rany, panowie... dzisiaj mam urodziny!!!
                        - NIESPODZIAAANKAAA - ryknęły nieprzeliczone głowy zgodnym chórem.
                        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.11.07, 07:15
                          Joanna Niespodzianka pojawiła się trzymając w wyciągnietej dłoni
                          czterdzieści cztery miliony ( w obligacjach). Spłoszonym wzrokiem
                          przeskakiwała to z jednaj na drugą głowę, do momentu gdy porwana
                          emocjami wykrzyknęła: "wygraliśmy", by zaraz potem opaść z sił i
                          beznamiętnie osunąć się w ramiona najbliższego Podczesława.
                          Już teraz nie tylko Nieforemny bił się z myślami, ale wszyscy
                          ruszyli w bój z potokiem myśli, który zaczął zalewać, niczym
                          tropikalny deszczospad, i wypełniać swoja bezkształtna masą wolną
                          jeszcze przestrzeń sceny. Jednakowoż w całym tym skłębieniu
                          potwornych i bezsensownych i splątanych myśli nawet nieuważny
                          obserwator mógł był zauważyć jedną, małą, jak gdyby nieistotną i
                          nikomu niepotrzebną myślkę, myślunię...
                          • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 13.11.07, 09:28
                            Piiić...?

                            To chyba naturalne, że stłamszony kłębiącymi się emocjami,
                            rozwidlony na miliony głów,obsypany deszczem świeżutkich obligacji,
                            zaintrygowany przez Joannę Niespodziankę i wreszcie niemal
                            znokautowany przez Nieforemnego - Podczesław poczuł,że jeszcze
                            moment a przegrzeje się jak nic!
                            - PIĆ! - ryknął nadspodziewnie silnym głosem. Fala uderzeniowa w mig
                            rozwiała wszelkie zjawy i oto pośród opadającego kurzu pozostali
                            tylko oni dwoje: Nadczesław i Joanna Niespodzianka (ta ostatnia na
                            srebrnej tacy trzymała oszroniony kufel litrowy złocistego piwa z
                            zacną pianą.
                            - O bogini! - rozczulił się Nad i z wdzięcznością przyjąwszy kufel
                            począł pić łapczywie, długimi łykami.
                            • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 13.11.07, 14:18
                              I nagle owladnela nim szalona, niebezoieczna jak pedzace pendolino
                              mysl : " Piwo moze byc zatrute !". Nerwowym ruchem odsunal kufel od
                              warg. Popatrzyl na otoczenie wscieklym wzrokiem. Jego czolo zalalo
                              sie zimnym, jak woda w Morzu Arktycznym potem. Oblizal wargi. "-
                              Spokojnie, tylko spokojnie " - pomyslal. Na nic nie zdala sie proba
                              samouspokojenia. Rzucil kuflem o ziemie.
                              • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 13.11.07, 15:21
                                Joanna Niespodzianka zafalowała i rozmyła się a na jej miejscu stała
                                okutana w szal Kopaczkova. Sękatym palcem wskazała zgrzytającego
                                zębami Nadczesława: - Doktorze, jak pan sądzi - czy uda się go
                                wyleczyć ambulatoryjnie, czy raczej woli pan obserwować go u siebie
                                w szpitalu?
                                - Szpitalna obserwacja da nam pełny obraz, łaskawa pani.
                                Noszowi, proszę dobrze trzymać pacjenta, bo gotów sobie krzywdę
                                zrobić!

                                Po paru minutach Kopaczkova dyskretnie przyglądała się zza firanki
                                scence rozgrywającej się na ulicy - właśnie Nadczesław został
                                umieszczony w karetce, a doktor rzucił ostatnie spojrzenie w górę -
                                pokiwał głową z uśmiechem i pojazd ruszył.

                                - Taaak, szkoda. Ale tylko trochę - pomyślała, powoli pozbywając się
                                charakteryzacji.
                                • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 13.11.07, 17:13
                                  ** ** **

                                  Zdziwienie bylo olbrzymie : w porannej prasie absolutnie zadnej
                                  wzmianki o szczegolach poprzedniego wieczora i nocy. Powszechnie
                                  odczuwano to tak, jak gdyby meteoryt tunguski w ostatnim dogodnym do
                                  wyhamowania momencie swego lotu ku ziemi zdecydowal sie nie robic
                                  krzywdy przyrodzie tundry i zawrocil. Malo tego : absolutnie zadnych
                                  plotek przed sklepami, w metrze czy u fryzjera.
                                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 14.11.07, 09:08
                                    Kopaczkova triumfowała: Nadczesław usunięty i ubezwłasnowolniony,
                                    cały spadek o którym ten nieszczęśnik nie miał bladego pojęcia
                                    automatycznie przeszedł w jej ręce.
                                    Lekkim krokiem zbiegła po schodach wprost na cichą uliczkę Willową,
                                    gdzie czekał już na nią szary bentley. Szofer, szarmancko skłoniwszy
                                    się, otworzył przed nią drzwi; we wnętrzu samochodu zamajaczyła
                                    męska sylwetka w smokingu.
                                    • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 14.11.07, 09:27
                                      Za Kopaczkova zatrzasnely sie drzwi. Odwrociwszy sie w strone
                                      nieznajomej postaci ujrzala wycelowana w siebie lufe pistoletu.
                                      Zapragnela usmiechem zbagatelizowac sytuacje...
                                      Na cichej o tej porze dnia uliczce nie bylo slychac odglosu trzech
                                      po sobie nastepujacych wystrzalow.
                                      Kopaczkova osunela sie na podloge samochodu.
                                      - Prosze uprzejmie - dalo sie slyszec glos nieznajomej, niepytanej
                                      postaci.
                                      • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 14.11.07, 18:06
                                        Jakie znaczenie moze miec w tej chwili fakt, ze komisarz, ktory
                                        zostanie skierowany do rozwiazania zagadki tego morderstwa nie
                                        potrafil wiazac sznurowadel - od dziecinstwa nosil buty wsuwane lub
                                        zapinane na rzepy ? Wbrew pozorom - ogromne.
                                        • pod_tapczanem Teraz spoczywa 15.11.07, 01:34
                                          i brak ratunku.
                                          • trusiaa Re: Teraz spoczywa 15.11.07, 09:01
                                            Kopaczkova wciaż trzęsąc się ze śmiechu wachlowała się dłonią:
                                            - Ach Żorż mon cheri, trafił pan w samo sedno i to trzy razy...
                                            touche!
                                            Mój Boże, te skórzane siedzenia są takie śliskie, pomóż mi pan
                                            pozbierać się z podłogi, bo moja suknia nie zniesie tego położenia
                                            ani chwili dłużej.
                                            Komisarz będący niemym świadkiem tej sceny, zagryzł nerwowo wargi -
                                            co za rozczarowanie! Oto szansa na pierwsze morderstwo w tej
                                            historii została zaprzepaszczona. Poprawił się nieco i skulił
                                            jeszcze bardziej na myśl, że będzie musiał spędzić w bagażniku
                                            samochodu kto wie jak długą podróż... Jednak cichy pomruk silnika
                                            ukołysał go zaraz do snu.
                                            • bogdanekb Re: 16.11.07, 00:02
                                              - Moja Droga, mam dla ciebie kuszaca propozycje.- Rzekl Zorz. -
                                              Zanim pojedziemy na kolacje do "Lascaux", pragne, bys poznala mojego
                                              dalekiego kuzyna, ktory aktualnie przebywa w naszym pieknym kraju.
                                              Mysle, ze zainteresuje cie jego propozycja. Kuzyn moj mianowicie
                                              zajmuje sie na wielka skale recyklingiem choinek swiatecznych.
                                              Prawde mowiac, to na tym zrobil ogromne pieniadze, choc oczywiscie
                                              bedzie zaprzeczal i staral sie sprawic wrazenie, iz jedyna dziedzina
                                              gospodarki, na ktorej sie zna i z ktorej czerpie profity, to
                                              trening fok oraz pingwinow, ale nie wierz mu ani slowem...
                                              - Zorz, przepraszam, ze przerwe ci ten jakze interesujacy wstep do
                                              zapoznania mnie z, jak mniemam, bardzo interesujaca osoba, ktora,
                                              sadzac z twych slow, jest twoj kuzyn, lecz pozwole sobie na maly
                                              wtret w formie pytania skierowanego wprost do ciebie - otoz :
                                              dlaczego po wyjezdzie z miasta skrecilismy w polna droge i zmierzamy
                                              w kierunku lasu ?
                                              • bogdanekb Re: 16.11.07, 05:20
                                                - To tylko ironia losu - nieciekawie zabrzmiala odpowiedz.
                                                • Gość: trusiaa Im dalej w las IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.07, 08:28
                                                  - Wyobraź sobie moja droga, że z powodu braku choinek sztucznych,
                                                  gdyż tych jeszcze nie wynaleziono...
                                                  - Na miłość Boską, Żorż: na co komuś mogłaby się przydać sztuczna
                                                  choinka? - Kopaczkova z trudem powstrzymała się aby nie wybuchnąć
                                                  gromkim śmiechem
                                                  - Otóż właśnie - łaskawie zgodził się jej towarzysz - ale drzewka
                                                  świąteczne jednakowoż są, zużywają się szybko i coś z tymi smętnymi,
                                                  łysymi biedactwami zrobić trzeba i oto mój kuzyn te nieszczęsne
                                                  drapaki skupje, przywozi do tutejszego lasu... i proszę - popatrz
                                                  sama.
                                                  Właśnie Bentley zatrzymał się na polanie otoczonej...
                                                  • bogdanekb Im dalej w las... 16.11.07, 20:08
                                                    ...z niemal wszystkich stron po zeby uzbrojonymi straznikami.
                                                    Wkrotce nawet jedyna wolna droga, ta, ktora wjechali, rowniez
                                                    zostala zablokowana.
                                                    Kopaczkova rozejrzala sie wokol z ciekawoscia.
                                                    - Zozu drogi. prosze odpowiedz, czy to ochrona nas czy tez przed
                                                    nami ? Inna opcja raczej nie wchodzi w gre...
                                                    - Moja droga, tu sie mylisz. Istnieje i trzeci wariant odpowiedzi na
                                                    nurtujaca cie kwestie...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Im dalej w las... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.11.07, 19:13
                                                    - Przyjrzyj się dobrze pani, tym dzielnym młodzieńcom.
                                                    - Cóż, chłopcy jak malowani... Tylko jacyś sztywni?
                                                    - Otóż to właśnie! W całości wykonani z odpadów choinkowych!
                                                    Kopaczkova straciła nieco entuzjazmu: - Więc nie są żywi? Szkoda.
                                                    - Ależ moja droga, proszę tylko łaskawie rzucić okiem...
                                                  • Gość: l Re: Im dalej w las... IP: *.tpca-cz.com 19.11.07, 08:05
                                                    - Rzuce, czemu nie. Tylko kto mi to oko pozniej odniesie ? -
                                                    Kopaczkova nie byla w nastroju. - Kilka razy rzcalam, zreszta zawsze
                                                    za panska namowa, a ile razy odniesli mi oko ? A czy pan wie, ile
                                                    takie oko kosztuje ?
                                                  • trusiaa Re: Im dalej w las... 19.11.07, 08:52
                                                    Kosztowało kawior i ostrygi, ale już na przykład carpaccio
                                                    skosztować nie chce. Ach Żorż, nie męcz mnie pan więcej: czy te
                                                    odpady potrafią robić chociaż coś ciekawego?
                                                    - O tak! - rozentuzjazmował się Żorż. - Robią doskonałe wrażenie.
                                                    Nachylił się do Kopaczkovej i zniżył głos do szeptu:
                                                    - Czy przyjrzała się pani kiedykolwiek gwardii królewskiej przed
                                                    pałacem Buckingham?
                                                    - Owszem, ani mrugną okiem, o ile wiem nie dają się w żaden sposób
                                                    oderwać od pełnionych obowiązków. Stoją sztywno jakby kij
                                                    połknęli... Zaraz! Nie powiesz mi pan, że...?
                                                    - Ależ tak! -rozpromienił się Żorż. - W ten sposób mój kuzyn dorobił
                                                    się ładnej fortunki.
                                                  • Gość: l Re: Im dalej w las... IP: *.tpca-cz.com 19.11.07, 08:58
                                                    - Á propos delikatesow - Kopaczkova powoli pozwala sie udobruchiwac -
                                                    - Jezeli sa tak dobrzy, to czy przypadkiem nie maja zaprogramowanej
                                                    umiejetnosci wyszukiwania trufli ?
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Im dalej w las... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 19.11.07, 14:44
                                                    (naprawdę doskonałe opowiadanie, chyba się przyłączę)

                                                    - Chyba nie masz na myśli tej tony trufli, które zniknęły zeszłej
                                                    jesieni ze spiżarni Pałacu Watykańskiego? O co to nie. Odpady można
                                                    co prawda zaprogramować, ale robimy to zawsze w zgodzie z
                                                    obowiązującym prawem, - ripostował rozmówca Kopaczkovej.

                                                    - Aaaa, ołć... - Kopaczkova podskoczywszy na rozsadną wysokość
                                                    zanurzyła dłoń pod swoje siedzenie i oparłszy się ciałem na
                                                    chromowanej ramie dwuwarstwowej szkieletu karoserii wyszrpnęła
                                                    gwałtownym ruchem małe urządzenie ukryte w obszyciu kanapy. Oczom
                                                    naszych bohaterów ukazał się ukryty w platynowym etui polimeraz.
                                                    Właśnie wskazywał swoią ruczanką na wylotowłaz..
                                                  • Gość: l Re: Im dalej w las... IP: *.tpca-cz.com 19.11.07, 16:17
                                                    Jedynie kierowca zorientowal sie w zamiarach Kopaczkov-ý. Jednym
                                                    szybkim uderzeniem w nadgarstek wybil jej smiercionosna bron z reki.
                                                    Jednak na tyle tylko bylo go stac.
                                                  • Gość: Monku Monku Re: Im dalej w las... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.11.07, 22:29
                                                    Gwoli wyjaśnienia: stać go bylo na więcej. Jednak z powodu niskiej
                                                    pensji nie angażowal się w sprawy wymagające większych nakladów
                                                    środków. Zresztą juz od dwunastu lat oszczędal na nową polimerową
                                                    sztuczną szczękę. dlatego wyrtacona z dloni Kopaczkovej broń Boże
                                                    nie mogla naruszyć trudno wypracowanej równowagi psychicznej
                                                    wszystkich pasażerów limuzyny. jednak nie ma tego dobrego co by
                                                    moglo byc w garści nie tylko wróblem.
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Im dalej w las... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.11.07, 11:46
                                                    Czy pierwszy wypalił Żorż, czy też Kopaczkova, lub był tym kimś
                                                    jednak oszczędny szofer, to w świetle późniejszych wydarzeń nie już
                                                    najmniejszego znaczenia. Ukryty w kufrze bagażnika komisarz zerwał
                                                    się na równe nogi wybijając głową pokaźnych rozmiarów dziurę w
                                                    pokrywie bagażnika. Zwoje odprysłego cennego, perłowego lakieru
                                                    skręcając się pod siłą odśrodkowego uderzenia wciągnęły za sobą za
                                                    połę marynarki zdezorientowanego sługe prawa by przemielić go i
                                                    zdeformować na kształt sprężystej spirali.
                                                  • Gość: l Re: Im dalej w las... IP: *.tpca-cz.com 20.11.07, 12:23
                                                    Gdybyz biedaczyna posiadal na sznurowki wiazane obuwie, te sznurowki
                                                    wlasnie stanowilyby kolo ratunkowe... Niestety, na nic zmyslne rzepy
                                                    oraz jezyki u butow - nie byl z nich w stanie detektyw skrecic
                                                    chocby namiastki lassa, za ktorego pomoca moglby zaczepic-uchwycic
                                                    sie jednej z milionow sztucznych choinek...
                                                  • bogdanekb Re: Im dalej w las... 21.11.07, 07:36
                                                    Pani Kopaczkova patrzyla na dziejace sie sceny z oslupieniem powoli
                                                    zamieniajacym sie w obrzydzenie. Las choinkowych ochroniarzy,
                                                    wirujacy detektyw, zajmujacy sie sledztwem w sprawie strzalow,
                                                    ktorych nikt nie slyszal, nadciagajace ciemne chmury zwiastujace
                                                    niechybny deszcz. Zorz, ktory wlasnie w najmniej odpowiednim
                                                    momencie wyciagnal zza pazuchy piersiowke, perspektywa tkwienia na
                                                    odludziu nie wiadomo ile czasu w oczekiwaniu na nowa limuzyne i
                                                    normalnego kierowce, a nade wszystko oczko, banalne oczko, ktore nie
                                                    wiedziwec skad pojawilo sie w nienaruszonej do tej pory strukturze
                                                    haitanskich ponczoch...Normalne kobieta znioslaby te przeciwnosci
                                                    losu z pokora, zrozumieniem nawet... Ale nie ona.
                                                    Postanowila dzialac.
                                                  • trusiaa Re: Im dalej w las... 21.11.07, 09:33
                                                    Rozłożywszy swoje przepyszne sobolowe futro na pniu usiadła na nim
                                                    zakładając nogę na nogę. Pewnym ruchem wydobyła z kopertowej torebki
                                                    cygarniczkę wraz z papierosem i zażądała: ognia, kieliszka campari i
                                                    taksówki do Monte Carlo. Nawykli do rozkazów sztuczni gwardziści
                                                    uwinęli się w mig.
                                                    - Może jeszcze będą z was ludzie? - uśmiechnęła się łaskawie
                                                    Kopaczkova zza firanek rzęs obserwując oddalającą się polanę.
                                                    - Zmieniłam zdanie. Wracamy. Do szpitala w Tworkach proszę.
                                                    Kierowca posłusznie skręcił z leśnego duktu na całkiem pustą o tej
                                                    porze szosę w kierunku Warszawy.
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Im dalej w las... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.11.07, 15:20
                                                    Nic nie mogło wydawać się łatwiejszego niż dojechanie pustą szosą do
                                                    nieodległej podwarszawskiej, luksusowej miejscowości jakim był
                                                    Pruszków. Szofer znał wyśmienicie drogę ,taksówka nabierała
                                                    prędkości, by niemał za kwadrans znaleźć się u celu podróży. Nic nie
                                                    stało praktycznie na przeszkodzie aby niebawem Kopaczkova mogła
                                                    uraczyć się widokiem zakutego w kaftan bezpieczeństwa Podczesława. W
                                                    myślach, z satysfakcją, przymierzała już oko do wizjera ciężkich
                                                    drzwi prowadzących do sali dla niebezpiecznie i trwale obłąkanych...
                                                  • bogdanekb Re: Im dalej w las... 21.11.07, 21:18
                                                    Gość portalu: Nataaf Lyszgord napisał(a):

                                                    > Nic nie mogło wydawać się łatwiejszego niż dojechanie pustą szosą do
                                                    > nieodległej podwarszawskiej, luksusowej

                                                    -> knajpki, jak byla "Zagroda u Wacka". Tego wieczora, jak co wieczor przygarnela w swoje progi okoliczna zulie, menelstwo oraz najgorszy element, jaki byl dostepny w promieniu kilkuset kilometrow.
                                                    Raczono sie tam przeterminowanym winem z dawno juz upadlej fabryczki lub przemyconym zza wschodniej granicy spirytusem, ktory byl w rzeczywistosci norweskim srodkiem do konserwacji narazonych na szczegolna korozje elementow platform wiertniczych z Morza Polnocnego (symb. HGZH 4525-6552/ZM/55). Za zakaske stanowily wiktualy wynalezione. Na okolicznych smietnikach.

                                                    Przybycie do lokalu p. Kopaczkov-ý, ktora zdolala niemal w ostatniej chwili dostosowac swa garderobe do obowiazujacych tu standardow, nie wywarlo na biesiadujach radosnie nijakiego wrazenia. Kilka "och"-ow dalo sie slyszec jedynie, gdy w drzwiach pojawil sie Podczeslaw,
                                                    jadnakze nikomu nie przyszlo do glowy, by napawac sie jego widokiem dluzej niz sekund pare . a nuz ktos ze stolu podpieprzy noz, lub, co gorsza, szklanke-musztardowke.
                                                    Flaszki przezornie przechowywano za pazuchami waciakow.

                                                    Gwar jednak umilkl.
                                                    Nie mialo to najmniejszego zwiazku z wizyta Kopaczkov-ý, lecz wiazalo sie z zapowiedzia wystepu jednej z najznamienitszych piosenkarek owego czasu, czyli ta_co_robi_loda
                                                  • bogdanekb Re: Im dalej w las... 22.11.07, 06:08
                                                    Ceremonia zaczela sie o 22,53...
                                                  • trusiaa Re: Im dalej w las... 22.11.07, 08:15
                                                    Nadczesław alias Podczesław, spoczywał na krześle dosuniętym do
                                                    niewielkiego, kulawego stołu. Nie wyglądał na kogoś zmartwionego
                                                    zaistniałą sytuacją. Szczerze mówiąc - w ogóle nie wyglądał, bo
                                                    zakratowane okno znajdowało się bliżej sufitu niz podłogi. Siedział
                                                    więc wpatrując się w coś co leżało na stole (Kopaczkova niestety z
                                                    tej odległości nie mogła odgadnąć co to było), a na jego twarzy
                                                    gościł uśmiech człowieka spełnionego.
                                                    - On chyba coś wie - zaniepokoiła się Kopaczkova. - Muszę tam wejść.
                                                    Natychmiast! Sanitariusz - proszę otworzyć te drzwi.
                                                    Krótka chwila po wejściu do sali wystarczyła by Kopaczkova nie tylko
                                                    zrozumiała co tak cieszyło Nadczesława, ale by natychmiast
                                                    pożałowała, że tutaj weszła! Bo to był błąd. Poważny błąd.
                                                  • mario320 Re: Im dalej w las... 22.11.07, 15:01
                                                    Nadszedl czas wznoszenia toastow.

                                                    Podczeslaw pil tylko za swoje zdrowie.

                                                    Kopaczkova wybrala inna metode :
                                                  • pod_tapczanem Czemu go "znilki" 22.11.07, 17:25

                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Wpad Kopaczkovej IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.11.07, 12:58
                                                    Poważny błąd? Z tą powagą to może przesada. Ale, rzeczywiście,
                                                    Kopaczkova nie miała już odwrotu. Musiała, albo cieszyć się razem z
                                                    Podczesławem, albo lepiej: wybucznąć płaczem, co w zaistniałej
                                                    sytuacji byłoby, zdaje się, bardziej odpowiednie. Stała przez chwilę
                                                    niezdecydowana, wpatrując się w to samo co tak rozbawiło
                                                    Podczesława. "Wskoczyć, czy nie?"- zagryzała wargi, intensywnie
                                                    analizując wszelkie sposoby uniknięcia przykrych konsekwencji
                                                    dokonania niewłaściwego wyboru. Decyzja przyszła jej
                                                    trudno...Postanowiła wpaść. Kopaczkova wzięła długi rozbieg,
                                                    zamknęła oczy i...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Wpad Kopaczkovej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.11.07, 13:17
                                                    Lądowanie pupą w talerzu polewki okraszonej kawałkami sera, BYŁO
                                                    poważnym błędem. Kopaczkova z początku przekonana, że skok na stół
                                                    jest najlepszym możliwym rozwiązaniem, powoli traciła tę pewność...
                                                    Nauczona, wieloletnim szpiegowskim doświadczeniem, dokonywania
                                                    błyskawicznej oceny sytuacji i podejmowania szybkich decyzji uznała,
                                                    że leżące przed Nadczesławem z w i e r c i a d ł o stanowi
                                                    łączność ze światem. Tym tak pochopnie wytłumaczyła sobie uśmiech na
                                                    twarzy Nada. Tymczasem biedak śmiał się jak głupi do sera...
                                                    Kopaczkova, starając się zachowć resztki godności, z kamienną twarzą
                                                    wysiadła z talerza i zsunęła się ze stołu. Nadczesław przyglądał się
                                                    jej bezradnie, ale po chwili coś na kształt błysku zrozumienia
                                                    pojawiło się w jego oczach. Usta mu zadrgały, z piersi wydobył się
                                                    stłumiony bulgot, ramiona zatrzęsły się, aż Nadczesław ryknął
                                                    zdrowym, głośnym rechotem. Nie śmiał się tak serdecznie od czasu...
                                                  • Gość: l Re: Wpad Kopaczkovej IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.11.07, 12:59
                                                    Zdolala jeknac jedynie ,,,,
                                                  • bogdanekb Re: Wpad Kopaczkovej 25.11.07, 09:42

                                                    - Cholera, raczej umieram...
                                                  • bogdanekb Re: Wpad Kopaczkovej 26.11.07, 01:32
                                                    Wibracje wywolane smiechem byly doprawdy zabojcze. Stado pijanych,
                                                    galopujacych sloni nie potrafiloby wzbudzic wiekszego leku u
                                                    bywalcow lokalu. Wszyscy, co do jednego, balujacy i czekajacy na
                                                    wystep tej_co_robi_loda mieli pewnosc, ze swidrowanie w
                                                    uszach bedzie narastac, przekraczajac granice ludzkiej wytrzymalosci.
                                                  • bogdanekb Wystep <a href="http://tej_co_robi_loda" target="_blank">tej_c 26.11.07, 04:34
                                                    Nagle smiech Nadczeslawa rownie nagle jak powstal - zniknal.
                                                  • bogdanekb Wystep tej_co_robi_loda 27.11.07, 03:24
                                                    rozpoczal sie.
                                                    Na scenie ukazala sie...
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Kopaczkova IP: *.internetdsl.tpnet.pl 27.11.07, 12:53
                                                    "I po co jej to było" - zapowiedział głosem konferasjera, miarowo i
                                                    z prawidłowym akcentem Nadczesław. Kopaczkova zdjęła ostatnią
                                                    kluskę, która zwisała jej z brwi, przetarła dłonią twarz upstrzoną
                                                    natką pietruszki, którą sklejał przecier pomidorowy z nitkami
                                                    wygotowanej wołowiny. Potem nagle zazgrzytała zębami miarowo
                                                    pocierając górną o dolna szczękę...
                                                    - Żebyście mi więcej nie wyciągali fiflaków, - krzyknęła śpiewnie
                                                    sypiąc iskrami z ust. Jej szczęki pracowały miarowo, nabierając
                                                    tempa i zbliżając sie do górnej granicy bezpiecznych wartości...
                                                  • bogdanekb Kopaczkova 27.11.07, 19:52
                                                    I wtedy stalo sie. Niepomna na wielowiekowe i natretne upomnienia
                                                    ze strony coraz to lepiej wyksztalconych i wyposazonych wpierw
                                                    cyrulikow, nastepnie juz dyplomowanych stomatologow, przekroczyla
                                                    nieosiagalna dla zwyklych smiertelnikow granice oporu zebnej materii.
                                                    Wielokrotnie watowane i uszczelniane nasady zebow nie byly w stanie
                                                    wytrzymac natezenia, jakie na nie podzialalo.
                                                    Fontanna zebowych perelek strzelila z piskiem.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Kopaczkova IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.11.07, 08:53
                                                    Szczęśliwym dla Nadczesława trafem, ząbki Kopaczkovej prysnęły
                                                    prosto w twarz pielęgniarza, który stracił orientację i zasłonił się
                                                    rękami. Ta chwila wystarczyła Nadczesiowi żeby, niepostrzeżenie i w
                                                    wielkim pośpiechu, opuścił szpitalny pokój. Teraz szukał gorączkowo
                                                    jakiegoś przebrania. I oto na korytarzu dostrzegł porzucone sobolowe
                                                    futro. Ha! Miał już doświadczenie w noszeniu damskich fatałaszków.
                                                    Szybko owinął się miękkim i puszystym błamem. Z dososowaniem rytmu
                                                    kroków do kobiecego sposobu poruszania się też nie miał problemów -
                                                    przyjmowane ostatnio liczne środki uspokajające czyniły jego chód
                                                    prawdziwie kocim. Kiedy z gracją sunął korytarzem uświadomił sobie,
                                                    że pradziwa, odziana w futro dama, nie pozwoliłaby sobie na wyjście
                                                    bez nakrycia głowy. Rzut oka do otwartej łazienki upewnił go, że
                                                    pomoc nadchodzi - oto jeden z pacjentów, szykując się do golenia,
                                                    niefrasobliwie porzucił na taborecie ręcznik. Nad przybrał zalotny
                                                    wyraz twarzy i zagruchał do niego:
                                                    - Czy może mi pan wskazać drogę do wyjściaaa?
                                                    Zarumieniony pacjent, namydloną dłonią, wskazał drogę. W tym czasie
                                                    Nad zwinął ręcznik i wsunął go do obszernego rękawa.
                                                    Po chwili szpital opuściła, przez nikogo nie niepokojona, dama w
                                                    białym turbanie i niespotykanej urody sobolowym futrze.

                                                    Tymczasem Kopaczkova, ze złością mamlając bezzębnymi dziąsłami,
                                                    usiłowała dogadać się z pielęgniarzem:
                                                    - Afyfmiaft fnajth foje fobole!
                                                    - ?
                                                    - Futfo! Łofumieth? I fethfij takth... faktf...?! Famofót!
                                                    - ?
                                                    - AUTOO!!!
                                                    Na szczęście myśleć mogła nie sepleniąc: - Boże drogi, tyle
                                                    pieniędzy pójdzie na protezę - koszmar!
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Kopaczkova IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.11.07, 14:31
                                                    "Auto! Jakie auto?" Sytuacja bez wyjścia. Poplątanie z pomieszaniem.
                                                    Bezzębnej Kopaczkovej pozostało jedynie snuć marzenia, że ktokolwiek
                                                    ją zrozumie. Tymczasem wszystkie jej plany wzięły w łeb, i to do
                                                    tego łeb oszpecony i zdeformowany brakiem proporcji pomiędzy
                                                    przesuwającymi się w pionie i poziomie żuchwami. Co by teraz zrobiła
                                                    Kopaczkova, aby to nie był ten sam łeb, łeb co prawda noszony już od
                                                    tak dawna, i łeb własny, ale jakże bezwartościowy gdy chodzi o
                                                    zastosowanie sprytnej broni kobiecej kokieterii. Jakże teraz być
                                                    wartościowym szpiegiem i donosicielem? Kto się teraz da nabrać na
                                                    uwodzicielski uśmiech bezzębnych dziąseł? No kto? Z tym pytaniem na
                                                    ustach, wykrzywionych w grymasie kwaśno-cytrynowym Kopaczkova
                                                    wymierzyła z malutkiego pistolecika w lustro...
                                                  • trusiaa Re: Kopaczkova 28.11.07, 15:51
                                                    Wymierzona odległość była wymarzonym celem... Wrrróć! - jakże
                                                    miałaby strzelać do siebie żelazna cud-dziewica, chwilowo tylko
                                                    pozbawiona bielszej niż kość słoniowa, klawiatury. Pistolecik
                                                    zniknął więc w kieszeni torebki, a w jego miejsce pojawił się
                                                    wachlarz (z czarnej hiszpańskiej koronki, z szylkretową rączką).
                                                    - Jestem genialna - zaśpiewała w myślach. - Jak dobrze, że nie
                                                    opróżniłam torebki po wizycie w operze.
                                                    Uzbrojona w wachlarz z łatwością mogła nadal kusić i kokietować
                                                    napotkanych mężczyzn. Wystarczyło, że zasłoniła nim dolną połowę
                                                    twarzy i, nad lekko falującym, strzelała oczami na prawo i lewo.
                                                    Niebawem spotkała na szpitalnym korytarzu kogoś kto od biedy mógł
                                                    uchodzić za gentlemana.
                                                    - Pani pozwoli, że się przedstawię - Kolasiński jestem. Jan
                                                    Kolasiński. Słyszałem całe to zamieszanie, czy mogę jakoś pomóc?
                                                    Kopaczkova energicznie pokiwała głową.
                                                    - Służę pani - podawszy jej ramię skierował ją do wyjścia.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 28.11.07, 18:01
                                                    Kopaczkova myslala na tyle intensywnie, na ile pozwalala jej sytuacja. A jej sytuacja nie byla latwa. Opuszczona przez zaufanych,
                                                    pozbawiona towarzystwa Nadczeslawa, nie mogaca odpedzic od siebie mysli o utracie czesci fortuny i czesci anatomii - prowadzona teraz przez przygodnie poznanego Jana K. ... Wlasnie : dokad prowadzona ?
                                                    Jan K. wspomnial cos o wyjsciu, jednak pobiezny chocby oglad jej-ich
                                                    drogi ewakuacyjnej wskazywal raczej na mozliwe nowe niespodzianki.
                                                    A z nich p. Kopaczkova bylaby owszem rada, gdyby mialy szczesliwy final.
                                                    Na to sie jednak nie zanosilo.
                                                  • pan-cerfaust Re: Kopaczkova 28.11.07, 19:56
                                                    Weszli w wyjście ale nie mogli z niego wyjść pomomo tego, że mieli
                                                    być już w wejściu po drugiej stronie. Samo wyjście nie miao w sobie
                                                    nic specjalnego, zwyke drzwi ledwo wiszące od 60 lat na zawiasach.
                                                    Klamka o mosięznej posturze obracaa sie tylko wjedna stronę, zawsze
                                                    widelcem w stronę wschodu księżyca.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Kopaczkova IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.11.07, 09:19
                                                    Za drzwiami nie było miło, oj nie. Chociaż krok wstecz obowiązywało
                                                    leniwe, słoneczne popłudnie - tutaj o słońcu nie było mowy. Jedyne
                                                    światło można by nazwać księżycowym, ale miało w sobie coś
                                                    sztucznego - blado sine, raczej mleczne niż srebrzyste. Przed oczami
                                                    zdumionej Kopaczkovej rozciągała się pusta równina, gdzieniegdzie
                                                    tylko pofalowana niewielkimi wzniesieniami przypominającymi raczej
                                                    wydmy niż solidne pagórki. Coś wisiało w powetrzu - ciężka atmosfera
                                                    oczekiwania, jakby za chwilę wszystko miało natężyć się i
                                                    ostatecznie eksplodować. Śiatło zmieniło się na męczące, żółtawe.
                                                    Z daleka słychać było rytmiczny dźwiek, który z niczym się
                                                    Kopaczkovej nie kojarzył, za to Jan K. przyjął go z uśmiechem.

                                                    Kopaczkova mogłaby się nawet cieszyć, że ma tu jakieś towarzystwo,
                                                    gdyby Jan K. ...
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 29.11.07, 09:58
                                                    ...byl laskaw chocby ogolnie poiformowac ja o rodzaju tortur,
                                                    jakim miala zostac poddana. Bo ze bez tortur sie nie obejdzie, juz
                                                    nawet Nadczeslaw, a raczej TO, co z niego zostalo, zdawal sobie
                                                    przejrzyscie sprawe.
                                                    Jedyny mankament, z ktorym miano teraz do czynienia, polegal na
                                                    niezbyt wyrazistym sposobie, w jaki Kopaczkova mogla odpowiadac na
                                                    pytania, ktore tez zreszta roily sie od belkotu.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 29.11.07, 13:27
                                                    - Droga pani - rozpoczal swa mowe Jan K., gdy usadzil Kopaczkov-u
                                                    na doskonalej kopii Iron Maiden. - Slyszano tu i owdzie, ze w
                                                    rozmowach prywatnych jak tez i sluzbowych, bo za takie uznac nalezy
                                                    wymiane zdan na rautach i bankietach, na ktorych pani niemal
                                                    nieprzerwanie bywala, co tam : bywala, brylowala pani !, ze opowiada
                                                    pani o majacej nastapic wojnie...
                                                    Kopaczkova drgela.
                                                    - Alez prosze pania o spokoj. Nie uruchomiono jeszcze maszyny, w
                                                    lapach ktorej pani sie teraz znajduje. Wracajac do sedna : slaszano,
                                                    ze obecna epoke nazywa pani "miedzywojniem". Czy to prawda ?
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Kopaczkova IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 21:45
                                                    - "Nawet jeśli chce Pan to nazwać w jakiś inny sposób,
                                                    powiedzmy 'międzyzębie', lub 'międzyzdroje' to i tak Konwencja
                                                    Walerego Wątróbki podpisana w Brzaskach Dużych w roku 1922,
                                                    ogranicza tortury jedynie do podania na śniadanie owśianki, -
                                                    Kopaczkova użyła przy tej kwestii swoich zdolności brzuchomówczych, -
                                                    Po za tem jestem głodna na śledzia w śmietanie, żegnam Pana." I
                                                    zakrywając twarz wachlarzem wyszła w wejście. Znowu ogarnęło ją
                                                    jakieś dziwne uczucie. Niby prawidłowo nacisnęła klamkę, otworzyła
                                                    drzwi i wyszła wchodząc w wejście ale nie doszła do wyjścia. To
                                                    znaczy po drugiej stronie drzwi nie było sensu. Wszystko czego
                                                    możemy się spodziewać wchodząć aby wyjść przestało mieć swoje
                                                    materialne odniesienie do praktykowanej w nieskończoność, przez
                                                    wszystkich, czynności przechodzenia.
                                                  • Gość: trusiaa Re: Kopaczkova IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.11.07, 09:11
                                                    - Ba! - rzuciła Kopaczkova w myślach. Ja to już chyba gdzieś
                                                    widziałam...
                                                    - Doktorze, jak pan sądzi - czy uda się go wyleczyć ambulatoryjnie,
                                                    czy raczej woli pan obserwować go u siebie w szpitalu?
                                                    - Szpitalna obserwacja da nam pełny obraz, łaskawa pani.
                                                    Noszowi, proszę dobrze trzymać pacjenta, bo gotów sobie krzywdę
                                                    zrobić!

                                                    Po paru minutach Kopaczkova dyskretnie przyglądała się zza firanki
                                                    scenie rozgrywającej się na ulicy - właśnie Nadczesław został
                                                    umieszczony w karetce, a doktor rzucił ostatnie spojrzenie w górę -
                                                    pokiwał głową z uśmiechem i pojazd ruszył.

                                                    Kopaczkova zarzuciła na ramiona przepyszne sobolowe futro, chwyciła
                                                    torebką i lekko zbiegła po schodach wprost na ulicę, gdzie czekał na
                                                    nią szary ...
                                                  • Gość: Nataaf Lyszgord Re: Kopaczkova IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.11.07, 12:28
                                                    ...szalik przewieszony przez ramię tajemniczego osobnika. Ruszyli
                                                    razem nie wymieniając nawet spojrzeń. Wiedzieli czego chcą. A jednak
                                                    Kopaczkova w pewnym momencie odwróciła głowę w stronę swojego
                                                    towarzysza. Był to Towarzysz "Bieroń", zasłużony działacz komórki,
                                                    a właściwie jądra komórki zajmującej się propagowaniem idei myślenia
                                                    na modłę"Kubizmu" w walce narodowo-wyzwoleńczej...
                                                  • Gość: trusiaa Re: Kopaczkova IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.11.07, 14:28
                                                    Dopiero teraz Kopaczkova zauważyła jak niepokojąco jest on
                                                    kanciasty - nie było w nim nic obłego, żadnych łagodnych linii -
                                                    same proste, ekierki i układy współrzędnych, w dodatku, gdy patrzyło
                                                    się na jego profil można było jednocześnie dostrzec dwoje
                                                    przenikliwych oczu ocienionych gęstymi rzęsami, a nawet coś na
                                                    kształt byczych rogów sterczących zadziornie z czoła Bieronia.
                                                    - O mój Boże, to jego portretował mistrz Pablo! - zakrzyknęła w
                                                    duchu z nieukrywanym podziwem. (tow. Bieroń wrócił był właśnie z
                                                    Hiszpanii)
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 30.11.07, 15:20
                                                    - Zaluje, lecz nie mnie portretowal Picasso - odpowiedzial jej w tym
                                                    samym duchu wzajemnego poczucia piekna tow. Bieron. - Picasso, jak
                                                    samo nazwisko wskazuje, byl zdolny do portretowania jedynie
                                                    zielonych pomaranczy... Zreszta, obecnie jego plotna sa w cenie,
                                                    lecz mam pewnosc, ze za 60-70 lat nie dosc, ze jego nazwisko nikomu
                                                    nic nie powie, to na dodatek nie przemowia tez te bazgroly lub
                                                    wlasciej rzec bohoazy, ktore tak namietnie produkuje.
                                                    - Fsssssssssssssszyssaaaaaaakkfffffffff...- wyrwalo sie Kopaczkov-ý
                                                    z rozchylonych mimowolnie ust.
                                                    "- Szkoda, ze kobieta wygladajaca, czy tez stwarzajaca pozory
                                                    inteligentnej broni tego malarczyne. Mysle, ze lepiej byloby, gdyby
                                                    zainteresowala sie arcadzielami Bawarczyka." -pomyslal juz jedynie
                                                    we wlasnym celu stary towarzysz.
                                                  • Gość: kukułą Re: Kopaczkova IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.12.07, 07:23
                                                    Nagle towarzysz Bieroń zatrzymał się w półkroku i zastygł w bezruchu
                                                    z lekko uniesioną lewa nogą jak gdyby przeskakiwał jakąś domyślną,
                                                    niewidzialną przeszkodę. Prawą rękę wyciągnął był do przodu
                                                    rozczapierzając dłoń ze skierownym w przyszłość palcem wskazującym.
                                                    - No tak, stupor. Nic lepszego nie mogło mnie teraz spotkać, -
                                                    pomyślała bezradnie Kopaczkova, bezbronnie rozgladając się za
                                                    siebie, na boki, i w górę... Stupor tymczasem gęstniał i
                                                    krystalizował się niezłomnie zagradzając wąskie przejście z Koziej
                                                    ku Miodowej.
                                                    Na wystawie sklepu naprzeciw wisiał na pętelce ze konopnego sznurka
                                                    ostatni baleron, a pod nim pożółkła karteczka, na której ktoś
                                                    nagryzmolił niezręcznym, dziecinnym pismem: 'balerun wsiowy - 15
                                                    złotych za kilugram'.
                                                  • wielorak Re: Kopaczkova 01.12.07, 12:34
                                                    ludzie snuli się ulicą mozolnie od czasu do czasu zerając na baleron. Jeden
                                                    tylko Jasiu zatrzymał się przed wystawą i oblizał językiem wąskie swe usta.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 01.12.07, 12:40
                                                    Lecz w tejze chwili zezujace, szklane oko Kopaczkov-ý dostrzeglo
                                                    cos, co moglo stanowic jedyny na tym najlepszym ze swiatow
                                                    ratunek dla przywrocenia jej do stanu, w ktorym moglaby pokusic sie
                                                    o probe unikniecia koniecznosci spozywania do konca dni swoich
                                                    jedynie plynnych pokarmow. Byl to szyld wymalowany wprawna juz
                                                    dlonia poczatkujacego karykaturzysty, znanego pod imieniem Eryk,
                                                    gloszacy, iz w lokalu, nad drzwiami ktorego chybotal sie targany
                                                    jesiennymi przelotnymi wichrami istniala mozliwosc nabycia droga
                                                    zakupu z okreslona forma platnosci jako : "Gotowka tylko !" szczek
                                                    wykonanych z materialow wlasnych lub powierzonych. Kopaczkova w
                                                    tamta wiec strone pociagnela tow. Bieronia, nie zwarzajac na jego
                                                    pogarszajacy sie z uplywem kazdej najdrobniejszej jednostki pomiaru
                                                    czasu stan psychiczny oraz spowodowany ostatnimi wielkimi, hurtowymi
                                                    wrecz, zakupami "Dziel zebranych" autorstwa Marksa, Lenina i Engelsa
                                                    katastrofalny stan zasobow pienieznych.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 03.12.07, 18:39
                                                    - Padnij ! - niespodziewany i glosny okrzyk zmrozil Kopoczkov-ů i jej towarzysza, nb. Bieronia. Para poddala sie woli krzyczacego i padla na ziemie. Uratowali sie doslownie w ostatniej chwili, gdyz w chwile pozniejm seria pociskow karabinowych przemknela ponad ich glowami i uderzyla w sciany, na ktorych szyldy jeszcze przed chwila podziwiali.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 06.12.07, 18:12
                                                    Sekund kilka po wystrzalach uslyszeli kilka po sobie nastepujacych
                                                    wybuchow granatow.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 06.12.07, 19:36
                                                    Odlamki niemal niechybnie poranilyby nieszczesna w dniu dzisiejszym
                                                    Kopaczkovou, gdyby nie trafily w wiekszosci w jej proteze nogi...
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 07.12.07, 04:25
                                                    "- To brzmi jak wybuch wojny francusko-pruskiej." - niewiarygodnie
                                                    trzezwo pomyslala Kopaczkova. "-Tak, pamietam to doskonale. Bylam
                                                    wtedy przeciez kobieta w sile wieku...Och, dawne, dobre czasy...Ale,
                                                    zaraz, zaraz : zwykle po pierwszych strzalach oraz obrzuceniu
                                                    niewinnej ludnosci cywilnej nastepowal zwykle ostrzal mozdziezowy..."
                                                    Oczywiscie - w tak ciezkim polozeniu nie mogla myslec logicznie.
                                                    Ostrzal mozdziezowy odbywal sie w innych dzielnicach stolicy - tu, w
                                                    samym centrum miasta walczyli juz spadochroniarze.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 07.12.07, 18:59
                                                    O co walczyli, to mniejsza. Wazne, ze walczyli z zapalem i
                                                    poswieceniem lepszej sprawy.
                                                    Towarzysz Kopaczkov-ý nie zyl. Trafiony odlamkiem granatu (nr
                                                    seryjny GB-4512/78787-5289/KL/56).
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 07.12.07, 19:01
                                                    W ciele Kopaczkov-ý naliczyc zas mozna bylo - gdyby komus sie
                                                    chcialo i znalazl na ta czynnosc potrzebny czas - az 600
                                                    odlamkow.
                                                    Dzielna kobieta jednak przezyla.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova 09.12.07, 22:49
                                                    ... gdzie trusiaaa...
                                                  • bogdanekb Kopaczkova w szpitalu. 11.12.07, 21:21
                                                    - zdolala jedynie wyjeczec, nie probujac jednoczesnie wyc z bolu.

                                                    Niestety, jej wiernej obranczyni, adoratorki i wielbicielki nie
                                                    dalo sie znalezc nawet ze swieca.
                                                    "- Coz, dane mi bedzie zemrzec wsrod obcych, niedomytych i niezbyt
                                                    wyksztalconych przybledow. Pociecha jedyna w tej chwili nie lekarz
                                                    czy ksiadz mi, ale swiadomosc, ze "trusiaa", ukochany moj robaczek,
                                                    moja wierna obranczyni, adoratorka i wielbicielka pamietaja o mnie
                                                    i nie tylko, ze resztek nie tak dawno zdobytej przeciez fortuny nie
                                                    wydebia ode mnie, a wrecz przeciwnie - opamietaja sie i pomoga
                                                    wrocic na lono spoleczenstwa i spolecznosci...".
                                                    Kopaczkova zasypiala po ciezkich przezyciach, wsparta potezna dawka
                                                    srodkow farmakologicznych, lagodzacych jej katastrofalnie szesciuset
                                                    pociskami poranione cialo i przepelniona nadzieja na powrot
                                                    wiernej obraczyni, adoratorki i wielbicielki dusza...
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 19.12.07, 20:56
                                                    Poranek zastal Kopaczkov-a w odmiennym nastroju.
                                                    Poranek nie byl co prawda lekarzem, choc za takowego sie podawal,
                                                    lecz najzwyklejszym szarlatanem, pragnacym wyludzic od nieszczesnej
                                                    kobiety jakowes pieniadze - nie zdajacym sobie jednak sprawy z jej totalnej kalamity.
                                                    Poranek nosil wspaniale brzmiace imie - Czechoslaw.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 20.12.07, 11:19
                                                    Nastroj Kopaczkov-ý byl o tyle odmienny, ze nie bylo go wcale.
                                                    Kopaczková byla nieprzytomna, wrecz coraz bardziej nieprzytomna z
                                                    kazda chwila. Kazda uplywajaca chwila jej zycia przyblizala ja do
                                                    nieuchronnego konca.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 21.12.07, 10:17
                                                    C. Poranek zaglebil sie w myslach.
                                                    Pomyslal, co winien w takiej sytuacji uczynic, gdyby rzeczywiscie
                                                    byl lekarzem, za jakiego sie podawal.
                                                    Nastepna jego mysla bylo to, co by uczynil prawdziwy szarlatan.
                                                    Obydwie opcje odrzucil natychmiast.
                                                    Pozostawala trzecia droga.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 21.12.07, 13:39
                                                    Pozostawal jedynie ryzykowny, co prawda, lecz w chwili obecnej
                                                    jedyny, jak sie zdawalo, sposob, ba na Kopaczkov-ý jeszcze zarobic
                                                    nim zostanie ogloszony jej testament. I jako najzwyklejszy, nie
                                                    prawdziwy szarlatan, Czechoslaw Poranek podjal decyzje, by ten
                                                    sposob wprowadzic w zycie.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 08.01.08, 22:32
                                                    O dziwo - przed wykonaniem zamierzonego i po czesci opracowanego
                                                    planu zapragnal nagle, zupelnie nie wiedziec czemu, wyspowiadac sie.
                                                    Ruszyl wiec na szpitalne korytarze w poszukiwaniu spowiednika. Mial
                                                    nadzieje, ze poszukiwania spowiednika nie zajma mu zbyt wiele czasu.
                                                    W szpitalach dosyc czesto ludzie umieraja i pragna spowiedzi...
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 09.01.08, 03:59
                                                    A jesli nawet nie umieraja, to trauma daje znac o sobie.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 10.01.08, 09:51
                                                    - Przepraszam, siostro - zagadnal przchodzaca korytarzem siostre. -
                                                    Czy bylyby pani tak laskawa i poinformowala mnie, gdzie moglbym
                                                    znalezc ksiedza ? - usmiechnal sie przy tym tak milo, jak tylko on,
                                                    Poranek¨, potrafil.
                                                    - Ha, ha zasmiala sie przechodzaca korytarzem siostra, ktora o
                                                    ksiedza zapytal byl Poranek. - U nas ksiezy jak na lekarstwo, ha,
                                                    ha, ha.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 10.01.08, 14:56
                                                    - Czy to moze oznaczac, ze z lekami takze macie klopoty w tutejszym
                                                    szpitalu - juz nie na zarty zaniepokoil sie Poranek.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 11.01.08, 12:44
                                                    Pielegniarka - bo to nia byla zagadnieta kobieta - wywrocila sie ze
                                                    smiechu do gory kolami.
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova w szpitalu. 16.01.08, 21:48
                                                    C. Poranek zamarl ze zdziwienia.
                                                  • bogdanekb Kopaczkova zniknela ! 18.01.08, 04:08

                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova zniknela ! 29.01.08, 02:45

                                                    Poranek poszedl spiesznie w kierunku sali, gdzie pozostawil bedaca w
                                                    agonii Kopaczkov-a. Wszedl ostroznie, zachowujac cisze. Jego wzrok
                                                    padl na lozko, ktore zajmowala ciezko poraniona kobieta. Wlasnie :
                                                    zajmowala... Lozko bylo puste a idealnie niemal zlozona posciel
                                                    swiadczyla, ze albo nie bylo od dawna uzywane, albo tez w przeciagu
                                                    kilkunastu minut, gdy Poranek nie byl tu obecny, zaszlo cos
                                                    nadzwyczajnego... Albo w przeciagu tychze kilkunastu minut
                                                    Kopaczkova wywial przeciag porzadkujac jednoczesnie posciel.
                                                    Porankiem zatrzasl przeciag, ktory przeciagnal przez drzwi i otwarte
                                                    okno...
                                                  • bogdanekb Re: Kopaczkova zniknela ! 31.01.08, 17:25

                                                    "- Chyba zemdleje z wrazenia..." - pomyslal Poranek. Chwile pozniej
                                                    Poranek zemdlal.
    • Gość: AKI Dlaczego. był... IP: 213.195.230.* 03.12.07, 21:49
      • Gość: Cz-cz Re: Kopaczkova odleciała IP: 212.160.236.* 01.02.08, 09:21
        No pięknie. Kopaczkova odleciała na całego. Nie było to na szczęście
        daleko. Będąc wysoko spięła się w sobie i wydała z siebie głębokie
        dudnienie.
        -Co tak dudni?-zadał sobie pytanie przechodzący dołem. -Cisza nocna
        co prawda już nie obowiązywała, ale że był to osobnik cichy jak
        trusiaa, skulił się w sobie. Nerwowy był. Wetknął nos głęboko w
        futrzany kołnierz staroświeckiego palta i przyśpieszył kroku.
        Spieszył się , bo szedł w stronę w celu .
        • bogdanekb Re: Kopaczkova odleciała 01.02.08, 12:50

          -Jego celem byl jego dom. Wyszedl wlasnie niedawno od kochanki
          ubrany jedynie w jej futro. A wszystko jak zwykle za przyczyna
          amorow. Nieszczesny, zdradzany przez jego kochanke maz wrocil byl
          nieco wczesniej niz przewidywal z zagranicznej delegacji.
          Przechodzacy ukryl sie tradycyjnie w szafie. Zdradzany maz polozyl
          sie zmeczony do lozka. Przechodzacy postanowil wyjsc z ukrycia.
          Zdradzany maz obudzil sie na odglos otwieranej szafy.
          - Kto tu jest ? - spytal. Powinien oczywiscie byl dodac : "Procz
          mnie i mojej niewiernej zony" Nie dodal. Zapomnial. A moze nie
          chcial. Przechodzacy odrzekl :" To ja, mol"
          - Ale co z futrem - spytal zdradzany maz widzac na molu futro zony.
          - Spoko, zjem w domu - odrzekl przechodzacy.
          • Gość: cz-cz Re: Kopaczkova odleciała IP: 212.160.236.* 01.02.08, 13:46
            W zasadzie powiedzieć łatwo, ale wykonać...Czy ktoś z Was próbował
            jeść futro? Brr...A jak w zęby włazi...
            No ale odbiegliśmy nieco od źródlowego tematu. Cofnijmy się nieco w
            czasie. I co widzą oczy uważne? Przechodzący ubrany tylko w futro
            zapomniał zabrać z mieszkania kochanki klucze od własnego domu. O
            Boże, noc zimna, klucza brak, herbata w imbryczku poza zasięgiem.
            Jadnym słowem Pech przez duże P.
            • bogdanekb Re: Kopaczkova odleciała 01.02.08, 14:38

              "O wlasnie : Pech !" - pomyslal w tejze chwili Przechodzacy. Jakze
              mogl zapomniec o starym, sprawdzonym w te i z powrotem przyjacielu
              Dionizym L. Pechu. Zmienil nieco kierunek swego ni to spaceru ni to
              marszruty i kierujac sie w nieco innym kierunku podazyl do domu
              swego starego, sprawdzonego wielokrotnie w te i z powrotem
              przyjaciela Dionizego L. Pecha.
              • bogdanekb Re: Kopaczkova odleciała 02.02.08, 16:55

                Dionizego L. Pecha jednak nie zastal w domowych pieleszach. Jakby
                niechcacy pchnal bosa stopa wycieraczke. Pod wycieraczka ujrzal
                klucz do drzwi wejsciowych domu p. Pecha.
                "- Ironia losu..." - pomyslal Przechodzacy. "- Jeden Pech, ten w
                zasadzie istniejacy fizycznie opuscil swoj dom, drugi pech, ten
                metafizyczny opuscil mnie...".
                Przechodzacy wlozyl klucz do zamka w drzwiach domu p. Pecha.
                • bogdanekb Re: Kopaczkova odleciała 04.02.08, 17:34
                  Tymczasem pan Poranek dochodzil do siebie po omdleniu.
                  • bogdanekb Re: Kopaczkova odleciała 06.02.08, 20:03
                    A Kopaczková jak lewitowala, tak lewitowala...
                    • bogdanekb Twarde ladowanie. 11.02.08, 17:01

                      Jednak to, co dobre, takze ma swoj koniec.
                      Kopaczkova, zmuszona przez nieprzychylne wiatry, podchodzi do
                      ladowania.
                      • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 18.02.08, 05:11

                        Nie omina biedaczki pewne niedogodnosci : jedyne czynne ladowisko w
                        okolicy jest akurat w tym czasie zajete przez trenujacych agentow
                        sluzb tajnych i jawnych...
                        • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 20.02.08, 02:17

                          Na dodatek o klopotach Kpoaczkov-ý dowiedzial sie nie wiadomo w
                          jaki, ale sobie tylko znany sposob, niejaki Dionizy L. Pech...
                          • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 21.02.08, 12:42

                            Tymczasem cudownie odemdlaly Czechoslaw Poranek postanowil nie
                            skladac broni i w jakis sposob wytropic a nastepnie wykorzystac to,
                            co z Kopaczkov-ý zostac jeszcze moglo...
                            • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 29.02.08, 05:26

                              Gazety, ktore ukazaly sie nastepnego dnia po wyladowaniu Kopaczkov-ý
                              jako glowny element jej ladowania podkreslaly silne uderzenie glowa
                              w powierzchnie ladowiska...
                              • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 03.03.08, 10:29

                                - Mam cie - zakrzyknal uradowany widokiem ladujacej na twardym
                                ladowisku Kopaczkov-ý Poranek.
                                • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 04.03.08, 16:36

                                  - Czy my sie przypadkiem nie znamy ? - uslyszal nagle radosny jak
                                  letni poranek Poranek glos, ktory zdawaloby sie dobiegal zza jego
                                  plecow. Poranek odwrocil sie gwaltownie porzucajac obserwacje
                                  twardego ladowania Kopaczkov-ý. Rzeczywiscie, wrazenie go nie
                                  mylilo. Slowa : "- Czy my sie przypadkiem nie znamy ?", ktore
                                  uslyszal byl przed chwila rzeczywiscie dobiegly zza jego plecow.
                                  • bogdanekb Re: Twarde ladowanie. 10.03.08, 04:14

                                    Poranek dluzsza chwile poswiecil na przyjrzenie sie (ze zwiekszona
                                    uwaga) twarzy,ktorej wlasciciel zadal to z gruntu rzeczy niewinne
                                    wrecz pytanie.
                                    - Nie, nie przypominam sobie,bym pana znal...- powiedzial powoli.
                                    - W takim razie przedstawie sie - zaczal mowic Pech, lecz Poranek mu
                                    przerwal :
                                    - Nie sadze, by bylo to konieczne.
                                    • Gość: kukułą Re: Twarde ladowanie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.04.08, 07:08
                                      Sądzić ja także nie zamierzam, - odpoarł rozmówca, - ale jak Pan wie nie święci
                                      garnki myją, zatem nie mam wyboru.

                                      Podwinął rękawy marynarki i stanąwszy w rozkroku zatoczył koło kciukiem prawej
                                      ręki podtrzymując lewą wymaginowany garnek. Podrzucił naczynie przejmując go
                                      prawą dłonią i po kilku gwałtownych ruchach potrzącających zmył resztki zupy
                                      ogórkowej i odstawił garnek na półkę.
    • Gość: ... Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.adsl.inetia.pl 21.03.08, 08:17
      Pozdrowienia dla pana czesia...
      • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 16.04.08, 08:45
        (Dołączam się do pozdrowień!
        Kukułą - dawno Cię nie było... ujrzałam pierwszy siwy włos na Twojej
        skroni.)
        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.04.08, 21:33
          - O tutaj widzę jeszcze ślad po tłuszczu, - pomyślał zatroskany ktoś
          tam, - ale nie zdradził się ze swoimi myślami. [Aha, cały czas
          jestem]. Slady po Tłuszczu prowadziły prosto do Wołomina.
          • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 26.04.08, 17:20
            Tymczasem w Pruszkowie zaczal proszyc snieg...
            • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 19.07.08, 09:03

              P.S. Gdyby ktos pytal, to nasi ciagle w Nasielsku !
              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.adsl.inetia.pl 02.08.08, 15:17
                Nasyp w Nasielsku porósł już był podłożnikiem i macieklawą. Spoza
                wysokich morlinów i kwiatostanów widać było drugi brzeg zarzecza.
                Wody ciche i spokojne płynęły tym razem pod własny prąd
                przekraczając dozwoloną w tym miejscu prędkość o kilka węzłów.
                Miejscowa policja rzeczna została postawiona w stan gotowości.
                - Halo, - cichym głosem zagadał do słuchawki telefonicznej
                nadporucznik Zaparty i kontynuował dodając do swojego głosu nieco
                koloratury, - prosimy o posiłki z centrali. Mamy kłopoty...
                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.08.08, 18:27
                  Rezerwa Przeciąg-Roztworowska wymanikiurowaną dłonią trzymała słuchawkę z dala
                  od ucha. Jako sekretarka Naczelnika nazbyt często miała do czynienia z
                  prowincjonalnymi pożal się Boże funkcjonariuszami. Krowę, za przeproszeniem,
                  wezdmie koniczyna, a ci służbiści jeden przez drugiego dawaj zawiadamiać
                  centralę - a każdy liczy na pochwałę za czujność, awans może?
                  - Co tym razem poruczniku? Tylko rzeczowo proszę i bez zbędnej ekscytacji.
                  - Tak jest! No, więc: Maja Ubrana. A zaraz potem Maja Naga. Czyste szaleństwo:
                  raz ubrana, a za chwilę naga! - głos porucznika łamał się i biedak gotów był się
                  rozpłakać.
                  - Mhmmm. Takie buty. Proszę pozostać na miejscu - przypuszczam, że pan Naczelnik
                  zechce zbadać sprawę osobiście.
                  Zaparty niemal bez tchu osunął się w szuwary - Pan Naczelnik. Osobiście...
                  A tu akurat guzik od munduru urwany! Przepadł! Łapaj - trzymaj. Ha, trudno -
                  może nie zauważy. Nikt by nie zauważył kiedy ta tutaj Maja... O znowu zaczyna:
                  ubrana - naga. Szaleństwo Majki! A nie mówiłem?
                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.08.08, 22:51
                    - Jestem zgubiony, - nie pomyślał nadporucznik Zaparty jednocześnie
                    starając się wydobyć z siebie jakąś genialną myśl odpowiednią do
                    sytuacji. Nic jednak szczególnego się nie wydarzyło bo i nie mogło
                    ponieważ niespodziewane nastąpiły zakłócenia w transmisji
                    historycznej i przez pomyłkę bieg aktualnych wydarzeń w dorzeczu
                    Narwii został przesunięty o 145 lat do tyłu - wierzyć się nie chce,
                    prawda! A jednak to prawda - najniechybniej prawa kosmiczne też mają
                    swoje nieprzespane noce.
                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.08, 08:24
                      I oto nadporucznik z zapartym tchem mógł śledzić mistrza przy pracy: Goya
                      uzbrojony w dwa pędzle miotał się od jednego płótna do drugiego i w szaleńczym
                      akcie tworzenia to ubierał Maję, to ją rozbierał.
                      - Aaaa to taka zamiana... - pokiwał głową teraz w pełni rozumiejąc sytuację.
                      Lecz oto obraz zafalował i rozpłynął się bez śladu, a Zaparty poczuł piekący ból
                      pleców i poniższej części ciała.
                      - DE-GRA-DA-CJA! Wstyd i hańba dla munduru! Degraduję was! - Naczelnik smagając
                      Zawadę szpicrutą całkiem się zasapał.
                      - Ostatni raz dałem się tak oszwabić - wydyszał osuwając się w szuwary.
                      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.08, 10:35
                        I nechybnie rozpołowiłby sobie czoło o zaręb korzenny wystający
                        spomiędzy badyli szuwarowych gdyby nie wianek z listków koniczyny,
                        który wprawnym ruchem podłożyła mu pod głowę Rezerwa Przeciąg-
                        Roztworowska. Zaparty w odruchu desperacji postanowił zagrać na czas
                        i wyrywając lewą dłoń do góry pokazał wszystkim białą tarczę zegarka
                        z wybałuszonym na niej złotym napisem "PŁATEK".
                        • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.08, 16:04
                          Uczynił to doprawdy bez cienia refleksji: zegarek stanowił niezbity dowód jego
                          infantylizmu - mundurowi urzędnicy państwowi przenigdy nie splamiliby się zabawą
                          tak prymitywnym urządzeniem. Zegareczek był typowo panieńską ozdóbką mającą
                          wypełnić chwile nudy młodym pannom, zwłaszcza w zimowy czas. Gdy panienka
                          pragnęła powróżyć sobie, czy kawaler ją kocha czy też nie - spoglądała na
                          zegarek, a gdy na nim pojawiał się napis "płatek" wiadomym było, że wybranek
                          żywi do niej szczere uczucia, brak napisu... cóż, u co wrażliwszych panien
                          powodował spazmy i wapory. Ale żeby taką błahostkę nosić do munduru? To
                          pachniało karcerem i sądem polowym!
                          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.08, 21:50
                            Świeży zapach sądu polowego przeinaczył się nagle w świeżenie kuchni
                            polowej, gdzie właśnie Nadczesław - w stopniu kaprala - przyprawiał
                            grochówkę dla oddziału saperów budujących przeprawę pomiędzy dwoma
                            morenowymi płatami czarnoziemu wbijającymi się ćwierćkolem w wydmy
                            przedbagnia kurpiowskiego. Zresztą co za widok! Natura tutaj przszła
                            samą siebie i poszła dalej, bardziej na południe, tworzyć rozlewiska
                            na nizinie madziarskiej. Sam Nadczesław przecierał nieustannie oczy
                            z niedowierzania, zerkając ukradkiem znad tarczy pokrywy do garnka,
                            na przesuwający się wraz z krajobrazem - ze wschodu ku zachodowi -
                            wyręb wraz z Wyrąbem świerkowego lasu.
                            • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.08, 07:30
                              - Cienia nie będzie, grzybów do bigosu zabraknie... Rany boskie!!! Z czego
                              zrobię uszka na kompanijna Wilię?! KOMPANIA STÓJ. Do kotła biegiem marsz!
                              GROCHÓWKAAAAAA.
                              Nadczesław nijak nie doceniał towarzyszy broni - dosłownie ułamek sekundy minął
                              gdy wokół kotła zawrzało. Koledzy mundurowi oblegli gar zupy i już nie chochlą,
                              a menażkami nabierali parującą doskonałość.
                              - Gęstego dajcie, z dna! - cieniutkim głosikiem piszczał wielki jak góra
                              ogniomistrz Waleń. Nadczesław prysnął w krzaki i to uchroniło go przed
                              stratowaniem.
                              - Na przyszłość jakiś schron każę sobie zbudować, a zupę przez małe okienko będę
                              wydawał. Koledzy, zostawcie chociaż miseczkę! Łyżkę? Ech...
                              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.08, 09:55
                                Los jednak chciał (lub zapragnął) inaczej. Z pobliskiego
                                wiklinowiska dobiegł naraz dżwięk przeraźliwy - coś na podobieństwo
                                zagrzmienia - zaraz potem głowa z osuniętym na niskie czoło wiankiem
                                odskoczyła od zarośli pociągając za sobą rozdygotane w konwulsjach
                                ciało - jak gdyby sprawiające wrażenie, że oto dzieje się jakieś
                                wielkie, światowe wydarzenie - ciało, które nie wiedzieć czemu,
                                przemknęło dzielącą je od kotła z grochówką odległość i wskakując
                                weń zatrzasnęło za sobą wieko.
                                • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.08.08, 15:32
                                  Nadczesław obserwujący całą sytuację z bezpiecznego dystansu od razu rozpoznał
                                  amatora darmowej dokładki - na pierwszy rzut oka mogła to być Wróżka Amelka -
                                  wianuszek na niskim czółku i białe giezło były wystarczającym dowodem, ale bycza
                                  postura wskazywała zdecydowanie na...
                                  - To ci kucharz ze mnie - pokręcił głową z niedowierzaniem - żeby aż tu moją
                                  grochówkę wywęszył i ryzykował ośmieszenie w tym niewieścim stroju?
                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.10.08, 18:50
                                    Wieko kotłowe obróciło się kilkakrotnie wokół osi swojej i naraz
                                    ponad nie wysunął się peryskop miarowo zgrzytając mechanizmem
                                    obrotowym. Ukryty w kotle obserwator śledził przedpole kuchni
                                    polowej zatrzymując co czas jakiś oko urządzenia na zgromadzonych
                                    zapasach kulinarnych. Dłuższą chwilę poświęcił piramidzie kiełbasy
                                    parówkowej ułożonej przez Nadczesława w namiocie prowizorycznej
                                    kuchni objazdowej.
                                    • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.10.08, 09:03
                                      Jednak tym razem Nadczesław nie pozwolił sobie w grochówkę dmuchać: jak filip
                                      wyskoczył z zarośli i popędem - szczupakiem runął do namiotu kuchennego piersią
                                      własną nakrywając cenne wędliny. Że potrącił po drodze kilka kotłów i zawalił
                                      półkę z kuchennymi utensyliami zaalarmowani wartownicy wrzasnęli: - Padnij!
                                      Atakują!
                                      Gdy opadł kurz po ogólnej kotłowaninie ten i ów z towarzyszy broni zaczął
                                      wstawać i się otrzepywać. Wszystkie oczy wlepione były w kuchenny namiot, który
                                      został podstępnie zaatakowany. Odważniejsi już odchylali brezent u wejścia. -
                                      Matko! - załkał Waleń. Kucharza nam trafili! Booooże, jelita mu wyszły - nie ma
                                      ratunku...
                                      • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 09.10.08, 10:03

                                        - Waleniu, synu moj najukochanszy, nie daj po sobie poznac,
                                        ze ponosimy porazke...- okrzyk Matki Walenia dotarl w tym
                                        momencie do uszu hordy wredych napastnikow. - Pomysl,
                                        chocby przez chwile krotka, tak krotka, jak udawane orgazmy
                                        twej niewiernej narzeczonej, ze mozemy przeciez liczyc
                                        na niechybnie wyplacone nam reparacje wojenne...
                                        - Ale, ale Matko ! - odpowiedzial zdroworozsadkowo Walen. - Zdaje
                                        sobie sprawe, ze bylismy co prawda swego czasu
                                        ubezpieczeni, jednakze nie pamietam od czego...
                                        • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.11.08, 17:08
                                          ROZDZIAŁ II Wspomnienia - Dzieciństwo Nadczesława

                                          Sądzimy, że aby zrozumieć tymczasową postawę naszego bohatera należy
                                          zwrócić się myślą ku czasom odleglejszym. Tam zrazu znaleźć możemy
                                          obazy utkane zręczną dłonią losu i przypadku, które mieniąc się
                                          wielością barw i planów wydobywają z mroków przeszłości postać
                                          zagadkową choć kruchą i tycią, dziecięcą acz już z wykształtowanym
                                          profilem osobowości. Osobistość ta przez pewien czas wzrastała
                                          przykłanie żywiąc się jedynie lodami dzielonymi na kulki o barwach
                                          od jasnej, mlecznej do ciemniejszych, poprzez truskawkową aż do
                                          ciemnej toni pełnej czekolady. Wszystko najczęściej za złotych dwa.
                                          • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.11.08, 07:52
                                            Najbardziej pierwotnym wspomnieniem Nadczesława były ciasne, biało-czerwone
                                            wysokie sznurowane trzewiczki, które mama pracowicie wciskała na jego pulchne
                                            nóżęta oraz znienawidzone marynarskie ubranko zakładane mu siłą, gdy udawał się
                                            w gości, z tego okresu pamięta jedynie lipcowe popołudnie na ciepłych
                                            drewnianych schodach werandy ze szklanym spodeczkiem pełnym poziomek ze śmietaną.
                                            • Gość: zgrzewacz Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 193.84.182.* 18.11.08, 16:21
                                              - Proszę nie mlaskaj, - upominał go pradziad Nadstefan.
                                              • Gość: piecyk węglowy Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.03.09, 16:41
                                                Widzę tu z niekłamaną zazdrością, że upodobaliście sobie w tworzeniu
                                                nadludzi. Jednym z nich jest jakoby Nadczesław. Zatem muszę was
                                                rozczarowć. Znam go osobiście i z moich obliczeń wynika, że ma metr
                                                pięćdziesiąt wzrostu.
                                                • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.03.09, 18:37
                                                  O ile pamiętam, to wątek ten powstał w 2004 roku na podstawie
                                                  doniesienia złożonego w Izbie Rzemieśliniczej. Tematem anonsu w
                                                  formie skargi była wątpliwej jakości produkcja durszlaków o średnicy
                                                  przpuszczalności 0,2 cm. W związku z tym, że właśnie rozpoczęto
                                                  produkcję makaronu o (PI) 0,1 kontrola RWD zakwestionowała zasadność
                                                  dalszej produkcji wspomnianych przyborów kuchennych. Kontynuacją
                                                  wspomnianego wydarzenia był ciąg nieprawdopodobnych wydarzeń, w
                                                  których główną rolę grał właśnie Nadczesław.
                                                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 13.03.09, 08:41
                                                    Szczupła, pokryta pergaminową skórą dłoń Czesia spoczęła na klawiaturze. W
                                                    zamyśleniu, popatrując to w okno to na ekran wyświetlający jego nadczesławowe
                                                    burzliwe dzieje głaskał klawisz Esc.
                                                    A więc mnie pochowali, dawno. Dlaczego nikt nie zapytał, nie sprawdził. Tyle lat
                                                    czekania. Tyle lat. Życie w konspiracji nieodwołalnie wyrzuca człowieka na
                                                    margines, a przecież jestem! Trwam na posterunku tak jak mi kazali. Miał być
                                                    komunikat - hasło tylko dla mnie. Przecież obiecali.
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 13.03.09, 13:03
                                                    Ano obiecali. Ale jakby poprzez mgłę, w postępującej nieświadomości
                                                    z domieszką postępującej w tempie równomiernym parasamozy. Ano
                                                    obiecali, ale jak to bywam w życiu, obietnica zamieniła się w długie
                                                    oczekiwanie połączone z pragnieniem zmiany choćby nawet na gorsze
                                                    ale w granicach przyzwoitości.
                                                    Tymczasem, pomimo względnej bierości obserwatorów, akcja gnała
                                                    wartko. Wartko na tyle , że nie sposób było uchwycić wszystkich
                                                    nawet głównych wydarzeń, tym bardziej wątków pobocznych, a bardziej
                                                    nawet, drobnych zdarzeń, mimochodów, w których nierzadko leży rdzeń
                                                    rzeczy , a nawet, wyrecytować wypada, klucz do rozwiązania niejednej
                                                    zagadki.
                                                    A jednak Nadczesław pozostał zagadką nierozwiązywalną, nawet po tylu
                                                    demaskujących jego obecność ujawnień publicznych.

                                                    Dziękuję.
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.03.09, 13:56
                                                    Czesław długo jeszcze siedziałby bierny, bliski rezygnacji, ale oto ekran
                                                    rozjarzył się zielonym światłem i napis: Kim jesteś?! wyskoczył oskarżycielsko,
                                                    rzucił się niemal do gardła. Czesław potrzebował chwili żeby ochłonąć - Ki
                                                    diabeł? przemknęło mu przez myśl i zaraz jak na apel poległych stanęli w karnym
                                                    szeregu wszyscy jego znajomi, towarzysze broni i szczenięcych zabaw, kobiety
                                                    jego życia, konspiratorzy, wrogowie i zwyczajne głupki. Przecież ich już dawno
                                                    nie ma... I nagle jak za wciśnięciem właściwego guzika myśli podyktowały hasło,
                                                    a posłuszne palce automatycznie wystukały:
                                                    - Nazywam się Ania, mam dwanaście lat.
                                                    Już wiedział co ma robić, szybko wybiegł na zalaną słońcem ulicę.
                                                    - Mój kontakt będzie czekał za dziesięć dwunasta.
                                                    A jednak nie zostawili. Jestem potrzebny. Lata szkoleń, tyle doświadczeń, że
                                                    tomy można pisać.
                                                    Nie wiedząc kiedy wyprostował się, odruchowo poprawił szal trusiny podniósł
                                                    głowę i sprężystym krokiem ruszył przeznaczeniu na spotkanie.
                                                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 13.03.09, 23:39
                                                    - Dzień dobry. -rzekło Przeznaczenie. - Witam Cię serdecznie,
                                                    jestem Twoim przeznaczeniem.
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 16.03.09, 14:24
                                                    Nadczesław biegł kierowany przez intuicję, ba , nawet lepiej, biegł
                                                    jak gdyby nie wiedział dokąd, ale jednocześnie zbliżał się do celu.
                                                    Mściły się lata doświadczenia w podejmowaniu nieświadomych decyzji.
                                                    Toć przecie mógł się wywrócić na cienkiej warstwie błota ukrytej pod
                                                    warstwą deszczówki spoczywajacej spokojnie w nierównościach
                                                    trotuaru, ale jednak Nadczesław dysponujący zasobem
                                                    nieprawdopodobnych doświadczeń potrafił przejść suchym butem nawet
                                                    przez najsprytniej ukrytą przeszkodę. "Czyż ludzkość nie zna
                                                    umiaru" - przeszło mu nagle przez myśl, oderwaną co prawda od
                                                    nierzeczywistości ale jednak jak najbardziej właściwą u człeka
                                                    wykształconego i wrażliwego na przeciągi wiatrów dziejowych. "O
                                                    jest" - niemal wykrzknął uradowany widząc Bubę przycupniętą pod
                                                    kolumną o obrzmiałej, barokowej ornamentacji na węzgłowiu.
                                                    - Anno, - pomachał dłonią i wydał głośny poświst.
                                                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 16.03.09, 14:37
                                                    Kobieta świśnięta prosto w ucho w pierwszym odruchu poderwała się radośnie i już
                                                    miała zasypać Czesława tysiącem pytań, gdzie bywał, jak się ma, czy jeszcze
                                                    pamięta... ale obowiązek i rutyna wzięły górę - Buba przyjęła postawę
                                                    zasadniczą, podała Czesiowi gruby kapownik i rzuciła sucho: - Tu są instrukcje.
                                                    I gdyby nie ta króciutka chwila, gdy musnęła dłonią czesławową prawicę, nikt
                                                    nawet nie domyśliłby się jakże ten mężczyzna był jej niegdyś drogi.
                                                    - W drogę! zadysponowała, jakby naprawdę chciała rzec: odwagi!
                                                    Czesław jeszcze długo stał patrząc jak znika w perspektywie ulicy, aż zdecydował
                                                    się otworzyć notes.
                                                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 16.03.09, 14:53
                                                    Niestety, notes, mimo, iż w kożlą skórę oprawiony, okazał być
                                                    się brudnopisem Wnuka Nadczesława, w którym Malec niezgrabnie pisanymi literkami próbował przekazać coś potomności.
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.03.09, 15:11
                                                    Dziecięcą, niewprawną ręką i nogą powstałe rysuneczki kryły w sobie
                                                    jednak pewne przesłanie. Oto bowiem obok słonia o trzech nogach
                                                    czaił się ludzik wielkotułowiowy z siedmiopalczastą rączką wskazując
                                                    poza kartkę brudnopisu na kopułę pobliskiego kościoła. Na jednym z
                                                    przęseł podtrzymujących wieżyczkę łopotała kilkubarwna powiejka.
                                                    Nadczesław powiódł wzrokiem po szczegółach nowego planu ułożonego z
                                                    najzwyklejszych przypadków i począł rozgladać się, szukając miejsca
                                                    gdzie mógłby zaspokoić pragnienie. W oddali dostrzegł budkę z wodą
                                                    sodową.
                                                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 17.03.09, 15:30
                                                    - Zimna woda zdrowia doda, dudni woda dudni w cembrowanej studni, dopóty dzban
                                                    wodę nosi... podśpiewywało z głębi budki. Czesio już sięgał do okienka, już
                                                    prawie czuł ożywczą wilgoć na języku gdy nagle bez ostrzeżenia z budki wysunęły
                                                    się dwie pasiaste rączki i podkasały dół kiosku jak brzeg spódnicy, aż ukazały
                                                    się cienkie nóżki. Na tych nóżkach budka zakosami popędziła przez skwerek, po
                                                    drodze wpadając na przechodniów i latarnie.
                                                    - Zaczęło się... Czesio westchnął głęboko, lecz bez cienia melancholii -
                                                    przeciwnie: dawno sprzykrzyło mu się starokobiece wysiadywanie jakby w
                                                    oczekiwaniu na Godota.
                                                    - Skoro z wody nici trzeba wracać do planu. Spojrzał w zamyśleniu na tęczową
                                                    powiejkę, coś mu przypominała.
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.internetdsl.tpnet.pl 18.03.09, 13:07
                                                    "Coś" stanowiło punk zahaczenia. Powiejka, która przypominała "coś",
                                                    dla większości przechodzących tamtędy obywateli była
                                                    właściwie "niczym", tak jak gdyby wcale nie istniała, niewarta
                                                    zauważenia, niewarta nawet napisania o niej choćby jednej linijki
                                                    wiersza patriotycznego lub nawet rymowanki dziecięcej. Jednak dla
                                                    wprawnego obserwatora nabierała niesłychanej wartości i Nadczesław
                                                    wiedział jakie nadać jej znaczenie. Ruszył w kierunku, zdecydowany
                                                    działać. Po chwili był już obok, by poniewczasie znaleźć się
                                                    doładnie ponad kierunkiem. "Wysoko" - pomyślał i zdecydowanie
                                                    chwycił się poręczy stawiając opór przeciągowi, który obustronnie
                                                    owiewał kalejdoskop.
                                                  • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.03.09, 13:30
                                                    - Uuuła! wyrwało się Czesiowi, bo kalejdoskopowe wzory zawirowały mu przed
                                                    oczami i na chwilę stracił równowagę. Przeciążona poręcz ostrzegawczo
                                                    zaskrzypiała i... Stało się - Czesio runął z impetem w głąb kalejdoskopu. Drobne
                                                    kawałeczki witrażowego szkła, koraliki, piórka, landrynki w zwolnionym tempie
                                                    okrążały go, hipnotyzowały.
                                                    Wtedy usłyszał Głos.
                                                    - Witaaaj Arcyczesławie...
                                                    - Awansowałem! przemknęło mu przez myśl. Od razu poczuł, że obrasta w pióra, a
                                                    skrzydła puszyste jak bita śmietana rosną mu u ramion.
                                                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 18.03.09, 14:20

                                                    Zbudzony świdrującym hałasem skrzypiącego tramwaju nijak
                                                    pojąć nie mógł przyczyny nieprzebranej ilości bitej
                                                    śmietany w łożu swym.
                                                  • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.03.09, 07:55


                                                    Było już dobrze po podwieczorku nim Arcyczesław doprowadził swój
                                                    wygląd do względnego porządku. Resztki śmietany zlizał kundelek -
                                                    przybłęda, który od pewnego czasu - wyczuwając darmową kolację -
                                                    swoim przeciagłym ujadaniem podtrzymywał Arcyczesława na duchu. W
                                                    końcu się udało. Zdmuchnięte z ramion ostanie piórko zatoczyło w
                                                    spiralnym locie znak nieskończoności i posłuszne przeznaczeniu
                                                    wfrunęło przez uchylone okno do szoferki przejeżdżającego właśnie
                                                    obok miejskiego autobusu. Zaskoczony szofer z piorkiem przylepionym
                                                    do nosa, w pierwszej - a ostatniej dla niego chwili - gwałtownie
                                                    wcisnął pedal hamulca. Pisk opon i swąd palonych opon dodał
                                                    naturalnej dramaturgi bezwładnej masie autobusu, który niesiony siłą
                                                    odśrodkową wbił się w okalający profil uszczelniający przy górnej
                                                    krawędzi zwartej konstrukcji obmurowania Pałacu Bruhla.
                                                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 09.04.09, 23:55
                                                    Na szczęście nie wszyscy przeżyli...
                                                  • pan-cerfaust Re: To był naprawdę fajny kolega 16.04.09, 09:00
                                                    Dobrze, że Nadek przeżył juz tyle lat,zatem wiedział jak przeżyć
                                                    katastrofe autobusu. Po prostu do niego nie wsiadł.
                                                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 17.04.09, 22:46

                                                    Brygada samorzutnie skrzykniętych (...) także incydentowi temu nie zaradziła...
    • clooney_g Re: To był naprawdę fajny kolega 17.04.09, 23:23
      Przepraszam, lecz pomyślałem, że to o mnie...
      • Gość: sernik świąteczny Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.06.09, 21:03
        też przepraszam, ale myślałem, że to nie o mnie.
        • Gość: Sernik świąteczny Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.06.09, 23:15
          Smutek zamienił się w radość, która przygotowała grunt pod działania
          skoordynowane i samorzutnie naprowadzające się na cel, za który
          wybrano budkę z lodami znajdującą się na rogu Myśliwieckiej i
          Parkowej. "Jeśli miałby się coś załamać to tylko pogoda", -
          pomyślał Nadgrabia szukając wyjścia z sytuacji w którą wlazł
          nieopatrznie przechodząc przez nieoznakowany trawnik okalający
          posesję nieopodal.
          • trusiaa Kukułą, przybywaj z odsieczą! 22.06.09, 09:22
            Świat Nadczesława kurczy się do kilku uzurpatorów - oto cieć Nadgrabia o
            specjalizacji usuwanie liści z powierzchni parkowych twierdzi, że dostał etat w
            wątku.
          • Gość: kukułą To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.07.09, 12:41
            I, choć wystrojony jak wożny w Dzień Nauczyciela, również
            nie potrafił poradzić sobie z czeredą absztyfikantów...
            • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 06.07.09, 10:42
              ...był...
              • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 06.07.09, 10:50
                Był rześki poniedziałkowy poranek. Czesław z cichym skrzypnięciem w stawach
                usiadł do stołu. W zamyśleniu zanurzył swój order w parującej szklance z
                wrzątkiem. Zapatrzył się w okno.
                Nic.
                Spojrzał na szklankę - nic.
                - Jakaś słaba ta herbata, pomyślało mu się.
                • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 10.07.09, 17:44
                  Naraz przypomiał mu się poprzedni wieczór, o którym już dawno
                  zapomiał. Herbata parowała wyczyniając różne esy wątłymi smugami
                  floresów wrzynając się gwałtem w niespokojną przestrzeń wspomnień.
                  Nadczesław leniwie otworzył drugie oko by zaraz zamknąć to
                  pierwsze. "O tak lepiej", - pomyślał bębniąc palcem o blat stołu,
                  który trwożliwie drżał w rytm żołnierskiej kołysanki. Herbata
                  tymczasem, nabrała mocy i barwy - herbacianej tężyzny, by
                  podstępnie zwrócić na siebie uwagę niespotykanym w naszych czasach
                  połączeniem rzetelności i końpetencji.
                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 10.07.09, 18:34
                    Oto w szklance mieszały się dwa kolory: klasyczny brąz assamu i delikatna zieleń
                    gunpowdera. Jednym słowem moro...

                    Nadczesław pomedytował chwilę - króciutką, bo herbata zielona nie ogarnęła
                    jeszcze jego zmysłów, nie wprawiła go w rozedrgany jak struna sitaru stan alfa.
                    Echo śpiewu po rosie, Kasztanka końpetentnie grzebiąca kopytem w młodziutkiej
                    trawie; o rety, a cóż to za wojacy?

                    Zdecydowanym ruchem podniósł szklankę do ust.
                    • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 11.07.09, 16:38
                      I nadział się na wymierzoną w ząb trzonowy lancę. Zadudniło kopytem
                      całego szwadronu aż Nadczesław klapnął z wrażenia szczęką
                      przegryzając sztandar pułkowy na wpół. Reszta kawalerzystów
                      uforowała szyk na lewej górnej flance akurat w okolicach metalowej
                      koronki. "Ząb zupa dąb... zdąb upa ąb", - wyrwało się cwałem
                      spomiędzy zagryzionych na lancy szczęk. I w tym momencie nastąpił
                      Kataklizm Jan...
                      • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 12.07.09, 06:47
                        ...Kataklizm Jan (szwagier Stanisława Ciąg-Dalszy)w jednej sekundzie zrujnował
                        protetyczne cudo od lat dwadziestu z okładem fortyfikujące łuki szczękowe
                        Nadczesława.
                        Niby obojętny na trzask ostateczny Czesio rzucił półgębkiem - Ha, ha! Panowie,
                        nie róbcie z gęby cholewy!
                        Ale zaraz pożałował gorzko, że w ogóle głos zabierał.
                        - Felczera! Dawać tu felczera...
                        Trudna rada, trzeba będzie iść do dentysty.
                        Oj nie uśmiechała się Nadczesiowi ta perspektywa. Ooooj nie.
                        • Gość: kuku. łą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 13.07.09, 17:06
                          Ściskoszczęk jest zjawiskiem rzadkim ale jakże efektownym. W całym
                          szarobycie rzeczywistości zdarzają się momenty olśnienia, gdy
                          powszedność codzienności nagle, niespotykanie rozpromienia się na
                          moment blaskiem zdarzeń niezwykłych. Taką też przybrał minę
                          Nadczesław - minę niezwykłą lecz tkliwą, a z jego oczu bił blask
                          wzruszenia i egzystencjalnego bólu nadający całej scenerii posmaku
                          niekłamanej głębi metforycznej. Kto chce niech zgadnie. Ale po cóż
                          zgadywać? Odpowiedź sama ciśnie się na koniec języka...
                          • Gość: trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.07.09, 17:22
                            ... by strzyknąć śliną z siłą wodospadu (o żebyż to świętej pamięci Mamusia
                            widziała!)
                            Złamany ząb poturlał się pod łóżko. Myszka Zębowa Wróżka, importowana tuż po
                            wojnie przez attache kulturalnego Ambasady Brytyjskiej) otrząsnęła się z
                            obrzydzeniem... - No way! pisnęła i szurnęła w szparę pod drzwiami.
                            Nadczesław westchnął ciężko - bał się tylko jednej, no może dwóch, rzeczy w
                            życiu - żab i dentystów.
                            • Gość: kuku.łą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 13.07.09, 18:08
                              Cóż jednak tam żaby i dentysta w porównaniu z prawdziwym monstrum:
                              żabodentystą. A był taki jeden. Co prawda nikt - na pierwszy rzut
                              oka i ucha - nie mógł w nim rozpoznać przekładńca obsesyjno
                              kompulsywnego. A jednak był on przede wszystkiem osobnikiem o
                              ukrytym układzie wieloznaczeniowym, dlatego ułożył sobie życie jako
                              jednostka cicha, spokojna i wrażliwa. I tutaj nastąpił nagły zwrot
                              akcji. Zęby (ząb) zostały rzucone i jak oderwane od rzeczywistości
                              niesamowite wydarzenia, potoczyły się w różnych kierunkach wywołując
                              lawinę następst, o których nie śniło sie nawet największym
                              optymistom i optymistkom...
                              • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 14.07.09, 08:45
                                (Tu klawiatura wymyka mi się z rąk - wysiłek intelektualny - zniweczony!
                                Na skutek dysonansu poznawczego wywołanego niespodziewaną abrewiacją doznaję
                                aberracji.
                                Kimże są kuku. łą i kuku.łą? Gdzie podział się stary wiarus kukułą?!)
                                • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 14.07.09, 18:11
                                  (Nawiasem mówiąc, tylko proszę bez nawiasów(. A poza tem zawiasy
                                  podtrzymujące mostek zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do
                                  krytycznych wskaźników wytrzymałości. Wyraz mimiczny pozostał
                                  jeszcze zgodny z obowiązującą kurtuazją, ale lewa warga zaczęła już
                                  zaczyniać się nerwowym potrząsem. I coż z tego, że obiad był syty, a
                                  przystawki odpowiednie, gdy uroki melodii kulinarnej spowiła chmura
                                  egzystencjalnego dyskomfortu. "Każdy ma to co lubi, gdyby
                                  najczęściej nie miał tego co kot napłakał", - sięgając otwartą
                                  dłonią w gęstościach mądrości ludowej zaintonował w myślach
                                  Nadczesław.
                                  • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 23.07.09, 08:37
                                    Zwodzony, od niedawna, mostek Nadczesława zatrzeszczał złowieszczo...
                                    - Choć burza huczy wkoło naaas!
                                    Nie czas na budujące pieśni, nie czas na robienie pociesznych min.
                                    Oto zielony (?!) mosteczek ugina się.
                                    Już drzwi nadczesławowoego mieszkania stoją otworem. Lewa noga za progiem, prawa
                                    jeszcze próbuje wrócić do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Bredzi -
                                    słowo daję!
                                    Nie ma odwrotu.
                                    Nie wiedząc jak, nie wiedząc kiedy Nadczesław znalazł się na ulicy Ząbkowskiej
                                    pod drzwiami gabinetu znanego warszawskiego dentysty - Jana Bezzębnego.
                                    • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 23.07.09, 16:44
                                      Jan van Bezz ( potocznie zwany przez młodzież
                                      pozaszkolną "Bezzębnym"), był wysokiej klasy specjalistą inżnierii
                                      mostownictwa i budownictwa komunikacyjnego. W czasie okupacji łapał
                                      się różnych zajęć by w końcu znaleźć bezpieczną przystań zawodową
                                      konstruując lub naprawiając mostki oraz uszczelniając mosty bęące
                                      przedłużeniem ciągów komunikacyjnych po których w miare przeżuwania
                                      przemieszczały się rozdrobnione fragmenty i części spożywanego
                                      pożywienia. W ówczesnych czasach te charakterystyczne problemy
                                      komunikacyjne były na tyle powszechne, że wymagały ciągłej czujności
                                      służb do tego powołanych. Wspomnainy już Jan van Bezz był właśnie na
                                      służbie u Nadczesława.
                                      "Janie", - cicho, głosem romantyka, ale jednak władczo, zwrócił się
                                      do inżyniera nasz bohater...
                                      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 15.09.09, 12:59
                                        ROZDZIAŁ 3

                                        Każda historia dobiega końca aby dać początek historii następnej, a
                                        ta z kolei następnej, aż do ostatniego rozdziału księgi gdzie na
                                        ostatniej stronicy wielkie, wytłuszczone "KONIEC" zatrzaskuje
                                        wiekiem niebytu żywoty bohaterów każdego opowiadania. Czy inaczej
                                        może nie być w wypadku Naczesława? Ano przekonajmy się..
                                        • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 15.09.09, 13:12
                                          TO być nie może!!!! - Strrrasznym głosem zatrzeszczała z szafy pani
                                          Kropidłowska.
                                          Trusiaa, szal swój zawiązawszy w węzeł marynarski, strzeliła obcasami
                                          i chrząknęła znacząco: - Hmhm.

                                          Wiatr historii zaszeleścił kartką z napisem KONIEC, potem odwrócił
                                          kartkę "Rozdział 3" i oto znów Nadczesław upomniał się stanowczo o
                                          pomoc medyczną: - JANIE!
                                          Dentysta inżynier drgnął, a stalowy haczyk osadzony w rączce z kości
                                          słoniowej zawibrował ostrzegawczo w jego dłoni.
    • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 25.10.09, 22:32
      swego czasu kukułą napisało :

      > Na ulicy Prostej w Warszawie stał dom pod numerem piątym. Mieszkał tam pan
      > Czesiu. W czasie wojny dom został zburzony, ale pan Czesław znalazł sobie kąt
      > u znajomych na Krzywym Kole. Mieszkał tam do swojej śmierci w 1979 roku.
      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 02.12.09, 15:26
        Nadczesław wreszcie dojrzał jak agrest na krzaku po upalnym lipcu. W sierpniu
        był już gotowy do podjęcia wyzwania jakie postawiły przed nim poważne problemy
        osobowościowe pojawiające się od czasu do czasu na jego czole. Najpierw przykrył
        je grzywką by potem wesprzeć się emocjonalnie recytując poezję patriotyczną w
        bramach kamienic czynszowych, wzbudzając powszechny aplauz, spragnionego przeżyć
        estetycznych, prostego ludu stolicy. Wreszcie przyszedł czas na odwiedziny u
        Kropidłowskiej. Nadczesław przygotował się do wizyty bardzo starannie.
        • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 03.12.09, 08:55
          Przede wszystkim postanowił uporządkować swoje problemy. W tym celu zaczesał
          grzywkę na bok - jak chwilową pożyczkę. Teraz jego blade, dumne czoło,
          pobrużdżone jak pole jarmużu, odbiło się w łazienkowym lustrze w całej okazałości.
          Nadczesław przybrał skupiony wyraz twarzy, a bruzdy na czole zafalowały: oto
          jego osobowościowe dylematy jak artyleryi ruskiej ciągną się szeregi, prosto,
          długo, daleko, jako morza brzegi;
          i zobaczył ich wodza: przybiegł, mieczem skinął i jak ptak jedno skrzydło wojska
          swego zwinął; wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota długą czarną kolumną,
          jako lawa błota, nasypana iskrami bagnetów!

          Tego już było za wiele: - Jak mogłem doprowadzić cerę do takiego stanu?! Jakże
          ja się ludziom na oczy pokażę? Parówka... Tak. Prędko - miska, wrzątek,
          ręcznik... tylko żeby kolejności nie pomylić.

          Nadczesław z godnością usiadł przy kuchennym stole i, nachyliwszy twarz nad
          miską waru, okrył głowę ręcznikiem - po chwili poczuł jak pogrąża się w oparach
          absurdu.
          • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 12.12.09, 22:50
            Niestety, jak zwykle, w najmniej odpowiednim momencie do drzwi
            zastukał (wyręczanie się elektrycznym dzwonkiem wśród elit
            uchodziło wciąż za objaw nonszalanckiej nowomody) nieszczęsny
            sprzedawca wielkanocnych pisanek (zwanych na Mazowszu kraszankami).
    • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 13.12.09, 21:58
      ... no bez jaj.
      • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 24.12.09, 20:40
        Tradycyjnie otrzymał, miast zapłaty za sprawnie podane hosło-kod, fackę w czółko.
        - Jejku - jęknął obolały.
        • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 26.12.09, 10:20
          Nadczesławowi żal się zrobiło posłańca.
          I łyso mu było.
          I siadł Nadczesław i zapłakał.
          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.12.09, 07:14
            Z militarnego punktu widzenia - choć lepiej nie używać tutaj tego słowa, żaden
            żołnierz nie lubi być widziany: zwłaszcza na polu bitwy - zatem z militarnego
            punktu podpatrywania dobra poezja jest tak samo niezbędna w okopach jak granat
            lub bagnet. Siarczyście zarecytowany wiersz, fraza cięta i bojowo formułująca
            głoski, iskrząca luminacją słownych dysonansów jest niezastąpiona w sytuacji
            nudy frontowej. Dlatego nie ośmielam się przenieść całego ciężaru prowadzenia
            akcji na barki naszego bohatera lecz recytuję dla Niego z pamięci:

            "Nie płacz Nadczesławie:
            niechaj poły sutanny proboszcza Twego
            okryją Cię całunem ciepła rodzinnego..."
            • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 28.12.09, 09:21
              Tak. Okryją - poły sutanny.
              Już już miał rozpromienić się i z ulgą odetchnąć, gdy nagle jak krucy czarni
              przeleciały mu przez głowę dawno pogrzebane, mroczne wspomnienia z chłopięctwa.
              Zębami zaświstał, zazgrzytał - po coś kumie tu zawitał...?!
              Ale to już zupełnie inna historia.

              Nadczesław w melancholijnym nieco nastroju dokończył ablucji - teraz już tylko
              buty wypolerować pozostało.
              Tylko gdzie jest szuwaks?
              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: 194.169.228.* 12.02.10, 16:35
                Szuwaks zdążał w przeciwnym kierunku. Jego poły płaszcza rozwiewał w aberracyjne
                formy podmuch gorącego powietrza i gęstej, soczystej pary jakie wyrzucał z
                siebie stalowy kolos pędzący z zawrotną prędkością gdzieś pomiędzy Mławą a
                Malborkiem. Szuwaks dzierżył w dłoni filofon dający mu możliwość manipulowania
                czasem jaki był mu jeszcze potrzebny na dokonanie zmian w budowie strukturalnej
                części zagadki kryminalnej jaką starał się rozwikłać od momentu znalezienia
                podejrzanego, który sam znalazł się w jego kręgu osób mających, lub też nie
                mających, coś wspólnego z tajemnicą zaginięcia i prawdopodobnego unicestwienia.
                • Gość: nić porozumienia Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.05.10, 20:29
                  Zgaduję, że wasza twórczość to ciągły sąd nad waszym sumieniem.
                  • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 14.05.10, 23:51
                    - Tak, sumieniem mym targaja wciaz wstrasy mogace wywolac tsunami,
                    lecz nerwy trzymam na postronku, dokladnie wg instrukcji
                    Czarnowasego. Poza tym, ujrzawszy mnie, raczej sraczki nie dostana -
                    szepnal znienacka, sam do siebie Prawnuk Nadczeslawa.
                    • bogdanekb Re: To był naprawdę fajny kolega 23.05.10, 00:17

                      A szepnaszy to, zasnal.
                      • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.07.10, 08:09
                        ROZDZIAł ÓSMY "POLOWANIE"

                        Tymczasem bory i puszcze nabrały listowia i rozgałęziły się po zimowej
                        drzemce. Zwierz leśny ruszył z łapki i kopyta zwiedzając nieprzebrane
                        połacie kniejowe. Było co podziwiać. Tu jagoda i poziomka, tam skrzyp
                        czwartorzędowy, by zaraz ukazać naturę mchów i porostów...
                        • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 14.07.10, 09:04
                          Nadczesław wciąż leżał wśród runa. Wtopiony w zieloność, lekko zmurszały po
                          zimie. Zahibernowane myśli jak żel - trwały bez ruchu gotowe popłynąć, lecz
                          żadna iskra neuronowa, żaden kwantowy olśniewający rozbłysk nie następował.
                          • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.10, 08:14
                            Czyżby kres epoki odnowy i oświecenia, której Nadczesław był głównym przedstawicielem w kniejach i borach staropolskich? Skąd zatem nadejdzie wyzwolenie flory i fauny leśnej spod zniewolenia, jakie przyniosło podstępne wprowadzenie eugeniki do klasyfikacji tego co naturalne w kategoriach wartości energetycznej. Ostateczne rozwiązanie kwestii podgatunków czwartorzędowych zaakceptowały najwyższe władze Rzeszy Malkontentów. Skrzyp polny miał zniknąć z łąk i przedborza mazowieckiego by zastąpić go gałąźnicą alpejską. Nie inaczej z rosówką podmokłą wielonogą; wyrok dla niej szykował się w postaci szwarcgłowa frankfurckiego.
                            • trusiaa Re: To był naprawdę fajny kolega 18.10.10, 11:37
                              Gwałtowny rozbłysk pod powiekami.
                              - Na Trygława! Łapy precz od skrzypu! Od rosówki precz! Nie oddamy! - zbielałymi usty wyszeptał Nadczesław.
                              Krew szybciej popłynęła w żyłach... martwą odemknąwszy powiekę Nadczesław zamrugał zrazu, oślepiony słońcem, ale zaraz otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie i wyleciał potem jak z procy.

                              • Gość: kukułą Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.10, 14:34
                                Nawet ucho przestało go swędzieć. Nie, żeby przestał być człowiekiem odpustu, a nawet więcej, nosicielem wartości kulturo - odtwórczych, ale przecież całe jego życie świadczyło, że ma jednak coś do powiedzenia, a nawet wyszeptania na głos...
                                • Gość: kalka Re: gosc portalu kukul napisala IP: *.range86-135.btcentralplus.com 24.10.10, 21:26
                                  bo taki- byl- szesc lat sie will
                                  pod ziemia- czeslam, syn jacka.
                                  na ulicy :Wrong
                                  piwniczny song
                                  w kamienicy na rogu pl.acka
                                  (uprawial)

                                  ps
                                  potrzebuje dobrego rymu do uprawial





                                  • Gość: kuku Re: gosc portalu kukul napisala IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.01.11, 22:05
                                    Nadczesław postanowił przerwać milczenie. I włączył radio. Niestety to co usłyszał wprawiło go w przeciążenie. Było zwyczajnie zbyt mocna przeźroczystość.
                                    • Gość: kalka Re: gosc portalu kukul napisala IP: *.biblpubl.waw.pl 27.07.11, 15:50
                                      Sposobem na sprawdzenie poczytalności spikera czytającego wczorajsze wiadomości była manipulacja pokrętłem regulującym siłę westchnień. Przy minimalnym natężeniu można było zawładnąć tłem które w trzecim planie zachodziło już poranną mgłą. Siła głosu natury w postaci oddźwięków leśnej głuszy przechodziła na częstotliwości średniej w melodyjny poszum kniei. Nie przeszkadzało to zrozumieć dramatyzm sytuacji pasażerów pociągu wąskotorowego, który w relacji spikera radiowego nie mógł się zatrzymać na żadnej stacji i mknął ku swojemu przeznaczeniu przez dzikie lasy Puszczy Knyszyńskiej.
                                  • Gość: von Rugborhou Re: gosc portalu kukul napisala IP: *.dynamic.chello.pl 24.11.11, 19:07
                                    najlepszym rymem do "uprawiał"
                                    jest " przemawiał" lub po prostu "hodował" lub jeśli w większej skali "produkował przemysłowo".

                                    np. na rogu pl.acka produkował
                                    z czabanem w dłoni
                                    nie rymował ale się przejmował
                                    z okiem w lewej skroni
                                    • Gość: von Rugborhou nie znam wątku IP: *.aster.pl 29.11.11, 14:28
                                      Przyjemność z siedzenia przy oknie nie dała mu tyle ekscytujących wrażeń co nieprzyjemność obcowania z dwójką pasażerów, którzy zamieniali się nieustannie miejscami wydając przy tym dźwięki przypominające odgłosy krajalnicy mechanicznej o podwójnym łożysku. Całość dopełniał ornament w formie dekoaracyjnego obramowania wzorem geometrycznych wielokątnych powtórzeń. "Co za miła chwiła" - pomyślał odpakowując kanapkę w koptkowej dłoni przewiniętej szkarłatną szarfą.
                                      • Gość: von Rugborhou Re: nie znam wątku IP: *.home.aster.pl 07.04.12, 19:19
                                        Nieznaczny chwilowy ucisk, w lewej skroni, przynióśł mu łatwość ogladania mijanych krajobrazów przesuwających się za oknem, w miarę oddalania się od pogórza łęczyckiego. Zbliżali się do wklęsłości poludniowo-podlaskiej. Tutaj przydałaby się jedna uwaga: słomiany ogień cierpienia wypalał w jego świadomości przeogromne bogactwo małych, nieskomplikowanych, porywających myśli o czekajacych go w niedalekiej przyszłości odkryciach. Teraz zadowolił się jednak odkryciem nóg przysłoniętch, na początku podróży, kocem. Nie było mu już tak chłodno, w przedziale ogień buchał na całego - oczywiście dosłownie, choć z przymrużeniem oka - jeśli w ogóle takowe istnieje.
                                        • Gość: kukułą Re: nie znam wątku IP: *.home.aster.pl 12.09.12, 07:37
                                          Znaczy się, pierwsze koło parowozu wydawało dźwięki przypominające nawiertłotrafił. Czyjeś dłonie zakryły twarz maszynisty - wydawało mu się, że już to kiedyś przeżył. To była przesłona przeszłości. Dźwięk dodawał dynamiki przeżyć wraz z oddalaniem się od głownego wątku życia. Na to było stać tylko Nadczesława...
                                          • trusiaa Re: nie znam wątku 12.09.12, 13:12
                                            Osiągnąwszy pierwszą prędkość kosmiczną Nadczesław wirował wokół jednej uporczywej myśli. Nie potrafił jej ogarnąć ani zdefiniować - tkwiła w samym środku jego głowy, wydając to pisk cieniutki, to jednostajne buczenie. Miał na końcu języka to nienazwane coś. Drżało i już już miało się wyrwać z ust, uwalniając z Nadczesława całą skondensowaną do granic bezradność - ale nie! Wredne, męczące: przecież znane i oczywiste, ale celowo ukryte, nie spieszyło się z ostatnią odsłoną.
                                            - O co ci chodzi?! - wydukał przez zaciśnięte zęby. Daj mi spokój!

                                            - Pokój? Hi hi! - pisnęło coś.

                                            WIEM! - ryknął Nadczesław i wyczerpany opadł na poduszkę. Poduszka usłużnie się ugięła, pasiasty siennik westchnął, sprężyny metalowego łóżka jęknęły przeraźliwie.
                                            • Gość: kukułą Re: nie znam wątku IP: *.warszawa.vectranet.pl 25.01.13, 18:23
                                              Dźwięk na poczatku nieregularny i mataliczny, jakgdyby dobiegający z wnetrza kotła parowego, o który od wewnatrz obijała sie nieumyślnie pozostawiona nakrętnica folistynowa, w miarę opadania temperatury powietrza, zamieniał się w harmonicznie powtarzające się melodyjne westchnienia i szepty bezwstydne.
                                              • kalllka Re: nie znam wątku 26.01.13, 13:27
                                                besztydne, bessztydne szumial glowa parowosz
                                                wmyslwmysl wtorowal Nadczynnosc( tarczycy) asz waliszki i torby poszpadaly w rytm zorby.
                                                i taktotonietakttototak,,,oddalil sie na beszamelmucio, keliszek czystejzimnej w wagonli resztauraczyjny


                                                • Gość: kukułą Re: nie znam wątku IP: *.warszawa.vectranet.pl 15.05.13, 22:44
                                                  Coś ty! Nie w głowie, ale w nogach, i to zimno nie było, ale ciepło... i potem już do góry głowami i na dół nogami - lub na odwrót - gwizd parowozu przerwał pamięć, i już bez pośpiechu, ale z jakimś przemożnym postanowieniem, że jednak wyjdzie z siebie i stanie obok jako obserwator, gdy tu nagle znowu otworzył oczy i zobaczył w szybie, nie odległe przestworza, ale siebie, nie siebie. I już dalej w rozpędzie przeszedł na drugą stronę, bez poczucia czasu i odległości, dlatego zawiesił się na szyi maszynisty i zasnął.
                                                  • trusiaa Re: nie znam wątku 18.05.13, 12:18
                                                    A co to to, co to to, kto to tak się pcha? - warknął maszynista (Barnaba mu było) i wzdrygnąwszy się, strząsnął Nadczesława na podłogę. A tam wiadomo: żar z rozgrzanego brzucha bucha i pędzi i wali - ogólnie do kitu.
                                                    Z tej perspektywy, mikry z natury, Barnaba wydawał się herosem o posągowej urodzie - efekt potęgowały sumiaste wąsiska, zWrok dziki i suknia plugawa, a wszystko skąpane w czerwonej poświacie. Skulił się Nadczesław, skurczył w sobie, oczka mu się zaszkliły, zaczął ssać kciuk.
                                                  • Gość: kukułą Re: nie znam wątku IP: *.warszawa.vectranet.pl 19.05.13, 20:42
                                                    I wyssał z kciuka myśl przewodnią zwaną kulminacyjną, której natężenie gramatyczne spotęgowane wielokrotnymi spółgłoskami nosowymi miękkopodniebnymi wprawiło w wibrację pancerne blachy parowozu. "Ni, ni "- wydrżał Nadczesław ni z tego ni z owego...
                                                  • kalllka Re: nie znam wątku 20.05.13, 00:32
                                                    ni.. ee moge juz tak dluzej( pomyslal podczeslaw)
                                                    -dziwiaty rok jecham i jecham, a grusze bezplodnie pachna za szynami, z wiosny na jesien coraz szybciej i ...slodziej jestem (pomyslal) od-czasu do czasu bywam tylko nad
                                                  • trusiaa Re: nie znam wątku 20.05.13, 10:06
                                                    Myśl ta dźgła Nadczesława. On sam nigdy nie zwróciłby się do siebie takimi słowami.
                                                    Na rozdwojenie jaźni w żadnym razie pozwolić sobie nie mógł - będąc klasą dla siebie, potęgą i bastą!
                                                    Dojrzawszy w kącie packę na muchy zapytał grzecznie: - Można? I, nie czekając na pozwolenie Barnaby, zerwał ją z haczyka i dawaj okładać się po głowie: - Precz! Po trzykroć precz! Wyklinam cię! - wrzeszczał.
                                                  • Gość: kukułą Re: nie znam wątku IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.05.13, 11:42
                                                    Precz i wyklinam cię, jednak nie zadziałały. Poszło o akcent jaki rozłożył Nadczesława na szufelki. Nigdy, w przypływie wzburzenia, nie akcentuj pierwszej sylaby. Francuszczyzna w parowozie z PaFaWagu nie brzmi dobrze, zwłaszcza gdy okoliczności zachęcały raczej użycia jakiegoś krnąbrnego dialektu germańskiego. Rozkazów jednak lepiej słucha się w poetyckim języku Hartmann'a, Gutekmann'a lub von Papenwitz'a. A tak packa na muchy okazała się jedynie bezużytecznym instrumentem w orkiestrze przegrywającej dżwięki z dawno już przebrzmiałej trąbki Guthmana zasłyszanej kiedyś, w jakąś sobotę, na Starówce.
                                                  • trusiaa Re: nie znam wątku 20.05.13, 15:05
                                                    No, nie rób mnie tego! Jak kląć? Jak... Nadczesław zebrał się w sobie, natężył (tu coś maleńkiego między uszami mu przeleciało i zaświtało - duch ciotecznego pradziadka, któren terminował był u pewnego szewca na ulicy Gnojnej). Cień Ciotecznego nie tracił czasu: dotąd pompował uszy Nadczesława wiązankami stosownymi, przekleństwami piętrowymi, epitetami najwulgarniejszymi, aż ten napęczniał, spurpurowiał i jak pod adresem swego wewnętrznego prześladowcy nie bluźnie!!!: - O żesz ty (...)
    • Gość: czcz Re: To był naprawdę fajny kolega IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.08.13, 20:42
      wiemy o tym
      • trusiaa Cz-Cz???????!!!! 19.09.13, 19:20
        To TY?
        W 2008 oświadczyłeś, że Kopaczkova odleciała i wcięło Cię całkiem. Tyle lat!
        Norrrmalnie nie wierzę co mnie dzisiaj spotkało :) Mów coś, pisz coś.
        • Gość: kukułą Podgląd techniczny IP: *.warszawa.vectranet.pl 10.11.13, 07:01
          Odgłos zgrzytania zębami wdarł się w ciszę nocną szybciej niż Nadczesław zdążył pomyśleć czy to siekacze podpiłowują sobie zgryz na dzień następny, czy też zęby trzonowe wyrabiają sobie dobrą pozycję do zasłużonego spoczynku po ciężkim dniu pracy. A było tego sporo. Najpierw śniadanie "Pod Kogutem" gdzie już od rana trzeba było się napracować: serdelki z musztardą, dwie literatki, potem jeszcze meduza, i na koniec biała kiełbasa w cebuli. Gdyby nie lekko nadkruszona piątka wszystko raczej byłoby dobrze, ale trzonowe musiały zagryzać pod kątem , aby dać piątce nieco wytchnienia. Ale co potem to już koniec i początek świata. Obiad z Grochalską: same obgryzanie kości zajęło całe 40 minut... Kolacja to koszmar, piątka nie dała rady i wraz z dużym kęsem bryzolu zniknęlą w czeluściach przewodu... I jak tu żyć?
          • Gość: trusiaa Re: Podgląd techniczny IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.11.13, 10:46
            - Fąb! Mój fąb! Nadczesławowi starczyła sekunda, żeby ostrożnie, końcem języka dotknąć ciepłej pustki po piątce i zrozumieć, że stało się najgorsze.
            Zimny pot oblał mu czoło. Zaraz duszność gorąca ścisnęła pierś obręczą. Nic nie mogło go przerazić bardziej. Co tam chlubna przeszłość frontowa, okopy, świst szrapneli, błoto, głód, przejmujący mróz, skwar nie do zniesienia i buty, buty, buty, tupot nóg i ptaków oszalałych czarny wiatr! Ząb. Brak. Dentysta. Nieuchronnie. Ból. Bo: musi boleć, prawda?
            Grochalska nie mogła uwierzyć - Nadczesław, dotąd nonszalancko przy stole rozparty, porzucił nagle sztućce, zbladł, zerwał się od stołu i wybiegł na ulicę. Porzucając ją przy stole i, rzecz absolutnie nie do pomyślenia: PŁASZCZ - na krześle!
Pełna wersja