yoma
31.05.05, 10:14
Bardzo swoisty podgatunek turysty weekendowego.
Człowiek dążąc do oderwania się od ciężkiej pracy, domu, bachorów i czego tam
jeszcze udaje się na łono natury. Idzie... idzie... idzie... i jeszcze idzie,
aż go w końcu nachodzi refleksja "no, chyba wystarczająco odsadziłem/am się
od cywilizacji?". Słońce sobie świeci z dala, górą ptaszek wiadomo co robi,
drzewa szumią, rzeka płynie, żaby cudnie kląskają, wtem!
WRRR...BRRR...KICH...WRRR...UMPA, UMPA, UMPA, ŁUPU CUPU!
To okoliczna młodzież męska zdezelowanym maluszkiem, albo jak się udało ojcu
buchnąć kluczyki to i czym lepszym, wiezie ciało na ksiuty do lasu.
Sport polega, jak się zdaje, na tym, żeby wjechać jak najdalej. Co nam tam
bagna i szlabany. Umpa umpa pochodzi oczywiście z radyjka w rzeczonym
maluszku. Tu sport polega na tym, żeby jak najgłośniej.
Wiezione ciało nie wiem czemu (błąd Matriksa?) zawsze wygląda tak samo: ma
rozwiany włos, nieprzytomne spojrzenie, obcisłą różową bluzeczkę i biodrówki
z oponką.
No i taka refleksja mnie naszła: jakby panny okazywały amantom nieco
krytycyzmu i nie dostawały orgazmu od samego faktu przejechania ich
maluszkiem, to może by na tym przyrodniczym łonie nieco spokoju się dało
zaznać?