l2m
28.10.03, 20:47
...z pewnością Wam coś śmiesznego się wydarzyło? No to się, z łaski swej,
podzielcie :-)
Na dobry początek.
Jako studenci 1 i 2 lat wyjeżdżaliśmy na przeszło miesiąc do kolchozu na
zbieranie tego i owego. Pewnego razu zbieraliśmy pomidory. Musieliśmy je od
razu sortować, osobno zielonkawe, osobno dojrzałe, a osobno nadgniłe (te szły
na pastę pomidorową). Więc, już po pracy, dwaj chłopcy zaczęli rzucać na
siebie tymi nadgniłymi, tyle że jeden stał na drodze, a inny chował się w
wyjątkowo wybujałych chwastach na polu. Oczywiście, że ten drugi z reguły
trafiał, a prawie nie bywał trafiony. Ale ten pierwszy jednak znalazł na to
sposób: wziął pudło, gdzie było około 10 kg dobrze już zgniłych pomidorów i
szerokim ruchem wyrzucił je z pudła na pole... Trafił, oczywiście. I to
duuużo więcej, niż jednym pomidorem. To, co powiedział ten trafiony,
przytaczać tu nie będę, bo jeszcze mi wiadomość usuną ;-)
I jeszcze. Już ostatni rok studiów, siedzimy na wyjątkowo nudnym wykładzie.
Pani docent po niewiadomo jaką cholerę rysuje na tablicy mapę genetyczną
E.coli (wyjaśniam - ta mapa jest w każdej jako tako szanującej się książce na
tematy ogólnogenetyczne, no i demonstrowano ją nam już daleko nie po raz
pierwszy ;-) ). Muchy dechną. By nie podzielić los nieszczęsnych owadów, dwaj
chłopcy robią sobie taki samolocik z kartki papieru i zaczynają się nim
przerzucać (za plecami wykładowczyni). Prymitywnie, nie przeczę, ale
atmosfera na sali aż zgęstniała od śmiertelnej nudy, więc wszyscy zwróciliśmy
uwagę na ten samolocik, i aż pokładaliśmy ze śmiechu. Pani docent odwróciła
się od tablicy i spojrzała na nas. Samolocik natychmiast zniknął. "Coś źle
mówię?" "Ależ nie, proszę pani, niech pani sobie nie przeszkadza." Ponownie
zwraca się do tablicy. Samolocik ponawia rejsy czarterowe. Głośny, prawie
histeryczny śmiech. Odwraca się do nas (samolocik zachodzi na awaryjne
lądowanie): "Może, coś w ubraniu mam nie w porządku?" "Skądże, proszę pani!
Wszystko jest ok!" Ponawia rysowanie. Samolocik jest w powietrzu. Nasz śmiech
już zaczyna być po prostu nieprzyzwoity, więc wszystkimi siłami tłumimy go w
sobie. Ale człowiek - nie żelazo. Pryskam śmiechem, a że próbuję się
utrzymać, wychodzi mi takie histeryczne pochlipywanie. Pani docent odwraca
się od tablicy, na twarzy - kompletny brak rozeznania (bo samolocik już znów
na lądowisku), i takim zmęczonym głosem: "No kto tam już szłocha?..."
Bidulka, dotąd pozostała w nieświadomości, że powodem tego wszystkiego był
głupi samolocik papierowy...