Dodaj do ulubionych

"Die Jeromin Kinder" cz.II

27.04.07, 21:33
autor: Ernest Wiechert

- Kiedyś pańska wieś będzie miała z pana pociechę... jak to się ona nazywa ?
- Sowiróg, panie tajny radco.
- Sowiróg, tak.... same słowiańskie nazwy... a co to znaczy ?
- "Sowi zakątek", panie tajny radco.
- Sowi zakątek - powtórzył tajny radca - tak... tam żaden z tych paniczów
miastowych nie pójdzie.... Będziesz pan tam sam, kolego Jonsie Jeromin, sam ze
swoją sztuką i swoim sumieniem. Bo tam chyba jest jeszcze sumienie,nieprawdaż?
- Jest, panie tajny radco.

"Jest wiele jadła w bruzdach biedaków"
(Księga Przypowieści XIII/23)

czI
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=59320675&v=2&s=0
Obserwuj wątek
    • rita100 Re:Żandarm wiejski Korsanke jechał..... 27.04.07, 21:35
      Żandarm wiejski Korsanke jechał na swej wysokonogiej kobyle przez wieś.
      Korsankemu już całkiem włosy posiwiały. Tak wiele się tu działo, Boże drogi, a
      strumień czasu spływał w głąb. Przed wojną, podczas wojny i później. Stara
      kobieta z "Biednej Grzesznicy dyktowała na jego ręce swą spowiedź, a przy
      mielerzu siadywał Jakub szarpiąc sobie duszę w poszukiwaniu sensu świata. Cesarz
      nie siedział już na tronie, a Korsanke złożył nową przysięgę, przysięgę na
      republikę, sam nie wiedział co to takiego republika. Wielcy wytyczają drogę
      ojczyźnie, a prości ludzie słuchają.

      Był człowiekiem prostym, dzieckiem prostych ludzi, a przecie odczuwał, jak
      piękna jest ta ziemia, po której idzie. I że to jest ziemia rodzinna. Wieś
      spaliła się, ale oto znów szarzeją nowe strzechy, bez kwitnie kele płotów, a na
      wzgórzu ciemny świerk zwany "Zmarłym Pastorem". Gdzie mniszka zżarła lasy, znowu
      jaśnieje młoda zieleń. Pokój, jak okiem sięgnąć, pokój po krwawej wojnie, pokój.
      • rita100 Re:Obrzydliwy Kuternogo! 27.04.07, 21:36
        Było mu na duszy prawie tak jak w niedzielę. Dzwony zginęły w ogniu wraz z
        kościołem, ale skrzypce także są piękne, gdy ich głos unosi się nad cichą
        wioską, a tam w domu, w jego starej zołnierskiej skrzyni leżą głęboko na samym
        dnie dziecięce skrzypeczki, które podarował synkowi, zanim dziecięca śmierć
        przeszła przez wieś.
        "Ubogiemu zawsze wiatr w oczy"..... pomyślał gdy wtem usłyszał jak smyczek
        stuknął o katedrę, a potem dzieci na dwa głosy podjęły nową melodię. Swawolną,
        natrętną i jak się wydawało Korsankemu, bezbożną.

        Tam nad Renem, w Luksemburgu
        Latek temu mnogo,
        przyszło na świat dziecko
        zwane Kuternogą.
        Hop, hej, hej, kuter.....
        Hop, hej, Kuternogą.

        Zachciało mu się grać w teatrze,
        Lecz matka krzyknie srogo:
        "Pacierza się wpierw naucz,
        Obrzydliwy Kuternogo!"
        Hop, hej, hej, kuter....
        Hop, hej, Kuternogo!

        Korsante pomyślał, że za Stillinga dzieci śpiewały co innego, tak pięknie, tak
        radośnie
        "Jak pięknie świeci nam gwiazda zaranna...", a on szczególnie lubił słuchać
        śpiewów Marcina Gołąbka, co to przepadł w rosyjskich stepach, a były to pieśni
        wesołe, takie jakie proste serce układa.
        "Nowe czasy", pomyślał Korsanke i może dobrze by było pójść na rentę, zanim
        takie pieśni z chóru kościelnego śpiewać zaczną.... obrzydły Kuternoga... iluż
        to on spotkał na drogach Rzeszy takich kuśtykających, na kulach.
        I pognał galopem....
        • rita100 Re:Wieś praźródło społecznosći ludzkiej trwała. 27.04.07, 21:38
          Korsanke pognał galopem do chaty Daidy, potem ostrym kłusem do lasu , który
          ludzie nazywali "Rajem" i gdzie przed laty padł od kuli Fryderyk Jeromin, gdzie
          stara kobieta z "Biednej Grzesznicy" czuwała nad zabitym i znalazła flet. Teraz
          jechał Korsante do wsi, skąd pochodziła dziewczyna, która dała zmarłemu
          (Michałowi) "ostatnią radość", jak to Jakub nad trumną powiedział.
          Tyle ludzi, tyle losów, tyle, tyle.... Oto wyspa, gdzie żył nieszczęsny pastor,
          skąd dziadek Jeromin uniósł się w ogniu do nieba, jak Eliasz. A jego wnuki i
          prawnuki chodzą dalej po tej ziemi. Przemijali ludzie i domy, wymierały lasy, a
          dzwony roztapiały się w ogniu. Ale wieś praźródło społecznosći ludzkiej trwała.
          Potem Korsanke zboczył do opuszczonego mielerza. Spojrzał na próg chaty, na
          którym umarł Michał. Siedziała tam teraz pani Marta w czarnej sukni. Serce mu
          się ścisnęło, gdy spojrzał w jej oczy, które były jak oczy niewidomej. Jakze
          ciężka bywa ręka Boża, nawet w cichym, skromnym życiu. Skinął jej jak dziecku i
          pojechał na pole Czai i ujrzał białego konia. Konia, o którym żartem mówiono, ze
          już święty Jan widział go na wyspie Patmos. Czai zza niego nie było widać.

          W takie dni powinno się kwiatków pilnować , a nie nachodzić ludzi w domach z
          rewizjami - pomyślał Korsante
          • rita100 Re:Spada marka, Korsante - rzekł Stilling. 27.04.07, 21:40
            W dole stał dom Jerominów, a stary klon ciągle jeszcze rósł nad brzegiem
            jeziora. Korsanke zatrzymał sie przy płocie i przyglądał się małemu Jonsowi -
            synowi Michała i Barbarce - córka Marii. Jeden ojciec leżał kiedyś ugodzony kulą
            na progu chaty węglarza, drugi ojciec zginął gdzieś na równinach Wschodu, a
            matka ciągle jeszcze siada na brzegu moczrów i czeka.
            Wieczorem Korsanke odwiedził "Dom Krasnoludków", gdzie mieszkał Stillig z siostrą.
            - Spada marka, Korsante - rzekł Stilling - spada, a razem z nią upadnie i Jons
            Ehrenreich, bo skądże weźmie pieniądze na opłacenie czesnego ?
            Martwił się Stilling, że jego oszczędności nie starczą na naukę Jonsa. Korsanke
            co chwilę narzekał na bole w brzuch.
            - Dlaczego nie pójdziesz do lekarza, Korsante ? - zapytał zatroskany Stilling.
            - Czekam , Stilling, czekam , na Jonsa Ehrenreicha - mowi Korsanke - Zawsze
            sobie myślę, ze on przybędzie do nas jak zbawca.
            Odchodząc Korsante podziękował , za rozmowę. Lżej mi jakoś na sercu. A na
            śpiewającego o Kuternodze zwrócę nieco uwagi, by nie urósł zbyt szybko.
            ---

            Tak zobaczyliśmy wieś w oczach Korsanke. Teraz wieś pokaże nam dawny nauczyciel
            Stilling.
            Jaka fantastyczna książka.
            • rita100 Re:Czeka na niego gorycz ziemi. 27.04.07, 21:42
              "Dom Krasnoludków" stał na uboczu, a Stilling widział, że stara Krollowa broni
              swego dożywocia. Złe serce wsi, ani wojna, ani głód nie potrafiły jej poskromić.
              Od brzegu jeziora nosiła się pieśń. To kobiety z domów Jerominów i dzieciaki
              śpiewały "Już ściemnia się na błoniu, idziemy już do domu". Dziewczyna , przez
              którą zgninął Fryderyk nie śpiewa już więcej. Siedzi w milczeniu. Słyszała
              kiedyś flet, co rzucał czary na ludzi i zwierzęta i od tej pory nie śpiewa już
              więcej.
              "Co za dziwny dom..." myślał stary nauczyciel, a przecież jeszcze nie koniec
              tych dziwów.

              A potem szedł ktoś przez moczary przyciskając coś do piersi. To syn Goguna. Syn
              rabusia żurawi, co utonął w moczarach ze sztyletem w radosnej piersi, a kozacy
              strzelali do niego jak do celu. Najbardziej milczące dziecko w całej wsi.
              "Boże drogi", myślał Stilling, "jak Ty otwierasz przed moimi oczami tę swoją
              ziemię, a przecież jestem przed Tobą tylko ślepym, starym człowiekiem".

              Spoglądał w stronę mielerza, a przy mielerzu opuszczona kobieta, której serce
              skamieniało.
              Potem myśli Stillinga uszły do wielkiego miasta (Pisz) do Ehrenreicha, który
              zapewne siedzi nad grubymi ksiązkami, a w środku tych ksiąg jest wielki cud,
              wieczna tajemnica, serce ludzkie. Czeka na niego gorycz ziemi, by ją złagodził,
              jak mówił stary oberżysta, i nie może spać ten, koło którego posłania padają łzy.

              Koniec cz. I
              • rita100 Re:cz.II 28.04.07, 22:07
                Jons uczy się na lekarza w Piszu. Pisz - miasto Jonsa Ehrenreicha. Czy miasto
                zdaje sobie z tego sprawę ?
                Czy ludzie tam mieszkający chodzą tymi samymi uliczkami co opisuje Wiechert. Czy
                jest tam ulica Ernesta Wiecherta ? Daj Boże.
                • rita100 Re:Jak ci mijają dni, Jonsie Ehrenreichu ? 28.04.07, 22:08
                  "Jak ci mijają dni, Jonsie Ehrenreichu ?" - pytał Stilling w jednym ze swych
                  listów, a Jons spoglądał i myślał. A potem wziął jedną fajeczkę pozostawioną po
                  Jumbie, napełnił i popatrzył po książkach, które Jumbo po sobie w spadku
                  pozostawił. Przeglądał je i nagle na jednej zauważył uwagę skreśloną ołówkiem,
                  drobnym pismem zmarłego:
                  "Nie biegnij"- było tam - "bo nie prześcigniesz losu!"
                  Albo:
                  "Gdy śmierć przyjdzie, podaj jej osełkę, by wiedziała, ześ gotów".
                  Ileż on wiedział, ten syn restauratora, co teraz śpi pod sosnami w Rosji.

                  "Jak ci mijają dni, Jonsie Ehrenreichu ?" i dalej mysli Jons. Serce jest
                  zamknięte na głucho przez długie lata. Serce jest dla bogatych i beztroskich,
                  dla poetów i zakochanych, nie dla tego, co żyje z oszczędności starca, jak chory
                  z zaofiarowanej krwi. Ten dopiero może być lekarzem, kto jest przyjacielem
                  życia, a nie ten, kto jest tylko wrogiem śmierci.

                  "Jak ci mijają dni, Jonsie Ehrenreichu ?"
                  Nie było już cesarza, tylko prezydent Rzeszy. A tymczasem marka spadała, pochody
                  w mieście były coraz zajadlejsze.
                  "Tak, wojna także stała się zawodem" - myślał Jons.

                  "Jak ci mijają dni, Jonsie Ehrenreichu ?" - pytał Stilling w swoich listach , a
                  Jons wysiadywał u profesora, który nie był zadowolony z obecnej sytuacji i
                  demonstracji studentów. Żona starego profesora często śpiewała przy Jonsie pieśni:
                  "Szczekają psy we wsi, szczękają łańcuchy, a ludzie w swych łożach posnęli" lub
                  "Śmiertelny strach ogarnął mnie dziś z rana.... aż zwycięstwa nadszedł dzień".

                  Tak, Jonsie Ehrenreichu, "jak upływają ci dni ?". Dni człowieka, co wyruszył w
                  drogę, by łagodzić gorycz ziemi, ale własnej goryczy jeszcze nie złagodził.
                  Nie miał przyjaciół. Dla studentów był dziwakiem lub karierowiczem.
                  Egzaminy semestralne zdał ze szczególnym wyróżnieniem, wiedział, że już cięższy
                  egzamin miał za sobą.
                  Z radością pojechał na swoje pierwsze wakacje.

                  Koniec cz.II
                  • rita100 Re:cz. III 28.04.07, 22:09
                    Jedna z piękniejszych urywków, pokazująca życie we wsi, jej uroki. Tu też
                    odkryjemy cudowność i osobowość Christiana.
                    • rita100 Re:"A na kamyku nowe imię napisane" 28.04.07, 22:10
                      Były to wielkie wakacje. Jons nie zawiadamiał wcześniej o swoim przyjeździe.
                      Szedł piechtą. Czaja był na polu jak zawsze z białym koniem. Był czujniejszy niż
                      pies owczarek, a Jons oparty o laskę zaczął rozmowę. Czaja ma objawienia (i będą
                      jęczeć wszystkie pokolenia ziemi).
                      - To z objawienia ? - zapytał Jons.
                      Jons, czekają na ciebie... Umiesz już pomagać i leczyć ?
                      - Zaczynam, Czaja.
                      - Nie ma dymu nad lasem - rzekł Czaja - ale nie zapominaj Jons....

                      Nie, Jons nie zapomniał. Ani mielerza, ani pana Stillinga, ani Korsankego i
                      starego Piontka, ani żywych, ani umarłych.
                      Od pierwszych dni, zanim zaczął pracować, był jakby oczarowany. Od wczesnego
                      ranka, gdy budził go róg starego Piontka, aż do nocy, kiedy czerwony księzyc
                      stał pełen ponad szczytami dachu. Znów był wpleciony w dolę wsi. Obchodziła go
                      krowa Giny Bojar, chorująca na krwiomocz. Obchodziła go ręka ropiejąca Piontka i
                      tabele obliczeniowe Stillinga i ból w brzuchu Korsankego.
                      Poszedł do chaty przy mielerzu.
                      - Jesteś zdrów , Jons ? - tylko zapytała matka - Idź do swoich, Jons, Czekają na
                      ciebie i zamkła drzwi.
                      "A na kamyku nowe imię napisane" - pamiętał Jons słowa Czaji. Tak, oni wszyscy
                      chyba nie wiedzą, ze Czaja z nich jest najmądrzejszy. I nie dlatego, ze dał się
                      ochrzcić drugi raz.
                      • rita100 Re:Czy wieś, także nazywają 'czerwonymi'? 28.04.07, 22:11
                        Siedział także Jons u Stillinga ktory powiedział:
                        - Wszystko to było wczoraj, Jonsie Ehrenreichu, a Ehrenreich, musisz żyć dla
                        'jutra', zwłaszcza ty i nie wolno ci o tym zapominać.

                        Siedział także Jons u pana von Balka, przed kominkiem.
                        - Jons, nie wiedziałeś, ze nazywają mnie Czerwonym Balkiem, moi 'równi stanem' ?
                        - Nie wierze ? - odpowiada Jons
                        - I ja także nie myślałem o sobie. Ale dla wielu ludzi ten jest czerwony, kto
                        zamiast laski nosi szpicrutę - Nowe czasy, Jonsie i do nas też przyszły, nawet
                        do Sowiego Zakątka ! Przyjrzyj się waszemu nowemu Pestalozziemu (nauczyciel na
                        wsi). To rozsadnik nowych kultur. Nauczyciele wiejscy zawsze byli rozsadnikami,
                        tak czy inaczej.
                        - A innych - zapytał Jons - i Daidę, Gonsiora i samą wieś, czy także nazywają
                        'czerwonymi' ?
                        - Zawsze byłem zdania, że studiowanie to niebezpieczne rzemiosło. Lekarze nie
                        mogą być ślepi, na barwy. Nie wiesz jeszcze Jonsie, że bieda jest szara ?
                        Zachłanność jest czerwona, głupota czarna, ale bieda, przyjacielu, jest zawsze
                        szara i ta barwa utrzyma się w Sowirogu.

                        Potem Jons się zapytał, czy pan von Balk, uważałby za słuszne, by teraz na czas
                        wakacji poszedł do fabryki, aby zarobić trochę pieniędzy ?
                        - To jakieś nowoczesne fanaberie, Jons - rzekł -
                        O pieniądze ja się postaram, bo Stilling, o ile się orientuję, wkrótce bedzie
                        musiał z tym skończyć. On ma swoją emeryturę, a ja mam pola i las, a to wielka
                        różnica.
                        Kto wyrósł w Sowirogu, a do tego z domu Jerominów, wie tyle o Bogu i biedzie, ze
                        profesorowie uniwersytetów z całych Niemiec mogliby się od niego uczyć....
                        • rita100 Re:Było to popiersie ojca, jeszcze nie wykończone. 28.04.07, 22:14
                          Siedział także Jons u Piontka, tego co ciągle nosił w uszach srebne kolczyki, a
                          ręce jego, którymi nakładał grzyby na węgiel drzewny wyglądały jak kora drzewna.
                          Piontek znał całą wieś i moczary, pory roku i swoje stado. Znał praprzyczynę
                          stworzenia i bieg prastarych praw.
                          - Coś się zbliża, Jons - rzekł Piontek cicho - Huczą, jak już od
                          siedemdziesięciu lat nie huczały, a to coś oznacza....
                          - Co ma oznaczać ? - zapytał Jons cicho
                          - To tylko Pan Bóg wie - rzekł po prostu.
                          A potem wstał i spędzał bydło jakby Jonsa w ogóle nie było.

                          A potem były wieczory przy wielkim ognisku w domu Jerominów, i Maria stała jak
                          wprzódy przy ogniu, a mały Jons i Barbara słuchali, jak opowiada bajkę o rybaku
                          i jego żonie.
                          W najciemniejszym kącie siedział Christean i ukratkiem spoglądał na Jonsa.
                          Christean był najbardziej lękliwy i zwracał się do brata tak jakby ten już nosił
                          na czole laury swego zawodu. Dotknęło to Jonsa. Odczuwał ciężar ceny, za jaką
                          człowiek wywyższa się nad swoimi braćmi.
                          Dopiero na trzeci dzień Jons stojąc za plecami Chrystana wdarł sie do pracowni i
                          zamurowało go, długo stał milcząc i mnie tez zamurowało, bo oto w tej pracowni
                          zrodziło się coś, coś z samotności i z cierpienia, zrodziła sie sztuka jako
                          prawdziwa twórczość. Zwycięstwo nad martwym drewnem, tchnienie duszy w
                          nieożywioną masę.
                          Było to popiersie ojca, jeszcze nie wykończone.
                          Jons położył rękę na ramieniu Christeana i powiedział coś, od czego ma się mokre
                          oczy:
                          - Myślałeś, drogi bracie, że ja pomknąłem naprzód, szybko i w wielkiej chwale.
                          Myślałeś, że tobie wypada się ukryć w cieniu, tak bardzo mnie kochałeś.
                          A tymczasem nie wiesz, jak bardzo mnie wyprzedziłeś, i że nigdy za tobą nie
                          nadążę. Bo ty jesteś twórcą, a ja tylko rzemieślnikiem. Za rok będę umiał
                          wymienić każde włókno i każdą kość, ale nic więcej. Lecz ty wskrzesiłeś z
                          martwoty i wskrzesisz wszystko, co tylko weźmiesz do ręki i do serca. Nie jesteś
                          taki marny, bracie, byś musiał się kryć przed mną, jesteś największy w naszym
                          domu i proszę cię, byś był wyrozumiały dla mnie, jeśli potrzeba mi tyle miejsca
                          i czasu do życia.

                          Długo musiał płaczącego pocieszać, lecz wiedział doskonale, że Christean tylko z
                          radości płacze.
                          • rita100 Re:Ale najpiękniej, "najprzepiekniej" było.... 28.04.07, 22:15
                            Ale najpiękniejsze były sobotnie popołudnia. Wtedy miał Jons najprawdziwsze
                            wakacje nawet dla swej pamięci.
                            Wszyscy się zbierali. Malutki Jons, Barbarka i Jan-milczący syn Goguna, co
                            widział niewidoczny grób swego ojca, a często i z Christeanem siedział przy
                            wózku. Wszyscy razem ciągnęli na zbocza po poziomni, maliny, jeżyny.
                            Małego Jonsa nazywali Michą, od imienia ojca Michała.
                            Tak więc teraz, mały Jons będzie Michą nazywany smile
                            No i słuchajcie co bedzie dalej, bo to ciekawy kawałek.
                            Potem siadali wszyscy na wrzosowisku, wokół wózka Christeana z pełnymi koszami,
                            jedli czarny chleb, pili mleko, a Jan Gogun kład grzyby na ogienek i opowiadał o
                            błędnych ognikach na moczarach, ropusze w złotej koronie, o bąku co był
                            czarownikiem. Budził w nich stare , głębokie wierzenia zamierzchłych pokoleń.
                            Siedzieli wszyscy nieruchomo, kiedy Jan opowiadał, zaciekawieni.
                            Tylko mała Barbarka ścisnęła mocno wujka Jonsa rękę z trwogi.
                            Ale najpiękniej, "najprzepiekniej", jak mówiła było, gdy raz w miesiącu szli na
                            połów raków. Wtedy Jan Gogun zatykał wszyskie szczeliny w dużej szarej łodzi i
                            ich wszystkich zabierał. Potem wnoszono do łodzi Christeana i objeżdzali żegnani
                            spojrzeniami kobiet z brzegu. Płynęli tam gdzie w czarnych jamach i pod szarymi
                            korzeniami mieszkały raki.
                            (Opis połowu raków z braku czasu pominę, a szkoda, uczta jak zawsze Wiechertowa)
                            • rita100 Re:Łokropnie psianknie, wujku Jons ! 28.04.07, 22:16
                              Nawet Jonsa lekki dreszcz przechodził gdy spoglądał na pożeraczy trupów.
                              - Ładnie było, Barbarko ? - pytał ją gładząc po jej włosach.
                              A ona przytuliła się do jego ręki i odpowiedziała:
                              - Łokropnie psianknie, wujku Jons !
                              Był to wielki połów raków, szalona przygoda ich młodych serc i nawet mały Micha
                              pokazuje swą zdobycz. Nikt jednak nie dorównał synowi Goguna, ktory jak
                              czarodziej moczarów wabił do siebie, co tylko chciał, a wszystko na ziemi czy
                              pod ziemią, wydawało mu sie posłuszne.
                              - Tam jest droga - zaczął Jan Gogun, wskazując na zarośla sitowia - znalazłem ją
                              i nikt o niej nie wie prócz mnie. Na prawo i na lewo grób.
                              "Mówi jak stary" - pomyślał Jons i powiedział:
                              - Powinieneś być ostrożniejszy, Janie
                              - Zaznaczyłem tą drogę gałązkami, zdjąłem z nich korę, by i w nocy widać było -
                              powiedział Jan Gogun.
                              - Ale po co ? - zapytał Jons.
                              - Kiedy oni przyjdą, ci na małych konikach.... - odpowiedział.
                              O wszystkim myślał Jan Gogun, choć miał dopiero siedemnaście lat.

                              Późną jesienią Jons wracał do miasta. Kobiety ze Sowirogu stały we drzwiach
                              żegnając go - Jedź z Bogiem, Jons ! - wołały - Jedź z Bogiem !
                              Matkę zastał przy mielerzu trzymając rekę na okopconym drągu sosnowym Jakuba.
                              Stała jak we śnie.
                              - Nieraz zdaje mi się - rzekła - że on trzyma za drugi koniec.

                              Koniec cz. III
                              • rita100 Re:cz.IV 30.04.07, 21:08
                                - Rara avis - rzekł dziekan Wydziału Lekarskiego wręczając Jonsowi świadectwo po
                                złożeniu egzaminu z nauk podstawowych.
                                Jons nie posłał telegramu do Sowirogu, bo to już kosztowało tysiące. Coraz
                                więcej w mieście było strajków, pochodów, bezrobotnych, bojówek, odznak w
                                klapach marynarki. Ale Jons nie miał światopoglądu poza zdaniem o trzydziestu
                                morgach. Zamiast światopoglądu miał wieś zwaną Sowim Zakątkiem i wspomnienie
                                nocnego ognia płonącego na wyspie. Miał matkę, która kładła rękę na drągu
                                sosnowym, Marię i dwoje dzieci, a jedno z nich trzymało rączkę w jego dłoni.
                                Miał pana Stillinga i pana von Balka, i kobiety z Sowirogu, co żegnały go - jedź
                                z Bogiem, Jonsie! I miał 'biały kamyk, a na kamyku napisane jego imię'. Był
                                bogaty i nie potrzebował światopoglądu.
                                Ale życie potoczyło się dalej, jak 'grad po lesie', a jemu pozostaje tylko
                                starać się być gotowym.
                                • rita100 Re:Otrzymał powinszowania z Sowirogu. 30.04.07, 21:10
                                  Otrzymał powinszowania z Sowirogu, a od Giny list polecony, w którym był plik
                                  banknotów dolarowych. Otrzymał też Jons paczkę od matki. Była wypełniona mchem i
                                  nie mógł się powstrzymać, by nie podnieść go do twarzy, wdychając jego woń.
                                  Otrzymał od pana von Balka mikroskop.
                                  Nic nie wyszło ze sprwiedliwością na roli, ale Jons był światłem, co zapłoneło
                                  nad jego sercem i sercami całej wsi. A w tym wszystkim miały udział ręce i białe
                                  włosy Stillinga. Stillin też chciał czymś obdarować Jonsa. Poszedł do Kasy
                                  Oszczędnościowej wybrać swoje oszczędniości.
                                  - Nic więcej nie ma, panie Stilling - wzruszył ramieniami pracownik - Przykro
                                  mi, ale za resztę może pan kupić siedem bochenków chleba. Dokładnie siedem,
                                  jeśli oczywiście kupi pan to dziś, bardzo mi przykro.
                                  Stilling chodził jak błędna owieczka po mieście, aż wreszcie zatrzymał się przed
                                  małą księgarnią.
                                  - Książka, to więcej niż siedem bochenków chleba. Siedem bochenków chleba
                                  wystarczy na jeden lub dwa tygodnie, a książka może wystarczyć na całe życie.
                                  "Biedny człowiek z Toggenburgu", kiedyś ją czytał, to opis prostego uczciwego
                                  życia. Wszedł, kupił i akurat pieniędzy wystarczyło na nią tylko.
                                  Tak to Jons otrzymał i tą ksiązkę.
                                  Ale dla pana Stillinga sprawa nie była jeszcze załatwiona. Coś sobie przyrzekł.....
                                  • rita100 Re:Stillingowi za wierną i uczciwą pracę. 30.04.07, 21:12
                                    Pan Stilling przyrzekł sobie kiedy po raz pierwszy zaprowadził go za rękę do
                                    wielkiego miasta coś na zaspokojenie potrzeb ciała. Myślał długo co zrobić, aż
                                    wezwał do siebie Korsanke i powiedział w tajemnicy , ze ma złoty zegarek, który
                                    po z górą pięćdziesięciu latach pracy otrzymał przy przejsciu na emeryturę od
                                    nauczycieli jako zaszczytny podarunek. Był to kosztowny zegarek z nazwą wsi
                                    szwajcarskiej, a poniżej napis:
                                    "Adalbertowi Stillingowi za pięćdziesiąt lat wiernej i uczciwej pracy". Korsanke
                                    powiedział, ze jest taki sklepik za landraturą gdzie skupuje się brylanty, złoto
                                    , platynę i za to dostanie dolary.

                                    No i czytajcie co się będzie dalej działo.

                                    Pan Stilling nie mógł wiedzieć, że trzy noce temu dokonano w powiatowym mieście
                                    włamania do sklepu zegarmistrzowskiego, ale wiedział o tym człowiek skupujący te
                                    rzeczy. Był już na celowniku rewizyjnym i by zrezygnować z dobrego interesu tym
                                    razem i poprawić sobie opinię postanowił nieznajomego człowieka poświęcić tym
                                    celom. Tak Stilling stał się ofiarą. Po przyjściu Stillinga do sklepu , handlarz
                                    wyszedł na zaplecze i zadzwonił po polcję jako, że złapał rzekomego złodzieja.
                                    Stllinga polcja potraktowała okrutnie, wyciągając pałkę gumianą.
                                    - Ale tak nie może być ! - zawołał Stilling rozgniewany. - To juz nie prawo, to....
                                    - Stul pysk! - rozkazał brutalnie policjant.
                                    Zaprowadzono Stillinga na obskurny posterunek. Biedny Stilling całkowicie się
                                    załamał i milczał: "Powinienem był to jeszcze raz przeczytać", myślał zmartwiony,
                                    "o tej wiernej i uczciwej pracy... to niezupełnie uczciwie wymieniać podarunek
                                    na dolary. Choćby nawet dla Jonsa".
                                    • rita100 Re:Piękny jest dzień,któremu wieczór pociechę przy 30.04.07, 21:14
                                      Piękny jest dzień,ktoremu wieczor pociechę przynosi.
                                      "Inne czasy przyszły", myślał, "nic już nie pozostało dla starego człowieka, co
                                      zawsze stawał ze spokojem, gdy Bóg wywołał go z ławki. Czasy gumowej pałki i
                                      brutalnych słów, czasy, w których nie wstaje się przed siwymi włosami".
                                      Lecz nagle zjawił się nauczyciel ze Związku Pszczelarzy, który teraz był
                                      komisarzem, a wcześniej się znali. I tak oto sprawa została wyjaśniona.
                                      Stilling wziął zegarek i powoli wstał.
                                      - To wszystko boli i będzie jeszcze jakiś czas bolało - mówi Stilling - Nie
                                      omyłka, ale co innego. - Bronić prawa, to piękny zawód. Ale gdy go się broni
                                      brutalnie, zatraca się całe jego piękno.
                                      Stilling wyszedł myśląc - ciekawe dlaczego ludzie w gniewie zawsze sięgają po
                                      nazwy zwierząt ?

                                      Piękny jest dzień, któremu wieczór pociechę przynosi.

                                      Pozostało to jakiś czas w ukryciu, ale potem poszło oczywiście miedzy ludzi.
                                      Kpiarze naśmiewali się, ale wielu innym było przykro. Korsankiemu było wstyd.
                                      Pan Balk śmiał się wprawdzie, ale i on także napisał do landrata list
                                      nasiąknięty drwiną jak gąbka, ktory landrat wrzucił do pieca.
                                      Tylko Jons dowiedział się o tym o wiele później, bo wszyscy czuli, ze jego by
                                      najbardziej dotknęło.

                                      Koniec cz.IV
                                      • rita100 Re:cz.V 30.04.07, 21:15
                                        cz.V
                                        Gdy doktor Lawrenz i Jons spotkali się po raz pierwszy, lekarz był juz starym
                                        człowiekiem.
                                        Stało sie to przypadkowo, kiedy koła ciężarówki przejechały nogi biednej
                                        kobiety. Razem znaleźli się o jednym czasie na jednym miejscu. I tak zaczęła sie
                                        znajomość doktora Lawrenza z Jonsem.
                                        Lawrenz miał małą klinikę prywatną z katolickimi siostrami w ubogiej dzielnicy;
                                        była to też klinika dla ubogich.
                                        Poznali się dokładnie, często rozmawiali, a Jons zaczął u niego praktykować i
                                        uczyć się.

                                        Koniec cz.V
                                        • rita100 Re:cz.VI 01.05.07, 20:09
                                          Chore czasy rozchodzą się po kraju jak wypryski. Nie oszczędzają nawet wiosek
                                          wśród lasów. Gdy tętno ziemi gubi rytm, wtedy pora na wielkie obietnice i
                                          mamidła, na opowieści o raju. O raju pieniądza, gdzie migocą miliony i miliardy.
                                          Sowigród takze nie leży gdzieś za światem, by nie wstapił podróżny. Jeden pieszo
                                          w zakurzonych butach, inni na błyszczących rowerach, wreszcie inni w lśniącym aucie.
                                          I tak powędrujemy po wsi przed plebiscytem i w czasie plebiscytu. Ciekawe czy
                                          juz wiecie jakimi podróznikami byli Polacy ? smile Rozdział będzie trochę dłuższy.
                                          • rita100 Re:Jak królewna z bajki. 02.05.07, 20:49
                                            Wielki to dzień dla wioski Sowiróg. Wielki to dzień dla dzieci i psów z
                                            Sowirogu, bo oto psy gonią za wozem aż ochrypną, a dzieci cisną się dookoła
                                            lśniącego samochodu. Przed karczmą Czwalliny wysiada z niej kobieta ze złotymi
                                            włosami i rozdaje dzieciom czekoladę jak królewna z bajki. A mężczyzna z wielkim
                                            wspaniałym cygarem i w błyszczącej opasce spogląda w dal i rozmawia cicho z
                                            Czwalliną. Chodzi od domu do domu i rozdają słodycze. Trochę zdenerwowany,
                                            trochę klnie pod nosem, bo go psy oszczekują, paniusia tylko poprawia kredką
                                            usta, aż wreszcie ponurym wzrokiem żegnają okolicę i gnają gościncem z dzikim
                                            rykiem motoru próbując rozjechać kaczkę lub kurę.
                                            Raz tylko zdarzyło się, że jednemu z tych ptaszków z bajki zgotowano marny
                                            koniec i oczywiście pan von Balk to zrobił. Pan Balk z Korsanke pewnego razu
                                            nadjechali konno i przegnali ich. Bo Balkowi to wszystko wcale się nie podobało,
                                            gdyż wsie leżały mu na sercu i ponieważ zawsze jeszcze uważałem, że szlachcic
                                            powinien tarczą osłaniać biedaków. A Korsakemu było to bardzo na rękę.
                                            Ale nie byli to jedyni obcy ludzie....
                                            • rita100 Re:Plebiscyt, biedna agitacja sąsiadów. 02.05.07, 20:51
                                              Ale nie byli to jedyni obcy ludzie w tych okolicach. Zjawili się i inni,
                                              przemykający się chyłkiem od wsi do wsi, ubrani jak robotnicy leśni, lub co
                                              najwyzej jak nędzni przekupnie wędrowali, wyciągający z walizek próbki
                                              materiałów. Chodziło im o głosy ludzi, a po przez głosy ludzi o kraj. O pola i
                                              lasy, moczary i jeziora, o ten odcięty od świata, zapuszczony i biedny kraj, a
                                              przecie bogatszy, schludniejszy i piękniejszy niż ich własny, i gdzie prości
                                              ludzie mówili tym samym językiem co oni, może cokolwiek zepsutym, ale ich
                                              własnym jezykiem.
                                              Z małych teczek i walizek, wydobywali papiery. Zadrukowane kartki, gdzie były
                                              liczby i zdjecia, nadzieje i obietnice, ponęty i proroctwa, jakie się wszędzie w
                                              świecie drukuje, by przekonać szarego człowieka, ze dotychczas nie żył tak, jak
                                              należało i że odtąd powinien żyć lepiej i jak trzeba.
                                              Wtedy bowiem postanowiono w historii świata, ze kraina ta rozstrzygnie głosami
                                              swych mieszkańców, czy zostanie przy pokonanym państwie, czy też należeć będzie
                                              do sąsiada. ( a mieszkańcy przecież czytać nie umieli)
                                              Tak to historia zapukała nagle do Sowirogu, chyłkiem zaś przemykający się
                                              wędrowcy byli tajemnymi wysłannikami ościennego państwa, któremu zlecono
                                              skierować ten skromny rozdział historii na własciwe tory.
                                              Mężczyźni i kobiety z Sowirogu przysłuchiwali się w milczeniu, co też oni mówili
                                              o świetnej przyszłości, i o czym usiłowali ich przekonać z zadrukowanych papierów.
                                              Mieszkańcy Sowirogu nigdy jeszcze nie spotkali tak małomównych ludzi. Tymczasem
                                              cała rzecz była w tym, czego oni nie dostrzegali: że dla tych małych nędznych
                                              wiosek dotąd nie rozpadł się stary porządek świata. Że dla nich ciągle jeszcze
                                              cesarz siedział na niewidzialnym tronie, któremu ślubowali wierność. Króla,
                                              który ich przez stulecia gnębił i obdzierał, żarł podatków i synów, i brał co
                                              chciał, ale przecie czuwał nad nimi jak surowy ojciec, a teraz popadł w
                                              nieszczęscie, tak jak oni mogą popaść w nieszczęście przez pożar lub nieurodzaj.
                                              • rita100 Re:Plebiscyt, biedna agitacja sąsiadów. 02.05.07, 20:52
                                                Jesli nawet mysleli o sąsiednim państwie, to niewiele o nim wiedzieli. Ale
                                                widzieli co roku, jak synowie i córki tego kraju ciągnęli w pielgrzymkach do
                                                katolickich miejsc świętych, położonych w ich rodzinnych stronach i widzieli, ze
                                                była to gromada ubogich, zaniedbanych ludzi, przed którymi lepiej było drzwi i
                                                bramy zamykać, jak przed Cyganami.
                                                Raz tylko w domu Gogunów zdarzyło się coś szczególnego. Gogun bowiem przy
                                                pierwszych tego rodzaju odwiedzinach wyszedł w izby po cichu i wrócił z siekierą
                                                w ręku i wymownie wskazał drzwi. Za pewnie przypomniał sobie miejsce na
                                                moczarach, gdzie wszystko co przychodziło ze Wschodu, było dla niego prostaczego
                                                umysłu złe i niebezpieczne.

                                                Był jeszcze trzeci rodzaj obcych, którzy od czasu do czasu przyjeźdzali do
                                                Sowiego Zakątka. Byli to Anglicy lub Francuzi oficerowie Komisji Alinackiej,
                                                która miała czuwać nad głosowaniem. Nie zatrzymywali sie pod karczmą Czwalliny,
                                                ale u samego sołtysa Grunheida.
                                                • rita100 Re:Jons na Plebiscycie. 02.05.07, 20:54
                                                  Tego lata, kiedy Jons Ehrenreich operował w klinice Lawrenza, zaczęły ze
                                                  wszystkich stron Rzeszy toczyć się ku wschodowi przystrojone pociągi, zapełnione
                                                  starymi i młodymi ludźmi, ktorzy się niegdyś urodzili wśród jezior i lasów, by
                                                  świadczyli za swoją ziemią ojczystą.
                                                  Ze sprawy serca zrobiono sprawę polityki, z plakatami i odznakami, z orkiestrami
                                                  i przemowieniami. W każdym gęsto zapchanym przedziale kolejowym siedział jakiś
                                                  staruszek lub staruszka, którzy nie wiedzieli nic o polityce i o komisjach
                                                  alianckich, ale którzy od dziesiątków lat nie oglądali swych ubogich rodzinnych
                                                  stron.
                                                  Do Sowrogu przybyli także mężczyżni i kobiety, którzy siedzieli w tych
                                                  pociągach. I o Sowirogu nie zapomniano na listach historii świata. Większość
                                                  przybyła z kopalni Zachodu, ze smętnych, czarnych od dymu okolic i niejedne oczy
                                                  patrzyły ze smutkiem na szeroki milczący kraj.
                                                  Zajechał takze wóz przed dom Jerominów. Wyszedł z niego Gotthold, syn
                                                  marnotrawny, ale wcale tego marnotrawstwa nie było u niego widać, gdy
                                                  ściągnąwszy rękawiczki głośno i wesoło zaczął się witać z rodziną.
                                                  "Służba ojczyźnie jest zaszczytną służbą".
                                                  Przybyła tez do Sowirogu hrabina Gina.
                                                  Dzieci w domu były zalęknione, a kobiety przygnębione, tylko Maria stała w
                                                  kuchni i jakby nuciła bajkę.
                                                  Wszystko powróciło do dawnego, a przecież jakże było inaczej niż kiedyś.
                                                  Jons powrócił na wieś. Przyjechał ze swoim przyjacielem , starym doktorem
                                                  Lawrenz, ktory nie lubił wpadać w oczy (Zyd). Chciał wypocząć tylko.
                                                  • rita100 Re:Dzień Plebiscytu na wsi. 02.05.07, 20:57
                                                    Nazajutrz cała wieś kipiała życiem, jakiego dotąd nie znała. Wieś przystrojona
                                                    flagami i gałęziami brzozy.
                                                    Nie było domu gdzie by nie przyjechali krewni, a wielu zabrało ze sobą dzieci.
                                                    Był jeszcze wczesny ranek gdy Jons Ehrenreich poszedł do mielerza, by zabrać
                                                    matkę do głosowania.
                                                    Marta Jeromin juz była przygotowana. Miała na sobie odświętną czarną suknię,
                                                    złoty łańcuszek, a w ręku trzymała kancjonał. Wiele kobiet miało tego dnia
                                                    śpiewniki.
                                                    Jako pierwsi oddali kartki w kancelarii sołtysa Grunheida, gdzie był lokal
                                                    plebiscytowy, a gdy znowu przekraczała próg, jej dzieci otoczyły ja dookoła.
                                                    Mężczyźni i kobiety z Sowirogu, i ci co przybyli z daleka patrzyli na nią
                                                    strwożeni. wszyscy byli wpatrzeni, a ona nie wytrzymała tego milczącego wzroku
                                                    wszystkich ludzi i nagle się niespodziewanie przyciskając kancjonał do serca
                                                    osuneła się na ramiona Jonsa.
                                                    Położyli ją przed progiem. Jons wiedział, ze śmierć nie powali jej za jednym
                                                    ciosem. Ponieśli ją na noszach do domu Jerominów, a kiedy tam się ocknęła Jons
                                                    zrozumiał, że chciała byc przy mielerzu.
                                                    - To za daleko matko - rzekł cicho Jons
                                                    - On tu nie czuł się w domu - odpowiedziała tylko cicho.
                                                    Powoli zanieśli ją do mielerza. W chacie było duszno i gorąco, więc ułożyli
                                                    Martę Jeromin na progu, tam gdzie leżał Michał, kiedy umierał. Lawrenz nie mógł
                                                    jej pomóc. Serce jej już umierało.
                                                  • rita100 Re:Zawró...cił, zawró...cił... 02.05.07, 20:59
                                                    Potem pani Marta chciała mieć przy sobie dzieci. Po kolei klękali przy niej,
                                                    kładąc głowę na jej czarnej sukni. Klęknął także Christean, a także Micha (syna
                                                    Michała) i Barbarka.
                                                    Potem Jons przyprowadził Erdmuthę i dziewczynę z 'Raju', ktore szły za nim by
                                                    otrzymać błogosławieństwo.
                                                    Marta na koniec pogładziła policzek Jonsa i łzy poleciały. Wtem, usta Marty
                                                    poruszały się nagle i powidziała:
                                                    - Zawró...cił, zawró...cił...
                                                    Zrozumiała ją Maria. Ona najlepiej z nich wszystkich znała bajki i pieśni. Była
                                                    to litewska pieśń ludowa, i matka śpiewała ją niegdyś z dziećmi, kiedy były
                                                    jeszcze maleńkie.
                                                    Zaczynała się:
                                                    "Ach, wzejdź jutrzenko...." i opowiadała, jak to dziewczyna czekała na
                                                    ukochanego, ktory przez pola jechał do niej na koniu. Ale ona zażartowała sobie
                                                    z niego i nie wpuściła go, a on "zawrócił konia i odjechał'. Ona zali się;
                                                    pragnie, by wrócił, ale on już nigdy nie powrócił.
                                                    - Zawrócił konia i odjechał - rzekła cicho Maria.
                                                    Marta Jeromin przytaknęła i tak z oczyma utkwionymi w zapuszczony mielerz umarła.
                                                  • rita100 Re:Wynik plebiscytu w Sowirogu. 02.05.07, 21:00
                                                    Śmierć Marty Jeromin stłumiła radość ze zwycięstwa w głosowaniu, i zdawało się ,
                                                    ze wszyscy obcy co przyjechali, to przyjechali na pogrzeb Marty Jeromin. Wielki
                                                    to był pogrzeb, już następnego dnia, bo burza dzień i noc stała nad lasem.
                                                    Stolling miał mowę nad grobem, bo tak chciało rodzeństwo.
                                                    Kiedy cmentarz opustoszał, na piaszczystym pagórku pozostał tylko Jons i pan von
                                                    Balk.
                                                    - Wielka kobieta, Jons - rzekł Balk - Ona jedna się nie ugięła.

                                                    We wsi Sowiróg oddano tylko jeden głos 'przeciw ojczyźnie'. Sołtys Grunheid
                                                    długo trzymał kartkę w dłoni, przyglądając się krzyżykowi.
                                                    --
                                                    Jak myślicie - czyj to mógł być głos ?
                                                    A może właśnie Marty ? Nie wiem, tego już się nie dowiemy.

                                                    Koniec cz.VI
                                                  • rita100 Re:cz.VII 05.05.07, 20:22
                                                    Śmierć matki Jons odczuł inaczej. Ta śmierć pokazała im, że serce jej było
                                                    wypełnione miłością, tak wypełnione, że aż serce przeżarła. Bo usta jej były
                                                    zamknięte przez całe życie, i miłość, co milczeć musiała, szukała drogi wyjścia
                                                    z komór serca, aż je rozsadziła. "Zawrócił konia i odjechał..." Nigdy już tego
                                                    nie zapomną.

                                                    I Gina to przeżywała. Dziś pomiędzy dwoma kolejnymi pokoleniami jest głęboka
                                                    przepaść. Ojciec i dziadek byli jeszcze jednym, my i ojciec jesteśmy dwoma
                                                    światami. Kto dziś wychodzi z wioski, trafia na inną gwiazdę. I zbieram złoto i
                                                    dewizy, by kiedyś wyjechać. Tam gdzie jeszcze nie ma otchłani. Kto ma władzę ten
                                                    przestaje się uśmiechać. Zdobyłam władzę, ale nic poza tym. I mam jej dość,
                                                    wyjeżdzam na Ocean Spokojny.
                                                  • rita100 Re: To jest dziedzictwo, które wiąże. 05.05.07, 20:25
                                                    Piękna była jesień w Sowirogu. Kiedy Jons znowu wyjechał na dwa tygodnie na wieś
                                                    Lawrenz postanowił poszukać sobie spokoju dla siebie i pojechał z Jonsem.
                                                    Zamieszkał na wyspie. Ludzie z Sowirogu wiedzieli , ze jest to lekarz biedaków i
                                                    profesor Jonsa. Nie wiedzieli, co się dzieje w jego duszy ale myśleli, że to na
                                                    pewno coś szczególnego.

                                                    Najczęściej Lawrenz przesiadywał u Piontka przy ogieńku, a Piontek rozpowiadał
                                                    po wsi, że nie spotkał jeszcze takiego mądrego chłopa, i że wszyscy uczeni są
                                                    niczym wobec niego.
                                                    Nawet Korsanke opowiadał mu o swoim bólu pod klamrą pasa.
                                                    Najbardziej jednak Lawrenz lubił przesiadywać u nauczyciela Stillinga, ktory
                                                    opowiadał : Dawniej synowie wierzyli w to, w co wierzyli ojcowie. Dziś synowie
                                                    wiedzą, czego ojcowie nie wiedzieli. Zw wszystkich zagadek najciemniejszą jest
                                                    umysł.
                                                    Kto chce latać, zawsze znajdzie pagórek.
                                                    Ale Jons ma ojca i matkę. Ma dziadka i wielu przed nim. I ma wieś. To jest
                                                    dziedzictwo, które wiąże. Prości ludzie nigdy nie niszczyli, oni tylko
                                                    karczowali, orali i siali. I ma starą Księgę.
                                                  • rita100 Re: "Oto Bałdunowa i ona jest tu teraz panią". 05.05.07, 20:28
                                                    Lawrenz również przesiadywał u pana von Balka. Tu pan von Balk opowiada fajną
                                                    opowieść, którą przytaczam przy tej okazji.
                                                    "Miałem tu wyrobnicę, nie gorszą ani lepszą od innych. Straciła dwóch synów, tak
                                                    jak inne, i miała męża, co się upijał w sobotę, zupełnie tak, jak i inni. Ale
                                                    gdy skończyła się Święta Rzesza Niemiecka - wtedy w listopadzie - i gdy wróciłem
                                                    jeszcze z ręką na temblaku, ona grabiła właśnie liście na tarasie. Tak komicznie
                                                    na mnie spojrzała, jak na przybłąkanego kundla.
                                                    - No, Bałdunowa - mówię - nie powiesz mi 'dzień dobry' ?
                                                    A ta poczciwina opiera się na grabisku, mierzy mnie od stóp do głów i mówi:
                                                    - Teraz niech mi pan powie pierwszy 'dzień dobry', panie von Balk. Teraz tu my
                                                    jesteśmy panami !
                                                    Tak, to była Bałdunowa, tu wyrosła i od czterdzieści lat u mnie na służbie...
                                                    - I co ? - zapytał Lawrenz.
                                                    - No, a co by pan chciał, doktorze ? Przywiązałem babę i kazałem jej nałożyć
                                                    jedną z paradnych sukien zmarłej jaśnie pani. Siłą. Wsadziłem ją do otwartej
                                                    kolaski, przywiązałem ją leciutko i kazałem wozić ją w koło po gumnie. Na
                                                    kolasce wisiała tablica: "Oto Bałdunowa i ona jest tu teraz panią". Zebrała się
                                                    liczna publiczność, wdzięczna publiczność, a gdy objazd się skończył, Bałdun
                                                    (jej mąż) odpioł pasek i objawił swoje zdanie w tej sprawie."

                                                    Gdy Lawrenz z Jonsem wracali pociągiem do miasta, krajobraz jesienny migał za
                                                    oknem. Lawrenz wyciągnął z teczki złożony papier i podał Jonsowi.
                                                    - Napisałem tu coś niecoś dla pana, kolego Jeromin. Całkiem pobieżne
                                                    rozpoznania, ot tak. Ludzie z Sowirogu. Stara Krolowa, Gina Bojar, Korsanke i
                                                    tak dalej. By było panu łatwiej, gdy pan tu powróci za rok lub dwa, i zjawią się
                                                    u pana pierwsi pacjenci. Dobrze jest na początek uchodzić za nieomylnego. A
                                                    potem to się już jakoś ułoży....

                                                    Koniec cz.VII
                                                  • rita100 Re:cz.VIII 07.05.07, 20:57
                                                    - Rara avis - rzekł dziekan, gdy Jons zakończył swój wykład o usuwaniu
                                                    nowotworów w mózgu.
                                                    Jons skończył studia.
                                                    Lawrenz urządził Jonsowi oblewanie doktoratu w swojej klinice dla biedaków. -
                                                    Summa cum laude to nic, kolego Jeromin. Oan wie o tym - rzekł nalewając porto do
                                                    szklanek. - Ale summa cum modestate, to jest coś, i tak uważałby pański ojciec.
                                                    Za pamięć jego i tych wszystkich, których kochał.
                                                    - Memento horae - rzekł Lawrez - Rad bym widział, by pan przejął moją kliniczkę,
                                                    ale wiem , ze nic z tego, bo pan do Sowirogu się szykuje.
                                                    Rozlał resztę z butelki do szklanek i spojrzał na Jonsa.
                                                    - Chciałbym bardzo o coś pana prosić - rzekł Lawrenz - Pragnąłbym, bym mógł
                                                    mówić do pana: Jons.
                                                  • rita100 Re:cz.IX 07.05.07, 20:58
                                                    cz.IX
                                                    Tajny radca bardzo się dziwił, że taki zdolny student jak Jons, że coś takiego
                                                    idzie na koniec świata, gdzie ludzie jeszcze przed dziesięciu laty szczekali.
                                                    - Co jest ważniejsze, kolego Jeromin - rzekł - zwalczać koklusz w jakimś tam
                                                    Sowim Zakątku, czy tutaj wychowywać nowe pokolenie lekarzy ?
                                                    - Pierwsze jest ważniejsze - odpowiedział Jons bez wahania. - Koklusz może być
                                                    straszny dla dzieci, a jeszcze straszniejszy dla matek. Pan von Balk mówił, ze
                                                    chłop co nawozi swe trzydzieści morgów, więcej robi dla sprawiedliwości.
                                                  • rita100 Re:"Dr Jons Ehrenreich Jeromin, lekarz i położnik" 07.05.07, 20:59
                                                    Gdy Jons opuścił stary posępny gmach i cięzkie drzwi zatrzasnęły się za nim miał
                                                    dwadzieścia pięć lat.
                                                    Wybrali go ludzie, cała wieś, wysłali go po wodę życia. Od dziadka, co go
                                                    pobłogosławił "Idź wnuku !". Od ojca, który na swym legowisku z liści mówił:
                                                    "Bałem się, ze pozostaniesz, Jons...", aż do Stillinga, co chciał sprzedać swój
                                                    złoty zegarek i do pana von Balka, co sprzedawał dla niego żyto i las.
                                                    A teraz wróci z jarmarku, z nauką i innymi świetnymi rzeczami. Nie zmarnował ani
                                                    pieniedzy ani czasu.
                                                    Tak , muszę urządzić sobie małe święto i pojechać na parę dni na wieś, potem do
                                                    Giny, do lekarza sztabowego co wydobył zielony guzik z jego ciała i do Tobiasza,
                                                    który jest pastorem w wielkim mieście przemysłowym.
                                                    A na wiosnę zostanie przybita mosiężna tabliczka w domu Jerominów:
                                                    "Dr Jons Ehrenreich Jeromin, lekarz i polożnik".
                                                  • rita100 Re:Jestem w domu, panie Stilling - rzekł Jons 07.05.07, 21:00
                                                    Jons wraca na wieś ze swoim bagażem. Na dworzec przyjechał furmanką po niego jak
                                                    dawniej gdy odwoził pierwszy raz do szkoły w swym hohenzollernowskim płaszczu
                                                    nauczyciel Stilling.
                                                    - Wszyscy byli dobrzy dla mnie, panie Stilling - rzekł Jons, kładąc rękę na jego
                                                    starych dłoniach - ale nikt mi tyle dobrego nie uczynił, co pan. Chciałbym
                                                    przynieść panu zaszczyt.
                                                    - Wiedziała to matka, Jonsie Ehrenreochu, kiedy cię nazwała 'bogatym w
                                                    zaszczyty'. I ojciec. Nie zapominajmy o nich, bo sto razy tyle zrobili, co ja -
                                                    odpowiedział Stilling.
                                                    - Bałem się, panie Stilling - rzekł Jons - Czas jest brzemienny. Biegają do
                                                    astrologów i przepowiadaczy, czytają Nostradamusa. Lawrenz mówi, że jakaś burza
                                                    zbiera się nad horyzontem.
                                                    - Czuję, Jons , że nadeszły nowe czasy. Już pojawiły się w szkole. Podśmiewają
                                                    się ze starych zwyczajów, a od tego zawsze się zaczynało. Będziesz, Jons, musiał
                                                    być nie tylko doktorem.
                                                    Nie było wiatru, ale wierzchołki drzew śpiewały cicho.
                                                    - Jestem w domu, panie Stilling - rzekł - W domu, u siebie !
                                                    Przyozdobili wieś flagami z dnia plebiscytu, a przed drzwiami ustawili młode
                                                    brzózki. Ubrali się odświętnie i wszyscy ściskali mu rękę. Był jednym z nich, z
                                                    prostej krwi, a teraz widzieli wieniec na jego włosach.
                                                    A największe ponad wszystko było to, że do nich powrócił.
                                                  • rita100 Re:Pan von Balk rozesłał zaproszenia na przyjęcie. 07.05.07, 21:01
                                                    Ustawili stoły pod rozkwitłym klonem, a na obrusach rozłożyli kwiaty i gałązki.
                                                    Maria ucałowała go ze łzami w oczach, a on trzymał dzieci za ręce. Dziewczyna z
                                                    'Raju' postawiła właśnie na stole dzbanek z trawami i gałązkami brzóz, i chciała
                                                    się wymknąć, ale dzieci zatrzymały ją, a Jons rzekł - Chciałbym, byś i ty była
                                                    dzisiaj wesoła. Jej oczy napełniły się łzami i posłusznie została.
                                                    Przyszli wszyscy prócz karczmarza. Był nawet nowy nauczyciel w rudej peruce
                                                    Maschlanka, który zaczął występ od słów:
                                                    - Cieszę się, ze w tej wsi wyrósł heros umysłu co pomoże zrywać łańcuchy.
                                                    - Nie tak gromko, Maschlanka! - odpowiedział von Balk - Unas łańcuchy służą
                                                    tylko do wiązania krów i są nam potrzebne.
                                                    Mężczyźni zachichotali.
                                                    - Maschlanka - rzekł Jons cicho do Marii - Maślanka, to chyba po niemiecku'
                                                    Buttermilch'....
                                                    Chyba nie zapomniałem jeszcze naszej mowy ?
                                                    - Nie, nie zapomniał. - Osobliwe nazwiska mamy tutaj, nazwisko Gollimbek uważał
                                                    za ładniejsze. Bo Gollimbek, to to samo co gołąbek.

                                                    Przyszedł także Czaja w długopołej, do kolan sięgającej sukmanie ze srebnymi
                                                    guzami. Naprostował je, naprostował, jak ci przepowiedziałem - i to było
                                                    wszystko co rzekł tego wieczoru.

                                                    Przyszedł także Piontek ze swymi srebnymi kolczykami i rogiem, bo wieczorem miał
                                                    'obudzić echo', jak mówiła Brabarka.

                                                    Przyszła także stara Krollowa, która ze zgorszeniem patrzyła na swoją synową.
                                                    Tak już była ta stara Krollowa.

                                                    Christean siedział obok Jonsa i najbardziej miał rozpromienioną twarz ze
                                                    wszystkich. Nie mógł mowić ze szczęścia.

                                                    Jons popatrzył na rząd radosnych, uroczystych twarzy i dostrzegł, jak bardzo
                                                    wieś się zestarzała.
                                                    Tak, będzie musiał stać się czymś więcej niżli lekarzem dla chorych i
                                                    umierajacych. Nie 'herosem umysłu' jak powiedział 'Maślanka'. Nie tym co rozrywa
                                                    łańcuchy. Ale tym co przejmuje dziedzictwo.
                                                  • rita100 Re:Wieczysty pokój w tym miejscu ukryty.... 07.05.07, 21:03
                                                    Uroczystą mowę miał Stilling, miał mowę też Balk.
                                                    Obie mowy były piękne i po obu kobiety z Sowirogu płakały. Maria spoglądała
                                                    ponad głowami uroczystych słuchaczy ku moczarom, gdzie gościniec wiódł na wschód
                                                    i ciągle oczekiwała powrotu swojego meża Marcina Gollombka, młodego i wesołego
                                                    nauczyciela.
                                                    Erdmutha zaś spoglądała nad brzeg moczarów. Wszyscy wspominali stare dzieje i
                                                    mieli ciagle to w pamięci.

                                                    A potem Piontek musiał 'budzić echo' swoim rogiem, kobiety miały porę dojenia
                                                    krów i musiel wszyscy zakończyć swoje dzienne prace.
                                                    Jons przechadzał się po okolicy, postał przy mielerzu, przy'Zmarłym Pastorze',
                                                    wreszcie o zmierzchu udał się na cmentarzyk, ktorej mury się trochę rozpadły,
                                                    stanął przed bramą zbitą z desek. Ponad tą bramą znajdowały sie słowa, które
                                                    ułożył stary Gogun, i z którego podśmiewali się obcy przechodzący przez wieś.
                                                    Lecz dla Jonsa był to symbol wsi, jej ubóstwa, nieporadności, pobożności.

                                                    "Wieczysty pokój w tym miejscu ukryty,
                                                    Pomyśl, człowiecze: przyjdziesz tutaj i ty"

                                                    Stanął przed grobem matki oraz obu braci i po raz pierwszy pomyślał, ze ci dwaj,
                                                    co tyle dziesiątków lat podtrzymywali ród, nie spoczywają tu - tu własnie.
                                                    Że dziadek uleciał z wyspy "w ogniu jak Eliasz" i ze ojciec rozpadł się w proch
                                                    w dalekich obcych krajach na Wschodzie. Tak, śmierć nie zna granic. Śmierć
                                                    wszędzie ściele łoże.

                                                    Jons jakby na nowo objął w posiadanie świat. Umówili się z Marią, ze w domu
                                                    urządzi izbę przyjęć, a Maria czekajacym w poczekalni bedzie opowiadać bajki smile
                                                  • rita100 Re:Pieta w odwrotnym układzie - dzieło Chrysteana. 07.05.07, 21:04
                                                    Ale ostatniego wieczoru przed urlopem Jonsa Christean zaprosił Jonsa do warsztatu.
                                                    - Muszę ci bracie coś pokazać, nad czym pracowałem tego roku....
                                                    Jons stanął w bezruchu, a Christean słyszał jego głęboki oddech. To co Jons
                                                    zobaczył, była to wielka pieta, ale jaby w odwrotnym układzie. Siedzący
                                                    mężczyzna, z ramionami pochylonymi ku przodowi, trzymał na kolanach kobietę,
                                                    skłaniając twarz ku jej czołu, spoczywającemu na jego piersi. Wyczerpana kobieta
                                                    trzymała bezradne ręce na kolanach, jedną obok drugiej. Mężczyzna ujmował ją
                                                    ciężkimi rekami za ramiona, a jego twarz jakby nasłuchiwała bicia serca umierającej.
                                                    Mężczyzną był Jakub, a kobietą Maria. Podobieństwo tak uderzające, ze Jonsowi
                                                    serce przestało bić.
                                                    (...)
                                                    Jons podszedł cicho do Christeana, ocierając mu łzy z policzka.
                                                    - Wiesz, bracie, coś zrobił ? - rzekł. - Odmieniłeś wiersz, z którym ona umarła.
                                                    - "Zawrócił konia i odjechał". Już nie zawrócił. Nie odjedzie.
                                                    - Chcę postawić to na grobie, Jons - rzekł - Po to to zrobiłem. A ponad tym
                                                    wzniesieniem małe sklepienie z kamienia dla osłony przed deszczem. Tego nikt
                                                    jeszcze nie widział.
                                                    - Wobec ciebie, Christean, wszyscy jesteśmy partacze - rzekł Jons, gdy wyszli z
                                                    szopy.

                                                    Koniec cz.IX
                                                  • rita100 Re:cz.X Sowiróg 09.05.07, 20:15
                                                    Jons wybrał się w podróż. Pojechał do Giny do stolicy Rzeszy. Siostra
                                                    przestrzega go przed wielką rewolucją, przed strasznymi czasami.
                                                    - Rewolucje docierają i na wieś, siostro - rzekł Jons. - Nie znam takiej, ktora
                                                    by ominęła wieś.
                                                    I patrzył Jons na dziewczynę z Sowirogu, na swoją siostrę - opuszczona i
                                                    zagubiona na obcej ziemi, która dała jej chleb i dach nad głową, ale gdzie mowa
                                                    ludzi, którą słyszy dookoła, nie jest mową ojczystą, a to co robi, nie jest jej
                                                    pracą codzienną, do której się urodziła.

                                                    Potem Jons pojechał do miasteczka uniwersyteckiego gdzie mieszkał lekarz
                                                    sztabowy, który wyciągnął guzik z jego ciała. Został tam mile przyjęty.
                                                    Postawiono butelczynę czerwonego mocnego wina i
                                                    - Za pańską wieś, Jonsie Ehrenerichy, co leży gdzieś na krańcu świata.
                                                    - Dziwny z pana człowiek - rzekła żona lekarza sztabowego - Tak sobie myślę, że
                                                    ten pański Sowiróg nie leży już w Niemczech....
                                                    - Owszem - zapewnił Jons spokojnie.- Pod 22 stopniem długości wschodniej oraz 53
                                                    i 1/2 stopnia szerokości północnej.
                                                  • rita100 Re:Pojechał koleją do Tobiasza. 09.05.07, 20:16
                                                    Potem Jons pojechał koleją do Tobiasza - kolegi, pastora z wojny.
                                                    Miasteczko było nędzne i żyło z węgla brunatnego. Kominy sterczały nad nim, jak
                                                    nagie drzewa, a dym zaciemniał okna. Niepozorne ludzkie plemię przemykało się
                                                    posępnie ulicami, a przed budynkiem urzędowym stały długie szeregi bezrobotnych.
                                                    Ich ponure twarze zdawały się jakby zawieszone na niewidzialnych sznurkach.
                                                    - A czy jest tu praca dla ciebie Tomaszu ? spytał Jons, pełen współczucia
                                                    - Widziałeś ulice idąc z dworca ? I ciemny pył na nich ? Widzisz to samo jest tu
                                                    z duszami. Pani Potzschler myje okna co tydzień, ale to nic nie pomaga.
                                                    Początkowo miałem kwiaty w ogrodzie: goździki, lak żółty, nawet lewkonie, ale
                                                    wiesz, to nie były kwiaty jak należy. Były sztuczne i musiałem je codziennie
                                                    skrapiać, by widzieć kolor. Rosły pod popiołem - opowiada Tobiasz. - Ja sam
                                                    trzymam jeszcze Boga za rękę, ale nie widzą mnie przez ten pył, a Jego to już w
                                                    ogóle nie widzą. Są bezrobotni, wystawają tylko i przesiadują bez celu. Jak
                                                    kołki w płocie, miedzy którymi deski powypadały.
                                                    - I co będzie Tobiaszu ?
                                                    - Muszę czekać, Jons. Chcieli mi dać inną parafię, ale odmówiłem. Przychodzą tu
                                                    tylko w wypadku śmierci lub chrztu. Dla tutejszych ludzi On stał się prochem,
                                                    rozsypał się.....
                                                    Jons żegnając się z Tobiaszem powiedział:
                                                    - A gdyby On zamierzał posłać cię do Sowirogu, co byś zrobił Tobiaszu ?
                                                    - Pojechałbym. Oczywiscie, ze bym pojechał, ale nie ze względu na ciebie...
                                                    daruj, ze tak mówię... ale ze względu na Niego.
                                                  • rita100 Re:cz.XI 09.05.07, 20:18
                                                    Opodal domu Jerominów na pagórku tuż nad jeziorem pan von Balk budował dom
                                                    parterowy.
                                                    - Pan von Balk zbudował sobie letni dom - rzekła Maria do Jonsa.
                                                    Róg Piontka rozbrzmiewał od moczarów, a echo obiegało w krąg jezioro.

                                                    Co to będzie za dom ? Domyślacie się ?
                                                  • rita100 Re:"Z Bogiem".... lub coś podobnego. 09.05.07, 20:19
                                                    Po podróży przyszedł czas przywitać się z panem von Balkiem. Jons ruszył do tego
                                                    domu. Za miast podać rękę panu von Balkowi Jons utkwił wzrok w dużą mosiężną
                                                    tabliczkę obok drzwi.
                                                    Był na niej napis:
                                                    "Jons Ehrenreich Jeromin, lekarz i położnik"
                                                    - Nie ma co się tak nad tym rozwodzić - rzekł Balk - Kamienie, drzewo i trzcina
                                                    są moje. To co wewnątrz to wszystko dla ciebie Lawrenz wyszukał.
                                                    - Panie von Balk - rzekł cicho Jons.
                                                    - Co tam pan von Balk ! Będę mieszkał na starym miejscu ojca. Musiałem coś
                                                    zrobić dla ludzi, prostych czy wielkich. Z witrażami kościelnymi nie wyszło,
                                                    wojna je zabrała. Spójrz więc, jakeśmy to obmyślili.
                                                    Otworzył szeroko drzwi i przeprowadził go przez próg.
                                                    - Na ogół na taką okazję ludzie mają jakąś sentencję - rzekł Balk - "Z
                                                    Bogiem".... lub coś podobnego. Ale ja myślę, że sentencja na mikroskopie
                                                    wystarczy. "Bo i tu są Bogowie". Wiem, że oni ci sprzyjają i wręczyli ci puchar
                                                    Eskulapa. I że go nie rozlejesz. Są dumni z ciebie i basta.
                                                    Jons wciąż jeszcze się nie odzywał.
                                                    Była mała poczekalnia, duży pokój mieszkalny, gabinet przyjęć i biblioteka.
                                                    Wszystkie meble pochodziły z zamku. Lawren zadbał o kamerę rentgenowską, a nawet
                                                    o wirówce do badań na mocznicę, no i .... o aptekę.
                                                    Z drugiej izby wychodzi dziewczyna z 'Raju' i ukłoniła się w stronę Jonsa.
                                                    - Pomyśleliśmy - rzekł Balk - że ona tu zajmie się tobą, przyuczy się by pomagać.
                                                    - Nie bój się Hanna - rzekł Jons - To domek z bajki, wszystkie dobre duchy go
                                                    zbudowały
                                                    - Gnębi mnie panie von Balk, bo chciałem zacząć całkiem skromnie, całkiem o
                                                    własnych siłach. Zbyt wiele mi darowano w ciągu życia.
                                                    - Na własne siły, mój kochany , masz przed sobą całe życie. Nie chodzi o to, byś
                                                    żył wygodnie, po pańsku i wystawnie, ale powinieneś zacząć bez łańcucha.
                                                  • rita100 Re:I ja muszę sobie przypomnieć naszą mowę - rzekł 09.05.07, 20:20
                                                    Jons zawołał dziewczynę z 'Raju' ( pamiętacie, to jest ta dziewczyna Fryderyka,
                                                    grajka na flecie, jego ostatni koncert znajdziecie w I części, którą Marta
                                                    przepędziła od trumny Fryderyka), pokazał jej duży pokój i powiedział:
                                                    - Będzie nam tu dobrze i cicho, Hanno. Mamy wiele do zrobienia. Tylko się nie
                                                    bój i mniej ze mną cierpliwość.
                                                    I ja też muszę sobie coś niecoś przypomnieć naszą mowę.

                                                    W małych wioskach na Wschodzie, każde życie rozkręca się powoli. I tak samo jest
                                                    z życiem wiejskiego lekarza Jeromina. Naprzód ukazuje się ogłoszenie w gazecie
                                                    powiatowej, a potem wieś niesie od wsi do wsi. I różne plotki, splytki się
                                                    rozchodziły i dobre i złe i śmieszne i upokarzające.

                                                    "Patrz, Jeromin...", mówiono, także po dworach. "Brat chłopaka, co to z nim była
                                                    ta historia... i brat barmanki, co to ją nazywają hrabiną, maczał w tym palce
                                                    ten zabawny nauczyciel wiejski, a także czerwony Balk... zobaczymy ilu uśmierci,
                                                    zawodowo, ze tak powiem"....
                                                  • rita100 Re:Czy to dobry znak, czy nie, ze stara Krollowa.. 09.05.07, 20:21
                                                    Czy to dobry znak, czy nie, ze stara Krollowa pierwsza puka do drzwi. Nad
                                                    drzwiami jest guziczek dzwonka, ale stara Krollowa jest nieufna wobec nowości
                                                    więc puka głośno i donośnie twardą kostką zdrowej ręki w dębowe drzwi.
                                                    Otwiera jej Hanna, w białym fartuchu, który jej się zdaje strojem księżniczki.
                                                    - Patrzcie no - mówi Krollowa - To ty tutaj ?
                                                    Hanna czerwieni się i zaprowadza Krollową do poczekalni mówiąc. ze zaraz
                                                    zaprowadzi ją do pana doktora.
                                                    - Do pana doktora i mierzy wzrokiem swoją bolącą rękę i nie przyznaje się do bólu.
                                                    - Nie ma co ukrywać Krollowa - mówi Jons - Lekarzowi trzeba wszystko powiedzieć.
                                                    A Krollowa patrzy na te wszystkie sprzęty i mówi:
                                                    - To wszystko twoje ?
                                                    - Tak, Krollowa - To wszystko moje. Pan Balk mi podarował, a teraz zamknijcie
                                                    oczy i nie krzyczcie. Będzie trochę bolało.
                                                    - Jeszcze nigdy nie krzyczałam - mówi twardo, ale dlaczego tu lampy wiszą, a nie
                                                    stoją na stole.
                                                    Zdążyła jęknąć tylko i już drobna czerwona drzazga została wyciągnięta.
                                                    - Co, z takiego gówna ? - pyta Krollowa z lekceważeniem.
                                                    - Tak, i z odrobiny braku czystości, Krollowa.
                                                    Jons załozył jej temblak i nakazuje spokój.

                                                    Po południu przyszła jej niby okrutna synowa i podała Jonsowi, wyjmując z chusty
                                                    sześć jaj.
                                                    - Wszystkie sześć od niej ? - zapytał Jons z uśmiechem
                                                    Ale odpowiedziała, ze sama dołożyła trzy. Bo jak wyglądało trzy jajka ?
                                                    - Wyglądało na świekrę - rzekł wesoło Jons.
                                                    Jons zaniósł jajka do kuchni.
                                                    - Spójrz no Hanno - rzekł - oto nasz początek, i uważam , ze nie najgorszy. Mój
                                                    profesor wziołby dwieście marek, ale tego nie moglibyśmy zjeść na wieczerzę.

                                                    I tak zaczęła się praca Jonsa na wsi. Ludzie dziwowali się, ze Jons w pracy
                                                    używa gumowych rękawiczek, tak to było dla nich niewiarygodne jakby pastorowi na
                                                    ambonie na początku kazania srebne skrzydła z sutanny wyrosły.
                                                    Jons kupił sobie rower i krąg pacjentów sie rozszerzał.
                                                    Hanna nabierała praktyki.
                                                  • rita100 Re:Konie pachną, wozy śmierdzą, Jons ! 09.05.07, 20:22
                                                    W Sowirogu zapalono ogień na najwyzszej polanie miedzy, Jons wrócił z niej przed
                                                    północą gdy Hanna podała mu słuchawkę telefoniczną.
                                                    Był to jeden z dużych majątków za jeziorem, a mówił sam młody pan von Bohnen,
                                                    który ożenił się przed rokiem. Żona właśnie rodziła, ale że ma wąską miednicę są
                                                    kłopoty. (Jons miał ten przypadek w kliniece Lawreza)
                                                    - Proszę natychmiast po mnie przysłać.
                                                    - To będzie ciężka noc, Hanno - rzekł - Musisz jechać ze mną i być bardzo dzielna.

                                                    Zbieg - operacja się udała, wszyscy byli szczęśliwi.
                                                    - Doktorze - rzekł pan von Bohnen - nie zapomnę tego panu aż do śmierci.

                                                    Miejscowy reporter napisał do gazety powiatowej atrykuł, z którego można by
                                                    mniemać, ze Jons pokrajał młodą dziedziczkę od stóp do głowy.

                                                    Ludzie z Sowirogu nosili się tak, jakby każdemu z nich cesarz podarował swój
                                                    portret.

                                                    Pan von Balk nie mówił nic, tylko pewnego dnia zjawił się z wysokonogim
                                                    kasztankiem i powiedział Jonsowi:
                                                    - Dja Kuby Rozpruwacza, najsłynniejszego lekarza wiejskiego bezie w sam raz. Na
                                                    zimę będą jeszcze sanie.
                                                    Rower to dobre dla Maschlanki, zeby przyhamować jego nieco gadaninę do gazet.
                                                    - A czy za następnym razem - zapytał Jons - pan von Balk nie przywiezie mu
                                                    przypadkiem wozu o stu pięćdziesięciu koniach mechanicznych ?
                                                    - Nie, tego pan von Balk nie zrobi. - Jest mała różnica, Jons - rzekł -
                                                    Przynajmniej dla takich jak my. Konie pachną, wozy śmierdzą, Ot co.

                                                    O konia zatroszczy sie syn Goguna.
                                                  • rita100 Re:"kobzita mu zaległa" 09.05.07, 20:24
                                                    Ale nobardziej Jons sia lejdował co we wsi kobzieta zaległa. Wreszcie poprosili
                                                    go do porodu. Bo we wsi, od stuleci takie sprawy odbywały się po cichu i nikt
                                                    się o nie nie troszczył oprócz babek wiejskich.
                                                    Ale dopiero sprawa z Piontkiem stworzyła niewzruszony fundament prawdziwego lekarza.
                                                    Tak, Jons wziął go do 'komory diabelskiej', jak nazywano komorę rentgenowską, a
                                                    gdy przyszło do zapłaty Jons rzekł:
                                                    - Gdy będę kiedyś z wama siedział przy łogniu, Piontek, położycie mi na żarze
                                                    najpiekniejszego borowika i opowiecie najpiękniejszą historię.
                                                    Było to kiedyś pewnego....
                                                    - Piontek przyszedł - rzekła Hanna.
                                                    Przez całe zycie nie chodziłem do doktora, ale do ciebie przyszedłemm boś ty syn
                                                    Jakuba.
                                                    - Ile lat macie, Piontek ? - zapytał
                                                    - A badzie coś siedemdziesiónt psiańć. Pasłem już, gdy szli na wojnę duńską. (1864)
                                                    - Rozepnijcie, bym mogł rękę włozyć.
                                                    Wyczuł twardy obrzęk - Ślepa kiszka. Ostatnie stadium.... jeszcze was prześwietle.
                                                    Hanno, musimy zaraz operować, wszystko u Piontak wisi na włosku. Pracowali tak
                                                    chibko i Psiontek ni zmniarkował co łuż je na stole łoperacyjnym.
                                                    - Muszę to wyjąć, Piontek - rzekł Jons pochylając się nad pastuchem. Nie
                                                    bedziecie się bać , prawda ?
                                                    - Wiem, Jons. - rzekł - W ręce twoje oddaję me ciało.

                                                    Po operacji Piontka przeniesiono na noszach do sołtysa Grunheida, bo sołtys
                                                    przygotował u siebie taką izbę chorych, a Erdmunda podjęła sie opieki.

                                                    Pan von Balk, który wszystkiemu się przypatrywał odjeżdzając powiedział:
                                                    - Choćby na to poszedł cały las, do ostatniego drzewa, nie byłoby szkoda.

                                                    Koniec pieknej cz.XI
                                                  • rita100 Re:cz.XII 09.05.07, 20:39
                                                    O tej wiośnie długo jeszcze mówiono w Sowimrogu. Wspominali jak Jons uratował
                                                    zycie dziedziczki i pastucha Piontka.
                                                    W świecie, daleko poza wioskami, coraz gorzej działo się w nowej republice. Była
                                                    jak zaginiony koń, który raptownie nabierał rozpędu, a potem zatrzymuje się, by
                                                    zaczerpnąć oddechu.
                                                  • rita100 Re:Lawrenz, cichy gość Sowirogu. 09.05.07, 20:42
                                                    Syn Goguna mieszkał teraz na wyspie i był następcą dziadka Michała. Z rana i
                                                    wieczorem przyjeżdzał do Jonsa, by oporządzać konia, a potem stawał na chwilę w
                                                    otwartym oknie i wpatrywał się w moczary.
                                                    - Nie chciałbyś tu zamieszkać Janie Gogunie ? - zapytał Jons - W szopie jest
                                                    duża izba, a zimą wstawimy piec.
                                                    - W izbie tchu nie mogę złapać - odpowiedział - A mnie trzeba.... I pokazał na
                                                    moczary - I prędzej tu człowieka znajdą - dodał po chwili.
                                                    - Kto ?
                                                    Gogun już nie odpowiedział.

                                                    Gdy Jons jechał przez pola często widział małego Michę. Mieszkał teraz u sołtysa
                                                    i był prawie pewien, ze przejmie gospodarkę.

                                                    Barbarka wyrosła na dużą i ładną dziewczynkę i co dzień po dwie godziny
                                                    siadywała u Stillinga 'aby zmądrzeć'.

                                                    A później do Jonsa przyjechał Lawrenz. Cichy gość, ktory mieszkał w domu
                                                    Jerominów, jeździł trochę z Jonsem po wsiach. Przywiózł ze sobą skrzynke porto i
                                                    czarne cygara. Pewnego wieczoru napomknął Jonsowi, ze powinni zbadać Korsanke,
                                                    choć nie nie wiele ma nadziei, ale Korsanke na pewno na to czeka.
                                                  • rita100 Re:Nowotwór Korsanke był przerażającej wielkości. 09.05.07, 20:43
                                                    Korsanke od razu zgodził się - Wiesz, Jons - rzekł Korsanke - że z tobą to jakoś
                                                    inaczej. Przed tobą mogę spokojnie zdjąć mundur.
                                                    Siedzieli cały wieczór przed zdjęciami rentgenowskimi i w końcu Lawrenz
                                                    powiedział, ze jednak muszą spróbować.
                                                    - Będziemy to nazywać wrzodami, Jons. To lepiej brzmi.

                                                    Resekcja Korsanke miała większy zasięg niż myśleli, nowotwór był przerażającej
                                                    wielkości.

                                                    Korsanke szybko przyszedł do siebie, ale Jons sam mu napisał podanie o rentę. -
                                                    Nie ma mowy Korsanke - rzekł Jons - Siedźcie sobie teraz spokojnie przy
                                                    pszczołach, a jeżdźenie pozostawcie młodym. Korsanke ma za sobą czterdzieści lat
                                                    służby.
                                                  • rita100 Re:Złapali w sieci wielkiego suma. 09.05.07, 20:45
                                                    A pewnego ranka, podczas wielkiego połowu włokiem, złapali w sieci wielkiego
                                                    suma. Był długi ponad dwa metry, jego wąsy sięgały do połowy grzbietu, a szeroka
                                                    paszcza z podwójnymi rzędami zębów niby otchłań zła przeglądała przez oka sieci.
                                                    Cała wieś zebrała się dookoła niego, opowiadano historie o dzieciach, co ginęły
                                                    w kąpieli.
                                                    Nawet Czaja przyszedł, stanął przed rybą, wsparty na kiju i utkwił swe jasne
                                                    oczy w zimnych ślepiach ogromnego suma.
                                                    Tak to jest, ludzie - powiedział - I nie będzie wolno nikomu kupować ani
                                                    sprzedawać, kto nie ma znaku na siebie; kto ma rozum, niech zrachuje liczbę
                                                    bestii, albowiem jest to liczba człowieka, a liczba jego sześćset sześćdziesiąt
                                                    sześć.
                                                    I chociaż niektórzy podśmiewali się, a inni wzruszali ramionami, to jednak
                                                    wszystkich coś niecoś dreszcz przechodził od jego dziwnych oczu.

                                                    Parę razy stała śmierć nad brzegiem moczarów i musiała zawrócić, bo syn Jakuba
                                                    był tutaj. Było tu paru młodych chłopców, którzy mówili z ludźmi o nowych
                                                    czasach, całkiem nowych, ale i oni musieli zawrócić, bo w Sowirogu nie
                                                    potrzebowali nowych czasów. Byli bardzo radzi pozostać przy starych.
                                                  • rita100 Re:A niech to jak Wam teraz łzy nie polecą... 09.05.07, 20:46
                                                    przy tej części, sami zobaczycie...
                                                    Pewnego wieczoru zapukał ktoś cicho do domku doktora. Jons i Hanna podnieśli
                                                    głowy,myśląc , ze to chory, ktoś ze starych , wystraszonych, co to nie mieli
                                                    odwagi zadzwonić dzwonkiem. Obeszli dom dookoła i w mrocznym świetle, pod
                                                    chmurami wczesnej jesieni stała jego siostra Maria, otulona chustką, trzymająca
                                                    za rękę wysokiego zgiętego w ramionach mężczyznę, a on uśmiechał się jak
                                                    cokolwiek przestraszone lub cokolwiek odurzone dziecko.
                                                    - Kto to ? - zapytał przerażony Jons, ale spostrzegł, ze to Marcin, mąż Marii.
                                                    - Nie chciałam prowadzić go do domu - szepnęła Maria - bo by się dziecko na
                                                    śmierć wystraszyło. Weź go, bracie kochany, i uzdrów. Ach, uzdrów go, bracie
                                                    kochany !

                                                    Marcin miał na głowie wysoką, obszarpaną czapkę futrzaną, jaką się nosi na
                                                    Syberii, a wszystko inne, co miał na ciele, stanowiły brunatne łachmany, gdzie
                                                    nigdzie powiązane sznurkiem. Na nogach miał buty z cholewami, ale i one były
                                                    powiązane rzemieniami, a z czubków wyglądały nagie palce.
                                                  • rita100 Re:Z góry dziesięć lat na tą rękę czekał. 09.05.07, 20:47
                                                    Jak go znalazłaś siostro ? - spytał Jons.
                                                    - Siedział już tam - rzekła cicho - nad brzegiem rowu i patrzył w moją stronę.
                                                    Może patrzył także na wieś. Nie wiem. Nie mówił ani słowa, ale gdy wyciągłam do
                                                    niego rękę, zaraz ją pochwycił i wstał. Tak jakby na nią czekał.
                                                    - Z góry dziesięć lat na nią czekał, siostro.
                                                    - Myślisz... myślisz, ze mnie poznaje ?
                                                    - Nie wiem, siostro. Nikt z nas nie wie, co on rozpoznaje, a co nie. Teraz
                                                    pozostanie w izbie Hanny, a mu możemy go pielęgnować, być z nim bardzo ostrożni.
                                                    Żadnych pytań, trzeba tylko odpowiadać na jego uśmiech.
                                                    Posłał ją do domu Jerominów po bieliznę i jedno z jego ubrań, a potem wykąpał
                                                    Marcina. Jego skóra była biała, nie pogryziona przez robactwo, tylko na plecach
                                                    widniały długie, zabliźnione smugi.
                                                    Marcin pił mleko długimi, spragnionymi łykami, a chleb łamał w reku cicho,
                                                    niemal uroczyście, jakby odprawiał nabożeństwo. Potem wyciągnął się i
                                                    natychmiast usnął.

                                                    Można było liczyć tylko na cud. Jedno było tylko wyjaśnienie, że nazbyt miękkie
                                                    serce rzucone w krwawiącą ojczyznę nie wytrzymało naporu obrazów i zdarzeń i
                                                    zaszyło się w tępą niewiedzę. Wstąpił w mrok i otulił się, a Jons nie znał ręki,
                                                    która by zerwała tą zasłonę.
                                                    Sprawdził wszystkie ksiązki od Lawrenza, ale one mu nic nie powiedziały.
                                                  • rita100 Re:Chcę Marcina wyleczyć - rzekła Barbarka. 09.05.07, 20:49
                                                    Postanowił, by Marcin po paru dniach udał się do domu Jerominów, a sam chory
                                                    zgadzał się na wszystko. Lubił siedzieć na słońcu i spoglądać na wioskę.A kiedy
                                                    następca Korsankego podjechał raz pod dom, chory uciekł i schował się za szafą.
                                                    Nie mówił nic, prócz paru słów rosyjskich czy mongolskich. Uśmiechał się tylko.
                                                    I ten cichy, daleki, niemal martwy uśmiech był największym brzemieniem, jakie
                                                    nakładał na swoje otoczenie.

                                                    Dziwne było dla nich wszystkich, że Barbarka lgnęła do niego boleściwą miłością,
                                                    i że ta miłość wyraźnie była odwzajemniona. (Pamietacie, że Barbarka jest jego
                                                    córeczką. Kiedy zabrano Marcina na wojnę, nie wiedział, że Maria juz była w
                                                    ciąży) Barbarka była już dużą dziewczynką, by zrozumieć, co się tu dzieje.
                                                    Nie skarżąc się i nie pytając o radę zaczęła się pewnego ranka opiekować ojcem.
                                                    Jej twarz zatraciła nagle wszelkie dziecięce rysy i przez noc stała się tym, co
                                                    Jons nazywał "twarzą siostry".
                                                    Trzymając za rękę ojca szli tak ścieżką do mielerza.
                                                    Wobec matki Barbarka stała sie skryta, tylko z Jonsem rozmawiała i jemu zaufała.
                                                    - Chcę go wyleczyć - rzekła. - Ja sama. I wiem , ze nikt inny tego nie potrafi,
                                                    tylko ja. Bo ja jestem jedyna, której nie znał przed swoim odejściem. Jestem
                                                    lustrem, w które on jeszcze nigdy nie patrzył.
                                                    - Oto nasze narzędzia, dziecko - mówi Jons wskazując na książki i szafę z
                                                    instrumentami. I wiemy, ze to marne narzędzia. Ty masz tylko serce, młode serce,
                                                    które było dotąd radosne, i jeśli je na to poświęcisz, zrobisz więcej niż my
                                                    wszyscy. Ale może są drzwi, które nie otwierają się nawet przed odkrytym sercem.
                                                    Musisz spróbować, ale nie wolno ci rozpaczać, jeśli się nie uda.

                                                    Pewnego ranka Barbarka wzięła Marcina do pracowni Christeana i gdy ten o kulach
                                                    wyszedł mu naprzeciw, uczuła jak Marcina ręka zadrzała w dłoni Barbarki, ale to
                                                    chyba obraz kul Chrystiana przeniknął do jego duszy, do których przywarły jego
                                                    oczy. Christean miał w dłoni wystruganą figurkę i mówi:
                                                    - Weź to, Marcinie, to twoje, całkiem twoje.
                                                    Ale chory z zabaweczką szybko wypadł przez drzwi i ukrył się.
                                                  • rita100 Re:I szli tak Barbarka i ojciec przez wieś. 09.05.07, 20:51
                                                    I tak co dzień razem Barbarka i ojciec wędrowali po wsi trzymając się za rękę.
                                                    Często siadali przy mielerzu, a kiedyś nawet wybrali się na pole Czai. Barbarka
                                                    wyczuwała w pewnych sytuacjach drzenie ręki Marcina. Zawsze nad tym rozmyślała.
                                                    Kiedyś zauważyli na polu Czai konia Czai i znowu poczuła drzenie ręki:
                                                    - To koń Czai, ojcze. Mówią, ze ma tysiąc lat i może patrzeć w przyszłość.
                                                    Dał się spokojnie poprowadzić do progu domu Czai. I oto tutaj zdarzyło się, że
                                                    Czaja, położył wolno i cicho rękę na siwą głowę Marcina, jakby jakiś
                                                    niedosłyszalny głos mu to nakazał. Nie rzekł ani jednego słowa, tylko stał
                                                    cicho, milcząco.
                                                    Tak stał Czaja, aż zaczął zmierzch zapadać. Nie poruszały się wargi, nie drżała
                                                    ręka. Ale na pewno strumień na jego wargach wygasał pomalutku, tak wolno, jak
                                                    uspokaja się zwierciadło wody, a w miejsce tego pustego, niczym nie wypełnionego
                                                    uśmiechu, ukazała się przerażona żałość, jak żałość człowieka, co otwiera list,
                                                    ktory kilka razy musi przeczytać, zanim rozum przejmie żałość serca, bo żałość
                                                    serca jest wcześniejsza niż rozum.

                                                    I wtedy właśnie, w chwili, kiedy się najmniej można spodziewać, bez
                                                    przygotowania, stało się, ze chory wyrwał rękę z raczki dziewczynki, odwrócił
                                                    się ku niej i pochylając się ku niej swą obłędną twarz otworzył usta do
                                                    pierwszego pytania w swym ojczystym języku, które brzmiało:
                                                    - Kto ty jesteś ?
                                                    Barbarka pobladła, ogarnięta śmiertelną trwogą, bo wiedziała, ze każda
                                                    niewłaściwa odpowiedź zepchnie na nowo ojca w otchłań mroku i milczenia. Barbara
                                                    milczała z przerażenia, czekała na powtórzenie pytania przez ojca, ale kiedy
                                                    jego ręka wsunęła się w rękę Barbarki rzekła ona cicho i mocno:
                                                    - Jestem twoim dzieckiem !
                                                    Żaden odblask nie rozjaśnił jego twarzy, nie drgnęła pierś ani ręka. Szli tak,
                                                    Barbarka słyszała ciężkie bicie własnego serca. Tylko od ojca nie słyszała ani
                                                    jednego słowa.
                                                  • rita100 Re:Nie wiążmy z tym zbyt wiele, Barbarko. 09.05.07, 20:53
                                                    Wrócili do domu, uśmiech Marcina ciągle jeszcze nie pojawiał się na jego
                                                    wargach, a kiedy Marcin usnął, Barbarka poleciała do Jonsa.
                                                    - Nie wiążmy z tym zbyt wiele, Barbarko - rzekł po chwili. - Tak mało przecież
                                                    wiemy. Może to coś znaczyć, ale może także znowu zagubić, jak kamień w wodzie...
                                                    Czaja także - ciągnął dalej. - Niewidzialność i milczenie,
                                                    Widzisz teraz dziecko, jacy jesteśmy biedni.

                                                    Wiecie co, to tylko wstęp do wielkiego płaczu, zbiorowego płaczu serca, serca,
                                                    które sie poświęciło leczeniu ojca.

                                                    Ale ni ryczta tyle, bo woma wszystko łoczami wyleci i szczać nie bandziewa
                                                    mnieli czam.
                                                  • rita100 Re:Spróbujemy, dziecko - rzekł Stilling. 10.05.07, 21:01
                                                    Na początku jesiennych wakacji, kiedy rodzina Maschlanków wyjechała do krewnych,
                                                    którzy też nazywali się Maschlankami (ten nowy nauczyciel wiejski) Barbarka
                                                    poszła wieczorem potajemnie do Stillinga.
                                                    - Spróbujemy, dziecko - rzekł Stilling z westchnieniem. - To niebezpieczna próba
                                                    i nie wiem nawet, czy się jej podda - ciągnie Stilling - Ale muzyka jest głosem
                                                    Boga, a jeśli głos ten przeszedł na niego z rąk Czai, to i z twoich może. Pójdę
                                                    do rodziców i poprosze o dzieci. Nikt się nie wymówi.
                                                    (Pamietacie, ze Marcin był kiedyś nauczycielem w tej wsi)

                                                    Zapadła noc, gdy od skraju lasu Brabarka poprowadziła Marcina do szkoły. Rzekła
                                                    tylko: - Pójdziemy do Stillinga - chory sie nie opierał. Poszli naprzód do
                                                    "Domku Krasnoludków", weszli do pokoju z książkami i globusem.
                                                    - Więc jesteś, Marcinie - rzekł Stilling - Zawsze wiedziałem, że wrócisz. A
                                                    teraz pójdziemy do dzieci. One już dawno czekają na ciebie.
                                                    Narzucił swój hohenzollernowski płaszcz i ujął Marcina za drugą rękę. Na
                                                    podwórzu szkolnym było ciemno.
                                                    W domu panowała cisza, jakby nikt do niego nie wchodził, odkąd wyruszył Marcin
                                                    na wojnie.
                                                    W wielkiej klasie paliła się tylko jedna lampka naftowa. Stała na katedrze i
                                                    oświetlała tablicę, na której wypisano kredą duże i małe litery, a także
                                                    rozwieszono starą mapę. Dzieci siedziały nieruchomo z rekami złożonymi na
                                                    ławkach. Żadne nie odwróciło głowy ku wchodzącym.

                                                    I łobaczcie co bandzie dalyj, jakie poświęcenie....
                                                  • rita100 Re:-Słuchaj teraz, ojcze, zaśpiewam dla ciebie. 10.05.07, 21:02
                                                    Ręce Marcina drgnęły i zdawało się, ze chce wyrwać się i uciec. Słyszeli jego
                                                    przyśpieszony oddech, a oczy biegały po ścianach. Ale potem siadł na krześle
                                                    przygotowanym przez Stillinga, nie odwracając oczu od katedry na której leżały
                                                    skrzypce ze smyczkiem, a czerwone drewno lśniło w zółtawym świetle.
                                                    - Słuchaj teraz, ojcze - rzekła Barbara. - Zaśpiewam troch dla ciebie. - Nic nie
                                                    mogła poradzić , ze jej głos brzmiał ochryple.
                                                    Oczy chorego patrzyły za nią, gdy wąskim przejściem miedzy ławkami podeszła do
                                                    katedry i zatrzymała się tam.
                                                    Młode, dzielne stworzenie ludzkie, poważne i zestarzałe przedwcześnie, a gdy
                                                    wzieła skrzypce do ręki, zdawało się, jakby stała już tam od wielu lat,
                                                    strażniczka skarbów przeszłości, i uczyła dzieci starych pieśni, które śpiewały,
                                                    kiedy zamiast niej stał tam jeszcze Marcin z młodym promiennym uśmiechem na
                                                    ustach i niewzruszoną wiarę w misję, jaką miał do spełnienia we wsi Sowirogu.

                                                    Barbara odbyła zaledwie parę lekcji ze Stillingiem. Umiała zagrać parę pieśni
                                                    ludowych i to drugim głosem, ale gdy próbując szarpnęła struny i podniosła
                                                    skrzypce pod brodę, wyglądało to tak, jakby czyniła to przez całe życie i
                                                    pierwszy ton uniósł się z wielkiego milczenia.
                                                  • rita100 Re:Pomóżcie mu w imię boże - mówią matki 10.05.07, 21:03
                                                    Stilling długo sie zastanawiał jaką pieśń wybrać. Zrazu myślał, ze najlepsze
                                                    będzie Paula Gerhardta "Poleć swe drogi", ale potem potrząsnął głową i rzekł:
                                                    - Wiem już, dziecko. - Wybrali starą pieśń ludową z tej okolicy. - Nie znał jej
                                                    Marcin, kiedy tu przybył - rzekł Stilling - Jeszcze ja go jej uczyłem, i
                                                    pamiętam, ze ją lubił najbardziej ze wszystkich.

                                                    I kiedy skrzypce zagrały pierwszą zwrotkę, Barbara odwróciła oczy od palców swej
                                                    lewej ręki ku dzieciom, a one zaśpiewały całą pieśń, wysokie głosy dziewcząt i
                                                    niskie głosy chłopców, podczas gdy skrzypce towarzyszyły im cichym tonem, a
                                                    niekiedy podwójnym akordeonem.

                                                    "Już ściemnia się na błoniu,
                                                    Idziemy już do domu,
                                                    Dożęliśmy już zboże
                                                    Naszym ostrym nożem."

                                                    Prześpiewały całą pieśń. Śpiewały może nieszczególnie pięknie, troche piskliwie,
                                                    ale śpiewały cudownie. Nie wiedziały dzieciaczki nic pewnego o chorobie Marcina,
                                                    bo go jeszcze nigdy nie widziały. Ale wiedziały, ze był tu nauczycielem, młodym
                                                    i wesołym czlowiekiem, i ze potem przepadł bez wieści i kazde z nich widziało
                                                    Marię idącą wieczorem nad moczary, a matki mówiły:
                                                    - Znów idzie biedna.... I oto teraz wrócił, ale o niczym nie wiedział. Nie znał
                                                    nawet własnego nazwiska, a zapewne i nazwy wioski, a matki tego wieczoru kiedy
                                                    zaplatały im włosy i czesały mówiły:
                                                    - Pomóżcie mu w imię boże.

                                                    Więc śpiewały nie tylko swoimi młodymi głosami. Ich głosy drzały lekko, a kilka
                                                    dziewcząt miało rogi fartuszków przy oczach. Ale prześpiewały dzielnie do końca,
                                                    a potem siedziały tak nieruchomo, jak na początku z rękami złożonymi na ławkach
                                                    nasłuchując tego , którego nie widziały w tej ciemnej klasie, ale którego
                                                    słyszały tylko ciężki oddech.
                                                  • rita100 Re: I wtedy, gdy serca dzieci biły.... 10.05.07, 21:05
                                                    I wtedy, gdy serca dzieci biły im ciężko podchodząc aż do gardła, usłyszały
                                                    dźwięk, o którym później ciągle sobie opowiadały w długie zimowe wieczory. Głos,
                                                    głos płaczącego dziecka, wysoki i straszliwie samotny, a może tylko krzyk skargi
                                                    porzuconego zwierzęcia z głębi krzaków. Straszliwy płacz, który rozdzierał im
                                                    serca, bo był to przecie płacz starego człowieka, o siwych włosach ponad
                                                    błędnymi oczyma.
                                                    I wtedy zerwały się, wiele z nich, gnane strachem i w głębokim mroku obok drzwi
                                                    ujrzały dziewczynkę klęczącą przed krzesłem i pochylone nad nią siwe włosy
                                                    nauczyciela i usłyszały młody drżący głos, który powtarzał:
                                                    - Ojcze, drogi ojcze - ciągle tylko to i nic więcej.
                                                    I wtedy na znak Stillinga cicho wymykały się z klasy.
                                                    A gdy przechodziły koło krzesła, zdarzyło się coś wielkiego i niesłychanego: że
                                                    płaczący człowiek wyciągnął rękę do każdego z nich powtarzając ciągle:
                                                    - Dzieci.... kochane dzieci.
                                                    I każde z nich wkładało drżącą rączkę w dłoń mężczyzny, jakby na rozkaz, a potem
                                                    wychodziło przez drzwi, gdzie stał Stilling, a jego starcza ręka kładła się na
                                                    ich włosach, jakby je błogosławił, nie zapominając o żadnym z nich.
                                                  • rita100 Re: Trup, co jeszcze się porusza. 10.05.07, 21:17
                                                    Może to nie było całkowite wyzdrowienie. Może odłamał się tylko kawałek skorupy
                                                    i pod spodem ukazał się dawny żar, ale dusza powoli wracała do swego domu i
                                                    zaczęła się w nim urządzać, choć tak bardzo był zapomniany i opuszczony.
                                                    Wiedział już, kim jest, i gdzie jest, wszystko znowu rozpoznawał. Ale był także
                                                    świadomy tego, ze jest okaleczony, i że za jego czołem leżą ciemne pola, z
                                                    ktorych nigdy nie będzie zbierać plonów.
                                                    - Martwy człowiek jestem, Jons - Trup, co jeszcze się porusza. Ale książek nigdy
                                                    już nie będę mógł czytać, Jons. Są tam litery i słowa, ale nie wiążą się ze
                                                    sobą. Rozpadają się jak domek z kart.
                                                    - Miej cierpliwość, Marcinie - odpowiedział Jons.- Nie próbuj nic na siłę. I daj
                                                    się prowadzić dziecku, jak dotychczas. Ono najwięcej koło ciebie zrobiło.
                                                    - Dziecko.... - rzekł zgubiony w myślach. - Dziecko...
                                                    I takim pozostał. Był jak dożywotnio skazany, ułaskawiony przed śmiercią.

                                                    Tak, długo mówiono w Sowirogu o tej wiośnie i jesieni. Jak gdyby Bóg,
                                                    przechodząc obok wioski, musnął ją rąbkiem swego błękitnego płaszcza.

                                                    Koniec cz.XII
                                                  • rita100 Re: cz.XIII 11.05.07, 21:32
                                                    Wezwano Jonsa do hrabiny.
                                                    Hrabina miała ogromną posiadłość ziemską. Mówiono, że ród jej był staropruskiego
                                                    pochodzenia i sięgał poprzez wieki daleko wstecz, kiedy to Zakon Krzyżacki pod
                                                    znakiem niebiańskiej Dziewicy tępił ogniem i mieczem naród, którego bogowie
                                                    nosili korony z bursztynu, i ktory nie dawał się przekonać, że bardziej boska
                                                    jest korona cierniowa, niż ta ze złotej żywicy zatopionych lasów. Także nazwisko
                                                    wskazywało na to, jako , ze Kalns w wymarłym starodawnym języku oznaczało górę.
                                                    Hrabia nie wrócił z wielkiej wojny, a szczególnie jego śmierć pokryła
                                                    fantastyczna legenda o śmiałym i fantastycznym jeździeckim przedwsięzięciu.
                                                    Wdowa, pochodząca z tego samego rodu, objęła olbrzymie dziedzictwo, silną ręką
                                                    przeprowadził je przez czasy rewolucji i uchodziła wśród swoich równych stanem
                                                    za zjawisko godne wielkiego szacunku, ale i niepokojące, bo niepisane prawa
                                                    wschodniej szlachty nie miały nad nią tej władzy, jaką im wszędzie milcząco
                                                    przyznawano; w sprawach światopoglądu, polityki.
                                                    Ostro osądzała ostatniego cesarza, a z zimną ironią pamiętniki generałów i
                                                    admirałów, jakie ukazywały się po przegranej wojnie i ktore nazywała
                                                    'pamiętnikami łataczy dziurawych kotłów'. Wszyscy jej ludzie byli jej oddani,
                                                    jak niekorowanej królowej. Na początku rewolucji miejski komitet strajkowy,
                                                    ktory w wielkim szumem wkroczył na zamek, został zmuszony do haniebnej ucieczki
                                                    przez jej pokojówki uzbrojone w drewniaki.

                                                    Hrabina Kalns, zaprosiła na wizytę Jonsa.
                                                  • rita100 Re: Wizyta Jonsa u hrabiny Kalns 11.05.07, 21:33
                                                    Wprowadzono Jonsa do wielkiej, mrocznej sali bibliotecznej, gdzie przed
                                                    kominkiem siedziała hrabina.
                                                    - A więc to pan... - mówi hrabina - Znałam pańskiego ojca - Jego i pańskiego
                                                    dziadka. Zawsze byłam przekonana, że oni byli z naszej krwi, a u pana widzę to
                                                    jeszcze wyraźniej. My mamy innych bogów, ot co.
                                                    Pan ma nazbyt mało czasu by myśleć o swojej krwi.
                                                    A dziś pana zaprosiłam do siebie, bo czuję w ustach zły smak.
                                                    - To jest zapalenie ropne zatoki szczękowej - odpowiedział Jons. -
                                                    Prawdopodobnie trzeba wyrwać dwa zęby.
                                                    Ale nie to ją gnębiło, chciała po prostu porozmawiać z Jonsem. Chciała bardzo
                                                    wiedzieć, co też jej przodkowie myśleli przed tysiącem lat w drewnianych domkach.
                                                    Jons jej odpowiedział, że prawdopodobnie spali, pozostawiając znachorom i
                                                    czarownikom myślenie i obronę śpiących przed złymi duchami.
                                                    - Może... - rzekła. - Do starego cechu pan należy Jeromin, tylko, ze dawniejsi
                                                    ludzie stali bliżej bogów.
                                                    I Perkun wcale nie jest mniejszy niż Budda lub Chrystus, tylko prymitywniejszy,
                                                    tak jak i ludzie byli bardziej prymitywni.
                                                  • rita100 Re:Rozum idzie z postępem ale nie serce. 11.05.07, 21:34
                                                    Rozum idzie z postępem ale nie serce - mowi hrabina
                                                    - Tylko że z pani zatoką szczękową byłoby gorzej przed tysiącem lat, pani
                                                    hrabino - rzekł Jons.
                                                    - Moja piastunka wyrywała sobie każdy ząb sznurkiem. A kiedy było źle
                                                    przywiązywała go do klamki od drzwi. To nie ząb umiemy pokonać, lecz ból, i to
                                                    jest naturalne pewien rodzaj postępu. Tylko bólu duszy nikt jeszcze nie pokonał.
                                                    Ale dla kogoś, co musi patrzeć, jak młodzi ludzie ze śpiewem idą na wojnę, a
                                                    żadnego z nich nie widziałem, by ze śpiewem szedł od dentysty.

                                                    Najniebezpieczniejszy na świecie są światopoglądy. Nie choroby, zarazy i katastrofy.
                                                    Tak jak panie Jons z tym....co powrócił do domu ?
                                                    Tak, on zapłacił. Taki co poszedł w grozę i pochłonęła go.... pustka go
                                                    pochłonęła.... a ci, co go posłali, siedzą na złocistych krzesłach....

                                                    Jons drze zamby hrabinie
                                                    Jons wyrwał oba zęby. Ręka mu cokolwiek drzała, ale wyrwał.
                                                    - Mogę teraz zaofiarować panu tysiąc marek - rzekła hrabina - a nawet dziesięć
                                                    tysięcy, jak to czynią suwereni. Ale wolałabym, aby pan wyraził jakieś swe
                                                    życzenie, a wiem, ze pieniądze dla pana równie mało znaczą, jak dla pańskiego
                                                    ojca. Stare rody nie znają jeszcze pieniędzy.
                                                    Jons podziękował i poprosił o czas do namysłu. Z życzeniami jest tak jak w
                                                    bajce, a on to jeszcze z czasów dzieciństwa ma doskonale w pamięci.
                                                  • rita100 Re:Otóż czy mogłaby podarować wsi kościół. 11.05.07, 21:35
                                                    Jons przyjechał zimą do hrabiny i powiedział, ze się namyślił. To jest bardzo
                                                    wielkie życzenie, ale własciwie nie dla niego tylko dla wsi.
                                                    Otóż czy mogłaby podarować wsi kościół. Drewniany, z drzewa własnych lasów.
                                                    Teraz hrabina była zaskoczona i nie chodziło tu o pieniądze. Ale , ze to pan,
                                                    pan jako lekarz, życzy sobie kościoła dla swojej wsi ?
                                                    - Właśnie dlatego, pani hrabino. Czy mam sobie życzyć głośnika dla Sowirogu ?
                                                    - Tylko że, panie Jeromin - rzekła hrabina - kościół można budować, jak się
                                                    chce, ale z pastorami tak nie można. Wszyscy księża są wypełnieni słowem bożym,
                                                    ale nie wszyscy miłością chrystusową.
                                                    Jons opowiedział jej o Tobiaszu, a ona słuchała.
                                                    A teraz niech pan zostawi tu stare plany i odprowadziła go do drzwi mowiąc:
                                                    - Kto inny prosiłby o ultramikroskop, albo o wóz sześciocylindrowy. Pan chyba
                                                    nigdy do niczego nie dojdzie. Przynajmniej nie do tego co ludzie nazywają 'czymś'.
                                                    - Nie, pani hrabino. Ale może do tego, co nazywamy 'wiele'. 'Wiele' może znaczyć
                                                    mniej niż 'coś'.
                                                  • rita100 Re:Rozpoczęli budowę kościoła 11.05.07, 21:37
                                                    Gdy tylko śnieg stopniał, rozpoczęli budowę kościoła, we wsi się zaroiło od
                                                    pracy. Hrabina także kaZała dobudować domeK dla pastora. Jak feniks, nie sowa
                                                    powstający z popiołów. Potem wprowadzono Tobiasza na urząd. A ludzie wiedzieli,
                                                    ze mają pierwszego radosnego pastora, bo twarz mu jaśniała. Teraz widzą, że Bóg
                                                    znowu im sprzyja.
                                                    Wieś i teraz nie urządzała dla gości uroczystego przyjęcia, ale Balk wpadł na
                                                    pomysł zorganizowania śniadania. Ustawili więc stoły przed domem Jerominów, jak
                                                    na dożynki, były raki i ryba wędzona, węgorze i sieje. Do tego podawano w
                                                    dzbanach jarzębiak domowej roboty. Wódka była dobra, ale dla kobiet jednak za mocna.
                                                    Hrabina poprosiła Erdmuthę o ponownie nalanie do szklanki. I gadki szmatki,
                                                    rozmowy, wywody:
                                                    Ale co wiedzą ludzie w stolicy Rzeszy o tej wschodniej krainie cieni ? Dla nich
                                                    to jest 'wyspa w Rzeszy'.
                                                    I jedli jeszcze kawałek wegorza ociekający tłuszczem, o lekkim aromacie szyszek
                                                    sosennych, nad którymi go wędzono.
                                                    Potem goście odjechali, a ludzie z Sowirogu siedzieli do wieczora w trawie na
                                                    kościelnym wzgórzu, pili kawę i jedli ciasto wielkanocne.
                                                    A Czaia stał cicho oparty na kiju, że sowa zaczeła krzyczeć, jakby sama była w
                                                    lesie.
                                                    Stary, prastary czlowiek, co widział przeznaczenie stał.

                                                    Koniec cz.XIII
                                                  • rita100 Re:cz.XIV 11.05.07, 21:38
                                                    Przechodzą lata przez wieś Sowiróg. Dzieci także rosną.
                                                    Micha chodził za pługiem u sołtysa Grunheida. Nie myśli o państwie, ani
                                                    miastach, ani o dziewczynie tylko o chlebie.
                                                    Barbarka nie zostanie siostrą miłosierdzia, bo już nią jest. Maria, żona Marcina
                                                    jest zupełnie szczęśliwa. Poslubiła dziecko, co miało stać się mężczyzną i
                                                    wyruszyło na wojnę, a zamiast mężczyzny lub bohatera powróciło tylko dziecko.
                                                    Korsanke poszedł na emeryturę, a nowy strażnik wiejski, ktory przyjechał z
                                                    miasta jest młody i zbyt ostry. Traktuje ludzi jak plewę. Jak tylko pojawia się
                                                    we wsi ludzie zamykają drzwi.
                                                    Ze wszystkich starych i młodych najmniej zmienił się Stilling. Nie zmarnował
                                                    życia dla mirażu.
                                                    Balk ma zawsze dość czasu by, by zauważyć jak zmienia się powoli świat. Jeździ
                                                    na wiece. Światem jego był świat gazet i rozmawia o tym z Jonsem. Balk rozumiał
                                                    , ze zbliżają się inne czasy. A czasami czas dobiera się i do najmniejszych
                                                    wiosek. Język puchnie jak chory organ, puchnie słownictwo, określenia, siła
                                                    dzwięku, jarzą się plakaty, obietnice, przekleństwa.
                                                  • rita100 Re:Odbywa się w Sowirogu wiec. 13.05.07, 08:55
                                                    I pewnego czasu odbywa się w Sowirogu wiec. Odbywa się u Czwallinny. Zapraszają
                                                    nań plakaty, a warkot motocykli rozbrzmiewa po wsi. Widać nowe mundury, nowe
                                                    ruchy, nowe zwyczaje, a ludzie ze wsi wsuwają się do środku izby z ciekawości.
                                                    Nic nie piją, nic nie jedzą. I przyszedł pan von Balk, Jons i Stilling. Siedzą
                                                    więc cicho i czekają, wymieniając uwagi. Zawsze mieli naturalne poczucie humoru.
                                                    Najzabawniejsze jest jednak dla nich, kiedy przywódca podchodzi do pana von
                                                    Balka, trzaska obcasami i wyrzuca w powietrze rękę. Pan von Balk zakłada monoki
                                                    i ogląda typa, jak mlodego byczka na sprzedaż. Ogląda go od stóp do głowy. Gośc
                                                    zbity z tropu wychodzi na mównicę i zaciska pięści, to znów patrzy na nich
                                                    pobłażliwie, namawia do wstępowania do partii, wreszcie wznosi okrzyki, które
                                                    ludzie ze Sowirogu słyszą po raz pierwszy i już w ogóle nie mogą się połapać.
                                                    Kiedy pan von Balk wstaje, wstają i oni, i powoli wymykają się drzwiami.
                                                    - Ale ten ma gardło, bracie.... mówi stary Daida - A skóry na nich - odpowiada
                                                    Gonsior - Całą uprzęż można by z tego zrobić.
                                                    I na tym sprawa się dla nich skończyła.
                                                    Nie był to sukces i mówca wsuwa z przekleństwami swoje akta do teczki -
                                                    Gówniarze ! Wschodnia rasa !
                                                  • rita100 Re:Może dostaną rite, a może i tego nie. 13.05.07, 08:56
                                                    - Podaj mi koniaku, Jons. Dziś oni odjeźdzają. Dziś tylko przedstawienie
                                                    zrobili. Jutro nakażą wstępywać. Widziałeś piękne sprzączki na ich pasach ?
                                                    Zawsze zaczyna się od sprzączek.
                                                    Może dostaną rite, a może i tego nie.
                                                    "Zamknijcie swe serca i swe bramy!", mówi nasz stary mistrz.

                                                    Ale Niemcy maszerują, od kolebki do grobu. Myślałem , ze po ostatniej wojence
                                                    odechce im się maszerować. Nie ma mowy. Już znowu ich bierze ochota. Jest Żyd
                                                    wieczny tułacz i wiecznie maszerujący Niemiec. Ciekawe, czy się kiedy spotkają.
                                                    Mają przecie ostatecznie ten sam cel.
                                                    "O wiecznosci, gromkie słowo".

                                                    Czas wystawia sobie własne bóstwa. Kiedyś było to coś wielobarwnego lub złoty
                                                    cielec, teraz jest to państwo, albo człowiek, albo tylko imię. Rozwiewa się na
                                                    chorągwiach, świeci wiecom i pochodom, krzyczy ustami, orkiestrami, głośnikami.
                                                    Owłada. Ot co.
                                                  • rita100 Re:Powiewa z masztu ogromna flaga. 13.05.07, 08:58
                                                    Maschlanka zaczął nosić mundur. Nie wiedzą czy jest żołnierzem. - Chyba nie -
                                                    mówi Daida, bo by mu się pruka zaczepła na drutach kolczastych.
                                                    Teraz i nowe są w szkole pieśni i dzieci powtarzają je w domu, póki ojciec nie
                                                    odepnie paska.
                                                    Aż pewnego poranka zjawiają się inni ludzie z rozciąganym wozem, wykopują na
                                                    podwórzu szkolnym głeboki rów i stawiają maszt na flagę, tak wysoki, ze chyba
                                                    tylko cesarz ma taki drugi, o koło południa powiewa z masztu ogromna flaga,
                                                    dzieci stają z otwartymi ustami i przyglądają się. Nowa atrakcja dla wsi.
                                                    Ale kiedy Maschlanka- nauczyciel nastawia radio i nic nie słychać i patrzy przez
                                                    okna, widzi, ze maszt znikł razem z flagą.
                                                    Pędzi Maschlanka do Korsankiego i oto stoją obydwoje w miejscu przestępstwa.
                                                    - To są symbole - krzyknął Maschlanka. - A nawet dzicy szanują symbole.
                                                    Szukają śladów, ale deszcz wszystko zatarł, więc żandarm złoży doniesienie
                                                    swoim władzą.
                                                    Są przesłuchania i niezliczone alibi. W Sowimrogu nie trudno o alibi.
                                                    Motocykliści zatrzymują sie we wsi, a dowódca przypatruje się ponuro ciekawskim.
                                                    - Pachołki - mówi.- Już my wam pokażemy gdzie raki zimują....
                                                    - To jeszcze trzy ćwierci lata, panie generale ! - odpowiada Daida.
                                                    Wiele jest śmiechu dookoła jeziora, ale zakłopotany Balk mówi:
                                                    - Siedźcie cicho, ludzie. Zgniotą was jak wszy.
                                                    Zjawił się nowy słup z flagą i nowy głośnik. Ludzie zamykali okna.
                                                    Ale mimo to wieś Sowiróg pozostała unikatem w całym powiecie, bo posiadała
                                                    dowódcę grupy w osobie Maschlanki i jego zastępcę w osobie karczmarza Czwallinny.
                                                  • rita100 Re:Pan Bóg przyszedł w nocy i zabrał. 13.05.07, 23:04
                                                    Wszyscy myśleli , ze wieś się podciągnie do nowych czasów, ale się nie
                                                    podciągła. Wszyscy obcy mówili, że ta wieś nie powinna się nazywać Sowiróg, lecz
                                                    - Małpiróg.
                                                    Sołtys wsi Grunheid nie urzęduje, jego stanowisko przejął Maschlanka. A gdy
                                                    Maschlanka domaga się starej laski sołtysowej Grunheid wzrusza ramionami:
                                                    - Nie ma jej.
                                                    - A gdzie jest ?
                                                    - Pan Bóg przyszedł w nocy i zabrał. Pan Bóg często coś w nocy zabiera.
                                                    (ciiicho, pewnie sołtys ten maszt sprzątnął)
                                                    Jons musi wstąpić do Izby Lekarskiej. Pan von Balk nalega na to:
                                                    - Chcesz, aby tu przyszła jakaś świnia ?- mówi- I żeby żarła z naszego koryta ?
                                                    My już będziemy wiedzieli, dlaczego to robisz.
                                                    Jons jest posłuszny.
                                                    Wieś nie jest już cichym domem, gdzie są wśród swoich; wielcy czy mali. Coś stoi
                                                    przed drzwiami w mroku. Nik nie wie czy to wilk czy jagnię. Wydaje im się , ze
                                                    gdzieś dalej coś grzmi.

                                                    Koniec cz.XIV
                                                  • rita100 Re:cz.XV 13.05.07, 23:05
                                                    Kiedy przywrócono obowiązek służby wojskowej, Balk przyszedł do Jonsa.
                                                    - Posłuchaj, Jons. To początek końca. Nie wiem ile im będzie lat potrzeba, nim
                                                    pomyślą, że już można zacząć.
                                                    Ci co nam będą potrzebni nie mogą iść do wojska. Nie może iść syn Goguna ani
                                                    Micha, ale żeby nie postawić ich pod sąd, prosi Jonsa o znajomość z lekarzem
                                                    sztabowym, tym jak pamiętacie co wyciągną guzik Jonsowi.
                                                    Jons jest wstrząśnięty:
                                                    - Panie von Balk (cichutko rzecze)- może moje słownictwo jest przestarzałe, ale
                                                    'zdrada ojczyzny' to obrzydliwe słowo.
                                                    Bal się tylko uśmiechnął:
                                                    -Znam tylko tę ojczyznę, którą tajemnie i wbrew zakazowi noszę w sobie. Nie
                                                    zauważyłeś jeszcze, ze ojczyzna jest zabroniona ? Wiesz co mamy ocalić ? Wieś
                                                    mamy ocalić, nie ojczyznę !
                                                    A zrób to staranie, Jons, bo za parę lat będziesz może i ty tego potrzebował.
                                                  • rita100 Re:Wieś mamy ocalić, nie ojczyznę ! 13.05.07, 23:06
                                                    Jons siadł na skrzyni, nabijając fajeczkę.
                                                    - Chciałbyś do wojska Gogunie ? - zapytał.
                                                    - Nie odejdę stąd - rzekł
                                                    - Nie będą cię o to pytać, Janie Gogunie- rzekł-zabiorą cie.
                                                    - Moczar jest wielki i głęboki - odrzekł Jan Gogun.

                                                    Paru synów już musiało pójść do wojska. Szli cicho bez pieśni. Jan Gogun i Micha
                                                    zostali uznani za niezdolnych.

                                                    Później Jons wracając wieczorem z pracy strasznie się przeraził, bo oto nagla z
                                                    cienia domu wynurzyła się posyać i rzekła cicho:
                                                    - Jons to ja, Lawrenz... proszę nie zapalać światła.
                                                    Ręce Lawrenza drzały, ubrany był w stary płaszcz i wielki czarny kapelusz, gdy
                                                    go zdjął, głowę miał owiniętą bandażem.
                                                    - Doktorze - rzekł Jons - doktorze drogi...co z panem ?
                                                    To już nie był ten sam Lawrenz, zgasło w nim coś ale mówi:
                                                    - Zatarłem wszystkie ślady, żeby wieś była bezpieczna. Przywieziono mnie tu
                                                    wozem i wysadzono w lesie. Nikt mnie nie widział i nie pozostanę pod pańskim dachem.
                                                    Nie, proszę mnie nie zatrzymywać. Proszę mi dać tylko koc i klucz do chaty przy
                                                    mielerzu... Pański ojciec i prorok Izajasz czuli się tam jak w domu.

                                                    Koniec cz.XV
                                                  • rita100 Re:cz.XVI 14.05.07, 20:57
                                                    - Las jest cichy - rzekł
                                                    Hanna zapakowała wszystko w węzełek i butelkę koniaku i Jons zaniósł Lawrenzowi.
                                                    Rozmawiali przy ogniu.
                                                    Lawren opowiada co sie wydarzyło:
                                                    "Mogłabym pojechać do innego miasta i zacząć jeszcze raz. Ale nie mogę, Jons.
                                                    Boję się, tak , boję się. Nie śmierci, ale pohańbienia. Rozumie pan,
                                                    pohańbienia, że mogą pana nagiego włóczyć po ulicy z tabliczką zawieszoną na
                                                    szyji. Stary człowiek ma więcej poczucia wstydu. Nigdy nie mówiliśmy sobie o
                                                    godności. My nie żyliśmy nago, Jons, my obaj.- Już czas, Jons - rzekł Lawrenz -
                                                    Nikt tu nie powinien pana widzieć, proszę już odejść.
                                                    - Czaja, przyjdzie do pana wieczorem, doktorze - rzekł Jons. Tu panu nic się nie
                                                    stanie, a ja zastanowię się co dalej.

                                                    O zmierzchu przyszedł Czaja do Jonsa w swej długiej sukmanie:
                                                    - Las jest cichy - rzekł - a człowiek odszedł przed godziną ku zachodowi i
                                                    wsunął kopertę do ręki Jonsa.
                                                    Serce Jonsa biło mocno, poszedł i zaczął czytać list:
                                                    "Kochany Jonsie Ehrenreichu", czytał........
                                                    Znaczyłeś więcej dla mnie niż możesz przypuszczać....
                                                    Nie boję się. Wierz mi. że się nie boję. Jestem spokojny i radosny, i myślę, ze
                                                    taki był Sokrates. Pójdę tam, gdzie stoi na brzegu rozwalony szałas z trzciny, a
                                                    na pisaku leży kupa chrustu. To bedzie obok tego chrustu. Ty z Tobiaszem
                                                    wykopiecie grób i może Czaja wam pomoże.
                                                    Nikt niczego nie zauważy i dlatego piszę tak dokładnie.

                                                    Tobiasz, Czaja i Jons poszli. Czaja wziął łopaty. Potem poszli przez las.
                                                    Ujrzeli go zaraz, ciemną plamę na jasnym piasku. Miał plecak pod głową i złożone
                                                    ręce. Wykopali dół w piasku, resztę piasku rzucili do wody i poukładali chrust.
                                                    Śladu nie było.
                                                    Wracali różnymi drogami, a Czaja przyrzekł, ze przyjdzie ti jeszcze raz
                                                    nazajutrz, by usunąć ostatnie ślady i w chatce przy mielerzu doprowadzić
                                                    wszystko do porządku.
                                                    Ale nie było co doprowadzać do porządku, Lawrenz o wszystko zadbał, odszedł bez
                                                    śladu, nawet odrobiny śladu popiołu z jego cygar, a nawet zeskrobane nalepki z
                                                    butelek.
                                                  • rita100 Re:"Przeto radośni jesteśmy" 14.05.07, 20:58
                                                    Ale człowiek ocalony, ocalony przed czasem od cierpień i dlatego mogli być
                                                    radośni. Zanim panowie z 'von' i bez 'von' zaczęli szczuć go psami lub kazali mu
                                                    jeść mydło.
                                                    Piasek był lepszy niż mydło.

                                                    Wypił puchar Sokratesowy, wino i cykutę.

                                                    Jons pomyślał, ze musi o tej sprawie zawiadomić Balka. Nic nie powinno być przed
                                                    nim zatajone.
                                                    Balk wysłuchał i nic nie powiedział, potem dopiero:
                                                    - Słusznie postąpiliście - rzekł - i on słusznie postąpił. - A ty Jons nie
                                                    rozgoryczaj się. Oni tylko czekają na nasze gorzkie słowa, bo na gorzkie słowa
                                                    łatwo podnieść topór. Trzymaj się prawa, Jons.
                                                    Odprowadzając Jonsa do drzwi Balk rzekł:
                                                    - Piasek, Jons, to dobra rzecz. Jeśli nic nie wyjdzie z trumną cynkową i grobem
                                                    rodzinnym, pochowajcie mnie w piasku obok niego. To był cichy człowiek i nie
                                                    bedzie mi przeszkadzał.

                                                    I znowu za parę dni rano szary wóz zatrzymał się pod domem Jerominów. Wyszedł z
                                                    niego człowiek w prochowcu i pokazał legitymację ze zdjęciem, pytając czy nie
                                                    wie coś o doktorze Lawrenzu. Ale oczywiście Jons nic udawał, że nic nie wie.
                                                    Pomysłał: - Szukacie go ? Ale on wyprzedził ich daleko.

                                                    Koniec cz.XVI
                                                  • rita100 Re:cz.XVII 14.05.07, 21:00
                                                    Naród, który zapomina o swoich wioskach utracił zdrój zycia.

                                                    Pewnego dnia zajechał przed dom Jerominów wielki, lśniący wóz, z którego wyszedł
                                                    mężczyzna w czarnym mundurze. Był to Gotthold. Uderzając szpicrutą o cholewy
                                                    wysokich butów opowiadał, że znów powrócił w rodzinne strony, wprawdzie do
                                                    stolicy regionu, ale zawsze to w rodzinne strony i jeśliby mieli jakie życzenia,
                                                    powinni mu powiedzieć. Do Jonsa powiedział:
                                                    - My dwaj możemy znowu przydać blasku nazwisku Jerominów.
                                                    Ale Jons nie chciał niczemu przydawać blasku.
                                                    - No dobrze, bracie - rzekł Gotthold - Nawet najciemniejszy kąt potrzebuje
                                                    światła. A jeśli czegoś będziesz potrzebował, przyjdź do mnie. Własną ręką będę
                                                    cię ochraniać.

                                                    Tak biegną lata, ciche , pracowite, a w świecie Rzesza rośnie. Głośnik
                                                    Maschlanki ma znowu co do roboty, mowy i marsze grzmią z eteru na wioskę.
                                                  • rita100 Re:Pewnego razu Jan Gogun wybrał się do miasta. 14.05.07, 21:01
                                                    Pewnego razu Jan Gogun wybrał się do miasta kupić sieci. Ale kiedy wieczorem nie
                                                    wrócił do wsi, wszyscy się zaniepokoili. Przyszło pismo, ze w mieście była bójka
                                                    i Gogun leży w szpitalu. Jons pojechał do szpitala i dowiedział się , że Gogun
                                                    po zakupie sieci i wychodząc ze sklepu natknął się na pochód. Kiedy podeszła do
                                                    niego grupa chłopaków w dziwnych czapkach Gogun nie zdążył podnieść rękę do
                                                    powitania. Następnie wywiązała się bójka.
                                                    Jons poszedł do brata Gottholda o pomoc dla Goguna.
                                                    - Musisz pomóc, bracie, wcześniej niż myślałem.
                                                    - Tak to jest nieprzyjemna historia - mówi Gotthold zza biurka - napad na
                                                    mundur, a napad na mundur należy oczywiście rozumieć symbolicznie. To tak jakbyś
                                                    zerwał sztandar.
                                                    - Posłuchaj no - rzekł Jons - Ten syn Michała Goguna, którego doskonale znasz
                                                    jest od śmierci ojca dzieckiem o melancholijnym nastroju i mieszka na wyspie,
                                                    gdzie łowi ryby dla Balka.
                                                    - My orientujemy się coś niecoś o was, bracie - rzekł ostro. - Niech to wam
                                                    posłuży za przestrogę, wam wszystkim, włączając w to Balka, Tobiasza i jak się
                                                    tam oni wszyscy nazywają. My mamy cierpliwość.

                                                    Przy drzwiach Jons obrócił się i rzekł - Wiesz, bracie, jak to dobrze, ze nasz
                                                    ojciec nie żyje. I że ja tu mogę stać zamiast niego.
                                                  • rita100 Re:Goguna zamkneli na pół roku do więzienia. 14.05.07, 21:02
                                                    Goguna zamkneli na pół roku do więzienia. Tylko pani von Bohnen trzymając na
                                                    ręku dziewczynkę zawiadomiła Jonsa , ze jej mąż 'osłania swoją ręką' Jana Goguna
                                                    i ma nadzieję , że dotrzymają słowa o wypuszczeniu terminowym. We wsi zamilkł
                                                    nawet róg Piontka i nikt nie budził nawet 'echa'. Tylko jeszcze dzwony dzwoniły.
                                                    I wtedy w ciemności stanął przed Jonsem Jan Gogun.
                                                    - Wejdź Janie i Jons pociągnął go za rękę.
                                                    Przyszedł ten sam młody człowiek, co wyszedł tylko kupić sieć, a już przecie
                                                    inny. W oczach jego było coś nowego i obcego. Były wypełnione inną treścią.
                                                    - Jedz i pij Janie - rzekł Jons.
                                                    Jadł i pił, ale był jak biedne zwierze w ciemnej norze. Nie wróci już na wyspę.
                                                    Pójdzie na moczary, tam gdzie jest jego chatka. Zaniesie tam wszystkie rzeczy, a
                                                    gdy się ściemni, bedzie przychodzić do Jonsa i zajmować się koniem. Jeśli
                                                    Jonsie, nie zgodzisz się, pójdę do wody - rzekł na koniec.
                                                    Jons zgadzał się na wszystko.

                                                    Koniec cz.XVII
                                                  • rita100 Re:cz.XVIII 14.05.07, 21:03
                                                    Nikt nie dowiedział się o tym, ale wiedział każdy. Nadciągało to z wolna, jak
                                                    niegdyś zaraza lub Tatarzy. Pokój odszedł ze świata, choć jeszcze był pokój.
                                                    Człowiek stał się wilkiem, bezgłośnym, nie znającym pokoju, podkradającym się
                                                    wilkiem. Sowiróg stała się wioską cichą, o wiele cichszą niż dawniej.
                                                    Gogunowa ciągle stała na wzgórzu kościelnym i patrzyła w moczary. - Jak wilk...
                                                    - mówiła cicho - jak wilk.
                                                    Tak, każdy o tym wiedział , nawet zandarm, ale udawał, ze go to nie obchodzi.
                                                  • rita100 Re:Gogun i Balk spotykają się w mielerzu. 14.05.07, 21:04
                                                    Jan Gogun żył na pustkowiu. Szubienica wynosi człowieka, moczar go poniża.
                                                    Wciąga go łagodnie i nieodparcie w ciemną glebę. Jego ojca też zagarnął, a
                                                    ojciec był prawym człowiekiem. Nie mordercą, nie katem, nie naigrywajacym się
                                                    dręczycielem ludzi, tylko prawym radosnym człowiekiem. "Oko za oko" pomyślał
                                                    Jan. "Ząb za ząb". Człowiek , który czuje się tutaj jak w domu nie zginie - myślał.
                                                    A potem siadał z miską zupy przy ogniu, drobił chleb i jadł, a potem wypalał
                                                    fajkę. Ale był sam, cudownie sam. Trzymał ręce w słońcu i leczył głębokie blizny.
                                                    Gdy spał. przychodziły obrazy jego cierpienia w więzieniu i zapadł w mroczny,
                                                    kamienny sen.
                                                    Jons nie wiedział co się dzieje w duszy Jana, bo skąd ?
                                                    Nikt Goguna nie widział, nikt nie szukał. Jego sąsiadem był Czaja. Nikt tu nie
                                                    przychodził, prócz Stillinga.
                                                    - Jesteś, jednym z moich, Janie - mówił stary nauczyciel. - Nie Maschlankowy.

                                                    Tylko pan volk Balk nie przejmował się Gogunem. Przejmował sie czasami, które
                                                    bardziej otaczały wieś. Spotkał się w chacie przy mielerzu z Gogunem, dał mu
                                                    broń i załadowany magazynek i zaczął objaśniać działanie. Balk powiedział, ze ta
                                                    broń dalej niesie niż nóż. Trzeba byście trzymali z panami. Poznacie ich. Łatwo
                                                    rozpoznać drzewo nad moczarami.
                                                  • rita100 Re:Rzesza rośnie jak pająk. 14.05.07, 21:05
                                                    W lecie biły dzwony na wieżach, bo Rzesza znowu się rozrosła. Rosła jak pająk.
                                                    Przyszły nowe wybory. Ale w Sowirogu nikt do urn nie poszedł. Maschlanka biegał
                                                    od domu do domu, ale nikt mu drzwi nie otworzył.
                                                    Po siewach wiosennych pan von Balk udał się w podróż. Jons dostał adres na
                                                    wypadek, gdyby coś sie stało.
                                                    Uważaj, Jons, na wszystkich ludzi we wsi, którzy nie są głuchoniemi. Dziś tylko
                                                    głuchoniemi są jako tako bezpieczni.
                                                    I wtedy stało się coś szczególnego. Zanim pan von Balk udał się w podróż, stanął
                                                    z Grunheidem (dawnym sołtysem) na wzgórzu kościelnym i powiedział:
                                                    - Możecie ludziom powiedzieć, Grunheid - że w tym roku mogą łowić ryb, ile chcą.
                                                    Gogun rozda sieci, a wy dopatrzycie, by wszystko odbyło się w porządku.
                                                    Grunheiden spjrzał na Balka i mowi:
                                                    - Hojny to dar, łaskawy panie, i ludzie bedą sie dziwić. Jak długo nas ta ziemia
                                                    nosi, nic takiego jeszcze się nie wydarzyło. Polowanie i połów ryb, to był
                                                    przywilej rycerzy, a potem panów.

                                                    Ludzie z Sowirogu nie zastanawiali się tyle, co sołtys Grunheid lub pan von
                                                    Balk. Przyjęli podarunek jako dar boży.
                                                    Gogun na polecenie Balka zaczął odbudowywać mielerz i pewnego cichego majowego
                                                    dnia ludzie ze wsi ujrzeli po raz pierwszy od wielu lat niebieski słup dymu
                                                    ponad lasami.
                                                  • rita100 Re:Zebranie wsi w stodole na klepisku. 14.05.07, 21:06
                                                    Do powrotu pana von Balka nic się nie zdarzyło we wsi. Wrócił bardzo poważny i
                                                    ludzie nie wiedzieli czy mu się nie podobało u krewniaka w stolicy Rzeszy, czy
                                                    Rzesza ma rosnąć do księżyca czy jeszcze wyżej wink.
                                                    A już najbardziej dziwowali się, gdy Grunheid ze swą znalezioną laską sołtysową,
                                                    którą Bóg zabrał by nie dać Maschlance, chodził od drzwi do drzwi, wzywając, by
                                                    nazajutrz wieczór przyszli do wiejskiej stodoły, gdzie pan von Balk ma im coś do
                                                    pomówienia.
                                                    - Pewnie nam coś przywiezie - mówiły kobiety. - Chustkę jedwabną lub parę
                                                    kolczyków. Zebrało się na podarki, a stać go aby odkupić swoje grzeszki.
                                                    Ale mężczyźni potrząsali głowami. "To coś innego", mysleli. "Może armata, z
                                                    której będziemy strzelać do Maschlanki i jego głośnika.
                                                    A pan von Balk rzeczywiscie sobie coś wymyślił. Nasamprzód rozstawił straże
                                                    dookoła stodoły, by nie weszedł ktoś nieproszony, a potem siadł na wiązce słomy
                                                    na środku klepiska. Wszystkie twarze w milczącym napięciu skierowane były na
                                                    Balka. Nie brakowało nawet Czai, a Krallowa nawet zasiadła miedzy córką a
                                                    zięciem czego wieś jeszcze nigdy nie widziała.
                                                    - Drodzy ludzie - zaczął Balk
                                                  • rita100 Re:Niech wezmą wszystko i wyjadą...... 14.05.07, 21:09
                                                    - Drodzy ludzie - i tak zaczął Balk.
                                                    Jego kuzyn jest bardzo bogatym człowiekiem, bajecznie4 bogatym. Ma duży majątek
                                                    i dużo ziemi leżącej jeszcze odłogiem i puszcze i lasy. Jest tam nie całkiem jak
                                                    tu, ale i nie bardzo inaczej. Umówił się więc z kuzynem, ze przekaże mu swój
                                                    majątek tutaj, jeśli on da mu ziemie dla ludzi z Sowirogu. Niech wezmą wszystko
                                                    co tu posiadają, bydło, narzędzia, sprzęty domowe, pamiątki.
                                                    Powinni być gotowi przed początkiem zimy. On sam, jako że jest stary pojedzie z
                                                    nimi.
                                                    A szlachcicem jest właśnie ten, kto nawet na obczyźnie trzyma tarczę nad swoimi
                                                    ludźmi, a na obczyźnie jeszcze mocniej niż w domu.
                                                    Gdy skończył mówić wyciągnął z teczki zdjęcia obcej okolicy i podał ludziom.
                                                    Ludzie patrzyli pośpiesznie i zaskoczenia, jakby jeszcze wiele zostało do
                                                    skończenia, a na oglądanie jeszcze mieli czas. Było tak cicho i tylko cichy głos
                                                    wdowy Bojarowej doszedł:
                                                    - A groby ?
                                                    - Groby, Gino - rzekł Balk - pozostaną tutaj. Groby nie wędrują. Wędrują tylko
                                                    żywi, póki jeszcze czas.....
                                                    Potem Piontek zabrał głos:
                                                    - A dlaczego, łaskawy panie ?
                                                    - Bo będzie wojna, ludzie, i my tę wojnę przegramy. I ponieważ przejdą po nas
                                                    tak, że kamień na kamieniu nie zostanie ani dziecko przy piersi matki. Możecie
                                                    mi wierzyć, jak w ewngielię.
                                                    - Zastanówcie się, ludzie kochani - rzekł pan von Balk, wstając ze swej wiązki
                                                    słomy. - Za trzy dni tu się spotykamy.
                                                    A Czaja stanął przed lampą w swej starej sukmanie, wyciągnął ręce z laską przed
                                                    siebie i rzekł:
                                                    - Nie zastanawiajcie się ludzie! Nie zastanawiajcie się! Zaprzęgnijcie konie i
                                                    krowy do wozów. Bo wiecie ludzie co napisane jest ? Zastanawiacie się ludzie ?
                                                    Zaprzęgajcie konie i krowy i w drogę ! " I widziałem, a oto koń płowy, a tego,
                                                    który siedział na nim, imię było śmierć, a piekło szło za nim..."
                                                    Wtedy dreszcz ich przejął i wstali i tłocząc się do drzwi. I zdawało się im to,
                                                    co przed chwilą się wydarzyło, czy bajką, w której ktoś grał na fujarce i nie
                                                    było wiadomo, czy wiedzie ich do życia, czy do śmierci.
                                                  • rita100 Re:Gdzie ty umrzesz tam i ja umrę 15.05.07, 21:00
                                                    Trzy ciche dni we wsi. Nikt nie pytał Jonsa, nikt nie patrzył na niego w
                                                    oczekiwaniu odpowiedzi.
                                                    Ale trzeciego wieczoru, nim zapadł zmierzch, poszły trzy kobiety ze Sowirogu do
                                                    Tobiasza i prosiły go, by odprawił nabożeństwo i wygłosił kazanie o czym chce, a
                                                    potem udzielił im komunii. Gdy zabrzmiały dzwony, wyszli ze wszystkich drzwi,
                                                    odświętnie przybrani, ze śpiewnikami w rękach, jakby to był Wieki Piątek, a nie
                                                    pierwszy lepszy dzień w roku. Nie brakowało nikogo.
                                                    Gdy śpiewali pieśń "Rozkaż twe drogi...", wszedł do kościoła pan von Balk. A
                                                    potem czekali ludzie z Sowirogu, o czym też ich młody pastor kazać będzie.
                                                    I wtejże chwili Tobiasz, co z obczyzny przyszedł i na obczyźnie się urodził,
                                                    takie przyjęcie znalazł w sercach swej gromady, jakby w Sowirogu jrzał światło
                                                    dzienne i nigdy nie opuszczał kręgu tych chat.
                                                    Nie kazał, nie wykładał, nie upominał, nie zaklinał.
                                                    Odczytał tylko stare słowa:
                                                    "Odpowiedziała Rut: 'Nie mów mi, bym ciebie opuściła i odwróciła się od ciebie.
                                                    Dokąd pójdziesz, tam i ja pójdę, a gdzie zostaniesz, tam i ja zostanę. Twój lud
                                                    jest moim ludem, a twój Bóg jest moim Bogiem. Gdzie ty umrzesz tam i ja umrę i
                                                    tam niech będę pochowana. To niech uczyni mi Pan i niech śmierć mnie i ciebie
                                                    rozdzieli."
                                                  • rita100 Re:I dziekujemy wielmożnemu panu. 15.05.07, 21:03
                                                    Cała wieś przystąpiła do komuni i było już ciemno w kosciele, kiedy Czaja jako
                                                    ostatni klęknął przed ołtarzem. Nigdy od dziesiątków lat nie przyjmował komuni,
                                                    bo miał inną wiarę i ludzie stali w milczeniu, i przyglądali się, jak ich młody
                                                    pastor Tobiasz kładzie rece na siwych włosach Czai.
                                                    Tylko pan von Balk nie przyjął komuni, ale nikt tego po nim nie oczekiwał. Gdy
                                                    cicho wychodzili z kościoła, stał Balk obok 'Zmarłego Pastora' oparty o laskę i
                                                    patrzył w dal. Ludzie otoczyli go zwartym tłumem i czekali. Gdy przebrzmiał
                                                    ostatni ton dzwonu powiedział:
                                                    - Nie ma potrzeby, ludzie kochani - rzekł - byśmy jeszcze raz rozmawiali. Wiem
                                                    już, co i jak, i niech zostanie, jakieście się umówili.
                                                    - Myśmy się nie umawiali, łaskawy panie - rzekł Piontek. - Ale każdy z nas
                                                    wiedział. Wszyscy będziemy ziemię mieć na oczach, dziś i jutro. Ale
                                                    powiedzielismy sobie, niech to nasz piasek, nie obcy. I dziekujemy wielmożnemu panu.

                                                    A potem wszystkie kobiety, dziewczęta i dzieci ze wsi podeszły do pana von Balka
                                                    i ucałowały jego rękę, tak jak ich przodkowie czynili wobec jego przodków, a on
                                                    pozwalał i nie wzbraniał im tego

                                                    Koniec cz.XVIII
                                                  • rita100 Re:cz.XIX 16.05.07, 20:45
                                                    Grzmi w świecie coraz bliżej i coraz groźniej, a stalowe ptaki huczą ponad
                                                    polami żyta. Wieś nie myśli o świecie, tylko o żniwach. Gromada jest zawsze
                                                    silniejsza niż pojedynczy człowiek. A to także może przeminąć. Tylko pan von
                                                    Balk wie co bedzie, ale on zachowuje to dla siebie i z wesołymi jest wesoły.
                                                    Tej jesieni umiera Korsanke. Nielekką ma śmierć, ale Jons siedzi przy nim przez
                                                    wiele godzin i koi jego bóle, tak, że Korsanke może się uśmiechać.
                                                    - Cieżka służba, Jons - mówi cicho - ale mój mundur pozostał czysty.
                                                    - I wasze serce także, Korsanke - mówi Jons - a to więcej niż mundur.
                                                    Był to wielki pogrzeb.
                                                  • rita100 Re:Sołtys tego dnia nie wyszedł na pole. 16.05.07, 20:48
                                                    Czterech meżczyzn przybywa ze stolicy prowincji i znaczy drogi. Jadą wolno,
                                                    nagle wpada im w oczy wykrzywiony drogowskaz, co wyciąga ramiona ku lasowi.
                                                    - Aha - mówi człowiek przy kierownicy -"Do Sowirogu", jest wypisane na
                                                    drogowskazie, a potem liczba.
                                                    - Zobaczymy co tam się dzieje - mówi inny.

                                                    Grunheid tego dnia nie wyszedł na pole. Nie czuł się dobrze, skarżył się na
                                                    serce. Pojechała więc cała wieś, Micha z kobietami i dziećmi, a stary sołtys
                                                    siedział pod bramą zagrody. Gdy wszystko było na wykopkach, ktoś musiał uważać
                                                    na wieś.
                                                    Siedział spokojnie gdy nagle usłyszał wesoły zgiełk. Usłyszał nadjeżdzający wóz,
                                                    ktory ze zgrzytem zatrzymał się. Wyszli z niego mężczyźni. Człowiek obok
                                                    kierowcy zapytał się, czy nie wie, jak pozdrawia się dostojnika.
                                                    Sołtys odpowiedział, że w tej wsi nie pozdrawia się obcych tak ni z tego ni z
                                                    owego, a dostojnikiem to tu w Sowirogu zawsze jeszcze jest pan Bóg.
                                                    - Cóż to się słyszy - zauważył człowiek - nie ma szacunku dla munduru ? I
                                                    chwycił za kapote Grunheida.
                                                    - Całe życie miałem stosunek dla pieluszek, jako że przeszłośc wsi w nich leży,
                                                    ale barwy pieluszek nigdy specjalnie wysoko nie cenił.

                                                    I rzucili się na siebie, wywiązała się walka ręczna.
                                                  • rita100 Re:Czterej podpici mężczyźni w mundurach. 16.05.07, 20:51
                                                    Czterej podpici mężczyźni w mundurach błyszczących tłuką Grunheida.
                                                    W tym czasie Micha cicho klnąc idzie do wsi po koła do wozu i dźwignię, którą
                                                    można podnieś oś. (koła wozu uderzyły o kamień i sie rozleciały) Idzie szybko i
                                                    przyszedł na podwórko sołtysa od strony pól. Oglądał koło stojące w otwartej
                                                    szopie gdy usłyszał głosy na podwórzu. Nie pojmował, patrzył w osłupieniu, jak
                                                    na zły sen. Widział tylko, ze jego przybrany ojciec leży rzucony na koryto, jak
                                                    sztuka bydła przeznaczona na rzeź, a czterej obcy ludzie mają w rekach cztery
                                                    cieńkie kije. Nigdy w życiu niczego takiego nie widział. Nie myslał w tej
                                                    chwili. Podbiegł do otwartego okna izby w biegu sprawdził magazyn, a potem
                                                    strzelił natychmiast. Naprzód do tych dwóch i raz za razem do tych innych.
                                                    Samolot huczał własnie nad dachem szopy, więc nikt nie słyszał strzałów. Ludzie
                                                    runęli, jak kręgle na podłogę.
                                                    Bezgłośnie zamknął drzwi, powrócił do szopy, wziął koło i dźwignię i kiedy
                                                    żandarm wjechał na podwórze był już daleko w polach.
                                                  • rita100 Re:W rogu stajni siedzi Krollowa. 16.05.07, 20:54
                                                    Jeszcze dwa cienkie wątki w tkanie losu.
                                                    W rogu stajni siedzi Krollowa na starym pniu drzewa. Naciągnęła chustkę na oczy,
                                                    ręce jej drżą. Nie wiedziała, ze Grunheid nie jest w polu i pomyślała sobie, ze
                                                    znajdzie w słomie parę jajek, ktore przydadzą sie starej kobiecie. Widziała
                                                    ludzi, jak przyszli na obejście i wszystko inne. Słyszała też strzały, ale nie
                                                    widziała Michy.
                                                    - Boże drogi - szeptała bezzębnymi ustami w czarną chustę - Boże drogi, co też
                                                    ty z nami czynisz.

                                                    Nadciąga tez pan von Balk bo ma interes do Grunheida, wiec nadjeżdza konno.
                                                    Widzi Michę jak idzie przez pola z kołem od wozu i się dziwi , ze nie korzysta z
                                                    goscińca.
                                                    Wjeżdza na podwórze równocześnie z żandarmem i tam obaj przystają w osłupieniu.
                                                    --
                                                    Szczegółów nie będę podawać, znajdziecie w ksiązce , ale Balk tak poprowadził
                                                    śledczych wspaniale i mądrze, że Michę uchronił przed odpowiedzialnością, a
                                                    nawet nikt się nie domyślił kto strzelał.

                                                    "Grunheid, Krollowa, pan von Balk i strażnik wiejski złożyli zeznania. Tak,
                                                    powienien był wstać i pozdrowić, mówił sołtys unosząc okrwawioną głowę. Ale nie
                                                    znam prawa, które by nakazywało człowiekowi z siwymi włosami pozdrawiać pijanych
                                                    ludzi."
                                                    (Jons oczywiście zdążył pobrać próbki) Śledztwo wciąż trwało. Wieś bez końca
                                                    przesłuchiwano.

                                                    Ale juz następnej nocy Micha i Jan Gogun zaczęli kopać tajemne przejście od
                                                    chaty przy mielerzu do lasy w moczary. Micha wymyślił plan, a Gogun słuchał
                                                    poleceń. On także ułożył w podziemiu zapasy żywności i ustawiał w korytarzu
                                                    ciężkie żelaza.
                                                    Do karczmy Czwallinny coraz częściej przyjeźdzały wozy z takimi samymi mundurami.
                                                    - Kruki zbierają się, Micha - rzekł Balk - Bądź ostrożny Micha, jutro przywiozę
                                                    ci naboje.

                                                    Koniec cz.XIX
                                                  • rita100 Re:cz.XX 16.05.07, 20:56
                                                    Tej wiosny zmarł Czaja. W głośniku Maschlanki huczały marsze i pieśni, z którymi
                                                    żołnierze maszerowali przekraczając granice. Tu na wsi był spokój. Dym z
                                                    mielerza unosił się ponad lasem. Prosty człowiek Czaja w służbie ziemi, co
                                                    miewał widzenia i dwa razy był chrzczony., ale bez widzeń orał ziemię.
                                                    Nikogo nie było przy Czai prócz Erdmuthy. Ze wszystkich, których ugiął los, ona
                                                    jedna nie podźwignęła się więcej.
                                                    Ciężką śmierć miał Czaja, ale tylko ciała nie duszy. Jonsowi chętnie pozwalał
                                                    się trzymać za rękę. Czaia miał objawienie.
                                                    "I widziałem , a oto..." Bestie i skrzydlate istoty, ogień i dym, krew i plagi.
                                                    A na koniec jednak baranek i otwarta pieczęć...
                                                    - Wywichnął je, Jons - szeptał - i znowu je naprostuje... nie bój się.
                                                    Tętno zabiło jeszcze kilka razy i zamilkło.
                                                  • rita100 Re:Umiera Czaja, zostaje koń. 16.05.07, 20:57
                                                    Dla wsi Sowirogu śmierć Czai była czymś więcej niz każda inna. Zaprzęgli tylko
                                                    cztery konie do wozu, bo za daleko było nosić trumnę sosnową z lasu. A potem
                                                    przy cmentarzu stał koń Czai. Położył uszy i patrzył na pagórek. Zastygł w
                                                    nieruchomości.
                                                    - Jak to jest, Jons z tak zwaną Apokalipsą ? - zapytał Balk - Gdy niebo konie
                                                    zsyła, nadejdzie czas. Konie to mądre zwierzęta....
                                                    Za dnia konia nie widziano już więcej, chyba , że przy domu Czai. Ale nocą
                                                    widzieli go teraz na cmentarzu, jak stał na skraju grobów, skubiąc nędzną trawę
                                                    co rosła pod murem. Próbowali go przepędzić, ale on stale powracał. Nie mogli go
                                                    schwytać, a gdy osaczyli, kładł uszy po sobie i szczerzył stare, żółte zęby. -
                                                    Wyglądał jak diabeł - mówił Piontek. I zawsze przed rannym brzaskiem słyszeli
                                                    ludzie ciężki odgłos kopyt na ulicy, co biegł od cmentarza ku lasowi. Wtedy
                                                    dzieci budziły się i szeptały:
                                                    - Czaja wraca do domu.
                                                  • rita100 Re:Zaczyna się, Jons - rzekł pan von Balk 16.05.07, 20:58
                                                    Gogun teraz prócz mielerza zajmował się rolą Czai, ale spał z Michą w chacie
                                                    przy mielerzu i ciągle robili podziemne przejście.
                                                    Na wschodzie niebo pociemniało nad lasami, tam znów ogień sie rozpali.
                                                    - Zaczyna się, Jons - rzekł pan von Balk spoglądając na wschód. Gdy głosniki i
                                                    gazety obwieszczają, ze bezradni starcy i ciężarne kobiety błądzą po lasach to
                                                    już się zaczyna.
                                                    - I co bedzie panie von Balk ?
                                                    - Koniec, Jons, ostateczny koniec. Tym razem gorzko zapłacimy, inaczej niż w
                                                    poprzedniej wojnie.
                                                    Wieś zebrała bogate żniwo, najbogatsze, jakie od pamiętnych czasów nie
                                                    pamiętają. A kiedy zbierali ostatnie snopy zaśpiewali, jak zawsze pieśń w swym
                                                    ojczystym języku "Zachowaj nam swą łaskę" i robili wieniec. I pan von Balk
                                                    przyglądał się wszystkiemu i pogładził policzki kobiet, a jedna wnuczka Gonsiora
                                                    mówiła, ze to tak jakby były przed ołtarzem i pan von Balk przyjmował
                                                    Najświętszy Sakrament.
                                                    I kiedy tak wszyscy siedzieli pod domem Jerominów pan von Balk coś sobie
                                                    wymyślił i poinformował o tym Goguna i Michę.
                                                  • rita100 Re:Dożynki na wyspie. 16.05.07, 20:59
                                                    Ludzie - rzekł pan von Balk - Tam na wyspie chciałbym święcić jak przystoi
                                                    dożynki, na które wszystkich was zapraszam.
                                                    Nad wsią bedzie czuwał jego własny gumienny.
                                                    I prosi by po kościele wszyscy przeprawili się na łodziach, młodzi i starzy.
                                                    Żeby zabrali nawet zbędne łodzie, by nikt się nie przedostał z obcych na wyspę.
                                                    On już postara się zaspokoić wszelkie potrzeby ciała i duszy, a oni przyniosą
                                                    tylko ze sobą radosne serca. Bo raz jeszcze pragnąłby ujrzeć na stare lata
                                                    radosne serce wsi Sowirogu.
                                                    Ludzie dziwowali się, ale było to radosne zdziwienie i kiedy przez pół nocy
                                                    słyszeli skrzypienie kół wozów, stuk wielu wioseł uderzających o burtę łodzi,
                                                    nie wstawali i nie patrzyli przez okna, bo chcieli mieć niespodziankę, i nie
                                                    chcieli psuć radości panu von Balkowi.
                                                  • rita100 Re:"straśnie aligancko" 16.05.07, 21:03
                                                    Dzień był gorący i bezwietrzny. Tobiasz miał ładne kazanie. Nie mówił o
                                                    nadchodzącej wojnie. Wiele sobie ludzie tego dnia obiecywali, ale wyszło na to,
                                                    ze Sowiróg nigdy dotąd nie przeżył takiego dnia. Spadł jak czarodziejski deszcz.
                                                    To, co tutaj widzieli, znali tylko z bajań prządek.
                                                    Pod starymi dębami za chatą rozpięto sznury, na których zawieszono kolorowe
                                                    lampy. Urządzono miejsce do tańca, budy do gry w kostki i strzelnice, namioty i
                                                    małą kręgielnię. Wielkie bukiety z kwiatami z dalekich ziem stały w starożytnych
                                                    dzbanach. Wzdłuż brzegu płonęły ogniska, a na nich gotowała się kawa w kotłach,
                                                    a za wielkim stołem drewnianym zastawionym pieczywem i słodyczami stała Maria.
                                                    Ale najwspanialsze były cielęta wiszące na rożnach na wolnym ogniu. Całe, nie
                                                    poćwiartowane cielęta, z których sok z sykiem kapał w płomienie, a ten i ów
                                                    słyszał, ze takie rzeczy działy się na dworach książąt i królów, kiedy
                                                    wyprawiano weselisko. A potem oczy ich biegły ku wilgotnemu nadbrzeżnemu
                                                    pisakowi, z którego wystawały szyjki wielu butelek, smukłe szyjki i szerokie
                                                    gliniane.

                                                    Zrazu stali niemi, a wielu ze starych składało ręce, ale potem, gdy to nie
                                                    znikło, jak obrazy czarodziejskie, ale pozostało: wyspa, dęby, namioty i
                                                    cielęta, gdy pan von Balk z otwartymi ramionami zapraszał ich na brzeg co cienia
                                                    i na poranną kawę, trącali się nawzajem ukradkiem, a wielu chwytało za ręce, by
                                                    nabrać odwagi, aż Piontek pierwszy ze swą procą odważnie wyszedł na zielone urwisko.
                                                    - No, to już niedługo przyjdzie mi do grobu, wielmożny panie - rzekł - bo takie
                                                    coś za darmo nie przychodzi i ma swoje znaczenie. I to może miał bąk na myśli,
                                                    kiedy w tym roku wołał, jak nigdy dotąd.
                                                    Ludzie ze Sowirogu zaczęli się śmiać.
                                                    Pan von Balk zaś, w białych spodniach i butach i niebieskiej kurtce, odetchnął
                                                    lekko i zapalił swego pierwszego papierosa , bo nie wiedział jak ludzie to
                                                    odbiorą, takie dożynki.
                                                    Ale czuli się "straśnie aligancko", jak powiedział Piontek.
                                                    Leżąc na ciepłym piasku, na pachnącym mchu, jedli i pili, bawili się , oglądali
                                                    te cuda, ale przede wszystkim jedli i pili. Żniwa były ciężkie. Jons chodzi od
                                                    jednej grupki ludzi do drugiej. Chodził też zadowolony Balk:
                                                    - Nie byłem chyba dla was surowym panem, ludzie - rzekł po cichu, a przede
                                                    wszystkim mam serce.
                                                    - To chyba najpiekniejsza biesiada w moim życiu - rzekł do Jonsa, ktory się
                                                    przysiadł na mchu.
                                                    - I po co pan to robi, panie von Balk ? - zapytał cicho Jons.
                                                    - Ach, Jonsie Ehrenreichu, mędrku z Sowiego Zakątka, ponieważ wszyscy jesteśmy
                                                    skazani.
                                                    - A jeśli wygramy wojnę, panie von Balk ? - zapytał Jons.
                                                    - Własnie dlatego mówię, ze jesteśmy skazani. Tylko w tym wypadku bedziemy
                                                    skazani na śmierć. W innym wypadku możemy być jeszcze skazani na nędzne życie.
                                                    Ale tak, to śmierć. Śmierć dla panów i prostych ludzi. A jak myślisz, będzie
                                                    wyglądał świat, kiedy na czele miast staną Gottholdy i Maschlanki ?
                                                    Niech jedzą i piją. Oni przecie przez całe życie pragnęli i łyknęli. Nie tylko
                                                    sprawiedliwości.

                                                    Ale nie całkiem radosny był wielki pan von Balk. Nie w głebi serca.
                                                  • rita100 Re:Zjedzono cielęta, otwarto butelki. 16.05.07, 21:05
                                                    Zjedzono cielęta, otwarto butelki. Słońce chyliło się z wolna na błękitnym
                                                    niebem. Zapalono różnobarwne lampy. Ogniska ciągle jeszcze płonęły, ludzie
                                                    spoglądali na swoją wieś, a po chwili zobaczyli konia wolno nadchodzącego z lasu
                                                    i podchodzącego pod mur cmentarza - Czaja nadchodzi , szeptały dzieci.
                                                    A potem wśród ogromnego milczenia stał się dziw: stara Krallowa w swej ciemnej
                                                    chuście podeszła do Tobiasza i klękła przed nim i wyspowiadała się na głos.
                                                    Mówiła, ze biła córkę, a zięcia okradała, okradała innych, że była złośliwa i
                                                    chciwa i ze nie warta jest obchodzić takiego święta co jest dzisiaj. Prosi o
                                                    przebaczenie każdego, komu dokuczyła....
                                                    Tobiasz pochylił się nad nią i położył rekę na jej ramieniu - Dwie będą mleć ze
                                                    sobą - rzekł. - Jedna będzie przyjęta, a druga zostawiona. Ale ty nie będziesz
                                                    zostawiona.

                                                    Pan von Balk ściągnął brwi, a ludzie z Sowirogu słuchali, jakby duch boży ukazał
                                                    sie nad wodami.

                                                    Póżniej ludzie z Sowirogu mówili, ze to było najpiękniejsze z całego dnia,
                                                    prawie piękniejsze jeszcze niż pieczone cielęta. Tylko stary Daida rzekł:
                                                    - I w wódeczce może pan Bożyczek mieszkać. Nie tylko w kościele.

                                                    A potem pan von Balk kazał wystrzelić rakiety aż do gwiazd - Bo dzieci z
                                                    Sowirogu nigdy jeszcze nie widziały rakiety.
                                                    A potem popłynęły łodzie wodą z powrotem. Pan von Balk pozostał z Jonsem, chciał
                                                    bowiem przenocować w szałasie jak za dawnych czasów .
                                                    Pan von Balk położył rękę na ramieniu Jonsa i przycisnął go lekko do siebie mówiąc:
                                                    - To było jednak piękne życie, Jonsie. Piękne życie...
                                                    i dziękuję ci.

                                                    Koniec cz.XX
                                                    przedostatniej
                                                  • rita100 Re:cz.XXI 17.05.07, 20:34
                                                    - Więc tegośmy tutaj dokazali, panie Stilling - zapytał Jons - że po raz drugi w
                                                    tym samym pokoleniu podpalają ziemię, a nasze książki i plany rozdeptują
                                                    podkutymi butami ?
                                                    - Nie, Jons - odpowiedział Stilling - że nie wszyscy maszerują, wiwatują i
                                                    wrzeszczą jak odurzeni, ale wszędzie jest kilku cichych, wielu cichych, co nie
                                                    uczestniczą w tym wrzasku i rozlewie krwi. I tego właśnie mysmy obaj tu
                                                    dokazali, Jons.

                                                    Minął miesiąc od dożynek jakie im pan von Balk wyprawił na wyspie. Wszyscy
                                                    słyszą eskadry samolotów, a w ciche noce lekkie dudnienie stalowych kół
                                                    toczących się na wschód.

                                                    Minął miesiąc, zegar gotował się, by wybić godzinę na Gogunowego syna. Bo
                                                    przyszedł już chyba na niego czas, by ujść na pustkowie, nim go jeszcze raz zabiorą.

                                                    A więc los znowu podnosił głowę.
                                                  • rita100 Re:Owszem, Niemcem, ale nie idiotą. 17.05.07, 20:35
                                                    Pan von Balk pojechał do powiatowego miasteczka by coś załatwić, a potem wypił
                                                    jak zwykle butelkę burgunda, kiedy nadeszła wiadomośc, ze i jego godzina wybiła.

                                                    W hotelu w Piszu, mieście powiatowym jeden z ludzi zapytał, czy szanowny pan
                                                    może nie jest Niemcem ?
                                                    Pan von Balk odpowiedział - Owszem, Niemcem, ale nie idiotą. A potem dodał
                                                    jeszcze coś, czego lepiej nie powtarzać, a potem wsiadł do swego wozu i odjechał.

                                                    Może kto powie, że winna była butelka burgunda. Ale prawdopodobnie gniew i
                                                    odraza, które opanował w milczeniu przez tyle lat, musiały w końcu przerwać
                                                    tamę, zanim mu przeżarły duszę. Oto los pana von Balka. Bo nie było mu dane żyć
                                                    pod władzą pachołków. Nie dlatego , ze nie chciał żyć. Ale chciał żyć i zył jak
                                                    pan. Jak szlachetny piastun wielkiego dziedzictwa, pól, ludzi i bydła.
                                                    Niepodległy nikomu, ani dla nikogo ekonom.
                                                  • rita100 Re:Mordercy ! 17.05.07, 20:41
                                                    Nie było nikogo w pobliżu, prócz starego ogrodnika. Wczesnym rankiem przed
                                                    zamkiem zatrzymał się wóz i dwaj mężczyźni okrążając dom weszli do parku i po
                                                    stopniach tarasu poszli do biblioteki.
                                                    Potem słyszał głos wielmożnego pana, ostry, zimny i gniewny, a potem padły
                                                    strzały. dwa lub trzy, a może cztery, a potem było cicho.
                                                    Ogrodnik wleciał do domu, a tam wielmożny pan leżał na czerwonym dywanie, a
                                                    przed nim dwaj obcy ludzie, a z tyłu stał trzeci.
                                                    Potem wóz odjechał z dziedzińca.
                                                    Ale u stóp wielmożnego pana leżała czerwona kartka, rozkaz aresztowania.

                                                    Kiedy przyszedł Jons i ludzie ze Sowirogu, pan von Balk leżał wciąż jeszcze na
                                                    czerwonym dywanie. Śmiertelna kula przeszyła mu kark od tyłu. Nikt nie rzekł ani
                                                    słowa, tylko dziewczęta popłakiwały.
                                                  • rita100 Re:Ale dla wsi był to wielki cios. 17.05.07, 20:42
                                                    Jemu, teraz Jonsowi, przyjdzie się o wioskę troszczyć. Nie potrzeba było
                                                    testamentu. Wiedział, ze zmarły złożył go w jego ręce. A on wypełni. Bez
                                                    sprzeciwu i bez lęku. I jego los nadszedł. On nikogo nie pomija.
                                                    Ale dla wsi był to wielki cios, bo pan von Balk był ogniwem łączącym ich z tym,
                                                    co nazywali opatrznością, co osłania ich.
                                                    Teraz był już tylko Jons Ehrenreich i oni sami.

                                                    Pan von Balk spoczywał na marach w wielkiej sali, gdzie starodawne portrety
                                                    przodków spoglądały ze ścian.

                                                    Gdy wracali z pogrzebu patrzyli na pierwsze czołgi, które trafiły do Sowirogu,
                                                    na ową rogatą bestię, która wynurzała sie z morza. I widzieli potwory na
                                                    stalowych gąsienicach. "A niektórzy pomyśleli, że może to już polska wieś, i że
                                                    spokojnie można by skierować na początek działka na te szare, nieprzyjazne chaty."
                                                    A jeśli mieli jeszcze jakie wątpliwości, to nabrali pewności, gdy stary człowiek
                                                    z kolczykiem w uszach i laską ozdobioną dziwacznym łańcuchem podniósł i kiedy
                                                    zobaczyli przy jednej z miedz polnych starego, białego, wychudzonego jak
                                                    szkielet konia z białym sięgającym do ziemi ogonem i kiedy zaczął rżeć lub
                                                    krzyczeć mimo , ze stał nieruchomy to upojeni pierwszą wyprawą na wroga
                                                    wyciągnęli pistolety i zaczęli strzelać do płowego celu.
                                                    Koń uniósł się na tylnych nogach - jakby został trafiony, wierzgnął - i
                                                    dobywając z gardła donośny, groźny i wcale nie zwierzęcy krzyk przeskoczył
                                                    krzaki i zagony na moczary. Zniknął w mgłach moczaru, tam gdzie żadne jeszcze
                                                    zwierze nie znalazło ścieżki.

                                                    Od tej chwili ludzie z Sowirogu nie zobaczyli go więcej.
                                                  • rita100 Re:Jonsa Ehrenreicha trzyma dziecko na rękach. 17.05.07, 20:44
                                                    I nie zobaczyli ludzie więcej tego konia. Ale na progu domu Bojarów zobaczyli
                                                    Jonsa Ehrenreicha trzymającego na lewym ramieniu wnuczka Bojarowej i gdy zwrócił
                                                    się ku ludziom ze Sowirogu, wydawało im się, jakby przynajmniej skrzydła anioła
                                                    go musnęły. Nie mówił nic, patrzył tylko na nich, na każdego po kolei, mężczyzn
                                                    , kobiety i dzieci i wiedzieli, że wszystko jest dobrze. Nie tak dobrze, jak
                                                    ludzie zwykli sie spodziewają po tym słowie, ale to, ze on pozostanie z nimi,
                                                    swojak miedzy swojakami, to było dla nich najmądrzejsze i najlepsze na świecie,
                                                    co znali, i dlatego było im dobrze.

                                                    Dziecko trzymało w ręce zabawkę na sznurku, brudną, ongiś jasną kulę z wyblakłym
                                                    wieńcem kwiatów otaczającym krągłość. Wyglądało jak wahadło w milczeniu
                                                    wznoszące się i opadające przed sercem Jonsa Ehrenreicha. 1946.

                                                    KONIEC cz.II
                                                    Jutro będzie cz. III, bo jest , jest napisana w paru zdaniach, a poznamy ją w
                                                    Dniu Urodzin Ernsta Wiecherta.
                                                    Nie wiem, jak to się stało, ze książkę wyklikałam dokładnie w przeddzień 120
                                                    rocznicy urodzin autora, może i to było właśnie muśniecie skrzydeł anioła.
                                                  • kolodziejo Re:Jonsa Ehrenreicha trzyma dziecko na rękach. 17.05.07, 21:29
                                                    Wspaniała książki... jestem w toku... - tom I.
                                                  • rita100 Re:Jonsa Ehrenreicha trzyma dziecko na rękach. 17.05.07, 22:24
                                                    Dzieki, ja też tam myślę, że czas spędzony przy niej nie jest zmarnowany , a te
                                                    filozoficzne wywody.....
                                                    A już z Wiecherta posłowiem to się całkiem zgadzam, ale dopiero jutro zamieszcze.
                                                    Gratuluje wyboru książki smile Jeśli przeczytasz całość będę miała pytania, może
                                                    dasz rady mi odpowiedzieć.
                                                  • rita100 Re:Posłowie 18.05.07, 20:22
                                                    Posłowie
                                                    Trzeci tom tej ksiązki cięzkimi i straszliwymi literami napisała historia i
                                                    żadna twórczość literacka nie ma prawa opromieniać blaskiem tych okropności. Nie
                                                    pozostaje nam nic innego, jak tylko przyjąć z powrotem tych działających i
                                                    cierpiących do serca, z którego powstali. Piasek spoczywa na ich zgasłych oczach
                                                    i nie wiemy, jakie Bóg jeszcze ma zamiary wobec tego piasku Sowirogu.
                                                    Ale jedno przynajmniej niech będzie ich udziałem: Odpoczynek wszystkim uśpionym
                                                    i pokój wszystkim zmarłym.

                                                    Hof Gagert, w lipcu 1946 r Ernst Wiechert
                                                  • rita100 Re:Posłowie 18.05.07, 20:23
                                                    "Trzeci tom tej ksiązki cięzkimi i straszliwymi literami napisała historia i
                                                    żadna twórczość literacka nie ma prawa opromieniać blaskiem tych okropności."

                                                    Możemy sobie to wyobrazić choćby napisane w "Zapiskach Oficera Armii Czerwonej"
                                                    Sergiusza Piseckiego gdzie w postaci 'satyry' pokazana jest tragedia pewnej wsi.
                                                    Okropności...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka