Dodaj do ulubionych

Pośmiej się po warnijsku

23.06.09, 22:23
Tylko tu na Forum Warnija znajdziesz typowy humor po warnijsku i pośmiejesz
się cało gambó, tak łod łucha do łucha i w całej rozciągłości.....
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Pośmiej się po warnijsku 23.06.09, 22:27
      Myślita, ze nie mamy humoru warnijskiego ?
      To sia mylita, mamy, mamy fejniste komiczne i ucieszne podania.
      Augustyn Steffen je zapisał w 1937 roku.

      Tak pomalusku zrobzim sobzie ucieche smile
      • rita100 Re: Dzień Dobry kopka 23.06.09, 22:36
        Psijok społ pod kopsicó siana. Zrana kośniki pośli na łónka siec trawa. Jedan z
        niych zmarkowoł, że pod kopsicó sia coś rucho. Zawołoł chybko:
        - Dzian dobry, kopka
        ...Czy tu ni ma chłopka ?
        Dziod sia wygramoluł zpod kopsicy. Wziół torba na plecy i poszed dali.
        -----------
        Chce ktoś to przetłumaczyć na polski ?
        To tak jest:
        Pijak smacznie spał pod kopą siana. Zraniutka przyszli kosiarze ścinać łąkę.
        Jeden z nich zauważył, ze pod kopką sianka coś się rusza i szybko zawołał:
        - Dzień Dobry kopka, czy tu ni mo chłopka ?
        Dziad sie wygramolił z siana, wziął torbę i poszedł dalej.....



        • rita100 Ksiądz i baba 23.06.09, 22:41
          Poszła baba do spoziedzi. Grzesznica łokrutno. Ksióndz grozi ji psiekłam i
          pozieduje, co w psiekle strasznie gorónco. Baba sia nie zlankła, łodpozieduje
          ksiandzu:
          - Jegomość, toć to tyż ciepełko, jo ciepełko lubzia.


          Dobrej nocki
          • rita100 Ksiądz i Niemiec 24.06.09, 21:06
            Było to po plebiscycie. Ludzie często zapierali sie polskości. Wtedy mówili, my
            są Niemcami. Ale byli i tacy co po niemiecku to ani językiem przewrócić nie
            mogli, a kiedy się ich zapytasz kim są, zaraz w głos ryczeli:
            - jo Mniemniec, jo Mnimiec!

            No i pewnego razu, rozumiecie przyszedł chłop ale juz nie taki Niemiec do
            spowiedzi. Długo mieszkał na Warniji i poradził rozumieć po polsku lecz mówić po
            polsku było mu ciężko. Chciał, by ksiądz po niemiecku go wysłuchał. Jek tylko
            się przeżegnoł, zaroz szepsze do ucha księdzu:
            - Jegomość, ale jo Niemiec.
            Na to ksiądz odpowiada:
            - To paskudnie, ale nie grzech !

            wink
            • rita100 Ksiądz i spowiedz grzeszniko 24.06.09, 22:03
              To jest dobre, słychajta smile
              Do jednego koscioła na Warniji zjechali się falorze na słuchanie spowiedzi.
              Przyjechał taki ksiądz N. Usiadł wygodnie w konfesjonale i patrzy groźnie przez
              kratki. Nie ma nikogo. Inni księża mają ogromne kolejki spowiedników, a on nic.
              Ludzie nie głupcy, wiedzieli, ze ten ksiądz sądził tak, że aż dudniło w
              konfesjonale.
              Jednak znalazł sie biedak co zbłądził. Z drugiej posesji poszedł chłop i polaz
              do tego falorza na spowiedz. Predko mu poszło, dostał rozgrzeszenie i już odchodzi.
              A tu ksiądz wstaje i woła za nim:
              - Ty, ale patrz cobyś widły oddał !

              smile
              No patrzta tam jako, dobrej nocki
              • rita100 Ksiądz na weselu 25.06.09, 21:51
                Było to w malutkim chłopskim gospodarstwie. Mały gospodarzyk zaprosił księdza na
                wesele. Jak to na wsi, miejsca mało, pułapy niskie. We dnie to jeszcze, ale
                gorzej wieczorem, kiedy to goscie schodzą sie do jizby.
                A było już ciemno, prawie jak teraz. Kucharka zaświeciła lampę i powiesiła przy
                pułapie pod belką. Wtedy ksiądz wstał i zaczął chodzić po jizbie. Jak podchodził
                do lampy wtedy gospodyni zawołała:
                - Niech jegomość chodzi łosrtróżnie, co nie łuderzy łbam ło lampa.

                hehe najlepsze kasztany są na Placu Pigal wink))
                • rita100 Re: Ksióndź i drewniana kośla 29.06.09, 21:18
                  Żył na Warmii ksiądź, co miał drewnianą nogę. Pewnego razu szedł z zakrystii na
                  kazalnicę i nastąpił tą drewnianą nogą na klejdzik (sukienkę) jednej kobiecie.
                  Kobieta jak nie chyci za nogę dwoma rękami, bo sie bała, ze sukienka sie podrze.
                  Wtedy ksiądź się odzywa:
                  - Kobzietko, drewniana noga nic nie czuje smile
                  • rita100 Ksiądz i szurek 30.06.09, 20:53
                    Było to w Gryźlinach. Jedan szurek szed do spoziedzi. Szed bez las i naloz młodo
                    sowa. Wziół jó za pazuch i poszed do kościoła. Był przygłupkowaty, toć i ksióndz
                    długo go nie trzymoł. Pyta sia go:
                    - Żałujesz za grzychy ?
                    - Żałuja.
                    - To bzij sia w psiersi.
                    Szurek sia bzije w psiersi, a sowa skrzeczy.

                    smile
                    • rita100 Ksiądz i akt strzelisty 02.07.09, 21:32
                      W jednam kościele ksióndz łuczuł dzieci katechizmu. Dzieci chybko łodpozieduwali
                      na pytania. Ksióndz sia radowoł z tygo i zadowoł jam zawdy nowe pytania, nawet
                      take, chtórne nie były zadane do domu. W łostatny łowce siedzioł szurek i
                      drzymoł. Ksióndz podchodzi do niego i zapytuje:
                      - Poziedź my, synolku, co to jest akt strzelisty.
                      Chłopok sia wzdrygnół, ale wstaje i odpozieduje ksiandzu:
                      - To jest taki akt, jekby chto z flinty strzeluł.
                      Jek ksióndz to łusłuchoł, śniał sia tak mocno, ze mu sia trzójs brzuchol.

                      wink
                      • rita100 Taradejkę ciągnąć musiał sam 03.09.09, 21:39
                        W kedajszych ciasach luterscy ksiajża na Mazórach mnieli licha dochody, a
                        kapelony to juz ni mnieli za co kupsić portków. Ciasam chodzili po parasji i
                        żebrali jek dziady. Zdarzuło sia roz, ze taki młody pastór ni mnioł już kawałka
                        mniajsa na niydziela. Łorganistamu szło nie lepsi, toteż ciajsto łuskorżali sia
                        jeden drugamu, aż nareście łuredzili, ze muszó łukrość łowca.

                        Ale chto pudzie kraść ? Pastór nie, bo co by ludzie mówzili, kieby -
                        nieszczajśliwo godzino ! - mnieli go zdybać. Chcóncili czy niechcóncili musiał
                        jiść łorganisty. W nocy zaprzóng do bulerki (woza) wałacha i pojechoł daleko,
                        tam, gdzie go ludzie nie znali. Zawlók sia przed jedna karczma i łuziójzoł konia
                        do płota. Do tygo ciasu szło wszystko jek po mydle. Zaczół sia już podkradać na
                        podwórza, na jedno, na drugie, na trzecie. Ale wszandzie natrasiuł na jeko
                        przeszkoda. Łu jednygo gospodorza parobki w stoni głośno godali. Łuciek i poszed
                        do drugiygo. Tam znowój psy zaczyli szczekać, jek go poczuli. Czam prandzy
                        znogowoł. Gdziejandzi dziywki pchlili sia w komorze, a łón tu nic nie zdowyszuł.
                        Łodechciało mu sia krodzieży i skopoziny na łobziod. Saki na paki i jidzie nazod
                        do woza.
                        Ale co łon tu zidzi ?
                        Zilk kiele woza, łoprozio konia. Jek łorganistygo złoczuł, łuciek jek niepyszny.
                        Ale cóż z tygo, kiedy kóń ducha wyzinół. Cało sila stoji na jednam mniejscu i
                        nie zie, co mo robzić. Wreście styjnół z konia ślo, zaprzóng sia som do woza i
                        pod dom! Co kawoł łustawoł i odpoczywoł, bo mu trudno buło bez łustanku
                        cióngnóńć z górki i pod górka.
                        Słónko już buło het na niebzie, kiedy dojeżdo do jego parasiji. Buła niydziela i
                        ludzie śli do kościoła na nobożajstwo. Niejedan człoziek sia litowoł nad niam i
                        kawałamy mu pomogoł cióngnónć wóz.
                        Pastór, jek tlo sia rozśweciuło, zaczół wyglondać bez łokno, czy tyż już
                        łorganisty nie jedzie a łónó łowcó. Ale łod łorganistego ani śladu. Ni móg sia
                        doczekać i poszed do kościoła łodprazić nobożajstwo. Mnioł strach, ze łorganisty
                        komu w rance wpod, ze krodzież sia wydo i że po niygo jeszcze przyjdzie szandor.
                        Kiedy tak dumo i myśli, cóś na łorganach: plym...plym.... Zaroz mu sia raźni
                        zrobziuło na sumnianiu. Ciekawość go brała, czy tyż łorganisty cóś przyziós.
                        Zaczół tedy łolekoć:
                        - A zdowusuł ty co, cy tez nie zdowysuł ?
                        - Oj, nie zdowysuł, nie zdowysuł - łodspsiewuje łorganisty.
                        - Bziyda nom, bziyda nom.
                        - Wom ci nie tako bzieda, ale przyszed burłaka i pożer hijaja, a jo taradejka
                        cióngnónć musioł som.
                        - Ach bzieda nom, bzieda nom.
                        • rita100 Po wieczerzy każdy leży 12.09.09, 21:36
                          Jedan gospodorz siedzioł z parobkam przy frysztyku. Kiedy sia najedli pyto sia
                          parobka:
                          - Mozebyśmy zjedli zaroz łobziod ?
                          Parobek sia zgodziuł. Zaroz gospodorz zawołał na żona. Łóna chybko łuwarzuła i
                          postaziuła łobziod na stół. Chłopy zasadzili sia do jedzanio.
                          Kedy tak jedli, wpadło gospodarzozi do głowy, ze nolepsi zjeść zaroz i
                          zieczierzo, bandzie mog parobka przytrzymać na polu do póżny nocy.
                          - Kiedy łobziod, - mrugo - to pewnie już i ziecierzo ?
                          Parobek kiwnół głowó, ze jó, ze sia zgodzo. Żona znowuj w kocherze zrobziuła
                          łogań i inc-pync ziecierza buła na stole. Parobek sia najod, ze go aż pod
                          żebramy kuło. Kiedy sia najedli, gospodarz zaczyno parobka raczyć na pole. Ale
                          parobek łodpozieduje:
                          - Po ziecierzy kożdy leży. Wyrezoł sia z gospodorza, poszed na szopa i przespoł
                          cały dziań.
                          A gospodarz som musiał jiść na pola.
                          • rita100 Re: Rozmowa baby z babą 06.12.09, 20:10
                            Rozmowa baby z babą
                            - Czam jest wasz syn przy wojsku?
                            - Tam nowyższam.
                            - Co, gejnejrołam ?
                            - Nie, jeszcze wyższam.
                            - Marszałkam?
                            - Ale nie, jeszcze wyższam.
                            - To pewnie majóram.
                            - Nie, nie, jeszcze wyższam.
                            - A może hołptmonam
                            - Tyż nie.
                            - Lejtnantam ?
                            - Tyż nie.
                            - To feldfebram pewnie.
                            - Ale gdzie tam, jeszcze wyższam.
                            - Untrofyceram ?
                            - Tyż nie.
                            - A to może gefrejtram ?
                            - A toć, toć ci tam djobełkam.

                            wink
                            hołptmonam - kapitanem
                            Lejtnantam - podporucznikiem
                            feldfebram - plutonowym
                            Untrofyceram - podoficerem
                            gefrejtram - kapralem
                            • rita100 Dwie kokoszy stajo 13.12.09, 13:18
                              Dwie kokoszy stajo przed wystawo joj wielkanocnych w sklepsie. Jedno jajo buło z
                              szokoladi i eszcze z takó kokardo przeziójziane. Psiankne jajo to buło.
                              I jena kokosz nachylo sia do drugiyj i sia pyto:
                              - Sójsiadko, a nie znata tego kura ? Kaj może być ?

                              wink))
                              • rita100 Re: Dwie kokoszy stajo 01.01.10, 19:24
                                Jednamu gospodarzozi w Siostrach łukradzióno z soboty na niedziela barana.
                                Tłustego barana z 'portkamy'. Chcioł go szukoć, ale ni móg, bo przyrzek
                                siójsiadozi stać w kmotry. Chrzest buł przed południam, a po południu bankiyt.
                                Na łobziod wystazióno skopozina. Patkozi skopozina jekoś nie schodziuła, myśloł
                                tlo ło swojam baranie. Siójsiod zmorkowoł to i zaczyno go roczyć:
                                - Jedz, braciszku, jek łod swojego!
                                Patkozi sia rozświeciuło w muzgozicy. Domyśluł sia, ze to psieczónka z jego
                                barana. Ale mózić nie śnioł, bo buł gościam. Zresztą chocby mówziuł, to by jenóż
                                nic nie wskóroł. Mógby jeszcze łoberwać kijam, bo do tygo ludzie w Siostrach
                                byli pofytne.
                                (Augustyn Steffen 1935)

                                skopzina - baranina
                                patkozi - chrzesny
                                nie schodziuła - nie pasowała, smakowała
                                zmarkować - zauważył, zrozumiał
                                roczyć - częstować
                                pofytne ? - zdolne ?
                              • rita100 Krótka pamięć Żyda 20.02.10, 21:36
                                Krótka pamięć Żyda
                                Do jednygo gospodorza przyszed Żyd i prosiuł ło łobziod. Gospodyni prazie
                                warzuła breja* ze skrzeczkami, mózi żydozi, ze chantnie by mu dała breji, ale
                                łón jó jeść nie bandzie, bo jest ze skrzeczkami i z tukam. Żyd buł głodny i
                                mózi, ze mu wszystko jedno, byle cóś dostanie do pysku. Gospodyni przyniosła.
                                Żyd najod sia i mówziuł, co mu dobrze smakowało. Potam pyto sia gospodyni, jek
                                sia to jydło nazywo. Gospodyni pozieduje, że breja. Żyd podziankowoł i łodjechoł.
                                Ale nieborok mnioł krótko pamnienć. Zapomnioł w drodze, jek sia łóno jydło
                                nazywo. Ciasam sobzie przypomnioł, ale tlo na siułka. Kiedy już zidzioł, że
                                równak zapomni, zaczół bez łustonku wołać: breja, breja, breja.
                                Z szasyji skranciuł na pólno droga i dostoł sia w glina. Kóń ni móg wycióngnónć
                                wozu. Przyszli ludzie i mu pomogli. Przy tam Żydzisko znówuj zapomniało, jek sia
                                nazywo jydło. Loto po glinie tam i nazod, tancuje, drapsie sia po głozie.
                                Przechodzi jekoś kobziyto, zidzi to i tak woło do Żyda:
                                - Żydzie parchaty, czyś ty nie łoszaloł ? Lotosz jek łopantany, już szczyrno
                                breja zrobziułeś z ty gliny.
                                Kiedy Żyd łusłuchoł słowo breja, krzyknół:
                                - A tak, brej był, brej był!
                                Wsiod na wóz, podciół konia i pojechoł do domu. I nigdy już nie zapomnioł tygo
                                słowa.

                                ----

                                breja - potrawa z rozgotowanej grubej mąki
                                • rita100 Re:Nie było po Tómku 15.03.10, 22:21
                                  Nie było po Tómku

                                  Buła jedna wdowa. Mniała sześcioro dzieci. Nomłodszy chłopsiec nazywoł sią Tomek. Gospodarstwo mniała szykowne, roboty buło dużo, ale głowy nie buło. W jizbzie być przy małech dzieciach i na polu - to już trocha za dużo na kobzieta. Rozważuła sobzie wszystko dobrze i przekónała sia, że bandzie musiała sia drugeroz łożanić. Poszła do rajka. Rajek przyjół jó dobrze, bo ziedzioł, ze jeźli kobyłka sia zaziójże, to dostanie sia na wesele, a może i za rajanie cokolziek dostanie. Poziedoł, ze ji mniejsce zno. Potam pyto sia, siuła mo potómku po psierszam chłopsie. Łóna łodpozieduje, ze po Tómku nic nie buło.
                                  Rajek na drugi dziań pojechoł do Gryźlin. Ziedzioł, ze tam mnieszko jego znajómy i że szuko żóny. I nie tylo żóny, ale i mniejsca. Chciałby sia wżanić, choc za wdowa, byle tylo ni mniała dzieci. Zasoł go w domu i zaroz mu pozieduje ło ty wdozie:
                                  - Kobzieta do szyku, młodo, może z trzydzieści lot. A gospodarstwo jek jeki majónteczek. Rolo dobro, agwantorz dobry, klampy dobre, dojne śwyniów pełne chlewy.

                                  Kawaler rad łusłuchoł. Ale drgotki go przechodziły, czy aby ni mo dzieci. Rajek zapewnio:
                                  - Toć am dopsieru wczoraj z nió ło tam godoł, móziuła, co ni mo potómku.

                                  Rajek przenocowoł, a na drugi dziań siedli łobaj na wóz i pojechali do łony wdowy w rajby. Łobejrzeli wszystko, łobgodali i łubzili. Brutkon (narzeczony) ło dzieciach sia już nie pytoł, bo żodnech nie zidzioł (wdowa jak zobaczyła rajka, wysłała dzieci do sójsiada).
                                  Łumówzili sia, ze wesele za trzy tygodnie. Może byliby go zrobzili jeszcze prandzy, ale zapoziedzie prandzy wyjść ni mogli. Kiedy łón kawalir przyjechoł do ślubu, wdowa zamknóła bachory do komórki. Kozała jech prandzy nie wypuścić, aż bandzie jechać łod ślubu. Tak sia tyż stało. Jek młode mołżajstwo zbliżało sia do domu, dzieci wyśli naprzeciwko i krzyczą:
                                  - Matulku, matulku!
                                  Chłopu sia rozświeciuło w łoczach. Poszed do rajka i szudzi z niego, co go tak łokłómoł.
                                  - Mo sześcioro dzieci. Czemuście my prandzy ło tam nie poziedali ?
                                  Rajek zapewnio, ze jest niezinny i zina spycha na wdowa. Potam buchnół do jizby i zaczyno łóna wdowa przezywać łod łoszukańców. A wdowa rance składo i mózi:
                                  - Toż jo wom tlo poziedała, ze po Tómku, po tam tu dziecku, ni mnielim już żodnego.

                                  Teroz buło już za pózno. Młody mójż pewnie sobzie pomyśloł: "łu wdowy chleb gotowy i grómada dzieci."
                                  • rita100 Grózek i ksióndz 25.03.10, 22:13
                                    Grózek i ksióndz

                                    Stary grózek przechodziuł w Giytrzwołdzie kiele klebaniji. Zambola kowoł: nikomu
                                    nie doł pokoju, nawet ksiandzu. Toteż jek łobaczuł ksiandza, zawołoł do niego:
                                    - Jegomość, siuła to jest: pu psianty i pu psianty ?
                                    - Siuła to jest ?.... Całech psianć.
                                    - Niy, jegomość, to jest jedna psianta.
                                    Wyrezoł sia z ksiandza, co taki łuczóny, a ni może takiygo czego zgadnónć. Potam
                                    poszed do kościoła sia pomodlić.

                                    zambola kować - zęba kuć (wyrywać)
                                    • rita100 Re: Grózek i ksióndz 23.11.10, 22:41
                                      Ranof, a kuku.
                                      • warnija Re: Grózek i ksióndz 19.02.13, 15:16
                                        Fejn łopoziastki, tak na wiyrch z łonymi, coby nie zaboczyć smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka