Mam przeogromny

problem. Poradźcie, kochane mamy, tatusiowie...
Młody ma dietę. Bezmleczną i bezcukrową. Mądry chłopak z niego, rozumie, że
pewnych rzeczy jeść nie może. W przedszkolu wytrwał niejednego batonika
niezjedzonego, tylko wszystko znosił grzecznie do lodówki "na lepsze czasy".
Te lepsze czasy jednak szybko nie wrócą...
Wiedząc o tym, zrobiłam chyba błąd i na czas świąt pozwoliłam mu na odrobinę
słodkości - no bo jak nie zjeść kilku własnoręcznie zrobionych pierniczków?
I teraz się zaczęło: "A czy ja mogę trochę twarożku?", "A płatki z
jogurcikiem?", "A dostanę chociaż pół batonika?"
Zaczął się złościć, płakać, wściekać, trzaskać drzwiami, "wyprowadzać się z
domu" i "zmieniać" mamę...
A ja już nie wiem, jak mu to tłumaczyć.
No i co? Ryż mi się rozgotował, a miała być sałatka! A! Która to narzekała, że
nikt nic nie pisze?