Dodaj do ulubionych

Los starych zolnierzy

04.06.07, 14:54
Taka to zapłata

Bolesław Opolski ma 92 lata, mieszka przy St. Maartendreef w utrechckiej
dzielnicy Overvecht. Stanisław Nowosielski skończył osiemdziesiąt siedem lat.
Z osiedla Lunetten, gdzie zajmuje apartament, do dzielnicy Opolskiego jest
około dwadzieścia kilometrów. Jeszcze niedawno Nowosielski pokonywał bez
trudu tę odległość swoim autem. Teraz już nie może, bo zabrano mu prawo
jazdy. Urzędnik z magistratu nie chciał nawet słuchać, że pan Stanisław czuje
się na siłach ani że całe życie przejeździł samochodami. Jak ręka się
trzęsie, to nie wolno siadać za kierownicą – oznajmił kategorycznie. A ręka
drży coraz mocniej.
Opolski przyjeżdża więc teraz częściej do Nowosielskiego. Rosły mężczyzna
staje wyprostowany w drzwiach mieszkania, jakby słyszał komendę – baczność!,
i na powitanie wygłasza krótkie kombatanckie pozdrowienie – dzień dobry
kolego. Albo: witaj chłopaku. Pani Zofia parzy im kawę i wie, że teraz będą
gadać tylko o wojnie, którą ona ledwie pamięta, a poza tym mało ją ten temat
obchodzi.
Nowosielski poznał Zofię w Krakowie, kiedy pojechał z chłopakami oddać hołd
prochom generała Sikorskiego, które przewieziono z Anglii na Wawel. Zaprosił
ją do Holandii. Planowała zostać w Utrechcie dwa miesiące, a mieszka już
siódmy rok, czasem tylko wybywając w odwiedziny do dzieci nad Wisłą.
Pan Stanisław, który przez wiele lat miał miejscową żonę, cieszy się, że
dożywa starości u boku Zofii. Bo żadna Holenderka, mówi, nawet najlepsza
Holenderka, nigdy nie będzie Polką.
Wtedy w Krakowie Nowosielski stanął na rodzinnej ziemi drugi raz od czasu,
gdy Armia Czerwona zajęła Wołyń, a on, dwudziestosześcioletni funkcjonariusz
polskiego wywiadu musiał przez Rumunię uciekać na Zachód. Najpierw po
zburzeniu muru berlińskiego pojechał do Warszawy: plac Zwycięstwa
przemianowano już na plac Piłsudskiego. W uroczystościach przy grobie
Nieznanego Żołnierza brał też udział Bolesław Opolski, który pożegnał stolicę
4 września trzydziestego dziewiątego roku przez szybę cadillaca. Pokaźnym
dwunastocylindrowym autem Piłsudski podróżował niegdyś do Wilna. Plutonowy
Opolski miał zawieźć do Lublina rozkazy, które odebrał w Alejach
Ujazdowskich, w kwaterze naczelnego wodza sił zbrojnych.
Cadillaca zarekwirowali czerwonoarmiejcy, a długa podróż pana Bolesława
zakończyła się w czterdziestym piątym na granicy Niderlandów i hitlerowskiej
Rzeszy. Jego batalion w ostatnim tygodniu wojny uwolnił więźniarki z obozu
Oberlangen koło Eemsland. Kiedy przebijali się przez zapory, nie wiedzieli
jeszcze, że za drutami są zamknięte warszawianki, które przewieziono tutaj po
rozgromieniu powstania. Na powitanie żołnierzy generała Maczka wyszły z
baraków setki zabiedzonych kobiet. Rozpłakały się, gdy usłyszały polską mowę.
Bolesław Opolski nie znał jeszcze wtedy Stanisława Nowosielskiego, ale
obydwaj podejmowali w jednym czasie taką samą decyzję: trzeba poczekać z
chłopakami na obcej ziemi aż alianci odpoczną i ruszą na wschód wyzwalać
Polskę z sowieckiej okupacji. Bo to, co ustalono w Jałcie, tak myśleli, nie
może trwać długo. Rok, może dwa. Potem przeskoczy się w parę dni z Holandii
do Polski.

Ta noc mogła się skończyć w Katyniu
Nowosielski wstąpił do wojska na ochotnika w 1929 roku. Gdy na Wołyniu
nasilał się żywioł ukraiński, a Moskwa groziła, że niedługo komunizm rozleje
się po całym świecie, został przekwalifikowany z sapera na wywiadowcę. Z
jednostki w Brześciu pojechał jako cywil do Warkowic koło Równego, na
pogranicze polsko-radzieckie. Miał bywać wśród gospodarzy i meldować jakie są
nastroje, kto obcy zagląda do wsi tylko w gościnę, a kto szykuje prowokację.
Ostatni meldunek przekazał kapitanowi Karpowiczowi, swojemu dowódcy, już po
agresji Niemców na Polskę. Następnego dnia dowiedział się, że Hitler zawarł
układ ze Stalinem. Nigdy więcej nie zobaczył Karpowicza. Wiele lat po wojnie
otrzymał wiadomość, że zginął on wraz z żoną pod Archangielskiem.
Pierwsi Rosjanie weszli do Warkowic w niedzielę rano. Miejscowy policjant,
stary chłop, który pamiętał czasy jeszcze sprzed rewolucji październikowej,
zasalutował im na powitanie i uspokoił ludzi, żeby się nie bali, bo tamci
pewnie podążają na zachód walczyć z Niemcami. Wieczorem policjant został
rozbrojony i załadowany razem z innymi Polakami na ciężarowy samochód.
Nowosielski chciał zawiadomić Karpowicza, ale telefon we wsi już nie działał.
Przebrał się więc w mundur listonosza i wzdłuż torów pognał na rowerze w
kierunku Jezioran, gdzie znajdowała się tajna placówka polskiego wywiadu.
Dojechał tylko do stacji kolejowej. Dalej drogę blokowały radzieckie patrole,
a na peronie stały wagony, do których Rosjanie pakowali polskich żołnierzy. –
Ruki wwierch polskij sołdat! – usłyszał za plecami. Podniósł ręce i wyjaśnił,
że jest listonoszem. – To nie smatri, tolka idi damoj – roześmiali się. Gdyby
kazali mu opróżnić kieszenie, znaleźliby granat, więc trafiłby do wagonu i
nie mógłby już użyć pistoletu, który miał pod mundurem.
– Jak wracałem do Warkowic – wspomina Nowosielski – to wyskoczył na mnie
jakiś Ukrainiec z widłami. Wyjąłem zza paska moją dziewiątkę, bo co innego
mogłem zrobić. Padł po pierwszym wystrzale.
Rosjanie zatrzymali Nowosielskiego wieczorem niedaleko domu. Gdy zawiedli go
na posterunek, było tam już wielu mężczyzn: polskich policjantów, strażaków,
także cywilów. W nocy sołdaci uformowali z więźniów kolumnę. Nowosielski
szedł obok starego policjanta, tego, który pamiętał jeszcze rewolucję. – Pan
ich dobrze zna, panie Wojciechowski, to niech mi pan powie dokąd nas
prowadzą – zagadnął, a policjant na to: – Idziemy w stronę lasu. Jeśli nie
będzie tam punktu zbornego, to znaczy, że dostaniemy kulę w łeb.
Po lasem czekały autobusy wypełnione Polakami. Dla nowych więźniów brakowało
już miejsca. Nowosielski zapytał wartownika, czego chcą od niego, zwykłego
listonosza? Strażnik zawołał oficera, który zlustrował uważnie pocztowy
mundur i rozkazał: – Idi wpieriod! Wrócili do Warkowic, pod urząd pocztowy.
Sołdaci polecili obudzić mieszkającego na piętrze naczelnika. Gdy ten
potwierdził, że Nowosielski jest listonoszem, kazali otworzyć szafę pancerną,
a kiedy zobaczyli w niej pistolety, porządne angielskie rewolwery, rzucili
się na nie, jakby nigdy nie widzieli broni. – Tiepier idi damoj – powiedział
oficer do Nowosielskiego i patrząc na wiszący w kancelarii portret
Piłsudskiego, rzucił z przekąsem:: – Kak wasz marszał by żył, nas by tu nie
było.
Obserwuj wątek
    • mister1 Los starych zolnierzy II 04.06.07, 14:55
      --------------------------------------------------------------------------------

      Samochód z czerwoną gwiazdą

      Następnego dnia zakołatali do drzwi, kazali się ubierać i wsiadać do auta.
      Przesłuchania w więzieniu w Dubnie trwały piętnaście dni. Każdy ranek zaczynał
      się tak samo: najpierw jeden śledczy udawał człowieka, częstował papierosem,
      podsuwał bułkę z kiełbasą, potem wchodził drugi – walił pięścią między oczy i
      kazał mówić, kto jeszcze był szpiegiem. Stanisław Nowosielski został oskarżony
      o wrogie działania wobec Związku Radzieckiego. Po publicznej rozprawie
      odczytano wyrok: 10 lat więzienia.
      – Mieli mnie przewieźć pociągiem do Kijowa – opowiada. – Na dworcu kolejowym
      był straszny tłok. Czmychnąłem między ludzi, którzy gnieździli się na peronie z
      tobołami i kuframi. W nocy dostałem się do znajomego kowala, który oswobodził
      moje ręce z kajdanek, a potem przebrałem się za Białorusina i pojechałem do
      Lwowa. Janek Wyszyński, znajomy urzędnik, pomógł mi przedrzeć się do
      Zaleszczyk. Granica rumuńska otwierała drogę na zachód.
      W tamtym czasie w Bukareszcie był już Bolesław Opolski.
      Z dokumentami, który otrzymał w Warszawie, kazano mu jechać do Lublina. Na
      miejscu otrzymał nowy rozkaz: kierować się do twierdzy w Brześciu nad Bugiem,
      gdzie przeniosła się kwatera główna sił zbrojnych. Przed wjazdem do Brześcia
      stał żandarm, który powiedział, że dowództwo przeniosło się już do
      Włodzimierza, a przed Włodzimierzem kolejny drogowskaz: trzeba jechać do
      Kołomyi. Na przedmieściach Kołomyi żołnierz w polskim mundurze kazał zostawić
      cadillaca. Oznajmił, że most jest zerwany, więc dalej można się dostać tylko
      piechotą. Gdy Opolski z kolegą opuścił auto, zobaczyli, że ten niby Polak
      wsiada do pancernego samochodu, który na wieżyczce ma czerwoną gwiazdę.
      Wszystko stało się jasne. Droga prowadziła do Kutów, skąd było już blisko do
      Rumunii. Widzieli setki polskich żołnierzy zmierzających w kierunku granicy.
      Szli przez całą noc, aż znaleźli się na brzegu Prypeci. Z drugiej strony migały
      światła zabudowań. Gdy przeszli przez wodę, natknęli się na Żyda, który był we
      wsi piekarzem i dobrze mówił po polsku. Przenocował ich, osuszył ubrania, a
      rano dał bułki na dalszą drogę. Dwa kilometry dalej Opolski znalazł chłopaków
      ze swojej kolumny czołgowej. Przywitał się z dowódcą, a ten mówi: – Dostałeś
      Krzyż Walecznych. – Za co? – zdziwił się młody plutonowy. – Przecież jeszcze
      ani razu nie wystrzeliłem. – Nie wiem za co, ale jesteś umieszczony w rozkazie
      dziennym. Idź po wpis do kancelarii.
      Popili herbaty, zjedli kawałek chleba i po cichu, żeby nie przestraszyć
      sympatyzujących z Niemcami Rumunów, zaczęli się przedostawać do Bukarasztu.
      Długo trwało, zanim dostali wizy, bez których nie mogli wyjechać z Rumunii do
      Jugosławii, a stamtąd do Francji. Opolski trzy razy chodził do magistratu,
      gdzie zabierano mu paszport, a potem kazano przynieść nowy, więc szedł do
      polskiej ambasady i znów stawał w kolejce do rumuńskiego urzędnika. Wreszcie
      otrzymał pieczęć.
      Kiedy dotarł do 64 batalionu pancernego, który potem znalazł się w składzie
      dywizji generała Maczka, Stanisław Nowosielski zaciągnął się już do
      samodzielnej brygady strzelców karpackich pod dowództwem późniejszego generała
      Stanisława Kopańskiego. Z ziemi francuskiej obydwaj zaczęli swoją najdłuższą
      drogę do Polski.


      Kogo to jeszcze obchodzi

      – Po co o tym gadać, proszę pana, komu to dzisiaj potrzebne – wzdycha
      Nowosielski, gdy pani Zofia przerywa rozmowę, żeby dolać do filiżanek świeżej
      kawy.
      Tobruk? Trzeba się było mocno trzymać balustrad na kontrtorpedowcach, tak
      kołysało, a gdy z nieba posypały się bomby, to chłopaki powpadali do wody i
      musieli w niej wytrzymać ze trzy godziny. Każdy myślał wtedy tylko o jednym:
      żeby zdążyć odmówić pacierz. Skarbnik z żołdem w worku przesiedział w wodzie
      całą noc, kiedy statek „Warszawa” poszedł na dno. Uratowali go. Dostał Virtuti
      Militari.
      Monte Casino? Ziemia się trzęsła, w blasku ognia można było szukać igły, a
      chłopaki potykali się o trupy swoich kolegów. Gdy przetoczyła się ostatnia
      ofensywa, z bunkrów dochodził jeszcze dług jęk rannych Niemców. Kapitan Peszko
      kazał wrzucać do środka granaty. – Niech skurwysyny błagają teraz matczynym
      głosem o litość – mówił do żołnierzy.
      Opolski przeszedł szlak z Francji do Anglii, później do Szkocji, stamtąd przez
      Normandię i Belgię dotarł na ziemię holenderską. Pamięta jak wszędzie kobiety
      witały Polaków kwiatami, a oni rozglądali się za kawałkiem chleba, za
      papierosem. Pamięta jak na ulicach Bredy pancerniacy ciągle słyszeli w
      hełmofonach komunikaty, żeby ostrożnie strzelać w tym królewskim mieście, bo
      można uszkodzić zabytkowe budowle. I jeszcze to, że Niemcy tym szybciej
      uciekali, im bardziej wojna zbliżała się do końca. Niektórzy jednak powracali.
      W ostatniego przed zakończeniem wojny Sylwestra nastąpił nagły zrzut
      niemieckich spadochroniarzy na zajęte już przez aliantów lotnisko. Polacy
      ruszyli czołgami, żeby ratować angielskie myśliwce. Nagle zobaczyli, że ze
      spadochronów wyplątują się kilkunastoletnie dzieci. Poczęstowali ich mlekiem na
      nowy rok.
      Z późniejszych lat Opolski pamięta jak coraz bardziej wszyscy zapominali o nim
      i o innym chłopakach. Holenderscy żołnierze, którzy walczyli w Indonezji, gdy
      ta była niderlandzką kolonią, dostali na starość wysokie emerytury. Polakom,
      którzy wyzwalali Holandię, żadna zapłata się nie należała.
      • mister1 Los starych zolnierzy III 04.06.07, 14:56
        W twoim domu ktoś inny już mieszka

        Po wojnie Nowosielski pracował przez trzy lata w fabryce Forda. Potem usłyszał,
        że za oceanem można się szybko dorobić, więc popłynął do Kanady. Wytrzymał tam
        dziewięć miesięcy i ledwie zarobił na bilet powrotny, imając się dorywczych
        zajęć. Wrócił do Utrechtu. Zaczął handlować używanymi samochodami. Ożenił się z
        Holenderką, która nie umiała być Polką, a po kilku latach otworzył warsztat
        samochodowy, który z biegiem lat stał się popularną firmą. Do dzisiaj zdobi go
        szyld z nazwiskiem Nowosielskiego, chociaż już ktoś inny jest właścicielem
        zakładu.
        Opolski chciał po wojnie sprowadzić do Holandii żonę, która została w
        Warszawie. Kolega jeździł z transportami UNRY, więc poprosił go: wstąp na taką
        i taką ulicę, i powiedz, że ja tu czekam. Kolega wrócił sam. – Z twoją żoną
        mieszka już Janek – powiedział po dłuższej chwili. Janek był przed wojną dobrym
        przyjacielem Bolesława.
        – Jak ona się puściła, to i ja nie zostałem dłużny – Opolski uśmiecha się pod
        wąsem – a do tego miałem taki traf, że od razu skutecznie... No może nie od
        razu, ale po dziewięciu miesiącach. Dzisiaj dzięki tamtemu splotowi losu mam
        pięciu wnuków i jedenaścioro prawnucząt. Z pierwszą żoną już nigdy nie miałem
        kontaktu. Dożyłem emerytury jako nieskończony przedwojenny inżynier budowy
        maszyn do obróbki drewna. Byłem tutaj i konstruktorem, i dyrektorem. Robiłem
        wszystko, co popadło.

        Kto nie przeżył, ten się nie dowie
        Nie pamiętają kiedy dokładnie się poznali. Może na pogrzebie któregoś z
        chłopaków, może na zebraniu kombatantów albo na defiladach, które co roku
        odbywają się w Holandii w rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem. Wtedy chłopcy
        ubierają mundury i kładą kwiaty na grobach tych, którzy nie doczekali końca
        wojny.
        Nie lubią, kiedy ktoś obcy przysłu****e się ich rozmowom, bo w takich
        sytuacjach głos czasem im się łamie, a po policzku spływa łza.
        – Człowiek zmarnował młode lata – mówi Stanisław.
        – Jak ktoś tego nie przeżył, to nigdy się nie dowie, co znaczy nie móc wrócić
        do domu po skończonej tułaczce – wtóruje mu Bolesław.
        Podczas ostatniej wizyty w Warszawie Opolski spotkał się z siostrą, która od
        kilku lat procesuje się o dom, jaki oboje powinni dziedziczyć po
        niesprawiedliwych dziejach. Nie widząc szans na odzyskanie kamienicy, poszedł
        na Powązki i wykupił miejsce w murze, gdzie spoczywają już prochy jego kolegów
        z dywizji. Zamówił tablicę pośmiertną ze swoim nazwiskiem, na którą dał 50
        złotych zaliczki, a pozostałe 300 złotych ma wpłacić rodzina przed pogrzebem.
        Stanisław Nowosielski podczas pierwszego od czterdziestu pięciu lat pobytu w
        Polsce nie mógł pojąć, dlaczego krajowi kombatanci mają w tramwajach zniżkę, a
        weterani z Zachodu muszą płacić za cały bilet. Trudno mu to było pojąć, bo w
        rządzie zasiadali wtedy ludzie, którym on w stanie wojennym wysyłał z Holandii
        do ośrodków internowania transporty z żywnością.
        Pan Stanisław urodził się w Białej Podlaskiej, przed wojną mieszkał tam przy
        ulicy Szpitalnej. Kiedy na osiedle Lunetten zawita ktoś z Polski, pan Stanisław
        pyta, ile teraz kosztują kwatery w jego rodzinnym mieście, a gdy przyjezdny
        opowiada, że mieszkania w Polsce są coraz droższe, wtrąca się pani Zofia: –
        Stasiu mówi o kwaterach na cmentarzu...
        Przy ulicy Princesselaan w Utrechcie znajduje się nekropolia św. Barbary.
        Polskie Towarzystwo Katolickie wykupiło tu po wojnie niedużą aleję, a ponieważ
        kwater jest za mało, w starych grobach składa się ciała kolejnych zmarłych. Na
        przykład ksiądz Romal, który odszedł do wieczności przed kilkunastu laty,
        spoczywa w jednej mogile z dwójką dzieci pochowanych w latach pięćdziesiątych.
        Stanisław Nowosielski i Bolesław Opolski mówią, że cmentarz St. Barbara jest
        ostatnim miejscem, na którym chcieliby spocząć. Bo ziemia holenderska stała się
        ich ziemią tylko z konieczności. Z niemożliwości powrotu do domu.

        PS. Po publikacji reportażu zatelefonowała do redakcji Grażyna Nowosielska z
        Wałbrzycha. Okazało się, że pan Stanisław jest bratem jej ojca. Przez pół wieku
        rodzina w Polsce nie znała miejsca jego pobytu.


        ( autorem jest Jan Plaskon , tekst pochodzi z 2001 roku, obaj Starzy Zolnierze
        juz nie zyja)


    • plater-2 Re: Los starych zolnierzy 07.09.13, 17:18
      Moja Mama po Powstaniu trafiła do Oberlangen, potem do Pomocniczej Słuzby Kobiet u Maczka. Wróciła w 1946 do Polski.
      W stanie wojennym przychodziły paczki z naklejkami "Breda pomaga POlsce". W paczce był adres. Mama już wtedy była umierajaca.
      Odpisałysmy po angielsku i wszystko opisałysmy.

      W 1996 jechalam przez Holandie polskim autokarem na wycieczkę do Paryża i bardzo duzo osób pozdrawiało nasz autokar.

      Było mi miło. :)
      • wypotezniak Re: Los starych zolnierzy 18.03.15, 13:00
        Tak to wygląda, że nie pamięta się o osobach, które starały się walczyć za wolność, w końcu - nie tylko swoją. To samo przyszło do głowy przy okazji Święta Żołnierzy Wyklętych
        • marzena36 Re: Los starych zolnierzy 23.03.15, 20:01
          Dziekuje Mister 1 za przypomnienie postaci NASZYCH zolnierzy! Z kazdym rokiem jest ich coraz mniej.Odchodza... . corka polskiego zolnierza

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka