Gość: Slonzok
IP: *.dip.t-dialin.net
11.12.03, 15:42
Rozmowa z Bolesławem Paździorem,
O Śląsku i lewicy
Gwara natchniona
„Książka Bolesława Paździora jest osiągnięciem na miarę Mikołaja Reja - ojca
literatury polskiej - i ma z nią wiele wspólnego: renesansową swadę i
rubaszność, radość wyzwolonej mowy, niewiarygodną inwencję leksykalną w
posługiwaniu się gwarą, przeogromną ilość zdarzeń, którą niosła historia ze
sobą, historia XX wieku na Górnym Śląsku, i imponujące trzymanie się
rodzimej gleby” - pisał Kazimierz Kutz w felietonie na łamach „Dziennika
Zachodniego” poświęconym książce Bolesława Paździora pt. „Radaś pochylono”.
Gwara natchniona
Rozmowa z Bolesławem Paździorem, piewcą ludowej śląskości, byłym
przewodniczącym katowickiego PPS
Czy po tej publikacji i spotkaniu z Kazimierzem Kutzem coś się zmieniło w
odbiorze pana twórczości np. wśród urzędników kuratorium, gdzie zabiegał pan
o pomoc w promocji swojej książki w szkołach?
Wprost przeciwnie. Podejrzewam nawet, że kuratorium wydało zakaz wpuszczania
Paździora do szkół i umożliwiania mu kontaktu z młodzieżą. Muszę też
sprostować: nie chodzi mi o promowanie książki, lecz języka śląskiego, który
istnieje, i gwary śląskiej, którą uważam za poezję natchnioną. Z tego, co mi
wiadomo, jeszcze dzisiaj uczniowie mówiący gwarą mają w szkole kłopoty. A
może komuś zależy na tym, aby mowa śląska przestała istnieć? „Radaś
pochylono” w tłumaczeniu na język polski to „lubisz być pochylona”;
stwierdzenie odnosi się do śląskiej ojczyzny i jest moim zarzutem pod
adresem Ślązaków.
A Związek Górnośląski czy Ruch Autonomii Śląska nie zaoferowały panu pomocy?
Nie. Jedyne, co mogę powiedzieć: to sympatyczni ludzie marzący o zrobieniu
kariery politycznej, podchodzący do śląskości z dużą rezerwą.
Wygląda pan na osobę zgorzkniałą...
Bzdura. Chociaż faktem jest, że od najmłodszych lat bez przerwy jestem skądś
usuwany. Byłem ministrantem - wyrzucili mnie za zasypianie podczas posługi,
harcerzem - ukarano mnie za niesubordynację. Dwukrotnie zwalniano mnie z
pracy w przedsiębiorstwie państwowym.
Był pan kiedyś sportowcem, trenerem, społecznikiem, działaczem politycznym...
Jako sportowiec zdobyłem w latach 1959-62 trzy tytuły mistrza Śląska w skoku
w dal (7,12 m), no i rekord życiowy na 100 m - 10,9 sek. Moi wychowankowie
zdobyli dwa razy tytuł mistrza Polski juniorów w lekkiej atletyce. Jeśli
chodzi o działalność społeczną, byłem radnym Katowic w latach 1971-78, chyba
jako jedyny bezpartyjny. W latach 1990-93 byłem sekretarzem Okręgowego
Komitetu PPS w Katowicach, no i zostałem usunięty. Chociaż w tym wypadku sam
dałem się usunąć.
Jakie ma pan plany?
No cóż, marzę o nominacji do Nieba w charakterze członka stowarzyszonego.
Nie lubię być szczęśliwy, uznaję to za stan niegodny człowieka myślącego.
Rozmawiał Marek Wyrwisz
Czerwony puls
- Staszek, co ty wygadujesz?
Wiym co godom. Pon Bog niy przidoł Żydom moralności, boć zapomnioł, doł ją
chrześcijanom, a że ci ją niy przestrzegają, postawił na komunistów. Som my
na miejscu.
Rozglądali z niyakim przestrachym, ale żodnego żywego na widoku.
Do końca ś mie niy przekonoł. Z Panym Bogym godołeś, czy co?
Niy czas na przekonywanie. To je nojwiększy komin we Mikołowie
Komina z wiyrchu niy widać. Musioł kaś chmur, bo w dole brzuchaty na dwie
balie.
Patrzaj i pilnuj. Jak cos wyniuchosz, szarpnij pieronochron... i patrz
stracić. Idź do cimoka - spamietoł, że do kamrata.
Staszek poskłodano flaga za pazucha. Sięgnął kapsy, czy niy zapomnioł
sznora. Wejrzoł ku gorze, klepnął Maxsa po gymbie i poczon spinać. Ciymno
jak w dupie. Firmamynt cały chmurami. Kasi tam z boczku miesiączek, jakby
szukoł wejrzeć pod siebie. Ciynia nawet duszy. Sercym trajkocze. Staszek
stracioł na dobre. Wszysko we kołe zrobioło podejrzane. Nojlepi by stad
prychnąć, ale obowiązek przikuł do ziymi. Kozali wachawać, - to bydzie.
Prosić Boga, aby tu jaki Ignac niy prziplontoł.
Godoł mu. - Staszek, przewiązymy kamiyniym i bez wysokie napięcie?
To je łoklepane - przigwoździł.
łOstatniymi czasy ulotki wsodzali do zimnego komina, jak byli łotwarli
klapa, - to je gardziel, papiory poleciałyyy, - jak nom potym ,do samyj
Zowiści. W tym roku mogli ich prziuważyć i tu ze Staszkym zgodzic był zmusił.
Święto musiym uczcić z fasonym.
łO tym fasonie Staszek myśloł bez cołko zima. Do wleziynia na komin przemog
w łostatni łodpust. Boł jak normalny człowiek. Co piniędza postracioł na
diobelskim młynie, huśtowkach. Kręcioł olbrzimy, - taki domorosły
gimnastykorz. Radziłech mu wiec. - Rozgonią kominami, pochytają - powiadoł. -
Joch już na tyla wytrynowany pod kopszelontyn zawracyn, że...
Coś go dugo niy ma. Zaplontoł we co? Dołby znać. Jakby slecioł bych słyszoł.
Ino patrzeć dnieć zacznie, za niyskoro tedy na bezrobotnych grzych, - tak se
łosprawioł ze sobą.
Jest. Nareszcie. Juz bez żodnego rynsztunku. Tera boło mu przestronnie.
Prawie, że sjechoł. Ślypia jak dzikyj besti.
Kerędy?
Kędy bądź - odbiyli pora krokow. - Poczkej dyć miesiączek musi łoświyci - do
ucha Maxowi. Trzimali rękami za boki, a miesiączek za bozna...
Idymy. Niyma co. Dnieje - ruszyli ku Rynkowi. - Jest - zaśiycioł boł cała
gymbą. łObrociyli komina. Czerwono flaga płynyła we powietrzu. Komin jak by
się ruszoł, jakby ij poddowoł.
Maxlik, postojno jeszcze trocha, tera może niybiezpieczno. Zaro zaćmi.
Miesiaczek pomału jak na złość, niymrawo pakowoł chmury.
Szmarujymy.
Stać. Stać, bo będę strzelać - dwie postacie straciyły mu w połmroku. Tyn
jedyn kogoś przipominoł, - łobrocioł na pięcie.
Przelecymy bażoły, to psy potracom ślad - wpadli po kolana, ale niy boło
tego dugo. - Wol prosto do chałupy, - w biegu podali ręce. Jeszcza na poł
przitomne, - niy, niy może być. łObracać szkoda czasu.
Pozdrow ich wszyska, może już wos niy doczkom. Z Panym Bogym.
Z Panym Bogym.
Jeszcza ino dwa płoty, dziura przi hasioku. Kurdybele. Jaśka! Wyłazi z
doma, - prosto na niego! Odwrotu żodnego.
Powiysz żech był cołki czos w doma... inaczy posadzą - ij bol policjon i
dobrze wiy jak cyganić. Przimrużyła łoko, podniesła dwa palce. Niy bydzie
zadziyrać z rodziną. Tera wylazła i Maryjka, zowdy wyczuła jak co
niydobrego.
Wypucuj szczewiki do sucha i schowej - poprosioł grzecnie.
Coś ty pieronie juza prziszkroboł.
Seblykoł we biegu. Bluza, koszula i skarpety na słodach. Galoty potargoł w
kroku. łOtworzol szufloda. Wyciągnął świyże fuzekle, położoł przi łożku, na
rowno. Wytar nogi do ręcznika. Podnios pierzina, przikroł... jak pisk
hamulca. Silnik bol zgos...
Otworzyć furtkę. Policja. Co pani tu robi, przecież pani tu nie mieszka?
Spowom tu co czas jakiś, jak zgodomy późna nocy. Rano zowdy bezpieczno.
A Stanisław Biernat jest w domu?
Śpi w nojlepsze.
Całą noc?
Panie posterunkowy, mnie niy wierzicie, narzyczonyj policjanta Jozefa Bardy?
Otworzyć drzwi. Rewizja. Pani Biernat proszę nie przeszkadzać. Gdzie pani
mąż śpi?
Tu we wiyrchu, ale ło co rozchodzi?
Wpakowali na wiyrch z larmym na całe miasto.
Pierzina mu chłodziyła i spokojiła.
Zmierz mu puls - Staszek zaspany i rozczochrany niydbale ręka.
A ło co rozchodzi, co stało? - młody apsztyfikant podwinął mu rękow.
Spokój - Staszek nic przeciw. Modzik ze czopka na uszach, palec mu na żyła i
spoziyro zygarek. Za niyjako kwila.
Puls normalny - upewniył jeszcze zaglądając dynata. Tyn naprowda wyglądoł
normalny i zaspany.
Staszek odetchnął... ale ino pod pierziną.
Przepraszamy. Do widzenia. To się zdarza w naszym zawodzie.
Ino fortka zamkła, jak ci Maryjka na niego nie wlezie!
Coś ty juza zmajstrowoł? Mało to mom z tobą łostudy?
Dej mi pedzieć.
Styknie. Normalny puls, ze strachu. Bo pękna ze śmiychu - rozpostarła mad
łożkym. - Wstowej do roboty, że tyż musiałach sie wydać za tako oferma.
Ty tego nigdy niy zrozumiysz.
Bier wałowa. Normalny puls. Matko Boska Przenajświętszo. U Rostkow niy bydą
cie dugo czekać.
Opowi