mamam2020
18.06.13, 15:47
Niedługo zostanę samotną mamą prawie rocznego dziecka. Mąż stwierdził, że małżeństwa są dla frajerów i on nie ma przestrzeni życiowej. Ciągle nalega, żebym się wyprowadziła (mieszkanie jest jego) - gdybym tylko miała gdzie to bym się wyprowadziła, ale nie stać mnie na wynajęcie mieszkania i na opłacenie żłobka i wszystkiego dla dziecka. Może jakoś ledwo związałbym koniec z końcem, gdybym znalazła kobietę w podobnej sytuacji i z nią zamieszkała . Mam stałą pracę w Krakowie, od września państwowy żłobek dla dziecka - więc może dałabym radę. Nie mogę już z nim mieszkać - z dnia na dzień jest coraz gorzej - przestał się już do mnie odzywać, a jak już się odzywa to wypomina mi wszystko. Dziecko mu przeszkadza - że jest za głośno - dodam, że nie ma mnie 9 godzin w domu z dzieckiem (ja - praca, dziecko - żłobek), a po pracy jeszcze idę z dzieckiem na co najmniej godzinny spacer, a o 20 dziecko idzie spać. Czyli tego wspólnego przebywania jest raptem 4 godziny, podczas których mały jest bardzo grzeczny. Nie muszę chyba dodawać, że na pomoc męża w kwestii zajmowania się dzieckiem, domem, albo finansowej (oprócz mieszkania) nie mogę liczyć. Gdyby nie dziecko dawno bym się wyprowadziła. Nie mam się komu wyżalić, wstyd mi przed znajomymi i rodziną, więc udaję, że wszystko jest ok. To on nalegał na wspólne zamieszkanie, na ślub, na dziecko - jak się dziecko urodziło to wszystko się zmieniło - podobno inaczej to sobie wyobrażał, czasami mówi, że nie kocha tego dziecka, że go nie chce. Nie wiem co robić, czy trwać i czekać, aż się poprawi (czasami są okresy, że wydaje się lepiej między nami, ale potem znowu to samo), czy może nie ma na co czekać i powinnam się wyprowadzić?