25.01.07, 13:28

Bałtycka - (Bałtyk) biała wódka 38° o szlachetnym smaku nafty. Znawcy
doszukiwali się również posmaku proszku IXI. Chętnie pita z „Ptysiem” w
formie drinka. Na etykiecie żaglowiec na rozszalałym morzu. Podczas biesiad
potwierdzało się znane hasło, że Bałtyk to nasze okno na świat.
Obserwuj wątek
    • nutopia Re: Alkohole 25.01.07, 13:29

      bimber - (księżycówa, samogon, krzakówa) początkowo produkowany w mniejszych
      aglomeracjach i na wsiach, wraz z pogarszającą się sytuacja rynkową, zawitała
      do wielkich miast, stając się nieodzownym hobby wielu mieszkańców
      socjalistycznych blokowisk. Szalenie prosta procedura otrzymywania produktu
      wyjściowego, czyli zacieru (zwanego tez zajzajerem) miała bezpośredni wpływ na
      popularyzację tego typu przetwórstwa domowego, przyczyniając się jednocześnie
      do utrwalenia daty historycznego triumfu oręża polskiego pod Grunwaldem w 1410
      r. 1kg cukru, 4 litry wody, 10 dkg drodzy. Po 2 tygodniach leżakowania można
      było przystąpić do właściwej destylacji. Był to proces wymagający już większego
      doświadczenia, pewnej wiedzy z zakresu chemii i oczywiście odpowiedniej
      aparatury. Mniej cierpliwi wytwórcy nie doczekiwali tego momentu, wypijając
      wcześniej gotowy zacier, który nabrał już właściwych parametrów. Posiadacze
      aparatury rozpoczynali teraz prawdziwe żniwa. W skład aparatury wchodziła
      najczęściej: bańka od mleka w której gotowało się zacier, chłodnica samochodowa
      (lub wężownica własnej produkcji), system przewodów łączący wszystko w całość,
      alkoholomierz służący do nadzorowania jakości produkcji. Proces destylacji był
      długi i żmudny. Należało uważać by "zacier nie zarzucił i nie poszedł górą" .
      Po zakończonej destylacji trzeba było w dyskretny sposób pozbyć się odpadów
      poprodukcyjnych tak by nie zwabiły do lokalu dzielnicowego lub spragnionego
      sąsiada. Sprawa dość trudna bo gotowany zacier wydzielał straszliwy fetor.
      Gotowy bimber można było uszlachetnić dodając palony na chlebie
      cukier /koniak/, lub żółtka z cukrem/adwokat/. - podziękowania dla Piotra,
      który zwrócił moją uwagę na brak tej pozycji w Leksykonie.

      Jazz – było coś takiego, z saksofonem na etykiecie. Omijane z daleka szybko,
      znikło z rynku.

      Koszerna – po rozpowszechnieniu plotki, że to jedyna wódka bez karbidu i innych
      substancji toksycznych, zyskała ogromna popularność. Czystość receptury
      potwierdzał podpis głównego Rabina Polski zamieszczony na etykiecie. Na fali
      tej popularności w niedługim czasie prawie wszystkie wódki były już koszerne i
      opatrzone były podpisami wszelkich dostępnych Rabinów.

      Piwo – towar wybitnie deficytowy. W latach 60-tych sprzedawany w „budkach z
      piwem”, gdzie zawsze gromadzili się przedstawiciele klasy robotniczej,
      najczęściej z branży budowlanej w stosownych strojach. Piwo sprzedawano w
      kuflach z grubego, ciężkiego szkła. Piwo nie posiadało piany, temperaturę
      przyjmowało od otoczenia. W połowie lat 70-tych budki zaczęły znikać wraz z
      piwem. W Warszawie głównym browarem było oczywiście „królewskie”.
      Charakterystyczne małe pękate butelki, etykieta ze sfinksem, kapsel bez
      nadruku, najczęściej do kupienia w garmażerii, gdzie często przy drzwiach
      wejściowych na grubym sznurku wisiał otwieracz do kapsli. Gdzieś w drugiej
      połowie lat 70tych browar warszawski zmienił kształt szyjki w swoich butelkach
      z falowanej na prostą. Od tamtej pory ulubionym zajęciem niektórych piwoszy
      było polowanie na coraz rzadsze "piwo z miękką szyjką", jako jedyne prawdziwe i
      słuszne. Piwo ze sfinksem, tak zwane Warszawskie, pochodziło z Browaru
      Warszawskiego - dawniej Haberbusch i Schiele (gdzieś od połowy XIX wieku) - i
      było butelkowane w 'miękkie szyjki'. To piwo było robione gdzieś pod koniec lat
      50-tych i dotrwało do lat 70-tych. Królewskie powstało pod koniec istnienia
      Sfinksa i miało kolumnę Zygmunta na czerwono-bialo-złotawej nalepce. Butelka
      była podobna, niska i szeroka, ale miała już stożkową szyjkę. Wkrótce po
      pojawieniu się Króla, Sfinks znikł z rynku. Miało to chyba związek z likwidacją
      starej siedziby browaru na ulicy Prostej w Warszawie.


      Wino „Wino” – nazywane patolem, bełtem, alpagą, siarą, kwasem, pepe i
      oczywiście „patykiem pisane” ze względu na stylistykę etykiety. Sporządzone
      według tajnej, pilnie strzeżonej formuły. Producent ujawniał jedynie zawartość
      siarki. Jednak te skąpe informacje nie pozwoliły na odtworzenie podobnego
      napoju nigdzie na świecie. Do dziś nie wyjaśniony jest fenomen popularności
      tego owocowego napoju. Niektóre ze skutków ubocznych picia „siary” to: dziwne
      zmiany dermatologiczne na twarzy, sinienie i utrzymująca się niewyraźna mowa.

      wino Okęcie - najbardziej rasowe z polskich win. Spełniało wszelkie postulaty
      konsumentów. Było tanie, ogólno dostępne i dobrze trzepało. Wywarzona zawartość
      siarki i przyjemny "bukiet" gnijących jabłek. Konfekcjonowane w estetycznych
      butelkach 0.75l.

      Wódka Czysta – (z czerwona kartką) najtańsza wódka, w smukłych butelkach,
      charakterystycznie kapslowana płaskim aluminiowym kapselkiem. Prostota formy,
      na etykiecie po prostu napis WÓDKA CZYSTA. Napis wkomponowany był w kontur
      kieliszka. Ta chytra dydaktyczna sztuczka miała zapewne na celu przekonanie
      konsumentów do porzucenia „musztardówek” na rzecz bardziej eleganckich
      kieliszków.

      Wódka Stołowa – obok „czystej”, podstawowa wódka codziennego użytku. Etykieta z
      czerwonym owalem symbolizującym stół, wewnątrz wpisana nazwa wódki. Wódkę
      Stołową można śmiało nazwać pomostem do win stołowych używanych na zachód od
      Odry.

      Vistula – prawdopodobnie jakiś klon „Bałtyckiej”. Podobna w smaku i pozostałych
      parametrach. Kupowana głównie przez konsumentów, którym wcześniej nie udało się
      kupić Przemysławki ani nawet Wody Brzozowej.

      Żytnia –(pieszczotliwie „żytko”) niewątpliwie najbardziej poszukiwana wódka. W
      normalnej sprzedaży praktycznie nie do wytropienia. Dostępna w Pewexach w cenie
      1$. Kiedy gospodarz wyciągał z barku „żytko” towarzyszył temu zawsze aplauz i
      uznanie gości. W trudnym dla smakoszy okresie niedostatku, pojawiła się "żytnia
      mazowiecka", która jednak nie miała wiele wspólnego z prawdziwą "żytnią" z
      kłosem.
      • nutopia gry i zabawy 25.01.07, 13:29
        Gry i zabawy


        armatka - do metalowej obudowy od chińskiego wkładu, wsypywało się zeskrobaną z
        zapałek siarkę. Następnie wylot rurki zatykało się kawałkiem twardej kredki
        świecowej (miękkie się nie nadawały- topiły się). Teraz wystarczyło nakierować
        armatkę na cel, koniec rurki z siarką mocno podgrzać i następowało odpalenie.
        Piękny huk i rozkwaszona na ścianie kredka świadczyły o prawidłowo wykonanej
        robocie.

        bączki - alternatywne wykorzystanie wybuchowych właściwości mieszanki saletry
        z cukrem; brało się kapsel (zamknięty maściak czyli opakowanie po maści
        tygrysiej) drążyło dziurę, upychało mieszankę, podpalało i odchodziło na parę
        metrów: płomień wydobywający się dziurą sprawiał, że bączek unosił się w
        powietrze i wyczyniał dzikie harce; trzeba było uważać, żeby nie oberwać.

        bęben - zabawa podwórkowa, oparta na popularnym dawniej "salonowcu". Wytypowana
        ofiara była klepana w zad przez jednego z uczestników, poczym musiała zgadywać
        kto jej tak przyłoił. W razie niepowodzenia, "bębnowi" wyznaczano zadanie do
        wykonania. Najczęściej bieg do koła bloku, lub przysiady. Po kilku nie udanych
        próbach zdemaskowania kata, "bęben" opuszczał zabawę pod pretekstem
        konieczności obejrzenia jakiegoś fajnego filmu w TV .

        bilard z grzybkiem - gra elitarna, dostępna jedynie w ośrodkach wczasowych czy
        bogatszych klubokawiarniach. Czasami zawłaszczana do gabinetów, przez
        rozmiłowanych w tej rozrywce, dyrektorów (widziałem niedawno jakiś polski film,
        gdzie dwóch poważnych mężczyzn omawia plany produkcyjne przy bilardzie z
        grzybkiem). Gra polegała na trafianiu bilą w odpowiednio punktowane otwory w
        stole, ale tak by nie przewrócić stojącego na środku grzyba. Występowała też w
        wersji dziecięcej, odpowiednio zminiaturyzowana.

        bilardy - taka imitacja fliperów. Wystrzeliwało się z kanału stalową kulkę i
        obserwowało się jej drogę licząc na to, że kulka zatrzyma się w jakimś wysoko
        punktowanym miejscu. Cała tablica była powybijana gwoździami. Tworzyły one
        kanałki i zatoczki w których właśnie zatrzymywała się kulka.

        bitwa na splówki - splówka była bez wątpienia najistotniejszym elementem
        wyposażenia szkolno - podwórkowego. Poza dywersyjnymi atakami w pojedynkę,
        organizowano też zbiorowe bitwy na splówki. Proste zasady: wygrywa ten kto komu
        więcej napluje. Najbardziej cenione były celne, snajperskie strzały z
        plasteliny. Snajper musiał posiadać długą, najlepiej szklaną rurkę. Posiadacze
        rurek z czeskich ołówków wykonywali szarże plując na oślep ryżem.

        bolec - nie wiem do czego służyły , ale były kiedyś takie bolce /prawdopodobnie
        kołki do wstrzeliwania/ - gwoździe bez łepków, zakończone gwintem, było ich
        pełno, szczególnie na placach budów lub w skrzynce z narzędziami mego ojca,
        zbierało się to żelastwo i ostrym końcem przykładało do asfaltu a od góry za
        pomocą kamienia tłukło się, robiąc dziurę w asfalcie na głębokość około 0,5 cm,
        do dziury zeskrobywało się siarkę z zapałek, w takiej ilości by zapełnić około
        pół dziurki, potem delikatnie wkładało na to ponownie bolec ostrym końcem, z
        asfaltu bolec musiał wystawać w pozycji pionowej, potem na bolec rzucało się
        wcześniej użyty kamień, który przyciskał bolec do siarki, a ta wybuchała,
        dając niewielki huk oraz iskry /derfic/

        chłopek - gra "dziewczyńska" polegająca na skakaniu po narysowanym na
        asfalcie "chłopku" i zaliczaniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie
        rzucać drobnym kamyczkiem w odpowiednie pola "chłopka". Charakterystyczny obrót
        w podskoku na głowie biedaka był jedną z trudniejszych ewolucji. Ten ostatni
        element wiele dziewcząt przeniosło z powodzeniem w dorosłe życie.

        chodzenie na... - każdy na coś chodził. Ale nie myślę tu o chodzeniu na jakieś
        zajęcia pozalekcyjne, które były zupełnie nie popularne. Chodziło się w
        zależności od lokalizacji: na kulki od łożysk, na szklane rurki do plucia, na
        skórki do procy, na kapsle pod garmażerkę, na cegły na budowę itd. Rozrywka
        polegała na grupowym pozyskiwaniu rozmaitych, wydawało by się, bezużytecznych
        przedmiotów, które służyły potem dalszej zabawie. Przykładem z życia niech
        będzie relacja przysłana przez Magdę S. /obecnie z Teksasu - nie mylić z
        popularnym dawniej określeniem dżinsu/: "Ciekawym przejawem modnego w latach 70-
        tych zbieractwa było to, co ze swoimi kolegami robił mój mąż, tzn. szperanie w
        okolicach zaplecza ZURTu (dla niewtajemniczonych - Zakład Usług Radiowo-
        Telewizyjnych), by znaleźć zużyte części odbiorników telewizyjnych, lampy
        radiowe itd. Rzucanie lampami o chodnik dawało niezłe efekty pirotechniczne."
        Darku -szczerze zazdroszczę, rzucanie żarówkami wykręcanymi z windy, nie było
        aż tak efektowne.

        chodzenie po ogrodzeniu - z gatunku sportów ekstremalnych. Polegało na jak
        najdłuższym chodzeniu w pozycji pionowej, po szkolnym ogrodzeniu. Ogrodzenie
        służyło też do wykonywania efektownych "przerzutek" na drugą stronę i jako
        naturalna bramka przy grze w piłkę.

        chowanego - popularna zabawa podwórkowa, znana terz pod nazwą "w szukano".
        Kryjący za pomocą specjalnej odliczanki, odmierzał czas na ukrycie się
        pozostałych graczy. Treść wyliczanki: "Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie
        schowa ten kryje" poczym następowało odliczanie do ustalonej wcześniej liczby.
        Najczęściej było to 100. Następnie rozlegał się przeraźliwy
        okrzyk "Szuuuuukaaam!!!" i kryjący ruszał ostrożnie na łowy. Należało wytropić
        ukrytych kolegów, zanim zdążą dobiec do miejsca "zaklepywań". Triumfalny
        okrzyk " Raz, dwa, trzy za siebie" nie pozostawiał złudzeń, ktoś nas
        przechytrzył. Jeśli nie potrafiliśmy się pogodzić z porażką, nie pozostawało
        nam nic innego jak kilkakrotnie krzyknąć "Pobite gary" i udać się do domu.

        ciupy - jedna z gier podwórkowych oparta na rekwizytach znajdowanych na
        podwórku. Do gry potrzebne były drobne kamyczki, które należało w odpowiedni
        sposób podrzucać i łapać, zaliczając kolejne etapy trudności.

        cymbergaj - za pomocą grzebienia i monet rozgrywało się mecze piłkarskie. Ławka
        wytyczała rozmiary boiska. Należało tak uderzać grzebieniem w monetę-piłkarza,
        żeby ta popchnęła monetę-piłkę w kierunku bramki.

        dmuszki - gra hazardowa. Wspaniała gra na drobne monety. Do walki stawało dwóch
        zawodników. Ustalało się stawkę gry tzn. jakimi monetami będzie się grało. Na
        przemian dmuchało się w swoja monetę starając się nakryć nią monetę
        przeciwnika. Jeśli się to udało, obie monety nasze. Typowy widok na
        przerwach "śniadaniowych" to pogarbione nad parapetami grupki uczniów
        porozumiewających się między sobą charakterystycznymi krótkimi dmuchnięciami "
        Py, Py". "Dmuszki" zostały zabite przez galopującą inflację, a późniejsze
        wprowadzenie do obiegu ciężkich nieużytecznych monet nie mogło poprawić
        sytuacji.

        dupa biskupa - beznadziejna gra ale jakie wdzięczne słowa tu padały - gra w 24
        karty; po rozdaniu gracze wykładają karty awersem do góry i po wyłożeniu na
        stół, kolejno po każdym graczu trzeba było cos zrobić. I tak 9 - powiedzieć
        dupa biskupa, 10 - złapać się za ucho, walet - powiedzieć merci monsieur, dama -
        powiedzieć merci madame, król - zasalutować, As - przykryć dłonią kupkę kart.
        Jeśli ktoś się pomylił lub ostatni położył rękę na Asie, to zbierał leżąca
        kupkę kart. Wygrywał ten, któremu skończyły się karty. /podziękowania dla
        Marzeny/

        dwa ognie - zwana również "zbijakiem", podstawowa konkurencja na koloniach i
        lekcjach WF. Zasady proste: dwóch zawodników staje na przeciwko siebie,
        pomiędzy nimi dowolna ilość graczy w charakterze zwierzyny do odstrzału.
        Zbijający ciskają piłką w piszczących z rozkoszy graczy eliminując ich w ten
        sposób z dalszej gry. Jeśli piłka została złapana przez niedoszłą ofiarę,
        gracze zamieniali się rolami i była okazja do słodkiej zemsty. Słyszałem o
        próbach gry w "zbijaka" piłką lekarską. /o grze przypomina Marzena A . /

        gazda - (znana też jako getto) gra hazardowa polegająca na na trafieniu monetą
        • nutopia Kultura 25.01.07, 13:30
          Kultura



          Adam Słodowy - polski Mc Gyver. Prowadził fascynujący program "Zrób to sam",
          będący częścią Teleranka. Bardzo charakterystyczna, krótka grzywka stała się
          wzorcem dla upokarzającej fryzury dziecięcej "na Słodowego". Pan Słodowy
          wytwarzał na prędce najróżniejsze cudeńka posługując się typowymi dla tego
          okresu materiałami: szprychy rowerowe, szpulki do nici, blacha z konserw,
          kawałki sklejki, zapałki czy pęcherz od piłki. Wszystko demonstrował za pomocą
          specjalnej, drewnianej strzałki. Ważne było żeby były to przedmioty
          niepotrzebne, gdyż każda prezentacja rozpoczynała się od słów: "Pokażę wam
          dzisiaj jak przy pomocy kawałka niepotrzebnej sklejki i starych niepotrzebnych
          gumek recepturek zbudować... ". Tu padały najróżniejsze propozycje. Kiedy
          nadchodził moment końcowej prezentacji Pan Adam schylał się pod stół i ze
          słowami "Ja żeby nie tracić czasu przygotowałem już sobie wcześniej...." i
          wyciągał piękny, lśniący eksponat, który fantastycznie działał i za Chiny nie
          dało się go zrobić samemu w domu.

          Alternatywy 4 - kompendium wiedzy o życiu w PRL-owskich blokowiskach .
          Rewelacyjny serial Stanisława Bareji, z "oskarową" obsadą, dzięki której możemy
          z rozrzewnieniem oglądać przekrój społeczny typowego bloku mieszkalnego z
          okresu "propagandy sukcesu". Wspaniała rola Romana Wilhelmiego, który wcielił
          się w postać Stanisława Anioła - gospodarza bloku.

          Czterej pancerni i pies - serial puszczany z taką częstotliwością, że można się
          było nauczyć na pamięć listy dialogowej. Film opowiadał o załodze czołgu "RUDY"
          która jeździła po kraju wożąc z sobą psa Szarika i w atmosferze znakomitej
          zabawy niszczyła zaciekle wroga. Rudy był wysoce ekonomiczną jednostką i nie
          wymagał zbyt częstego tankowania i pewnie dla tego służył załodze jako
          taksówka. Dowódcą czołgu był Janek Kos, który zastąpił poległego Olgierda, a
          załogę tworzyli Gustlik, Gregorij, Tomasz Czereśniak i wspomniany pies.
          Pierwszoplanową postacią był oczywiście Janek, idol ówczesnej młodzieży, który
          nie dość, że miał cela i fajową snajperkę to jeszcze umiał wystrzeliwać morsem
          swoje nazwisko. Załoga działała przeważnie indywidualnie, błąkając się po całym
          froncie i okolicach, z rzadka tylko spotykając się przypadkowo ze swoim
          przełożonym - pułkownikiem vel Starym . O załodze "RUDUGO" głośno było na
          całym froncie, a zwłaszcza wśród żołnierzy zaprzyjaźnionej Armii Radzieckiej.
          Najbardziej zaprzyjaźniona była Marusia., ale i starszyna Czernousow czuł miętę
          do Janka. Ostatecznie Janek poślubił Marusię, dla porządku wcześniej zdobywając
          Berlin.

          Ekran z bratkiem - program dla młodych widzów emitowany w każdy czwartek o
          godz. 16:30. Czołówka programu to biały bratek goniący po ekranie białe okienko
          by na koniec umiejscowić się w jego wnętrzu. Gospodarzem był Maciej Zimiński ,
          pomysłodawca telerankowego " Klubu Niewidzialnej Ręki" , który pojawiał się na
          ekranie na tle tytułowego bratka. Scenografia nawiązywała do Dziennika
          Telewizyjnego. Specjalistą od wszelkich turniejów, zawodów i zabaw ruchowo-
          sportowych, był Marek Grot. Nagrodą za cierpliwe wysłuchanie wszystkich porad i
          pomysłów, był zagraniczny film emitowany na zakończenie. Były to odcinki Sir
          Lancelota, Zorro czy Robin Hooda.

          Kiermasz książki - zawsze w Maju , tuż po obchodach robotniczego święta, pod
          Pałacem Kultury i Nauki, wyrastało rozległe miasteczko zbudowane z
          prowizorycznych straganów i stoisk. To instalował się doroczny Kiermasz
          Książki, największe święto kulturalne Warszawy. Niezliczone tłumy napierały na
          stoiska tratując co wątlejszych miłośników książki, by zdobyć nie osiągalne w
          księgarniach pozycje literackie. Zazwyczaj największe tłumy oblegały stoiska
          Wydawnictwa Harcerskiego "Horyzonty" później Młodzieżowej Agencji
          Wydawniczej , gdzie można było trafić najnowszą księgę "Tytusa" i dostać
          autograf od samego Papcio Chmiela. Nie mniejszym powodzeniem cieszyło się
          stoisko wydawnictwa "Sport i Turystyk" potentata na rynku PRL-owskich komiksów.
          Przy odrobinie szczęścia można było tam nabyć najnowszy zeszyt "Kapitana
          Żbika", Klossa czy Podziemnego frontu. Zawsze warto było dobić się do Krajowej
          Agencji Wydawniczej i Wydawnictwa Radia i Telewizji.

          Kapitan Kloss - dla przyjaciół Janek, dla innych Hanss, zdrobniale J-23. As
          wywiadu, cwaniak jakich mało, czujny i nie uchwytny. Dzięki znajomości
          olbrzymiej ilości haseł i odzewów zawsze wychodził cało z opresji. Nawet
          zaskoczony w lesie przez partyzantów nie tracił zimnej krwi zawsze każąc się
          prowadzić do Bartka. Niemcy w konfrontacji z Klossem byli tak głupi i
          bezradni, że aż dziw jak się im udało nie pobłądzić w drodze do Polski i nie
          potopić w Bałtyku. Nieporadni jak ślepe kocięta całą swą nadzieję w schwytaniu
          J-23 upatrywali w Klosie. Jedynie Bruner coś podejrzewał, ale się nie wychylał
          bo lubił chodzić z Klossem na imprezy. Ostatecznie Kloss wygrał nam całą wojnę,
          choć do Berlina jeździł tylko po odznaczenia, a Bruner poszedł do łopaty w
          amerykańskiej niewoli i wcale nie zazdrościł Klossowi.

          kapitan Żbik - bohater serii komiksowej wydawnictwa Sport i Turystyka. Kapitan
          Żbik był typowym milicjantem: piękny, odważny, wykształcony i uczciwy. Pomimo
          skromnych środków wykrywalność miał 100 procentową. Dzięki wrodzonej niechęci
          do wszelkich przejawów zła i nieuczciwości z całą bezwzględnością tropił
          oszukańców i złodziei by wyeliminować ich ze zdrowej tkanki socjalistycznego
          społeczeństwa. Komiksy szybko stały się przedmiotem kultu. Zebranie całej serii
          było bardzo trudne, jednak istniał już wtedy wtórny rynek kolekcjonerski gdzie
          można było drogą wymiany lub kupna pozyskać brakujący zeszyt. Pamiętam emocje
          związane z czytaniem każdego nowego odcinka. Intrygujące tytuły i pięknie
          kolorowe okładki rozbudzały wyobraźnię. Wystarczy wspomnieć takie tytuły
          jak: "Spotkanie w Kukerite", "Czarna Nefretete", "Złoty Mauritius"
          czy "Człowiek za burtą" by wrócił ten dreszcz emocji związany z
          czytaniem "Żbików". Pierwszy zeszyt nosił nazwę "Ryzyko", jak zresztą dwa
          następne, ostatni zeszyt z lilijką wyszedł pod nazwą "Smutny finał". W sumie
          wydano 53 tytuły.

          Kino "Oka" - wielgachne kino będące częścią Domu Kultury Radzieckiej przy ul.
          Żabiej. Kino to wyróżniało się tym, że przez całe lata nie zmieniało repertuaru
          i można tu było zobaczyć zawsze tylko dwa filmy: "Zabawa zwierząt" i "Parada
          atrakcji". Nie były to jednak zwyczajne filmy, dzięki niezwykłym możliwościom
          radzieckich inżynierów i filmowcu udało się wyprodukować dwa filmy
          trójwymiarowe. Pomimo niezmienności repertuaru w gazetach z programem kin przez
          całe lata uparcie podawane były te same godziny projekcji tych samych tytułów.
          Z rzadka repertuar wzbogacany był filmem radzieckim w wersji oryginalnej na
          który zapędzane były całe szkoły. Ja miałem szczęście zobaczyć piękny obraz z
          Aułą Pugaczową w roli głównej pod oryginalnym tytułem "Żenszczyna katoraja
          pajot"

          Pan Cerowany - postać z telewizyjnego Dziecięcego Teatru Lalki wykonana z
          pocerowanej rękawiczki. Bardzo zabidzony, ze smutnymi oczkami wykonanymi z
          tanich guzików, Pan Cerowany odbierał resztki nadziei na lepsze jutro.
          Towarzyszył mu niejaki Dzięcielinek, który był wykonany z dębowego żołędzia
          (bardzo smutny choć z piskliwym głosem). Całość prowadził dyrektor Teatru z
          bardzo smutnymi oczami i grobowym głosem. Było to bardzo smutne i pouczające.

          Pan Samochodzik - ponadczasowa seria książkowa o przygodach pana Tomasza vel
          Pana Samochodzik autorstwa Zbigniewa Nienackiego. Książki z których młodzież
          czerpała nie tylko olbrzymią wiedzę historyczną ale przede wszystkim poznawała
          piękno naszego kraju. Dzięki Nienackiemu zakochałem się w mazurach i ta miłość
          towarzyszy mi przez całe życie. Pan Samochodzik poruszał się po Polsce
          dziwacznym wehikułem-amfibią zbudowanym na bazie Ferrari 410 przez wujka
          Gromiłę. Jako pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki poszu
          • nutopia Moda 25.01.07, 13:31
            Moda



            atramentki - bardzo eleganckie krótkie spodenki gimnastyczne. Obowiązkowe na
            lekcjach WF popularnie nazywanej "gimną". Spodenki wykonane były z lichego
            materiału w kolorze granatowym od którego wzięły obiegową nazwę. W wersji
            dziewczęcej, nogawki zwieńczone były "gumą gaciową" która nadawała im ciekawy
            kształt średniowiecznych pantalonów. W wersji ekskluzywnej materiał był
            połyskliwy, podobny do tego jaki używano do wykonywania fartuchów sklepowych.
            Całość uzupełniały białe podkolanówki i (w zależności od okresu) pionierki,
            juniorki lub pepegi. Obserwując powracające trendy w modzie, można
            przypuszczać, że w nie długim czasie tak właśnie będzie ubierał się
            dzisiejszy "dresiarz".

            ażurowa podkoszulka - noszona w upalne dni jako element ozdobny garderoby.
            Najczęściej na ramiączka, z wielkimi dziurami, jakby zrobiona z siatki na ryby.
            Na plażach często spotykało się osobników z wypalonym przez słońce,
            charakterystycznym wzorem szachownicy na torsie. Koszulka szczególnie lubiana
            przez wszelkiego rodzaju robotników, stosowana jako strój roboczy.

            bananówa - bardzo charakterystyczna dla lat 70-tych sukienka do ziemi. Wykonana
            z podłużnych kawałków materiału, wykończona na dole falbaną. Najczęściej bardzo
            kolorowa, czasami z janes-u. Klasyczny wzór przewidywał łączenie dwu kolorów.
            Do "bananówy" bardzo pasował kapelusz z olbrzymim rondem, najlepiej wykonany z
            tego samego materiału co sukienka. "Bananówę" najczęściej wykonywało się
            domowym sposobem, z resztek zdobycznego materiału, w oparciu o szablony
            wycinane z "Burdy" .

            beret - podstawowe nakrycie głowy stosowane przez klasę robotniczą. Występował
            tylko w jednym, czarnym kolorze. Spod beretu wystawały dwie tasiemki, których
            rola nie jest do końca jasna. Dla jednych był to element ozdobny, innym służył
            wyłącznie do pozycjonowania beretu na głowie. Beret zwieńczony był antenką,
            która zawsze budziła największe kontrowersje i stała się ostatecznie przyczyną
            zniknięcia beretu z krajobrazu naszych ulic i budów. Wraz z zamianą beretu na
            kask, runął w gruzach cały autorytet robotnika- fachowca. Robotnik pozbawiony
            bereta, ażurowej podkoszulki na ramiączka i drelichowych spodni ściągniętych
            sznurkiem, nie budził już zaufania.

            buty z NRD - krajowy przemysł nie zapewniał odpowiedniej ilości butów dla
            swoich obywateli, a importerzy nie troszczyli się o słabiej uposażonych
            konsumentów. Jak wiadomo wprowadzenie kartek na buty nie rozwiązało
            nabrzmiałego problemu. Jeśli ktoś odczuwał silną potrzebę posiadania nowych
            butów, wybierał się na wycieczkę do NRD. Pantofle przywiezione z takiej
            wycieczki co prawda nie spełniały podstawowych wymogów obowiązującej mody, ale
            zaspokajały najbardziej podstawowe potrzeby. Jedynie skajowe kozaki dawały
            poczucie szyku i elegancji.

            ciuchy - w Rembertowie pod Warszawą rozpoczęła się wielka kariera handlu
            używaną odzieżą. Na słynne "ciuchy" przyjeżdżała cała Warszawa i nie tylko.
            Było tam wszystko, od skarpetek i krawatów, aż po amerykańskie suknie balowe.
            Asortyment pochodził z tak zwanych "paczek" , czyli darów charytatywnych lub
            prywatnego importu organizowanego przez przedsiębiorcze rodziny zamieszkałe za
            granicą. Ubieranie się na "ciuchach" należało do szczytu elegancji i świadczyło
            o zamożności. Ceny używanej odzieży często były znacznie wyższe od cen nowych
            ubrań oferowanych przez państwowy przemysł lekki. Niestety w PDT nie było mowy
            o swetrze z moheru czy sztybletach. Na "ciuchy" należało wybrać się jak na
            polowanie, czyli skoro świt. Często przychodziło stoczyć heroiczną walkę z
            konkurentem do upatrzonego ciucha.

            ćwieki, agrafki, inne żelastwo - przedziwna moda na wbijanie we wszystkie
            elementy odzieży metalowych ozdóbek. Najczęściej były to agrafki łatwe do
            nabycia w każdej pasmanterii. Bardziej wymagający musieli starać się o ćwieki,
            czyli metalowe "guzki". Im więcej się ich nabiło tym lepiej. Ideałem było by
            całkowite zasłonięcie ćwiekami materiału. Najczęściej ofiara ćwiekowania padały
            kurtki "moro" i inne jeanso-podobne. Następnie w szale twórczym zaczęto
            przybijać do odzieży łańcuchy, blachy, sprzączki od pasków a nawet kłódki. Aż
            żal było patrzeć jak ten i ów musiał na wątłych nóżkach, odzianych w
            naćwiekowane "rurki" dźwigać ten cały majdan. W okresie stanu wojennego, nosiło
            się wpięte w klapę oporniki. To jednak było coś więcej niż zwykła ozdoba.

            czeszki - Białe buty z Czechosłowacji z płótna, podeszwa gumowa, boki łączone
            grubą białą gumką a z boczku mały kolorowy kawałek materiału - biało-czerwono-
            niebieski. Moje odwieczne marzenie, niestety, nie do zdobycia . /defric/

            dzwony - to powracający dziś symbol mody lat 70-tych. Były to obcisłe do bólu
            spodnie (kupowało się specjalnie za małe, następnie wciskało się je na mokro w
            wannie i pozostawiało do wyschnięcia na ciele), z bardzo mocno rozszerzanymi od
            kolan nogawkami w kształcie dzwonu. Spod nogawki pod żadnym pozorem nie mogły
            wystawać buty (najczęściej "koturny"). Dopuszczalne było wszywanie w dolną
            część nogawki, szerokich klinów. Dla podniesienia efektu, w tylniej kieszeni
            spodni można było umieścić grzebień, im większy tym lepiej. "Dzwony" były
            obowiązkowym elementem ubioru, całej naszej czołówki estradowej. Jednak
            największy wkład w lansowanie tej mody miał Jerzy Połomski (wierny jej do
            dziś) .

            ekspedientka sklepowa - ta funkcja podlegała specjalnym rygorom mody branżowej.
            Rozróżniamy kilka kanonów ubioru dla tej grupy pracowniczej. Ekspedientka z
            mięsnego i garmażerni - biały fartuch z nieregularnie rozłożonymi wzorami z
            krwawej posoki, przeplatanymi plamami tłuszczu wykonanymi za pomocą smalcu
            ciętego z bloku. Gdzie niegdzie resztki salcesonu brunszwickiego, ewentualnie
            kaszanki. Na głowie "tapir" wysokości 25 -70 cm uwieńczony schludnym diademem z
            krochmalonej koronki. Wspomniana ozdoba do "tapira" obowiązywała w całym
            segmencie spożywczym i przybierała różne formy. Masarz sklepowy - człowiek z
            gigantycznym toporem, odziany w fartuch pokryty grubą warstwą krwawej posoki, z
            licznymi prześwitującymi białymi miejscami, zdradzającymi oryginalny kolor
            fartucha. Spodnie w podobnym odcieniu. Na głowie biała furażerka. Na nogach
            chodaki lub czarne pantofle. Ekspedientka z warzywniaka - szary fartuch
            zakładany na sweter, latem na gołe ciało. Zimą dodatkowo granatowy bezrękawnik
            (kufajka) pikowany na watolinie. Na prawej dłoni wełniana rękawiczka bez
            palców. Na nogach podkolanówki na żylaki i sznurowane tekstylne buty
            ortopedyczne typu sandały. Włosy swobodnie rozrzucone, spocone. Ekspedientka ze
            sklepu przemysłowego - błyszczący granatowy lub czarny fartuch z białym
            kołnierzykiem, przepasany paskiem. Na głowie tapir lub treska spięta w kok.
            Biała ozdoba typu "diadem" na głowie nie była obowiązkowa, choć chętnie
            używana. Makijaż wyzywający, z dużą ilością tuszu do oczu.

            farbowane podkoszulki w koła - to odpowiedź na monotonię i szarzyznę oferowaną
            przez handel . Ten efektowny ubiór wykonywało się samemu w domu. Należało za
            pomocą kilku gumek recepturek pozaciskać zwykłą białą podkoszulkę. Następnie
            całość wkładało się do gara z farbką. Potem już tylko płukanie w occie dla
            utrwalenia koloru i gotowe. Miejsca zaciśnięte gumkami nie przyjmowały farby,
            tworząc jaśniejsze koła. Najlepszy efekt uzyskiwało się przez zaciśnięcie kilku
            gumek, na zebranym w "ogon" froncie koszulki. W ten sposób uzyskiwaliśmy kilka
            kół, jedno w drugim.

            fartuszki szkolne (mundurki) - w czasach kiedy nauczyciele w szkołach mieli
            władzę absolutną, a uczniowie odpowiadając na ich pytania przyjmowali
            pozycje "baczność", istniał powszechny obowiązek noszenia fartuszków szkolnych.
            Pojawienie się w szkole w ubraniu cywilnym, było równoznaczne z odesłaniem
            ucznia do domu ze stosowną uwagą w dzienniczku. Początkowo fartuszki szyte były
            z czarnego materiału typu "podszewka". W późniejszym okresie, wraz z
            u
            • nutopia Napoje 25.01.07, 13:33
              Coca-cola – to jest to. Wraz z pojawieniem się na rynku, całkowicie uzależniła
              większość młodzieży szkolnej. Sprzedawana w klasycznych szklanych butelkach
              0.25l. i szklanych z nakrętką o poj. 1l. (plastikowe opakowania do napojów
              jeszcze nie występowały). Po wstrząśnięciu pita pod ciśnieniem (jak na Formule
              I) z pod kciuka, lub przez wykonaną gwoździem dziurę w kapslu (gaśnica). Główny
              rekwizyt filmowy w polskich filmach lat 70-tych.

              Cytroneta – napój gazowany o smaku cytrynowym, znacznie lepszy od Ptysia. Na
              etykiecie cytryna w przekroju. Sprzedawany w kapslowanych butelkach 0.33l.

              Cytronada - Szczytem perwersji było wprowadzenie na rynek dziwacznego żółtego
              płynu sprzedawanego w małych foliowych przezroczystych torebkach. Czasem
              dodawano do torebki cieniutką słomkę, która zresztą rzadko się przydawała,
              ponieważ podczas rozrywania torebki większość płynu i tak się rozlewała.
              Spożywanie cytronady w sklepie było surowo zbaraniane przez personel. W
              awangardowej wersji w woreczku pływał plasterek cytryny.

              herbawit - napój gazowany podobny do serwowitu, żółty albo pomarańczowy,
              słodki, mniej sfermentowany niż serwowit, w butelce po oranżadzie.

              kawa zbożowa - w czasach przejściowych trudności na rynku kawy naturalnej, nasz
              rodzimy przemysł zaoferował konsumentom całą gamę równie dobrych naturalnych
              kaw zbożowych. Nie tylko była ona tańsza, nie tylko zdrowsza, ale i nie
              nastręczała tylu problemów co naturalna kawa w ziarnkach. Nie trzeba było
              specjalnych znajomości by ją kupić, nie trzeba było po nią stać w gigantycznych
              kolejkach, nie trzeba było jej mielić w z trudem pożyczonym młynku do kawy. No
              i ten wybór! Mieszanka zbożowo- naturalna "Santana",
              zborzowa "Inka", "Turek", "Dobrzynka". Upierając się przy kawie naturalnej
              skazani byliśmy na jedyną obowiązującą "extra selekt" w której to kawie
              znajdowano nieraz kamienie lub była lekko stęchła, w najlepszym wypadku
              ekspedientka przepaliła ją w swoim sklepowym młynku. Mimo to społeczeństwo nie
              potrafiło docenić walorów kawy zbożowej, która zalegała sklepowe półki.

              Koncentraty – bardzo popularne skoncentrowane napoje do rozcieńczania wodą.
              Szczególnie popularny był koncentrat „coli”.

              Mandarynka – oranżada produkowana przez „Społem”, nalepka z mandarynką na
              białym tle, z lewej strony zielony szeroki pas. Napis na nalepce: „Napój
              gazowany, słodzony z dodatkiem naturalnych soków cytrusowych. cena zł. 3.20 PN –
              76/A – 79032” . Społem produkowało również tańszą wersję pod nazwą „Oranżada
              Wyborowa”- w cenie 2.40 zł. Tu już nie pozostawiano złudzeń co do składu
              napoju. „Napój gazowany słodzony z dodatkiem substancji smakowo-aromatycznych,
              sztucznie barwiony” Duża czerwona litera „O”, z lewej strony etykiety, szeroki
              niebieski pas.

              Mazowszanka – to prawdziwy dinozaur, relikt przeszłości. Do dziś przetrwała w
              niezmienionej formie z ta samą nalepką i w typowej dla siebie litrowej szklanej
              butelce. W wersji 0.33l byłą rozdawana za darmo w zakładach pracy. Czasami
              można było znaleźć w zakapslowanej butelce różne drobiazgi; gwóźdź, kamień czy
              spinacz biurowy.

              Mleko – to produkt szczególnie związany z dziejami PRL-u. Każdy obywatel miał
              mieć niczym nie skrępowany dostęp do mleka. Spożycie mleka było jednym z
              ważniejszych wskaźników wałkowanych przy wszystkich okazjach. W szkołach
              darmowe mleko było rozdawane w czasie dużej przerwy, mleczarze roznosili je pod
              drzwi mieszkań (charakterystyczny widok człowieka ciągnącego wózek na mleko o
              godz. 5.00 rano), w zakładach pracy rozdawano je na stołówkach. Codziennie było
              dostarczane do sklepów jeszcze przed ich otwarciem i stało w piętrzących się
              skrzynkach na ulicy aż do przybycia personelu. Często ratowało życie
              powracającym nad ranem zmęczonym rodakom. Mleko miało zbilansować braki białka
              zwierzęcego i było ważnym elementem polityki. Jakość mleka natomiast, już
              zupełnie nikogo nie interesowała i jeśli słyszało się głosy niezadowolenia , to
              były to głosy malkontentów. Na szczęście typowa dla dzieci niechęć do napojów
              mlecznych, pozwoliła przetrwać narodowi w miarę dobrej kondycji. Mleko
              pozbawione wszelkich norm, sprzedawało się w nie "hermetycznych" butelkach
              zamykanych za pomocą sreberka. Cała wiedze dotyczącą mleka czerpało się właśnie
              z owego sreberka. Kolor świadczył o zawartości tłuszczu, ale tylko z grubsza (
              srebrny – mleko chude, złoty – tłuste), a o dacie produkcji świadczyła
              nieczytelna data wytłoczona w sreberku. Wraz z pojawiającymi się plotkami, że
              personel sklepów sika do mleka, a w najlepszym razie dosypuje proszku IXI (
              którego zresztą smak wyraźnie się w mleku wyczuwało), spadało spożycie mleka,
              aż do pojawienia się mleka w folii. Co prawda takiego mleka nie dało się po
              otwarciu postawić w lodówce ani w ogóle nigdzie, smaczne też nie było , ale
              wreszcie sterylne. Podstawowa technika picia polegała na odgryzieniu rogu
              torebki i przez powstały otwór, wyduszaniu mleka prosto do ust. Nie wypite
              mleko należało przelać do garnuszka. Pusta torebka służyła potem długo jako
              opakowanie na śniadanie do szkoły.

              Mirinda – pojawiła się wraz z Coca-colą, była pyszna i bardzo mocno gazowana.

              napój pomarańczowy - Magda S. wyłuskuje z zakamarków pamięci przepis na
              wspaniały napój na wszystkie okazje.: "Rarytasem był własnoręcznie wykonany
              napój pomarańczowy ze skorek zdobytych pomarańczy. Nie pamiętam dokładnego
              przepisu, ale na pewno gotowało się świeże skorki z cukrem. Robiło się ten
              napój na przyjęcia urodzinowe i imieninowe." Napój odpowiednio wzbogacony, mógł
              na eleganckim przyjęciu udawać poncz lub inny egzotyczny trunek.

              Napój z bani - na początku lat osiemdziesiątych pojawiły się napoje z "bani",
              chłodzone, przeważnie pomarańczowe lub cytrynowe. Był to powiew nowoczesności i
              wielkiego świata - upał, a tu schłodzony napój. Charakterystyczne było to, że z
              upływem dnia napój był coraz "cieńszy" i tracił barwę. /Jedliński/

              Oranżada –(Szampanka) przez długi czas jedyny napój gazowany . Etykieta
              pomarańczowa lub żółta z kieliszkiem szampana tryskającym bąbelkami. Smak
              rozpuszczonych landrynek, bardzo słodka. Sprzedawana w „oranżadówkach”, czyli
              smukłych butelkach z ceramicznym korkiem na drucie. Często dla „szpanu”
              otwierana z „karata”. Napój kultowy, do dziś posiadający wielu zwolenników, o
              czym może świadczyć triumfalny powrót oranżady produkowanej przez
              firmę „Helena”.

              Oranżada w proszku – produkt zakupywany przez dziatwę szkolną przy każdej
              wizycie w sklepie. Nie wielu jednak poznało smak tej oranżady w docelowej,
              płynnej formie. Spożywana głównie na sucho za pomocą palca wskazującego.
              Amatorów tego przysmaku można było rozpoznać po zabarwionych na pomarańczowo
              palcach. Czasem żuta wraz z opakowaniem aż do wyssania zawartości. Pierwotnie
              sprzedawana w cenie 0.50zł. w pergaminowych kopertkach z rysunkiem przekrojonej
              pomarańczy. Potem pojawiła się w nowej wersji w dwóch smakach (pomarańczowa i
              cytrynowa), w cenie 0.80zł. Produkowana przez Libelle. Była bardziej miałka,
              mniej się pieniła i zdecydowanie miała gorsze notowania wśród koneserów.

              płynny owoc - napój jabłkowy występujący w dwóch wariantach : sok klarowany i
              nieklarowny. Jednym z głównych producentów Płynnego Owocu były Zakłady
              Przetwórstwa Owocowo Warzywnego w Łowiczu


              podpiwek Kujawski - fantastyczny napój, który wykonywało się samemu w domu ze
              specjalnego ekstraktu kupowanego w spożywczaku. Podpiwek, zwany czasem kwasem
              chlebowym powstawał przez fermentację zbożowego ekstraktu zalanego wodą.
              Trzymało się go w butelkach po oranżadzie lub po Mazowszance (czasami w
              specjalnych kociołkach z kranikiem). Miał niepowtarzalny smak podobny do
              karmelowego piwa.

              Polococta – brązowy nap
              • nutopia Papierosy 25.01.07, 13:34


                476 - papieroski produkcji Wietnamskiej, o niecodziennym aromacie. Krążyły
                pogłoski, że do papierosów dodawane są włosy Wietnamczyków, co miało tłumaczyć
                ten dziwny odór. Nazywane popularnie " napalmami "

                8 i pół - W początkowym okresie stanu wojennego weszły na rynek papierosy z
                filtrem o nazwie "8 i pół" (białe opakowanie z granatowym napisem), które miały
                podobne walory jak Sporty, a może nawet lepsze. Nie cieszyły się jednak taką
                renomą jak Popularne wskutek rozpowszechnienia plotki, że są to papierosy dla
                milicjantów, ponieważ nazwa określała edukacyjną karierę każdego z z nich
                (podstawówka plus półroczny kurs milicyjny). /Radek R./

                Arberie – papierosy Albańskie zalegające w kioskach nawet w najtrudniejszym dla
                palaczy okresie. Duszące i bez odpowiedniej mocy. Nie dały się „ciągnąć”.
                Palone z przymusu z wyraźnym wstrętem.

                Carmeny – papierosy eleganckie, wyraźnie dłuższe od pozostałych, pakowane w
                czerwony papier z białym napisem CARMEN, foliowane. Traktowane z pogardą przez
                klasę robotniczą ze względu na cenę, niepotrzebny filtr (czasem obrywany) i ból
                głowy, który wywoływały. W jednym z komiksów Kpt. Żbik demaskuje przestępcę
                palącego papierosa – „Robotnik ... i Carmeny pali?!..” W latach 70-tych w
                środowiskach podwórkowych krążyła plotka, że "Carmeny" są opiumowane.

                Caro – bardzo lubiane papierosy. Początkowo w niebieskich potem w czerwonych
                opakowaniach z centralnie umieszczoną durzą literą C. Dość trudne do upolowania
                z uwagi na swoją popularność.

                Drava - jugosłowiańskie - "ekstra Drava - sucha trawa"

                DS – ( popularnie nazywane "sedesami") podobnie jak Alberie nie cieszyły się
                uznaniem chociaż były już bardziej tolerowane, Na opakowaniu niebieska kotwica.
                Za słabe , za wilgotne, za duszące, ciężkie do ciągnięcia.

                Dukaty - były spłaszczone i pakowane w płaskie pudełka zawierające 10 sztuk, co
                czyniło je łatwymi do schowania w kieszeni uczniowskiej.

                Extra Mocne – (emersony, schabowe) papierosy dla prawdziwych twardzieli.
                Występowały w wersji z filtrem i bez filtra( schabowy z kością i bez kości).
                Mniej doświadczonego palacza ścinały z nóg często wywołując torsje. Bardzo
                poszukiwana marka ze względu na swoje parametry: stosunek mocy do ceny.

                Giewonty – papierosy początkowo bez filtra, potem również z filtrem.
                Śmierdziały jeszcze przed zapaleniem. Nie cieszyły się uznaniem palaczy.
                Opakowanie z szorstkiego papieru (zżółkłego jakby ze starości) z centralnie
                umieszczoną śnieżynką. W wersji z filtrem opakowanie z czerwonym stylizowanym
                zarysem gór. Jak w większości papierosów w tym czasie, zamiast sreberka papier.

                Grunwaldy - małe płaskie kartonowe pudełeczko z białym wieczkiem ozdobionym
                jakimś niebieskim motywem militarnym, wieczko odchylane do góry, pudełeczko jak
                na order . Papierosy bez filtra dość krótkie, spłaszczone, ułożone jak
                sardynki. Znaleziony pojedynczy cały egzemplarz pod talerzem gramofonu Bambino
                dał się wypalić ze smakiem. /mfigurski/

                Junak - (siekiera!), po 10 sztuk, paczka taka 1.50, opakowanie z burego
                papieru z niebieskim niewyraźnym nadrukiem rozpadające się w kieszeni. Po
                wszystkich się pluło drobinami tytoniu. W podobnym stylu utrzymane były
                papieroski "Mazur". /mfigurski/

                Kapitan - w niebieskich, twardych pudelkach (dostępne też były w miękkich
                paczkach). Pojawiły się na rynku chyba około roku 1992. Na środku pudelka było
                białe kółko a w nim czarny cień głowy faceta w czapce kapitana morskiego. To
                były chyba pierwsze papierosy które miały konkurować z "zachodnimi fajkami".

                Klubowe – dość popularna marka. Opakowanie z białego( a właściwie kremowego)
                papieru fatalnej jakości z czerwonym napisem Klubowe. Swój renesans przeżywały
                w okrasie stanu wojennego i papierosów na kartki. Czasami do kupienia luzem w
                półmetrowych kawałkach. Klubowe dzieliło się jeszcze na podgatunki, te z
                wytwórni w Augustowie i z fabryki w Radomiu. Augustowskie były o niebo lepsze i
                smakowo i jakościowo co i tak nie warunkowało trafienia na paczkę zrobioną ze
                zmiotek poprodukcyjnych.


                łódzkie - papieroski pojawiły się w połowie lat 80-tych. Biało- czerwone,
                papierowe opakowanie, utrzymane w skromnej a nawet surowej stylistyce.
                Zaliczane do papierosów "lekkich". Bibułka użyta do produkcji "łódzkich"
                przepuszczała powietrze bokiem i każda porcja nikotyny była mocno rozrzedzona
                powietrzem otaczającym. Nie wiadomo czy efekt był zamierzony , ale możemy
                uznać "łódzkie" za prekursora dzisiejszych light-ów. Miały jeszcze tą
                właściwość, że były bardzo mocno "nabite" i przed rozpoczęciem palenia należało
                zmiętolić nieco w palcach, usunąć kołki jeżeli było to możliwe i nadmiar
                tytoniu wykruszyć./Jędrek65/ Proces ten zwany "wykruszaniem", poprzedzał
                palenie większości polskich papierosów. Nie umiejętne "wykruszanie" mogło
                doprowadzić do zniszczenia papierosa przez rozklejenie bibułki lub przebicie
                jej przez ukryte w tytoniu kołki.

                Marlboro – papierosy super elitarne, jedyne produkowane w Polsce na zachodniej
                licencji, drogie i do kupienia tylko u szatniarza. Publiczne palenie Marlboro
                ściągało wzrok zawistników. Dodatkowo można było spotęgować wrażenie przez
                postukiwanie paczką w kawiarniany stolik. Paczka Marlboro wsunięta do kieszeni
                kierownika sklepu czy innej instytucji, działała cuda.

                Marsy - konkurowały ze "stołkami"

                Mdkwari - marka gruzińska, niezwykła rzadkość, określane także jako "palone
                odchody kanarków"

                Mentolowe - kobiece "Sporty". Bez filtra, zielona miękka paczka, zaklejona
                celofanem żeby mentol się nie ulatniał. Ciężkie , ostre, droższe od "Sportów".

                Mewy - bardzo aromatyzowane papieroski, przypominające zapachem tytoń fajkowy.

                Mocne - krótkie papierosy z filtrem w papierowym miękkim opakowaniu. Na białej
                paczce widniała ogromna litera M która składała się z poprzecznych biało-
                czarnych pąsów. Poniżej litery M były małe, czerwone literki "ocne" które
                dopełniały nazwy. Nazwa była całkowicie usprawiedliwiona, ponieważ papierosy
                posiadały zadawalającą moc i były wystarczająco gryzące. W latach 90-tych
                święciły prawdziwy tryumf, zyskując rzesze zwolenników. Jedyne papierosy tak
                podłego gatunku, które doczekały się reklamy prasowej.

                Opal - pojawiły się z okazji manewrów wojsk Układu Warszawskiego Opal 87

                partagasy - Kubańskie papierosy o nieprawdopodobnej mocy.

                Popularne - (popularesy, killersy, gwoździe) następca Sportów o podobnych
                walorach smakowych. Bez filtra z wszelkimi tego konsekwencjami. Te papierosy
                stanowiły deputat tytoniowy w Wojsku Polskim dla żołnierzy służby zasadniczej.
                Najczystszą, koneserską odmianą "popularnych", były t.z. "prawdziwki" czyli
                augustowskie " popularne ". Podczas letnich wojaży, to pierwszy zakup na
                dworcach kolejowych Ełku, Augustowa czy Olecka.

                Radomskie – palone przez desperatów, okrutnie śmierdzące,
                nafaszerowane „kołkami” i innym rupieciem. Potrafiły wypalić się bokiem do
                samego filtra nie naruszając pozostałej części bibułki. Często podczas palenia
                tworzyły efektowną miotełkę, czasami coś w nich strzelało wyrywając kawałki
                tytoniu. Podobne atrakcje występowały i w innych gatunkach, jednak o wiele
                rzadziej.

                Silezje – granatowe opakowanie z wielką białą literą „S”.

                Sporty – najbardziej popularne papierosy PRL-u (najtańsze, cena 3.50 zł).Bez
                filtra. U palacza wyrabiały odruch ciągłego plucia spowodowany koniecznością
                wypluwania przeróżnych drobiazgów pozostających w ustach . Wydzielały
                charakterystyczny swąd kładzionego asfaltu. Wielu polskich emigrantów palących
                na obczyźnie Sporty miało z tego powodu masę nieprzyjemności, jak zwolnienie z
                pracy za używanie narkotyków czy kary za uruchamianie systemów
                przeciwpożarowych. Sprzedawane także w paczkach po 10 szt.

                starty - drugie wcielenie sportów. Papierosy utrzymane w podobnym reżimie
                technol
                • nutopia Słodycze 25.01.07, 13:34


                  blok lubuski - smakołyk w kształcie cegły imitujący smak czekolady. Masa była
                  przemieszana z jakimiś odpadkami po produkcyjnymi, jakby resztkami wfli.

                  Bolek i Lolek – polska balonowa guma do żucia. Jak wiadomo polski przemysł
                  spożywczy jak dotąd nie potrafił wyprodukować gumy balonowej. Różne gumy
                  pojawiające się na rynku, najczęściej w kształcie irysków, były twarde, wręcz
                  kruche i do wzorca „Donald” było im daleko. Sytuację miał zmienić
                  właśnie „Bolek i Lolek”. Balony jednak wychodziły słabiutko, a smak był nijaki.

                  ciepłe lody – ciekawie rozwiązany problem braku chłodni w niektórych sklepach.
                  Ciepłe lody sprzeczne z logiką już w samej nazwie, produkowane były na bazie
                  prawdziwego wafelka od lodów. Był on wypełniony czymś w rodzaju stwardniałej
                  piany o dość sympatycznym smaku. Wszystko razem wraz z etykietka wytwórcy,
                  zapakowane było w celofan.

                  czarna perełka – były to małe brązowe groszki, uwięzione w sprytnym okrągłym
                  pudełeczku z cienkiego żółtego plastiku. Poprzez pokręcanie wieczkiem od
                  pudełka, zgrywało się otwory na bocznej ściance przez które potem poprzez
                  intensywne potrząsanie, wydobywało się groszki. Niestety groszki najczęściej
                  się sklejały w jedną bryłę i żeby je wydobyć i tak trzeba było otworzyć
                  pudełko. Smak groszków odgrywał rolę drugorzędną, a ważne raczej było zmaganie
                  się z materią.

                  czekolada czekolado podobna – to symbol PRL-owskiej rzeczywistości. Wyroby
                  czekolado podobne miały zastąpić braki w podaży prawdziwej czekolady, która
                  była eksportowana prawie na cały świat i cieszyła się tam największym uznaniem.
                  My tym czasem byliśmy skazani na przeróżne wynalazki w formie czekolado
                  podobnych bloków, czekolad, cukierków, polew. Żeby forma pasowała do treści,
                  stosowano często „etykiety zastępcze”. Z Węgier sprowadzano czekolado
                  podobne "Afrikany". W drugiej połowie lat 70-tych zasadniczo występowały 2
                  rodzaje polskiej czekolady: Amatorska - mleczna czekolada w fioletowym
                  opakowaniu z dużą literą A na opakowaniu oraz Wyborowa - gorzka (lubili ją
                  wyłącznie dorośli) w jasno zielonym opakowaniu.

                  Donald – (guma do żucia, balonówa) produkt dostępny wyłącznie u „prywaciarzy”
                  czyli wszelkiego rodzaju budkach warzywnych i bazarach, ewentualnie w Pewexach.
                  Pakowana w kolorowe błyszczące papierki z wizerunkiem Kaczora Donalda i co
                  najważniejsze dołączona była do niej historyjka obrazkowa z postaciami Disneya.
                  Historyjki zbierało się, i wymieniało między sobą , a charakterystyczny zapach
                  gumy długo przywoływał przyjemne wspomnienia. Często, gdy guma już traciła
                  smak, nie była wyrzucana tylko zasilana kolejną. Normy przewidywały jednoczesne
                  żucie do czterech gum. Alternatywnie żuło się gumy-kulki sprzedawane w długich
                  foliowanych opakowaniach (jakby na metry). Sprzedawca odcinał żądaną ilość gum.
                  Wszystkie gumy można było uszlachetniać przez jednoczesne rzucie grafitu
                  kolorowej kredki, co nadawało gumie piękny jaskrawy kolor.

                  draże indyjskie – znalazły się w tym spisie głównie ze względu na niezapomnianą
                  nazwę. Były to orzeszki oblane jakąś brązową substancją.

                  dropsy – protoplasta „mentosów”, chociaż pozbawiony jakiejkolwiek reklamy,
                  znany każdemu mieszkańcowi naszego kraju. Występowały w najróżniejszych smakach
                  i kolorach, miały jednak zawsze jedna wspólna cechę – bardzo trudno było usunąć
                  z nich opakowanie. Papierek w który były zawijane odklejał się często dopiero w
                  ustach.

                  herbatniki – sama nazwa jednoznacznie kojarzy mi się z trudnymi czasami. Co to
                  są herbatniki wyjaśniać nikomu nie trzeba. Dawniej jednak herbatniki to bywało
                  drugie śniadanie w szkole, wykwintny poczęstunek dla gości, suchy prowiant na
                  wycieczkę, nagroda w szkolnym konkursie. Niewątpliwą zaletą herbatników było
                  to, że zawsze można było je kupić.

                  iryski – małe kostki zawijane w papierki jak paczuszki, wykonane z masy
                  podobnej do „krówek” tylko twardsze. O ile nie leżały z byt długo gdzieś w
                  magazynach, to bardzo ładnie się żuły, i zyskiwały miano „mordoklejek”,
                  przestarzałe były kruche i nie miały już takiej wartości. Konkurowały z
                  nimi „toffi”.

                  kukułki – bardzo poszukiwane cukierki, w kształcie landrynki. Ale to jedyne
                  podobieństwo. Były brązowe z białymi paseczkami, nadziewane jakimś alkoholem.
                  Bardzo smaczne. Często wystawiane na stół jako stały element dekoracyjny.

                  lizaki – występowały w dwu wersjach: 1- okrągłe, płaskie , z kolorowym wzorkiem
                  w kształcie kwiatuszka w środku, na drewnianym patyku, zawijane w celofan. 2 –
                  w kształcie kogucika, z czerwonej masy, na drewnianym patyku, nie pakowane.
                  Później pojawiły się lizaki na plastikowych patyczkach. Były to owalne, jakby
                  rozpłaszczone dropsy na patyku, pakowane w zgrzewany celofan. No i
                  oczywiście „Kojaki” dziś znane jako „lili-pops”. Regionalnie występowały też
                  lizaki z żołnierzykiem. Lizak przypominający smoczka, zamiast patyczka
                  posiadał plastikową figurkę żołnierzyka lub Indianina.

                  lody „Bambino” - były to lody na patyku o smaku śmietankowym. Loda należało
                  spożyć w możliwie najkrótszym czasie najlepiej zachłannymi „gryzami” , w
                  przeciwnym razie lód spadał na ziemię, a my zostawaliśmy z samym patykiem. W
                  najlepszym razie mieliśmy rękę umazaną po łokieć. Udoskonalona wersja tego
                  loda, która miała być pozbawiona już opisanych wyżej defektów, nosiła
                  nazwę „Calipso”. Tu producent w ogóle zrezygnował z instalowania patyka,
                  obarczając tym zadaniem konsumenta. Jak przypomina znakomity badacz tematu i
                  specjalista od mrożonek Mateusz F. ,dołączony do paczki patyczek był płaski,
                  taliowany i doskonale przyjął się w gabinetach lekarskich jako przyrząd do
                  badania gardła i powiększonych migdałków. Nabywca loda mógł samodzielnie podjąć
                  decyzję, czy zje go patyczkiem-łyżeczką, czy też podejmie śmiałą próbę nabicia
                  loda na patyk. Decyzję należało podjąć w oparciu o panujące warunki
                  atmosferyczne i stopień zmrożenia loda. Praktyka wskazywała na korzystanie z
                  pierwszej metody, choć po kilku minutach trzymało się w garści roztopioną
                  breję, to jednak straty na lodzie były i tak mniejsze niż w przypadku
                  niefachowego nabicia na patyk. Wprowadzone na krótko lody "Śnieżki" oklejone z
                  obu stron wafelkami, nie rozwiązały nabrzmiałych problemów spożycia loda.
                  Dalszych doświadczeń na lodach nie prowadzono. (specjalne podziękowania za
                  udostępnienie swoich wieloletnich badań nad lodem w PRL, dla Mateusza F.)

                  lokomotywka - plastikowa, przeźroczysta lokomotywka wypchana różnokolorowymi
                  groszkami o smaku kwaskowym. Groszki zazwyczaj posklejane. Bardzo intensywny
                  barwnik skutecznie farbował dłonie i język.

                  miętówki - Kupowało się na kg, zrobione ze sprasowanego, białego, miętowego
                  proszku, zrobionego na kształt okrągłej, średniej wielkości tabletki. Pani
                  sklepowa, zwykle pakowała te miętówki do papierowej torebki, która od wewnątrz
                  po jakimś czasie była pokryta odsypującym się z cukierków białym proszkiem a
                  także łapka sięgająca po te miętówki również nabierała białego koloru. Miętówki
                  się zwykle ssało, szybko się rozpuszczały. /derfic/

                  misie – żelowe misie przywożone z NRD. Funkcjonowały też pod nazwą HARIBO.
                  Bardzo popularne i często uważane za smaczne. W jednostkach handlu
                  nieuspołecznionego (prywatne budy, zieleniaki), sprzedawane na sztuki.

                  mleko skondensowane w tubkach – nie przypadkiem znalazło się w dziale
                  słodyczy. Każdy doskonale wiedział, że inne użycie tego smakołyku, jak
                  bezpośrednie wtłoczenie do organizmu, było by czystą stratą. Stratą
                  niewybaczalną tym bardziej, że mleczko było praktycznie nie do zdobycia.
                  Występowało także w wersji czekoladowej.

                  obwarzanki – małe, twarde obręcze upieczone z mąki z wodą, nawlekane na
                  papierowe sznureczki. W sklepach
                  • zewsi Re: Słodycze 25.01.07, 14:36
                    Bolek i Lolek to była guma, która w trakcie żucia rozpadała się na grudki.
                    Ciepłe lody widziałem przedwczoraj w moim spożywczaku :-)
                    Draże Indyjskie - bardzo dobre. :-)
                    Lokomotywa była fajna. Wydaje mi się, że nie tylko lokomotywą była lokomotywa.
                    Ale mogę się mylić. :-)
                    A w tubkach mleko też widziałem przedczoraj. Miało w nakrętce taki trzpień,
                    którym się przebijało błonę tubki. :-)
                • nutopia Zabawki i gadżety 25.01.07, 13:35


                  Armatka na korek – coś w rodzaju drewnianej pompki której wylot zatykało się
                  dołączonym do zestawu korkiem. Energicznym ruchem wsuwało się tłoczek do
                  armatki co powodowało wystrzelenie korka połączone z hukiem. Starsi koledzy
                  uzyskiwali podobny efekt podczas otwierania wina. Dostępna na odpustach i pod
                  kościołami.

                  Automatyczny ołówek – przedmiot pochodzący z Czechosłowacji. Po wykręceniu
                  mechanizmu z obudowy, otrzymywało się niezbędną w szkole „splówkę”. Zaopatrzony
                  był w sprytną temperówkę ukryta w przycisku ołówka. Najbardziej popularny kolor
                  obudowy to brudno-żółty.

                  bajki - (kino domowe) to kupowane w rolkach przeźrocza z bajkami, do
                  wyświetlania za pomocą specjalnego rzutnika, zwanego często "projektorem".
                  Bajki sprzedawane były w kioskach "RUCH-u" w małych plastykowych pudełeczkach.
                  Na wieczku przyklejona etykietka z tytułem bajki. Do wyświetlania bajek służył
                  ciężki, ebonitowy rzutnik, który po rozgrzaniu żarówki zaczynał wydzielać
                  charakterystyczny swąd. Zbyt długie studiowanie jednego obrazka groziło
                  wypaleniem w nim dziury.

                  Bierki - gra zręcznościowa wymagająca saperskiej precyzji i wewnętrznej
                  dyscypliny. Po rozsypanie na stole plastikowych patyczków w różnych kształtach
                  i kolorach, należało je po kolei zbierać, aż do "skuchy". "Skucha" następowała
                  gdy w czasie podnoszenia bierki, któryś z patyczków poruszył się. Wygrywał ten
                  kto zbierał najwięcej punktów. Bierki składały się z harpunów, bosaków, wioseł,
                  zwykłych bierek i były odpowiednio punktowane.

                  Bosmanka – (sznurek zakończony kulką) wyplatało się ją ze sznurka do bielizny
                  na bazie kulki z łożyska, piłeczki kauczukowej lub innego regularnego
                  przedmiotu. Bosmanka nie miała konkretnego praktycznego zastosowania, była
                  raczej czymś w rodzaju talizmanu czy fetyszu. Niektórzy potrafili jednak za jej
                  pomocą, wyszarpnąć krzesło z pod siedzącego czy ułamać zeschłą gałąź z drzewa.
                  Przypuszczalnie na popularność bosmanki miał wpływ Jorguś Pyzdra.

                  Chińska gumka – gumka o narkotycznym zapachu. Nie było sposobu by oderwać się
                  od wąchania. Na większości gumek , prędzej czy później, pojawiały się ślady
                  zębów, pozostawione przez złamanych cudownym zapachem, właścicieli.

                  Chiński długopis – każdy go miał. Był ciemno bordowy, ze złotą skuwką, miał
                  lekko wygięty wkład, pisał cienko na fioletowo i częsty przerywał. Nie rozlewał
                  się jak inne długopisy.

                  chiński piórnik - W latach 70-tych piórnik chiński to była podstawa
                  szczególnie wśród dziewcząt. Plastikowe pudełeczka ze słodkim rysuneczkiem na
                  miękkim (podszytym gąbką) wieczku. Piórnik zamykało się za pomocą magnesu
                  (bardzo ważne bo magnesy wyjmowane z piórników miało bardzo wiele
                  interesujących zastosowań). Niebagatelną sprawą był również fakt, że w piórniku
                  znajdowało się lusterko. Oprócz chińskiej gumki pachnącej w piórniku należało
                  mieć również chiński ołówek z gumką na końcu. W latach 80-tych pojawiły się
                  polskie super tandetne podróbki chińskich piórników, gumek i ołówków /Ravik/

                  chińskie nalepki - omamiły większość dziewczyn pod koniec lat 70-tych.
                  Prawdziwy szał ( każdy z nas ich 500 miał). Były to takie wypukłe nalepki z
                  gąbką w środku. Czasem miały wypukłe oczka, które się ruszały.

                  długopis z widoczkiem - górna część długopisu wykonana była z przeźroczystej
                  rurki zalanej jakimś płynem. Wewnątrz rurki działy się przedziwne rzeczy. A to
                  nurkował kaczor Donald, padał srebrny śnieg lub przepływał jakiś statek.
                  Czasami spotykało się egzemplarze dla dorosłych. Odpowiednio manipulując
                  długopisem, można było pozbawić odzienia tkwiącą w szklanej rurce piękność. Z
                  czasem płyn w długopisie mętniał, a zatopione w nim figurki ulegały powolnemu
                  rozkładowi.

                  Flamastry – przynoszone do szkoły jak relikwie, w często metrowych opakowaniach
                  po 60 szt., pozyskiwane od rodziny powracającej z zagranicy (flamastry były w
                  takich wypadkach podstawowym prezentem), prawie nigdy nie używane (z obawy
                  przed wypisaniem), dokonywały żywota, wysychając w opakowaniu.

                  Gitara z żyletką – rodzaj temperówki do ostrzenia ołówków. Nie wielu znałem co
                  by potrafili naostrzyć tym ołówek. Za to stylistyka na 5. Ciekawe co by się
                  działo gdyby dziś wprowadzić do szkól takie gadżety?

                  Góralski piórnik – często spotykany drewniany pojemnik na przybory szkolne, z
                  wypalanymi góralskimi motywami. Właściciel takiego piórnika, nierzadko
                  używał „długopisu ciupagi”.

                  Haclówa – rodzaj broni zaczepnej, wykonywany w dwu wersjach; wersja ciężka –
                  rączka wygięta (w kształcie kamertonu) z grubego drutu, najlepiej izolowanego,
                  guma modelarska (kauczukowa) o przekroju kwadratowym. Pociski z wygiętych
                  szpilek lub drutu. Wersja lekka – wysnuwało się pojedynczą gumkę z gumy do
                  majtek i mocowało ją bezpośrednie do palców ( kciuk i wskazujący). Hacel
                  wykonywało się ze zrolowanego papieru. Można było w ten sposób rozsyłać po
                  klasie korespondencję lub w czasie klasówki błagać o pomoc „kujona”. W
                  ostateczności zawsze w kieszeni znalazła się jakaś wygięta szpilka.

                  Jajka na wodę – podstawowa oręż na lany poniedziałek, do czasu pojawienia
                  się „Ludwika”.

                  jo-jo na gumce - dość durna zabawka odpustowa, wykonana z trocin obleczonych w
                  kolorowy celofan. Najbardziej pociągające było sprawdzenie czy w trocinach nie
                  ma ukrytej jakiejś tajemnicy.

                  Kalejdoskop - prześliczna zabawka, rozwijająca zmysł estetyczny i wyobraźnię.
                  Była to rurka z twardego kartonu, jakby rodzaj lunety. Wewnątrz wyłożona
                  lusterkami, na końcu znajdowała się wydzielona cześć, wypełniona kawałkami
                  kolorowych szkiełek, koralików, kawałków plastiku. Obracanie kalejdoskopem
                  powodowało przemieszczanie szkiełek, a ich obraz, odbity w kilku lusterkach
                  tworzył symetryczne wzorki cudownej urody. Działanie hipnotyczne i
                  uzależniające. Notowano nawet kilku godzinne seanse bez przerw. Po uzyskaniu
                  szczególnie efektownego wzorku, należało zmusić rodziców by delikatnie, nie
                  naruszając struktury, podziwiali nasze dzieło. Rodzic miał obowiązek wykazać
                  oszołomienie wielkim plastycznym talentem dziecka. Oszołomienie powinno
                  potęgować się wraz z nowymi kompozycjami podsuwanymi do oceny, aż do
                  osiągnięcia stanu histerii.

                  Kalkomanie – ozdobne obrazki naklejane za pomocą wody np. na meblościanki,
                  glazurę, lustra, samochody itp. w celu upiększania wystroju wnętrz. Bardzo
                  delikatne, często się rwały przy naklejaniu. Przywożone głównie z NRD, gdzie
                  sprzedawane były na przykład z wizerunkami polskich aktorów.

                  Kapiszony – małe papierowe konfetti lub taśmy podobne do serpentyny, z
                  wklejonym maciupkim ładunkiem hukowym. Kapiszony były amunicją do specjalnych
                  blaszanych pistoletów. Miały nie najlepszą opinie z racji na mizerny huk, i
                  spory odsetek niewypałów. Stosowane również do strzelania ze śrub. W nakrętkę
                  spajającą dwie śruby wkładało się kilka kapiszonów lekko dokręcało i mocno
                  rzucało się o chodnik.

                  Kawałek cegły – Przedmiot po prostu niezbędny do zabaw na podwórku. Służył
                  zarówno do rysowania torów „Wyścigu Pokoju”, „klas”, „chłopków” jak i do
                  przygotowywania podwórkowej zupy. Do bardziej monumentalnych prac stosowało się
                  kawałki pustaków, do precyzyjnych – twardą czerwoną cegłę.

                  Kolejka PIKO – dla wielu, to wystarczający pretekst na postaranie się o syna,
                  który był najlepszym alibi dla zakupu tego cacka. Kolejka pochodziła z NRD, u
                  nas najczęściej sprzedawana w „Składnicach Harcerskich”. Zasilacze do kolejek
                  były dodatkowo wykorzystywane do zasilania lampek choinkowych (dawały możliwość
                  regulacji natężenia światła).

                  Korki – amunicja do korkowców. Sprzedawane w kwadratowych pudełeczkach
                  wyściełanych trocinami. Podwórko znalazło dla korków wiele ciekawych
                  zastosowań, z których najbardziej ryzykowne polegało na obraniu korka z
                  • nekroskop88 Re: Zabawki i gadżety 25.01.07, 14:15
                    naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta?:P
                    • nutopia Re: Zabawki i gadżety 25.01.07, 14:28
                      nekroskop88 napisał:

                      > naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta?:P
                      >
                      >
                      naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta?;P
                      • lullu1 Re: Zabawki i gadżety 25.01.07, 14:32
                        nutopia napisała:

                        > nekroskop88 napisał:
                        >
                        > > naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta?:P
                        > >
                        > >
                        > naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta?;P

                        melduję posłusznie,że tak..:)
                    • zewsi Re: Zabawki i gadżety 25.01.07, 14:41
                      Go, Dryla, go!
    • mmagi a fuj:-) 25.01.07, 15:31

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka