anna_sla
21.08.07, 12:08
nasze organizmy kiepsko zareagowały na zmianę klimatu z morskiego na nasz..
Chodziliśmy oszołomieni, z wielkimi szumigłówkami a nawet zdarzały się nam
chwilowe zawroty głowy i nudności i bynajmniej nie był to efekt zmęczenia, bo
pospaliśmy. Magda ten stan z samego rana przepłakała a chłopcy przespali do 9:30..
Podróż w tamtą stronę nie była aż taka ciężka, ale naiwnie sądziliśmy, że
skoro jest nas trójka dorosłych na trójkę dzieci to dostaniemy cały przedział.
To był wielki błąd. W tamtą stronę jechaliśmy z jakimś facetem, to był jeszcze
pikuś.. Niesamowite wrażenie wywarło na chłopców to, że pociąg ruszył, z
niedowierzaniem patrzyli, że przesuwa się krajobraz za oknem. Chłopców
usypiałam w wózkach a na koniec wjechałam nimi do przedziału (jeden za drugim)
i tylko ciut z niego wystawały (jakby nie było tego faceta to by całe
wjechały).. a Magda normalnie kładła się na siedzeniach. Na jakąś godzinę
przed końcem podróży pociągiem Bartek stał się dość kłopotliwy, miał dosyć,
Magda chciała wysiąść gdziekolwiek również mając dość (chyba skutecznie
zniechęciliśmy ją do pociągów ;P). Łamaliśmy wszystkie zasady wychowania jakie
postanowiłam na samym początku, czyli: "nie nosić na rękach", "nie prowadzać
za rączki" itp. Chodziliśmy z nimi, nosiliśmy. Potem 15 minut mordęgi w busie
i na miejscu. Wszyscy byliśmy nieco poddenerwowani, zmęczeni, spoceni
koszmarnie i brudni. Ubrań po tym kursie nie dało się ręcznie w ogóle doprać.
W ogóle nie było gdzie suszyć tych ubrań i kiepsko schły te wyprane, więc dużo
nie praliśmy. Ubrań wzięliśmy na tyle, że poradziliśmy sobie bez prania,
jedynie spodnie musieliśmy kupić, Wojtek krótkie a ja dresiki. Wykąpaliśmy się
i ruszyliśmy jeszcze tego samego dnia na jakiś obiad, bo dzieci miały
serdecznie dość bułek. Zamówiliśmy zupy, nakarmiliśmy i uśpiliśmy chłopaków w
wózkach, a 15 minut później Krzyś pokazał co myśli o całym tym wyjeździe
histerycznie płacząc non stop. Nie szło go uspokoić ani ponownie uśpić.. Było
nam go żal.. Ruszyliśmy "zobaczyć" morze.. Wrażenie na dzieciach wywarło
niesamowite. Magda z niedowierzaniem robiła wielkie oczy i wciąż mówiła "wow,
ale woda" itp.. Pościągaliśmy dzieciom butki, skarpetki i do wody.. Magda
zaczęła się chlapać, uciekać z radością przed falami, Bartusia na rękach
trzymałam tak i podrzucałam, że kopał nóżkami fale i również zanosił się
śmiechem. Krzyś natomiast absolutnie nie chciał się wody tykać. Panika wielka
w oczach i przerażenie. Babcia trzymała go na rękach a on komentował po
swojemu wszystko dookoła wskazując palcem, a buzia mu się nie zamykała prawie
;)) W nocy spali aż miło, ale bardzo ciężko zasypiali, a Krzyś popłakiwał i
musiałam do niego wstawać nie pamiętam już ile razy.
Pierwszego dnia (po pierwszej nocy) cały dzień padało. Przykro mi było, bo
naobiecywaliśmy tyyyle Madzi i nic z tego.. Chodziliśmy po mieście w
płaszczach przeciwdeszczowych i rozpieszczaliśmy ją innymi rzeczami:
wiatraczek, zabawki, szumiąca muszelka, statek, kula ze świecącym brokatem,
piękny parasol itp. Zaglądaliśmy tu i ówdzie i kupiliśmy jej kaloszki, których
zabranie z domu zawetował mężuś, a tymczasem okazały się potrzebne. W sumie na
dobre to wyszło, bo te w domu są z samej gumy a te co kupiliśmy były z
materiałowym obszyciem w środku i nóżki jej się tak nie odparzały.. Na koniec
dnia zawędrowaliśmy do "parku rozrywki" (tak to się nazywa?) a tam basen z
piłeczkami, domek z okiennicami, ślizgawka, rura do zjeżdżania i wiele wiele
innych a wszystko obite miękkimi materacami.. Wyszaleliśmy się tam za
wszystkie czasy, coś wspaniałego. My jako rodzice mieliśmy wejście gratis, a
po jakimś czasie zaryzykowałam i wzięłam też chłopców ku wielkiemu
zaskoczeniu, że nie musieliśmy za nich nic dopłacać, więc za 14zł wybawiła się
cała nasza rodzinka przez całą godzinkę (no chłopcy trochę krócej).. Magda
była tak wykończona po tym, że wsadzona z Krzysiem do wózka zasnęła na
siedząco w drodze do motelu..
Kolejny dzień był dość upalny, szaleliśmy na plaży, Magda z tatusiem w morzu,
a chłopcy jak żółwiki ciągnęli do wody.. Trochę Bartusia pochlapałam a potem
wędrując po plaży zaczepiali różnych ludzi (i ludzie ich też :)). Słońce było
takie, że potem wydawało mi się, że przegrzaliśmy Bartusia, był cały gorący,
marudny a pili jak smoki. Fale były takie, że niechcący tatuś za daleko wszedł
do morza i kiedy chluśnęło Magda się zachłysnęła i obraziła po tym na cały
świat. Zawinęła się w ręczniki i leżała jak kuleczka na plaży zakryta po sam
nos i warczała na nas jak ją ruszaliśmy..
Trzeciego dnia była już mniej słoneczna pogoda, pierwsze pół dnia
korzystaliśmy z różnych atrakcji miasta: lodziarnie, wesołe miasteczko, na
którym Magda biedna chciała wszystko, nie mogąc na nic się zdecydować i
wszystkiego się bała. Od samego patrzenia miała dość i nawet nie można było
podjąć decyzji za nią. Wsadziłam ją niemal na przymus do pociągu obok innej
małe dziewczynki i całą podróż musiałam ją trzymać za rękę idąc obok tego
pociągu. Bała się, ale jej się bardzo podobało. Potem tatuś wziął ją do
samochodu elektrycznego, siedziała mu na kolanach, trzymając się kurczowo i
nie było tak źle dopóki tata nie zaczął stukać się z innymi ;)) Na nic innego
nie można było ją namówić.. Potem poszliśmy znów do parku rozrywki i nad
morze. Madzia szalała z tatuniem nad morzem, a chłopcy zdobywali góry piachu,
które usypywałam rozsypując je i zasypując dołki, które kopałam ;))
Podróż powrotna to była męczarnia.. Magda nie chciała w ogóle wsiąść do
pociągu płacząc histerycznie. Ludzi multum nawet na korytarzu, a my w
przedziale siedzieliśmy dodatkowo z jedną kobietą ciężarną i matką z 4-letnimi
bliźniakami. Było ciasno, niekomfortowo, dzieci kiepsko spały. Usypiałam ich w
wózku rozkładając go na korytarzu dostając bury za to kręcącym się w te i
wewte ludziom, którym z resztą dłużna nie byłam. Potem przenosiłam ich na
siedzenia i dopiero składałam wózek (jeden, bo drugi wrzuciliśmy na górę z
bagażami, bo nie było miejsca, więc chłopaków usypiałam po kolei). Byliśmy
jeszcze bardziej brudni, zmęczeni i spoceni. Czułam się okropnie, miałam
wrażenie, ze capi ode mnie na kilometr. Na domiar złego byłam przekonana, że
Wojtek zabrał ze sobą 2 bawełniane podkoszulki, więc chciałam jedną pożyczyć.
Okazało się, że wziął tylko jedną i to z napisem "super tata" i symbolem
Supermena. Miałam do wyboru, albo wstydzić się w tej koszulce albo pocić w
bluzkach ze sztuczności.. Wybrałam to pierwsze, więc wyobraźcie sobie jak się
czułam. Najgorszy do opanowania był oczywiście Bartek. Dużo nosiłam go na
rękach. Uspokajało go dopiero stanie przy oknie, przy którym spędziliśmy
znaczną część podróży zarówno w tamtą stronę jak i z powrotem. We Wrocławiu
zamówiliśmy im ciepły obiadek (ziemniaczki z sosem) i byli już szczęśliwsi.
Przebraliśmy na peronie i wsiedliśmy w ostatni pociąg, w którym Krzyś
przepłakał znów od nadmiaru wrażeń prawie godzinę. Trochę pospali, a jak się
wyludniło to zaczęło się dreptanie z nimi po pociągu..
Byłam zdumiona, że całą podróż teściowa nie dawała do wiwatu, nie wtrącała się
prawie, nie marudziła, nie furczała i choć bez niej umęczylibyśmy się dwa razy
bardziej i tak przeszkadzała. Widać było po niej niezadowolone miny, miała
wszystko wyrysowane na twarzy, ale bywało też, że i wypowiadała swoje
niezadowolenie na głos.. Denerwowało nas to, robiła wiele rzeczy na siłę.
Trochę czuliśmy dyskomfort z tego powodu i już nigdy więcej nie chcemy z nią
nigdzie jechać, a we Wrocławiu (w drodze powrotnej) wkurzyła mnie w końcu na
maxa, że nie chcę tej baby teraz dłuuuugo widzieć.. Pierwszy raz naprawdę
byłam zazdrosna o babcię. Dla Magdy mogłam prawie nie istnieć, Krzyś też
bardzo lgnął do babci, a warunki były takie, że ciężko było skupić uwagę na
całej trójce na raz. Strasznie mnie to żarło od środka. Naprawdę pierwszy raz
byłam o nią zazdrosna.. W motelu mieliśmy dostęp do internetu. Byłam zła, że
Wojtek w ogóle oto pyta i wieczoram