bue-na
01.10.08, 23:06
Mam straszny mętlik w głowie. Wiem, ze forum internetowe nie jest najlepszym
miejscem żeby szukać pomocy, ale ja nie mam kogo spytać o radę.
Oczywiście sprawa tyczy się związku.
Nie wiem czy dalej kontynuować tą farsę, czy dać sobie spokój. Kocham Go
bardzo, jest dla mnie całym światem, ale zauważyłam że zaczął się ode mnie
oddalać. Chociaż może nigdy nie był blisko. Tak naprawdę u nas nie ma czegoś
takiego jak przyjaźń miedzy partnerami, która była dla mnie normalnym
zjawiskiem w poprzednich związkach. Nie mam może wielkiego doświadczenia,
niewykluczone że wcześniej naprawdę dobrze trafiałam, a nie potrafiłam tego
docenić. Ale wzajemne zrozumienie, wsparcie, okazywanie czułości,
zainteresowanie drugą osobą było czymś naturalnym z obu stron. A teraz jest
inaczej.
Nie wiem, może trafiłam na typowego faceta dla którego okazywanie
miłości=bycie mięczakiem. Ale czy to nie jest trochę niepoważne ?
Skoro podejmuję próbę bycia z kimś, deklaruje mu swoje oddanie i miłość, skąd
mogą brać się takie zahamowania?
Widujemy się głównie w weekendy z racji, że ja studiuję, a jemu "nie chce
jeździć się w te i spowrotem"(mieszkamy w innych miastach). Od jakiegoś czasu
w naszym związku czuję się jak lala na telefon. Przyjeżdżam do niego, śpimy
razem, spędzamy kolejny dzień, wracam do domu, po czym jest znów kilka dni
pojedynczych, zdawkowych telefonów żeby sprawdzić "gdzie jestem", po czym znów
następuje weekend i wszystko się powtarza. Wszelkie moje prośby i propozycje
są z góry traktowane jako złe i zbyt kłopotliwe by je spełnić. Jeśli się na
coś zgadza to z wielką łaską.
Ostatnio pokłóciliśmy się dość mocno. Przyznam, że sytuacja w której jestem i
to jak wygląda nasze partnerstwo powoduje że stałam się dość nerwowa. Nie
potrzebowaliśmy więc sporo żeby rozpętać burzę. Były krzyki, wyzwiska (z jego
strony), płacze. Powiedział mi parę gorzkich słów. Kiedy emocje opadły
zapewniał oczywiście o uczuciu. Ja niestety jestem za miękka, potrzebuję jego
dotyku, bliskości, uległam, niby starałam się nie wracać do sytuacji, ale
naprawdę nie mogę zapomnieć. Nie wiem co robić.
Wiem, że nic już z tego nie będzie. On nie zmieni postawy, ja będę miała mu za
złe. Przecież nie można wymusić na kimś żeby nagle zaczął drugiego człowieka
szanować, bo można tylko narazić się na śmieszność i tak naprawdę kopać dołki
pod swoją godnością.
Czuję jak zimno jest między nami.
Jak to możliwe, że ukochany człowiek się tak zmienia?