fizula
05.06.07, 23:44
Na zwierzenia mi się zebrało, bo właśnie równo 4 lata temu właśnie po 22.00
stwierdziłam, że rodzę, choć z telefonem do położnej jeszcze żeśmy się
wstrzymali do 1.oo. Wtedy wydawało mi się, że skurcze są już co 5 minut (he
he, bo liczyłam i małe, i duże skurcze zamiast wyłącznie dużych).
Ten poród był naprawdę relaksujący i spokojny po wcześniejszym urodzeniu
Liduni w szpitalu. Ponieważ tamten był wywoływany (i żel z prostaglandynami,
i kroplówka z oksytocyną), to w ogóle nie wiedziałam, co to są przerwy między
skurczami. Od początku do końca porodu czułam jeden wielki 4-godzinny skurcz
ku rozpaczy mojego męża (który bardzo chciał liczyć odstępy między
skurczami). Tak więc rodząc Daniela dowiedziałam się, co to znaczy odpoczywać
w czasie porodu. Mogłam się cieszyć faktem, że nikt mi kwestionariusza nie
każe wypełniać, nie szwendają się obce osoby. Że nikt mi z wanny nie każe
wychodzić, gdy tu zaczęłam przeć. Że jestem pytana, czy życzę sobie
znieczulenie podczas szycia, czy nie. Że z ukochanym dzieciątkiem nie muszę
się rozstawać ani na chwilę. Trwające chwilkę zważenie i zmierzenie też
mogłam widzieć, potem ubranie w wymuskane przeze mnie ciuszki. Że najbardziej
ukochana i odpowiedzialna za nas osoba, mój luby małżonek, może być z nami w
dzień i w nocy.
Poznałam na sobie samej czym się różni położnictwo od sztuki położniczej. Po
urodzeniu Lidzi 3 miesiące czułam, że siedzenie nie jest dla mnie. Dzięki
Zosi, mojej położnej pęknięcie było na tyle powierzchowne, że następnego już
dnia siedziałam wygodnie, wyszłam nawet na 5 minut z psem na spacer do lasu.
Zosia fantastycznie prowadzi końcówkę porodu z ochroną krocza. Główka się
sama wolno wytaczała między skurczmi, a ja miałam za zadanie ziajać podczas
skurczów. I pomimo że podobno raz pęknięty materiał ma duże szanse w tym
samym miejscu znów się przerwać (tego się obawiała położna), to udało się
Zosi ochronić mnie rzeczywiście świetnie. Nie zapomnę nigdy jej okrzyku
dezaprobaty podczas parcia: "Iza, dlaczego Ty się tak mało rozciągałaś!"
(chodziło jej o masaż krocza, który mi zaleciła). Ale to jakoś bardzo mi
pomogło wewnętrznie po poprzedniej "bezdusznej" położnej, która właściwie nie
bardzo dbała o mnie, równie dobrze mogło jej nie być. Tak mnie to podniosło
na duchu, że jej tak na mnie zależy. I moje w związku z tym zaskoczenie, że
pęknięcie było, ale minimalne.
I to było takie świetne, że mój mąż mógł mnie podtrzymywać. Czułam całą sobą,
że ta pozycja jest doskonała do rodzenia, gdy jest się wspartąż o męża. Na
końcówce rzeczywiście jak to zwykle bywa trud zdawał się nie do zniesienia,
ale chwila pracy oddechem i już mogłam tulić Danielka. Cudowną małą kruszynę.
Króciótkie powierzchowne szycie w ogóle mi nie przeszkadzało, gdy w ramionach
mogłam trzymać taki wytęskniony skarb.
A trochę później mogłam spać z nowonarodzonym Danielkim po jednej stronie, a
z Lidzią po drugiej.
Dobrze było się przekonać na własnej skórze, że poród jest objawem zdrowia, a
nie jakąś szczególną chorobą (za jaką uznawany jest w wielu szpitalach).
Jutro będzie ten przesympatyczny 4-lrtni młodzieniec dmuchać tort z
dinozaurem :o)