Od kilku dzieci z różnych szkół podstawowych słyszałam już, że w sklepikach szkolnych prawie nic nie ma. Puste półki rodem z PRL-u
Obecnie można kupić: jabłka, chrupki kukurydziane, batoniki musli, wodę, mleko. W jednej ze szkół kanapki.
Poza jabłkami - żadnych owoców, choć przecież sezon w pełni. Suszonych też nie. Nie ma sałatek, orzechów, migdałów, wafli ryżowych, nawet tych małych marcheweczek - no nic.
Super, że zniknęło śmieciowe jedzenie, ale ja się pytam - czy jest coś w zamian? Ciągle tylko czytam, że czegoś nie ma - a co jest? Może to kwestia czasu, może się rozkręcą, ale mam wrażenie że sklepikarzom (szkołom?) brakuje pomysłów. A jak jest u Was?