julita165
11.09.18, 09:46
Ja wiem że dopiero drugi tydzień szkoły ale mamy problem. Synek w I kl, wchodząc do szkoły to jest kłębek nerwów, łzy w oczach albo i płacz. Do końca nie możemy dojść o co chodzi. Pani wydaje się miła, syn potwierdza, poza tym opinie ma bardzo dobre. W klasie jest kilka osób znanych mu z przedszkola ( trzech chłopców i trzy dziewczynki, nie byli to jego przedszkolni ulubieńcy ale nie miał z nimi żadnych konfliktów, nie jest też tak że miał jakiegoś przyjaciela z którym go rozdzielono ), siedzi w ławce z chłopcem też znanym mu z widzenia z przedszkola, choć z innej grupy. Podobno chłopiec fajny. Synek do szkoky wydaje się przygotowany więcej niż dobrze. Prawie płynnie czyta, matematyka na poziomie kl I to dla niego kupa śmiechu ( ponieważ na samym początku obawiał się lekcji zrobiłam z nim w domu kilka zadań z końca podręcznika i poszły gładko, chyba uwierzył że da sobie z lekcjami radę, wychowawczyni też już mi mówiła że na lekcjach z poleceniami radzi sobie świetnie ). Jego chyba jakoś deprymuje szkolna atmosfera, nie może poradzić sobie ze stresem związanym z ilością dzieci, tłokiem, hałasem, zamieszaniem, ciasnota ( na to wprost narzeka ) czy ja wiem co tam jeszcze. Przyznam że jestem zdziwiona az taka reakcja. Wiem że jest dzieckiem dość wrażliwym, potwierdzono to w diagnozie szkolnej, ale nie jakoś wybitnie wrażliwym. Pierwsze trzy lata chodził do malenkiego przedszkola i gdyby stamtąd trafił do szkoły może bym się nie dziwiła. Ale do zerówki poszedł do normalnego dość dużego przedszkola i odnalazł się bardzo dobrze. Już po kilku dniach panie mówiły że świetnie się zachowuje, bez problemu wszedł w grupę dzieci. Ma też doświadczenie z zajęciami z innymi prowadzącymi niż przedszkolna ciocia. Chodził na basen, na piłkę, w przedszkolu na różne dodatkowe zajecia, niektóre nawet w szkole do której teraz trafił więc tą szkołę też już troszkę poznał. Wie co i gdzie ma robić w szatni, wie która to jego klasa, gdzie toaleta itp. A mimo to strasznie się stresuje i peszy. Każde odstępstwo od tego co sobie myślał powoduje stres. Np wychowawcy generalnie odbierają pierwszaków z szatni. Zwykle gdy przychodzimy jeszcze pani nie ma, a wczoraj już była no i płacz bo pomyślał ze się spóźnił. Dziś znowu pani nie było bo pierwsza jest informatyka z innym nauczycielem. Nie było też nikogo z jego klasy ( było na drugą lekcje, może wszyscy przyszli wcześniej i byli w świetlicy ). Wszystkich pierwszaków dziś na górę do sal odprowadzała woźna. Już widziałam panikę w oczach ze nie ma jego klasy, jego pani. Ki diabeł ? Szkole wybrałam z kilku powodów m. in dlatego że ma bogatą ofertę różnych zajęć pozalekcyjnych .Nie chce nic, wczoraj z miną mordercy nie chciał wejść nawet na zajęcia pokazowe i to z dziedziny która bardzo lubi. Nie usiadł z dziećmi tylko osobno i nic nie robił. Nie o to chodzi że ja chcę pierwszaka obarczyć nie wiadomo jakimi zajęciami. Po prostu lekcje kończą ok 12, ja jednak pracuje po 8h, babcią może go odbierać ale to chyba nie o to chodzi żeby sobie od 13 siedział na tyłku i TV oglądał. Te zajęcia to tylko tak dla zabicia czasu, żeby nie siedział w świetlicy, do której zresztą też chodzić nie chce - nuda. On generalnie bywa dzieckiem humorzastym, właściwie od urodzenia no ale nie jakimś zaleknionym. Czasem zupełnie obcy człowiek go zagada i on chętnie rozmawia, ludzie wręcz mówią że jest wygadany. A tu miną marsowa, nos na kwintę wszystko jest nudne albo głupie albo oba na raz. Co z tym robić ? W ogóle coś ? Czy czekać że samo przejdzie ?