patsik
31.01.08, 22:06
Syn ma 11 lat.
Codziennie po szkole chciałby "skoczyć" do Kuby, Dawida, Wojtka czy
Piotrka. Albo żeby oni do nas "wpadli".
Zwykle się zgadzam.
Ale tak się zastanawiam - czy to nie za często?
Ja mam kontrolę, kiedy chłopaki są u nas - reaguję, kiedy zaczyna
się gra w piłkę w pokoju i wyganiam na dwór, nie pozwalam grać na
kompie. Kiedy mnie nie ma, nie pozwalam na wizyty kolegów.
Ale wiem, że u innych kolegów rodzice bywają nieobecni, kiedy zwala
się dzika banda pięciu jedenastolatków(tak, słowa: "dzika"
oraz "banda" są tu jak najbardziej na miejscu). Nie wiem, jak
wyglądają ich domy i mieszkania po przejściu tego huraganu - ale
sądzę, że nie mają nic przeciwko temu, bo mój syn twierdzi, że
ciągle jest zapraszany. Wiem też, że inni rodzice nie mają tak
restrykcyjnego stosunku do oglądania telewizji i grania na
komputerze - często obydwa te sprzęty stoją wręcz w pokoju dzieci.
Jeszcze jedno: wiem, że niektórzy z tych kolegów zaczęli
popalać....Czy pozwalanie na tak częste kontakty pozaszkolne, poza
kontrolą dorosłych, nie jest narażaniem dzieci na pokusy zrobienia
czegoś "zakazanego"? Czy to nie jest puszczenie dziecka "samopas"?
Z drugiej strony - przecież nie zamknę nastolatka w czterech
ścianach po to, żeby ochronić go przed złym światem....