Dodaj do ulubionych

Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dobra

04.04.08, 08:35
www.gazetawyborcza.pl/1,89247,5083491.html
Wstrzasnal mna ten tekst. Chyba jest bardzo prawdziwy....Daje wiele
do myslenia, ja w kazdym razie myslalam wczoraj przed pojsciem spac.

I ten tytul : zameczam syna dla jego dobra....ufff
Obserwuj wątek
    • plepla Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 04.04.08, 09:22
      Chlerka!!! Mój syn w tym roku idzie do gimnazjum - w pierwszym odruchu wybrał bardzo amibitnie (czym mnie zaskoczył)- najlepsze w mieście. Ochoczo przyklasnęłam wyborowi (ja chodziła do najlepszego liceum, ale byłam typem pracowitego kujonkawink). Zaczynamy się wahać. Syn jest bardzo inteligenty ale do pracusiów nie należy - owszem ma dobre stopnie, ale przychodzą same, z roku na rok jest coraz trudniej ... chłopak nie ma parcia na wiedzę i najlepsze oceny, on woli mieć luz i święty spokój. Przyznał, że gimnazjum wybrał bo tam idzie kumpel - najlepszy uczeń w klasie ... nie chciałabym abyśmy znaleźli się w tym punkcie, w którym jest autorki listu ...brrrrrr
    • wieczna-gosia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 04.04.08, 09:33
      no mna tez wstrzasnal..... aczkolwiek dla mnie to proba usprawiedliwiania sie....

      "Tracimy kontakt z synem. Zaczyna nas unikać, bo wie, że w jakiejkolwiek sprawie
      by się nie odezwał - zawsze w końcu padnie pytanie, czy odrobił lekcje... Obłęd".

      no wlasnie obled- a przeciez mozna go uniknac. Po prostu nie pytac o lekcje-
      mozna se ustalic np. ze w weekendy sa tabu. albo po godzinie 20 nie rozmawiamy o
      szkole. Albo ze w ogole nie rozmawiamy o szkole w czasie rozmow z synem, tylko
      inicjujemy je jako osobny temat.

      "Łapię się na tym, że węszę pod jego pokojem, żeby sprawdzić, czy się uczy, czy
      też znowu ściąga muzykę z internetu i siedzi na Gadu-Gadu. Głupio robić
      rodzicielskie naloty, ale nieraz do głowy mi przychodzi, żeby wyłączyć cichcem
      kabel z dostępem do sieci".

      nie po kryjomu- tylko moze faktycznie mlody potrzebuje pomocy przy organizacji
      pracy- tym bardziej ze faktycznie nie ma kiedy jej sie nauczyc- wszystko sie
      robi za niego- najpierw lekcje w szkole potem panie od jezykow i kiedy on ma
      sobie powyznaczac priorytety?

      i moim zdaniem wszystkoe sie rozbija o priorytety wlasnie. Mlody chce angielski
      dodatkowy i kontynuowac niemiecki, tak? a jednoiczesnie nie nadaza ze szkola
      tak? w szkole angielskiego ma 6 godzin tak? To moze warto pogadac z nim w
      kierunku zmmiejszenia obciazen? W koncu skoro niemieckiego uczykl sie 6 lat-
      mozna go podtrzymywac za pomoca np wyjazdow na obozy jezykowe do Niemiec- i
      wrocic do niego w 2 czy 3 klasie gimnazjum jak sie czlowiek wdrozy? A moze ten
      dodatkowy angielski wcale nie jest potrzebny? a moze ten w szkole jest na
      nizszym poziomie bo po prostu pani nie daje sobie rady i warto zasugerowacf
      zmiane? A moze ustalic z mlodem co go wlasciwie interesuje i na te przedmioty
      ustalic minimalna ocene typu 3 czy nawet 2 a z tych przyszlosciowych zachceac go
      dio pociagniecia?

      Poza tym z listu wynika ze dostaje paly, potem powtiorki go nudza ale wkoncu
      poprawia-moze pomoc mu sie nauczyc jak sie uczyc- pokazac jakies techniki typu
      ze warto sie uczyc w szerszym kontekscie, ze warto tworzyc sobie mapy pamieci,
      niektorzy wola sobie pisac inni czytac glosno... zewarto pouczyc sie pol godziny
      na full niz poltorej przy migajacym okienku z GG?

      dla mnie najwazniejsza informacja jest to ze syn szkole lubi. To dobrze- byc
      moze nie bedzie najlepszym uczniem w tej szkole, byc moze nie bedzie nawet
      dobrym uczniem- ale skonczy dobra szkole, ktora lubil.

      Poza tym- ciekawe czy autorka tekstu widzialajak sie zabijaja o mechanikow,
      stolarzy, monterow klimatyzacji? czy autorka tekstu wie ile zarabia np monter
      klimy? bo mi kapcie spadly smile mysle ze swiat zmierza w kierunku elastycznosci-
      umiejetnosci wykorzystywania wiedzy i zdolnosci w roznych zawodach, dobierania
      puzzli szkolen i studiow tak- by zawsze cos zyskiwac. Owszem dwa jezyki warto
      znac- ale umowmy sie- za granica przy znajomosci angielskiego JUZ znamy dwa
      jezyki w tym jeden dosc rzadki smile
      • andaba Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 04.04.08, 10:49
        Yyyy.

        Chyba przestnę się krzywić na rejonowe gimnazjum, kiepskie, o fatalnej opinii i oddalone od domu o parę kilometrów bez możliwości dojazdu.
        Zwłaszcza, że syn wczoraj przyniósł wiadomość, ze koleżanka kumpla, która poszła do gimnazjum, na które on się napalił już jakiś czas temu, ze świetnej uczennicy zrobiła się uczenicą trójkową, i jest to okupione potwornym wkuwaniem.
        Może jednak lepsze rejonowe?
        • beataj02 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 05.04.08, 12:41
          My przerabialiśmy ten problem prawie dwa lata temu.
          Syn uczy się dobrze, nie ma co narzekać, choć wg mnie gdyby
          przysiadł mocniej mógłby być znacznie lepszy wink.
          Gdy zaczął się przymierzać do gimnazjum też wymyślił sobie jakieś
          mocno odjechane (bo część klasy też do niego chciała). Po jakiś 2-3
          miesiącach stwierdził, że właściwie, to coraz więcej osób rezygnuje
          z tego ambitnego (czyli to był taki owczy pęd), więc może on by
          poszedł do sportowego ? Też dobre, pomyślałam...
          A potem był wypadek syna i marzenia sportowego gimnazjum odpłynęły w
          niebyt sad( I przy zajęciu większości czasu przez rehabilitację i
          leczenie, zostało zwykłe, rejonowe gimnazjum.
          I co się okazało ? Że to bardzo dobra szkoła, na dość wysokim
          poziomie, z dwoma językami obowiązkowymi oraz profilowanymi klasami.
          Do tego dużo zajęć dodatkowych, kółek zainteresowań, czasem nawet
          czasu brakuje na wszystko, co by się chciało wink. Blisko, bez
          dojazdów (zabierających czas oraz stwarzających potencjalne
          zagrożenie dla nastolatka), w znanym otoczeniu i wśród znanych
          ludzi. No i kolejna niespodzianka - z podstawówki, z tych wcześniej
          deklarujących inne gimnazja ostatecznie gdzie indzie poszły 2 !!
          (słownie dwie) osoby. A cała reszta trafiła do rejonu. I wcale źle
          na tym nie wychodzą.
          Ja wiem, że wyścig szczurów, że później dobre liceum, studia, że te
          języki czy inne osiągnięcia sa potrzebne, że należy dziecku zapewnić
          jak najlepsze warunki rozwoju, że trzeba go motywować, kierować...
          Wszystko to racja. Tylko, że z drugiej strony stoi młody człowiek,
          który nie ma czasu na zabawę, rozrywkę czy oderwanie się od nauki.
          Po prostu - trzeba znaleźć ZŁOTY ŚRODEK smile)
          • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 06:52
            Tak, złoty środek!! Moi synowie kończyli dobre gimnazjum. Na
            egzaminie końcowym mieli 96 i 94 punkty ( ten nieco zdolniejszy miał
            94) i.... w domu jesli odrabiali lekcje to nie dłużej niz godzine
            dziennie. Chodzili za to na liczne kółka, oglądali filmy w wresjach
            oryginalnych i... uwazali na lekcjach. Bo lekcje były lekcjami a nie
            usadzaniem rozrabiaków. Wybrali liceum zgórnej półki. Oceny poszły w
            dół, ale nie drastycznie. Czasu maja mniej, ale nigdy nie zawalili
            nocy.
    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 05.04.08, 12:52
      Eeee tam, tekst naciągany.
      Wpisuje się w modny nurt, by nie wariować, nie uczyć rocznych dzieci czytać,nie
      wymagać od uczniów olimpijskich wyników?
      A wymagacie?

      Nie ma co straszyć tzw. dobrymi szkołami.
      Zdolny sobie poradzi, najwyżej nie będzie mieć piątek.
      A musi? Ważne, by miał wiedzę.
      Gorzej z tym mało zdolnym, od którego ambitni rodzice wymagają, by sobie
      poradził. Ale taki w każdej szkole będzie mieć problemy.

      To są mity o tych super-szkołach, kuźniach talentów, o bógwijakich wymaganiach.
      Są tam zwyczajne, zwyczajnie zdolne, zwyczajnie inteligentne dzieci, żadne
      cyborgi.
      I wymagania są na miarę tych dzieci.
      A mity biorą się chyba stąd, że ustosunkowani rodzice umieszczają tam swoje mało
      rozgarnięte pociechy po znajomości, a potem się skarżą.

      Dziecko ma punkty? Zdało egzamin? No to czego się bać?

      (Cyborgi faktycznie się zdarzają, ale jest ich tak mało,że nie stanowią zagrożenia).
      • marzeka1 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 05.04.08, 15:25
        Mam 2 synów, jeden jest zdolniejszy i pilniejszy, ale to starszy jest w I klasie (dobrej) rejonowego gimnazjum (nie ma opcji u mnie szkoły prywatnej czy społecznej),w życiu nie zamęczałabym dziecka w imię jego przyszłego szczęścia, bo na razie chce zostać kierwocą TIRa, i co mamy zrobić my rodzice, po dobrych uniwersytetach (mąż skończył 2 fakultety), wykształceni? Wolałabym, by bardziej chciał się uczyć, miał większe ambicje, ale nie za taką cenę, niech sobie będzie szczęsliwym kierowcą TIRa niż sfrustrowanym szczurem w korporacji.
        A wcale nie było mi łatwo dojść do takich wniosków.
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 05.04.08, 23:05
        Nie naciągany, niestety.
        Ja chodzilam do takiej "dobrej szkoły", dawno temu, jeszcze przed
        modą na dobre szkoly. Ta była jedna z najbardziej renomowanych w
        Warszawie. Rodzice błagali mnie prawie na klęczkach, abym nie była
        idiotką - nie zmianilam zdania. Cóż ja, olimpijka, nie dam sobie
        rady???
        Niby dałam. Na samych trójach (jedynek jeszcze wtedy nie było, wiec
        na dzisiejszy poziom - na samych trójach i dwójach). Mając
        swiadomość, ze jestem głupia. Że uczę sie, a nie umiem (w związku z
        tym przestałam sie uczyc i to była dobra decyzja).
        Na studiach ze zdumieniem stwierdziłam, ze jednak nie jestm głupia.
        Ale kompleksy - z "dobrej" szkoly przeszkadzaja mi do dziś. Jestem
        pewna, ze bylabym duzo lepsza w swojej pracy po gorszej szkole.
        • jogo2 Re: No i jak to się ma do argumentu 05.04.08, 23:48
          który pojawił się w wątku o przeprowadzce? że atutem W-wy są te dobre szkoły -
          jako hasło samo w sobie. Podnoszony między innymi przez Verdanę, która jak widać
          tutaj, "dobrą" szkołę wspomina fatalnie. No, że jest ten wybór. Człowiek to
          potrzebuje mieć wybór w szafie - bo ciągle w tym samym chodził nie będzie. A
          szkołę to i tak trzeba wybrać jedną, a nie zmieniać co roku. Więc czy to będzie
          wybór z 2 czy z 10 to naprawdę wychodzi na jedno.
          Dziecko to trzeba nauczyć dobrego zorganizowania i samodzielnej pracy. Przykład
          z artykułu jak dla mnie - dzieciak zajeżdżony tłuczeniem się w samochodzie po
          wielkim mieście - spędzający najlepsze godziny dnia, kiedy jest jako tako
          wypoczęty - w korkach. Przekładanie intensywnej pracy umysłowej na wieczór i
          brak pomocy rodzicieli, żeby usiadł i z każdego przedmiotu pouczył się 5 min. A
          potem kolejne 5 min. No ale jak tu poświęcić tylko 5 min. kiedy on ma już
          taaaakie zaległości. I korki, i mama staje na uszach i napięta atmosfera w domu
          aż do jego dorosłości i wszyscy łącznie z nim już mają dosyć tego tematu od
          samego rana przez 7 dni w tygodniu, a odpuścić nie można. Brak organizacji, brak
          organizacji i brak organizacji od samego początku. A wystarczyło tylko na
          początku edukacji przypilnować dzieciaka i da to więcej niż wszystkie "dobre"
          szkoły. Chęci do nauki nic nie zastąpi, a ta sama nie przychodzi i na zywa się
          po prostu dobra organizacja w szybkim robieniu niemiłych rzeczy (czyt.
          odrabianie lekcji) oraz posiadanie pewnych zainteresowań związanych z
          czymkolwiek czego uczą w szkole nie dlatego że tam tego uczą, tylko dlatego, że
          to interesujące. Ale to się głównie wynosi z domu. Szkolny program jest w stanie
          z każdego przedmiotu zrobić papkę bez smaku (por. wątek: nieprzeciętnie zdolne
          dziecko).
          • verdana Re: No i jak to się ma do argumentu 06.04.08, 09:45
            "Dobra" szkoła to nie szkoła ze szczytu rankingów. Dobra oznacza
            taka, ktora czegoś uczy, ale jest przyjazna uczniom. Moja córka
            chodzila do doskonałego liceum, 40-60 miejsce na liscie rankingowej.
            Miejscowa szkola moze być niedobra wcale nie dlatego, ze ma niski
            poziom.
            • srebrnarybka Re: No i jak to się ma do argumentu 06.04.08, 20:35
              Popieram w 100%. A jeśli chodzi o omawiany w tym wątku tekst, to
              problemem nie tylko jest szkoła, ale i rodzice, którzy świadomie
              zaprogramowali cyborga "dla jego dobra" i pilnują, żeby w cyborgu
              wszystko stykało. Takie dziecko nawet w bardziej przyjaznej szkole
              pozostałoby cyborgiem. Problem w tym, że to wcale nie działa na
              rzecz dziecka. Schody się zaczną na studiach, a nawet przy wyborze
              kierunku studiów, jeżeli rodzice będą tę sprawę konsultowali choćby
              w 5% z dzieckiem. Widziałam już maturzystkę, która przez całe liceum
              była komputerem zaprogramowanym do tego, by się dorbze uczyć.
              Wygrała parę olimpiad, dostała sie na dwa prestiżowe, ale dość od
              siebie odległe, kierunki studiów i rodzice, którym już zabrakło
              inwencji, przyprowadzili ją do mnie, bym doradziłą co wybrać
              (nawiasem mówiąc maturzystkę przyprowadziła mi do domu mamusia, bo
              przecież 19latka nie może sama poruszać się po mieście). Problem był
              straszny, bo panna to były nowoczesny komputer bez programu.
              Dotychczasowy program Micrsoft KUJON nie umiał już sobie poradzić z
              refelksją na temat, co właściwie chcę w życiu robić i co mnie
              interesuje. I nowego programu Microsoft nie wyprodukował ...
          • andaba Re: No i jak to się ma do argumentu 06.04.08, 18:08
            jogo2 napisała:

            Brak organizacji, bra
            > k
            > organizacji i brak organizacji od samego początku. A wystarczyło tylko na
            > początku edukacji przypilnować dzieciaka i da to więcej niż wszystkie "dobre"
            > szkoły. Chęci do nauki nic nie zastąpi, a ta sama nie przychodzi




            Ale dowcip.
            • jogo2 Re: No i jak to się ma do argumentu 06.04.08, 23:26
              A co Ciebie tak razi w tym stwierdzeniu?
              • marycha.tamasuka Re: No i jak to się ma do argumentu 09.04.08, 19:14
                Mnie razi sugestia, ze checi do nauki wynikają z dobrej organizacji i pilnowania.
                Myslę, ze one rodzą się o wiele wcześniej, kiedy dziecko jest małe i odkrywa
                swiat, a my albo to odkrywanie wspieramy, albo dusimy w zarodku - co jest częstsze.
        • paszczakowna1 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 00:03
          Coś w tym jest. Miałam na studiach koleżakę po jednym z najbardziej renomowanych
          liceów w W-wie (w tej konkretniej dziedzinie absolutnie bezkonkurencyjnym jeśli
          chodzi o olimpiady). Na ważnym egzaminie z matematyki na pierwszym roku był
          system, że aby dostać ocenę wiekszą niż 3, trzeba było oprócz pisemnego egzaminu
          przystąpić do ustnego. Ona nie przystąpiła, mimo iż pisemny napisała na 5. I
          później też starannie unikała podjęcia jakiegokolwiek wyzwania, jakiejkolwiek
          możliwości porażki. A szkołę wspominała jako koszmar.

          > Nie naciągany, niestety.
          > Ja chodzilam do takiej "dobrej szkoły", dawno temu, jeszcze przed
          > modą na dobre szkoly. Ta była jedna z najbardziej renomowanych w
          > Warszawie. Rodzice błagali mnie prawie na klęczkach, abym nie była
          > idiotką - nie zmianilam zdania. Cóż ja, olimpijka, nie dam sobie
          > rady???
          > Niby dałam. Na samych trójach (jedynek jeszcze wtedy nie było, wiec
          > na dzisiejszy poziom - na samych trójach i dwójach). Mając
          > swiadomość, ze jestem głupia. Że uczę sie, a nie umiem (w związku z
          > tym przestałam sie uczyc i to była dobra decyzja).
          > Na studiach ze zdumieniem stwierdziłam, ze jednak nie jestm głupia.
          > Ale kompleksy - z "dobrej" szkoly przeszkadzaja mi do dziś. Jestem
          > pewna, ze bylabym duzo lepsza w swojej pracy po gorszej szkole
        • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 06:46
          Chodziłam, pewnie tak samo dawno jak Ty, do tzw. dobrej warszawskiej
          szkoły. Byłam 4 uczennicą, zdarzały sie 5 ( 6 nie było), czasem 3,
          sporadycznie 2 ( pał nie było).
          W szkole panowała atmosfera konkurencji i nauki, ale w dobrym tego
          słowa znaczeniu. Zresztą nie tylko uczylismy się, był czas i na
          sport i na liczne (!!!!) wycieczki, i wypady do teatru, do Krakowa,
          Gdańska. Na życie towarzyskie.
          Na studia, a medycyna była wówczas bardzo obleganym kierunkiem,
          dostałam sie bez problemu. Na studiach, na których trzeba było sie
          uczyć, tez nie miałam problemów, bo wiedziałam czym jest nauka.
          Dzis moi synowie kończą tę sama szkołe. Szkołę, w której nauka jest
          priorytetem, ale bez przesady. Szkołę, bez przemocy i z umiarkowanym
          wyścigiem szczurów. Są uczniami nieco lepszymi niz ja i jestem
          spokojna o ich maturę.
          P.S Córka kolegi na samych 5 i 6 skończyła liceum, takiej "średnie"
          50-60 miejsce na liście rankingowej. Z klasy 1 osoba jest na
          bezpłatnych dziennych studiach.
          Pozostawię to bez komentarza.
          • ciociacesia wiesz ja konczyłam szkole 10.04.08, 11:16
            chyba nawet nie ujeta w rankingu smile jedyna w miescie - z mojej klasy
            kólo 20 osob pokonczyło dzienne studia. wiec nie jest tak zle smile
    • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 10:16
      Mnie sie wydaje ze tekst jest prawdziwy, ale niestety rodzice sa
      sami sobie winni, i sami nakrecili taka spirale.

      Poslanie dziecka do prywatnej szkoly, z dwoma jezykami, z czesto
      rozszerzonym programem-moim zdaniem absolutnie powinno wystarczyc w
      sferze edukacji. Poprawne przejscie przez taka szkole-naprawde
      gwarantuje ze dzieciak wychodzi z niej niezle wyedukowany. Ja w
      kazdym razie taki mialam plan-dziecko chodzi do dobrej szkoly, ktora
      zalatwia wszystko, i dzieki temu dziecko ma czas na odpoczynek na
      pasje. Posylam dziecko do dobrej, wszechstronnej szkoly, ale to
      zalatwia mi juz wszystko w dziedzinie edukacji tradycyjnej.

      Posylanie dziecka do dobrej szkoly, ale tez i organizowanie pan do
      dodatkowej nauki, posylanie na dodatkowe jezyki-to zwykle
      przegiecie. Dzieciak nie ma czasu, ani ochoty aby po pierwsze
      koncentrowac sie na obowiazkach szkolnych, a poza tym miec czas i
      ochote na inne rzeczy (sport, hobby, odpoczynek).

      Moj syn chodzac do szkoly publicznej zaliczal dodatjkowe
      (uzupelniajace szkole) zajecia (basen, angielski), ale gdy znalazlam
      szkole ktora to wszystko miala w ofercie, zrezygnowalismy z rzeczy
      dodatkowych. Moj syn koncentruje nauke tylko na tym czego wymaga
      szkola- i poza lekcjami w szkole (fakt koncza sie pozno bo maja
      wiecej godzin) i 1/2 godziny dziennie srednio na odrabianie lekcji,
      juz wiecej go szkola nie zajmuje. Choc oczywiscie wbrew pozorom w
      czasie wolnym uczy sie sporo, tylko ze to jest nauka poprzez
      realizacje jego pasji, poprzez czytanie, poprzez rozne wyjazdy. Ja
      sama uwazam ze tydzien spedzony we Wloszech, gdzie byl u wloskiej
      rodziny i zyl normalnym zyciem, jest wieksza nauka niz ten sam
      tydzien spedzony w szkole (no ale nie wszyscy rodzice tak uwazaja,
      sa i tacy ktorzy nie wyobrazaja sobie ze dziecko przez tydzien moze
      nie wkuwac).

      Wydaje mi sie ze opisany tu problem tkwi w rodzicach ktorzy sami
      sobie ale tez i dziecku (choc moze nie wprost) narzucili sobie
      jakies ponad mozliwe oczekiwania.

      Moj syn w tym roku zdaje do gimnazjum-wybiera tzw "dobre" gimnazjum,
      ale tez wlasnie po to aby ten wybor zalatwial na 100% jego edukacje,
      zeby przez nastepne 3 lata nie zawracac sobie glowy zajeciami
      dodatkowymi, korepetycjami itp.


    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 11:00
      Każdy kogoś zna, każdy o kimś słyszał!
      O takim, co maturę oblał i naukowcem został, 4 lata nie mówił, i dali mu Nobla,
      skończył marne prowincjonalne liceum a studiuje dwa dobre kierunki, ma same
      piątki na studiach, a wszędzie chodzi z mamusią, całe życie bał się i uczył i
      dalej tylko się boi i uczy, itp.
      A ja słyszałam o takiej mojej ciotecznej babce, co to paliła codziennie 40 sztuk
      papierosów, dożyła dziewięćdziesiątki i zdrowa umarła.
      No i co z tego?
      Tak,zdarzają się wśród ludzi takie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.

      Ale świat z grubsza jest normalny, zwyczajny, i obowiązują w nim pewne reguły.

      Agatko, możesz spać spokojnie i nie zadręczać się myślą,że zadręczysz dziecko.
      Twój syn jest chłopcem mądrym, inteligentnym, dobrym uczniem, ciekawym świata,
      bez dysfunkcji, bez szczególnych, wąsko ukierunkowanych uzdolnień, które
      utrudniałyby mu funkcjonowanie w szkole.
      Dla takich są bardzo dobre gimnazja, świetne licea, prestiżowe studia. Tacy
      studiują teraz i po dwa dobre fakultety, ale mają czas na kluby, kino, teatr,
      inną rozrywkę, wolontariat.
      Jest ich sporo, prawie cała prawa część krzywej Gaussa, ale nie dość, by
      wypełnić te wszystkie dobre szkoły i studia.
      I ta reszta się szarpie.
      Niech Verdana sama powie, jaki procent jej studentów reprezentuje przyzwoity
      choćby poziom?

      Jak jest różnica między szkołą ze szczytu listy rankingowej, a tą z piątej
      dziesiątki?
      Verdana w tym ma racje, że w tej drugiej nauczyciele często lepiej uczą. Muszą
      się wysilić, bo inaczej nie osiągnęliby nic.
      Dziecko szczególnej troski ( w dobrym sensie) na tym może skorzystać.

      W super szkole nauczyciele często nic nie robią, bo mogą sobie na to pozwolić.
      Zdolni uczniowie to samograj. Przykładowo z matematyki lub fizyki pisze się nowy
      temat na tablicy i rusza do rozwiązywania zadań.( Najlepsze ścisłe liceum w moim
      mieście).
      Po lekcjach młodzież zbiera się i tłumaczy sobie nawzajem.
      I to jest właśnie ten największy plus, największa wartość dobrej szkoły -
      świetni koledzy. Żadne kujony, żadne szczury, zwyczajni inteligentni młodzi
      ludzie, oczytani, o szerokich horyzontach.

      Owszem, zdarzają się i cyborgi-olimpijczycy, ale z natury rzeczy w śladowych
      ilościach, więc nikomu nie są zagrożeniem ani wyzwaniem.
      Wymienione wyżej liceum szczyciło się licznymi sukcesami na olimpiadach,a jak
      się okazało, 80% tych laurów zawdzięczało jednemu jedynemu uczniowi, który
      swojej szkole absolutnie nic nie zawdzięczał.
      Teraz pojawił się następny.

      Zatem dziewczyny, wyluzujcie.
      Wasze dzieci dadzą sobie radę.
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 13:35
        To nie do konca jednak tak jest.
        Trzeba pamiętać, ze w dobrej szkole (dzis, kiedys było nieco
        inaczej) jest sporo osób, ktore chcą byc najlepsze za wszelka cenę -
        albo, znacznie gorzej - ich rodzice chcą, aby dzieci były najlepsze.
        Co z tego, ze oni "daja sobie radę", kiedy jak slusznie zauwazyla
        Srebrnarybka, z niektorych zdolnych dzieci otrzymuje sie w efekcie
        cyborgi - nastawione na wyniki - i tylko na wyniki. I to
        kolezenstwo tez nie jest takie idealne - rywalizacja zabija
        współpracę - nie warto koledze pomoc, bo w dobrze rozumianym
        interesie ucznia jest, aby konkurentowi noga się podwinęła.
        Uczylam 9 lata w liceum, ktore bylo ponizej poziomu morza.
        Wyobrazalam sobie, za absolwenci tej żałosnej szkoły nie poradza
        sobie w życiu - no, moze zalożą sklepik warzywny. Nic bardziej
        mylnego - kulku już ma doktoraty (przed 30-tka!), dwoch czy trzech
        dorobilo się miliona, jeden studiuje na Tajwanie czy w Tajlandii i
        pisze absolutnie fantastyczny blog. W sumie znacznie większy , a
        wkazdym razie nie mniejszyprocent osiagnięć niż w tzw. "dobrej
        szkole". Niemal wszyscy skonczyli studia i to niektorzy - calkiem
        dobre. Bo ta szkoła UCZYŁA i wymagala inicjatywy, a nie tylko
        wymagała stopni. Mowila uczniom, ze moga wiele osiągnąć mimo
        wszystko, a nie ze zly stopień przekresla ich szanse na zawsze.
        • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 14:06
          Verdano, z tego co piszesz wynika, ze zła szkoła gwarantuje sukces,
          a dobra to taka, która skazuje na porażkę!
          Dziś, aby DOSTAĆ SIĘ do dobrej szkoły trzeba dobrze zdać egzamin
          gimnazjalny czy egzamin wewnętrzny przeprowadzany w przypadku
          DOBRYCH szkół niepublicznych. A miernota raczej tego nie zrobi.
          Nawet gdyby rodzice stawali na rzęsach.
          Nie jest prawdą, ze rywaliacja zabija koleżeństwo, natomiast prawda
          jest, że młodziez ze złych szkół potrafi zdołowac
          lepszego/zamożniejszego czy wogóle innego ucznia. Ba,
          nawetdoprowadzić go do takiego stanu, że targnie na swoje życie.
          Studenci dzienni dobrych uczelni najczęściej rekrutuja się z....
          dobrych szkół. Nie twierdzę, że miliona nie może się dorobic
          absolwet szkoły z trzeciej pięćdziesiątki w Warszawie, ba znam nawet
          absolwenta zawodówki, który ma całkiem pokaźne konto.
          Nie rozumiem też dlaczego za wszelka cenę usiłujesz udowodnic, że w
          dobrych szkołach źle się dzieje. Może czaem, ale nie jest to reguła
          a wręcz przeciwnie.
          • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 14:12
            Nie - problem w tym, ze zadna szkola nie gwarantuje sukcesu. Szkoła
            powinna być dobrana do temperamentu (nie tylko uzdolnień!!!!)
            dziecka. Sa dzieci, ktore swietnie poradza sobie w doskonałej
            szkole, a sa takie, które mimo zdolnosci - ta szkola po prostu
            zmarnuje.
            A szkola, ktora wymaga wszystkiego, jedynie dobrych stopni, bardzo
            wysokiej sredniej - to szkola dla bardzo niewielu.
            Studenci dziennych uczelni rekrutują się z bardzo wielu róznych
            szkół, niestety - kryterium jest tu bardziej zamozność rodziców, niż
            poziom szkoly. Ale warto wiedziec, ze np. na UW na wydziale
            historycznym wykladowcy twierdza, ze najlepsi uczniowie to wcale nie
            ci sami, co dobrzy studenci. na przyklad z ogromnej liczby
            olimpijczykow tylko trzech-czterech odniosło praedziwy sukces.
            Reszta nawet nie byla szczególnie dobra na studiach.
            Jesli kryterium "dobrej szkoly" jest % zdajacych na studia, to
            oczywiscie "dobra" szkola gwarantuje zdanie na studia predzej, niż
            slaba. Tylko to naprawde nie jest jedyne kryterium.
            • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 07:36
              Połowicznie się zgadzam - % dostających sie na dobre, publiczne
              uczelnie jest jednym z kryteriów. I to dość waznym, ale nie jedynym.
              Innym waznym jest bezpieczństwo. A to jest w większym stopniu w
              szkołach, do których trafiaja uczniowie, których priorytetem jest
              nauka a nie znęcanie sie nad innymi, wymuszanie itd. Dzis, gdy
              zawodówki prawie zniknęły z edukacyjnej mapy, do liceów trafiaja
              młodzi ludzie, których miejsce jest własnie w takich szkołach. I,
              przykro mówić, ale to oni są autorami takich numerów jak
              przysłowiowy juz kosz na smieci na głowie nauczyciela.
              Innym kryterium jest to, aby młodzi ludzie dobrze sie czuli. A
              dobrze czuja sie podobni z podobnymi ( np. ateista będzie
              nieszczęśliwy w szkole prowadzonej przez siostry zakonne). Jeżeli
              priorytetem jest nauka zdolniejsi i bardziej pracowici podciagną do
              góry mniej zdolnych kolegów, gorzej jesli priorytetem jest olewanie.
              Jesli olewa większość ten potencjalnie niezły młody człowiek zacznie
              olewac i się zmarnuje.
              Nie wiem jak jest na histrii, moge powiedzieć o Uniwersytecie
              Medycznym ( ju nie jesteśmy Akademią). Z Warszawy najlepsi studenci
              są z Hoffmanowej, Władysława IV, Poniatowskiego, Witkacego,
              Czackiego, Batorego, Kochanowskiego. Koledzy mający zajęcie z
              anatomii prawidłowej ( kobyła na I roku) potrafią bezbłednie wskazać
              absolwentów tych szkół. Co więcej są grupy, które w połowie znają
              się ...z ogólniaków. O czymś to świadczy.
            • ally Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 16:50
              verdano, a na czym polega "prawdziwy sukces" na studiach? co przez to rozumieją
              ci wykladowcy?
        • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 14:25
          Pewnie tak sie zdarza (patologiczne parcie do bycia pierwszym nawet
          po trupach), ale mimo wszystko wydaje mi sie ze to jest margines,
          patologia.


          Moje dziecko konczy dobra podstawowke (warszawska, spoleczna z
          czolowki rankingow wg sprawdzianu)-ale prosze mi wierzyc, tam nie ma
          rywalizacji. Ja nie mam pojecia jak ucza sie inne dzieci, jakie
          maja oceny, to wogole nie jest i nigdy nie byl zaden temat.
          Porownanie jest czasem na koncu klasy, bo dzieciaki sobie licza
          srednia-ale to mysle bardziej dla zabawy niz z powodu jakiejs
          rzeczywistej rywalizacji. Taka pokusa ze ma sie jakis namierzalny
          wynik w postaci 1 liczby i sie mozna porownac (kobiety sobie chyba
          tak porownuja swoje wagi, albo BMI....).

          Nawet teraz kiedy dzieci tluka sprawdziany 6-klasisty i co tydzien
          otrzymuja oceny w punktach, ja nie mam pojecia czy syn jest
          najlepszy czy najgorszy, kompletnie mnie to nie intersuje. (swoja
          droga te cwiczenia tych testow, to jest chore, caly rok tluka te
          testy....)


          Mysle ze jak ktos ma chorobliwa obsesje rywalizacji, pokonywania
          innych za wszelka cene, to w kazdej szkole (i w dobrej i w gorszej),
          w zyciu osobistym, wsrod przyjaciol to wyjdzie-jak ktos ma parcie na
          bycie pierwszym, to jest to cecha charakteru, kwestia wychowania-a
          nie wplyw szkoly. Jesli dziecko nie nauczone zostalo ze nie zawsze
          ma byc/moze byc najlepsze, to bedzie miec kiepsko w zyciu,
          niezaleznie gdzie pojdzie sie uczyc.

          Wedlug mnie opisany tu problem tkwi w blednym, zbyt wygorowanym
          zalozeniu jakie sie przyjmuje wobec edukacji dziecka. Mysle ze
          czasem rodzice poprostu przeginaja. Zaczyna sie od nauczania 2
          latka czytania,to 6 latka trzeba juz uczyc dzialan na procentach, a
          w gimnazjum okazuje sie ze poziom nauki elitarnego gimnazjum, to
          wciaz za malo....i to jest ta spirala. Rodzice chca wiecej i
          wiecej, az konczy sie na obsesyjnym sprawdzaniu czy aby dzieciak nie
          traci czasu na glupoty , czy nie marnuje czasu ktory moglby
          wykorzystywac na nauke 5 jezyka z rzedu...


          • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 14:32
            I o to chodzi. Dziecko może sobie poradzić w kazdych warunkach, jak
            nie ma za plecami rodziców, którzy maja "parcie na sukces".
            Niestety, z przykroscią widze, ze takich rodziców jest coraz więcej
            i robia oni (bezwiednie) cholerną krzywdę dzieciom.
            • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 14:58
              Mnie sie wydaje ze nie ma tak wielu rodzicow takich jak piszesz, ja
              w kazdym razie takich nie spotkalam (moze mam szczescie).

              Pewnie sa tacy, ale naprawde jest to margines.

              W naszej szkole (spoleczna podstawowka+gimnazjum), wiekszosc wybrala
              wariant bezpieczny-kontynuowanie dobrego, bezstresowego gimnazjum do
              ktorego dzieci przechodza automatycznie, po podstawowce. Jakies 20-
              30% uczniow podejmuje wysilek (no bo trzeba zdac egzamin, stresowac
              sie itp) zdawania do "jeszcze lepszych szkol", z tego co wiem kazdy
              ma jakies powody takiej decyzji, wybiera konkretna szkole bo z
              jakiegos wzgledu mu sie ona podoba (albo stara sie z jakiegos nie
              podoba)-z tego co sie zdarzylam zorientowac nie chodzi tu o poziom
              wybranej szkoly, raczej chodzi o konkretne zainteresowania dziecka
              (kolega np bardzo interesuje sie informatyka, wiec idzie do
              gimnazjum ktore znane jest z tego ze stwarza dzieciom mozliwosci
              poglebiania zaintersowan), albo o to ze szkola twporzy calosc z
              Liceum i stosuje program na cale 6 lat, a nie tylko 3 lata (nasza
              motywacja). Sa tez osoby ktore chca sie uczyc jakiegos konkretnego
              jezyka (mamy kolezanke ktora szukala szkoly z hiszpanskim). Jest
              tez kilka osob ktore szukaly szkol publicznych (ze wzgledow
              finansowych) ale w ktorych dziecko mogloby dalej uczyc sie 2 jezykow
              jak w podstawowce.

              Jakos nikt z osob z ktorymi rozmawialam o wyborze gimnazjum nie
              wspominal o tym ze wybieraja bo dziecko ma byc najlepsze.
              Oczywiscie ludzie moga byc nieszczerzy i moze tak byc ze prawda jest
              inna...







              • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 07.04.08, 18:10
                Bo obracasz się w gronie rodziców, których stać na społeczna szkołę.
                To jednak pewien luz - można wybierac ze znacznie szerszej "gamy",
                ni mowiac już o tym, ze jak dziecko zda marnie np. egzamin
                gimnazjalny, to prywatne licea i tak go przyjmą.
                W gimnazjum mojego syna (I klasa!!!!) już panika jest podsycana
                przez nauczycieli - oswiadczono rodzicom, ze egzamin po klasie III
                jest najwazniejszy w zyciu i ze musza być swiadomi, ze jak dziecko
                zda go słabo, to własciwie nie ma juz w zyciu żadnych szans na dobrą
                pracę. Wiesz, jak to działa na rodziców, nawet tych 'normalnych"??
                • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 07:38
                  A czy nie uważasz, że jest w tym nieco prawdy? My, na szczęście,
                  egzamin gimnazjalny mamy już dość dawno za sobą....
                • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 09:58
                  verdana napisała:
                  > ni mowiac już o tym, ze jak dziecko zda marnie np. egzamin
                  > gimnazjalny, to prywatne licea i tak go przyjmą.

                  to akurat nie jest prawda - nie każde, tylko kiepskiewink

                  - oswiadczono rodzicom, ze egzamin po klasie III
                  > jest najwazniejszy w zyciu i ze musza być swiadomi, ze jak dziecko
                  > zda go słabo, to własciwie nie ma juz w zyciu żadnych szans na dobrą
                  > pracę.

                  A to w dużym stopniu prawda, a napewno na dobra- z wysokim poziomem - pozwalająca w miare bezboleśnie zdac bardzo dobrze maturę- szkołę


                  Ale nie każdy musi chodzić do liceum, czy końćzyć studiawink

        • michal_powolny12 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 01:37
          Witam
          Masz rację. Sam jestem absolwentem liceum które na moich oczach
          powstawało. Byłem pierwszym rocznikiem którego absolwenci złożyli
          egzaminy maturalne. Przez lata nazywano nas łodzką sorboną to od
          współokatora czyli CKU. I co? Jesteśmy geodetami, radcami prawnymi,
          dziennikarzami, prowadzimy własne firmy. Szkoła jakoby na samym dnie
          a studiowaliśmy dziennie. Tam nas nie dołowano. Mówiono każdy ma
          szansę. Nic się nie stało że repetujesz, że musisz mieć indywidulany
          tok nauki. Liczy się tylko to co chcsze osiągnąć. Wcześniej byłem
          uczniem tak zwanego dobrego liceum i żałuję. Zmarnowałem tam pół
          roku swojego życia. Pół rokuy wyrwane z życiorysu. To co że owa
          rzekomo dobra szkoła miała jedną z najsłynniejszych łodzkich drużyn
          harcerskich jak atmosfera w niej panująca była patologiczna. W
          belejakiej według panów dzienikarzy szkole uczyli mnie najlepsi
          nauczyciele a atmosfera sprzyjała i nauce i przyjaźniom.
    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 10:45
      No to już wiecie, dziewczyny, jak zadbać o przyszłość waszego dziecka.
      Wybrać najgorszą z możliwych szkół, broń Boże żadnych zajęć dodatkowych - i
      spokojnie czekać na doktorat lub milion. A najlepiej jedno i drugie, ale to już
      trzeba szkołę starannie wybrać, dokładnie z ostatniej dziesiątki.;-(

      Verdano, w swoim czasie starałam ci się na przykładzie twego syna wykazać,że nie
      da się ugotować zupy z gwoździa!

      Jasne,że absolwenci najgorszych nawet szkół kończą studia, pracują, robią
      doktoraty. Teraz to żaden problem. Wszyscy, którzy chcą, kończą studia, jest
      mnóstwo miejsc na bezpłatnych państwowych uczelniach. Zrobienie doktoratu,
      szczególnie w humanistyce,wymaga mniej wysiłku intelektualnego, niż prowadzenie
      warzywniaka, wybacz.
      Takie są czasy po prostu.
      A że ludzie pracują, zakładają firmy, to co w tym dziwnego?

      Ale wystarczy popytać szefów firm, jakich mają u siebie absolwentów, do jakich prac.
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 13:19
        Rycerzowo! Nie przekrecaj moich słów.
        Żeby zadbać o dziecko nalezy mu wybrać DOBRĄ szkołę ( a jeszcze
        lepiej pozwolic mu samemu wybrać). DOBRĄ, co nie oznacza szkołe o
        najwyższym mozliwym poziomie. Dobra, czyli dostosowana do dziecka, a
        nie do ambicji rodziców. Dla jednego będzieto najlepsze liceum w
        okolicy, a dla innego - absolutnie nie.
        To samo dotyczy zajęć dodatkowych - one maja byc dla dziecka, a nie
        wyłacznie dla jego przyszej kariery.
        Poczytaj sobie artykuł w dzisiejszej "Polityce" o bardzo dobrej
        szkole. Polecam.
        A zatrudnia sie ludzi przebojowych, takich, ktorzy nie nabawili sie
        po drodze kompleksów - an nie tych, ktorzy skonczyli "dobre liceum".
        Na to nie patrzy żaden pracodawca...
        • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 14:53
          Zgadzam się,że szkoła ma być dostosowana do dziecka.
          Ale watek jest o lękach matek zdolnych dzieci (Agatka), które
          wpędza się w histerię artykułami z przegięciem.
          I straszeniem testami, jak w gimnazjum twojego najmłodszego.

          Artykuł w Polityce wpisuje się w tę sama konwencję.
          Mój zięć ( zwyczajnie zdolny młody człowiek) jest absolwentem tej szkoły i
          zapewnia,że jest normalna.
          • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 15:23
            Poniewaz zostaly mi przypisane leki, i zadreczanie...

            Oswiadczam co nastepuje: Nie mam lekow, ani sie nie zadreczam.
            Sytuacja mojego dziecka pod wzgledem edukacyjnym jest bardzo
            stabilna, uwazam ze jest on juz (na etapie podstawowki) ponad
            przecietnie wyedukowany (w duzym stopniu to jego zasluga, bo ma
            sporo zainteresowan i jakas przedziwna zdolnosc chwytania wiedzy "z
            powietrza"). Dziecko mam tez bardzo samodzielne, takie co to w
            kasze sobie dmuchac nie da (nawet mamie), ktore poradzi sobie zawsze
            i wszedzie (tj w kazdej szkole), bo to taki typ ktoremu
            zadne "otoczenie" nie przeszkadza.


            Przejelam sie bardziej ta historia, konkretna. To byl autentyczny
            list i najzwyczajniej bylo mi zal i tej mamy i tego dzieciaka. Nie
            przejelam sie tym co opisuje ta Pani jako zjawiskiem czyms co
            dotyczy duzej liczby rodzin, bardziej jej osobista tragedia. I
            tyle, jesli chodzi o mnie, i o moje ewentualne leki.

            Sprobowalam sie tez zastanowic jaka jest geneza takiej sytuacji. Co
            zostalo zrobione nie tak, ze teraz i mama i syn tak sie mecza.

            I to tyle. Prosze mi nie imputowac ze jestem osoba na tyle
            glupiutka i naiwbna aby z powodu czyjejes niewatpliwie smutnej
            historii wpadac w histerie. Tak to moze kucharki od Arlekinow
            reaguja....

            Pozdrawiam
            • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 15:41
              Tak, czytelniczki Harlekinów też wierzą, że te opowieści są oparte na faktach....
        • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 15:09
          Verdano, ja odnoszę takie samo wrażenie co Rycerzowa.
          Zgadzam się, że nie dla każdego ta sama szkoła jest DOBRA. Człowiek
          mało inteligentny , a nie ukrywajmy wielu jest takich, nie poradzi
          sobie w szkole trzymającej wysoki poziom. On raczej sprawdziłby się
          w zawodówce, ale niestety prawie nie ma tego rodzaju szkół. ktos
          kiedys postanowił upowszechnic srednie wykształcenie i na siłe
          wpycha się do ogólniaków takich właśnie uczniów.
          Zdolny młody człowiek w takim towarzystwie raczej straci potencjał,
          będzie równał do słabych.
          Renomowane szkoły wcale nie muszą być bezduszne i męczyć uczniów.
          Nie musi tam byc wyścigu szczurów, bezsennych nocy i gnębienia
          psychicznego. Moi synowie z 6 ( przewaznie) spadli na 4 ( czasem
          dostają 5, incydentalnie 6, zdarzają im się 2 były tez pały). I co z
          tego? Nie zarywają nocy, maja kolegów z podobnych domów, o podobnych
          zainteresowaniach, na podobnym poziomie, o zblizonych priorytetach i
          planach. Lekcje sa lekcjami a nie tłumaczeniem po 50
          razy "oczywistych oczywistości", nikt nie znęca sie nad
          nauczycielami. Co więcej uczniowie wiedzą po co przyszli do szoły i
          cenia ja, bo dostać się do niej nie było łatwo.
          Verdano, dobra szkoła sorry, szkoła o dużych wymaganiach i mająca
          wysoki poziom wcale nie powoduje, że jej uczniowie nabawią się
          kompleksów. Przeciwnie - sa pewni swojej wiedzy, kreatywni i
          otwarci. Większość z nich zna języki obce, swobodnie porusza się po
          świecie.
          Kompleksy mają, najczęściej rodzice dzieci, które nie dostały się
          do "dobrych" szkół i za wszelka cenę usiłuja wmówić, że są one
          przepełnione patologią.
          • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 15:21
            Mój syn (zaskoczenie?) chodzi do jednego z najlepszych gimnazjow w
            Warszawie. Ale jest to gimnazjum, ktore widzi tez ucznia, nie tylko
            wyniki egzaminu. Natomiast nie zgodze sie, ze wszystko zależy od
            zdolnosci i inteligencji - sporo zdolnych dzieci nie radzi sobie w
            tzw. "dobrych" szkołach. Sama miałam kilkoro niezwykle zdolnych,
            utalentowanych uczniów, wyrzucanych z renomowanych liceów.
            Ja sama konczylam renowmowana szkołę i zaręczam - ona nie byla dla
            mnie. Cztery najgorsze lata mojego życia, stres, obnizenie aspiracji
            i poczucie beznadziejności. A chyba jednak jestem zdolnasmile))
            W "dobrych" szkołach zbiera sie smietanka uczniów. Tylko część z
            nich będzie w tej szkole takze dobra - większość bedzie słabsza od
            kolegów, okaże sie, ze z czymś sobie nie radza, że "zaniżają
            poziom" - sadzisz, ze wyjdą z tych szkół jako ludzie pewni siebie?
            Nie sądzę, szkola nauczy ich, ze wcale nie są tacy zdolni i
            inteligentni...
            Mój brat cioteczny chodzi do doskonałego, renomowanego,
            dwujęzycznego liceum. Radzi sobie dobrze. Szczyci sie tym, ze od
            dwóch lat nie wyjeżdżał na wakacje, ze nie obejrzał filmu i nie
            przeczytał zadnej książki poza lekturą.
            Szkola, ktora wymaga od uczniów dobrych ocen ze wszystkiego - wcale
            nie ulatwia poruszania się po swiecie, nie ulatwia sprecyzowania
            zainteresowań. Dobra szkoła - jak liceum obok mnie, jedno z
            pierwszych w Warszawie - wymaga od uczniów, aby byli dobrzy w tym,
            co ich interesuje - i tez ma wspaniałe wyniki.
            Troje dzieci moich znajomych, po doskonalych liceach właśnie zawala
            studia. Moze to jednostkowe przypadki, a może i nie.
            • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 15:40
              Czy naprawde uwazasz verdano, ze fajny mlody czlowiek taka wage
              przywiazuje do tego czy jest najlepszy, czy nie w szkole ?

              Nie wiem to chyba naprawde trzeba miec jakies strasznie niskie
              mniemanie o sobie aby to ze nie jest sie pierwszym jesli chodzi o
              oceny mialo wplyw na cale dalsze zycie. Jakis mieczak to musi byc.



              Tak jak patrze na mojego syna, to szkola jest jakas tam ktoras
              aktywnoscia z rzedu dla niego. Pewnie cieszy sie jak cos mu w
              szkole wyjdzie i jak dostanie swiadectwo z paskiem, ale to nie jest
              szczyt jego aspiracji zyciowych. Nawet teraz wybor gimnazjum, jasne
              wazne, ale nie najwazniejsze (napewno F1 i sledzenie absolutnie
              wszystkiego w tym temacie i w ujeciu historycznym i technicznym i
              kazdym innym, jest tysiac razy istotniejsze niz tak banalne sprawy
              jak szkola)

              Naprawde szkola to jakis tam fragmencik, i duzo bardziej ciesza go i
              satysfakcjonuja inne rzeczy.

              Przyklad z dzis: rano zdawal sprawdzian, po przyjsciu do domu nawet
              nie mial czasu czekac na wyniki (gazeta miala podac o 11.00) bo
              lecial na spotkanie z kolegami, bo ostatnio trenuja skoki na
              rowerach, i to ze wykona jakas tam ewolucje i moze pocwiczyc jest
              duzo wazniejsze niz sprawdzenie czy ma maxa czy nie. (ja bylam inna,
              czekalabym i chcialabym wiedziec).

              Dziecko ktore lokata (nie pierwsza!!!) w szkole doluje i wprawia w
              kompleksy, jest naprawde biedne. Znaczy to ze oprocz szkoly nie ma
              zadnych zainteresowan, zadnych pasji, zadnych rzeczy w ktorych sie
              realizuje.

              Ja w podstawowce bylam prymusem, w Liceum bardzo dobrym w tamtych
              czasach, bylam srednia raczej dobra, ale byli lepsi. W zyciu sie
              tym nie zadreczalam, zreszta zwyczajnie nie mialam czasu, mialam
              tyle innych rzeczy do roboty....


              Obawiam sie ze demonizujesz role szkoly i sukcesow lub braku w niej
              na zycie ludzi. Albo jestes osoba ktora kompleksow nabawia sie
              latwo (to wnioskuje z licznych historii w kltorych opisujesz jak to
              nabawialas sie kompleksow). Nie wszyscy tak maja, niektorzy
              potrafioa niezle funkcjonowac, nawet jak nie byli najlepsi w szkole
              (podejrzewam 99,9% populacji nie jest).

              Pozdrawiam
              • harrypotter Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 17:48
                teraz naprawde tak jest, szkola, szkola i tylko szkola. Rodzina, dom,
                przyjaciele, pasje to przestaje sie liczyc, uczniowe nakrecaja sie sami zeby
                byc lepszym od kogos tam (jesli najlepsza ocena to -3 to wystarczy miec 3) Nie
                mowe ze wszyscy tacy sa ale to dosc spora grupa
                • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 19:33
                  harrypotter napisał:

                  > teraz naprawde tak jest, szkola, szkola i tylko szkola. Rodzina, dom,
                  > przyjaciele, pasje to przestaje sie liczyc, uczniowe nakrecaja sie sami zeby
                  > byc lepszym od kogos tam (

                  nie zgodzę się, córka jest w gimnazjum (dla odmiany jednym z lepszych niepaństwowych, nie jak verdany panstwowym rejonowymwink i tam ani max wyniki (chociaż szkoła w testach, egzaminach itp jest bardzo wysoko) nie są najwazniejsze ani za pieniądze nie kupuje się stopni jak z kolei co poniektórzy sugerują.
                  Zdecydwanie pasje i umiejętnosći w konkretnym kierunku są bardzo cenione a nie dobrośc czy średniośc ze wszystkiego. A już kto co dostał - tak jak ktos napisał wyżej ani nie znam ani nie chce znac wyników innnych - co mnie to obchodzi (córkę zreszta tez nie) ważna jest wiedza a nie cyferka cząstkowa.A potem dostają się gdzie chcąsmilenie tylko do prywatnych płatnychwink Tak jak napisałam wyżej dobre prywatne licea nie biora uczniów "jak leci"mają egzaminy i to wcale nie najłatwiejsze.
                  • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 19:47
                    Zalezy - znam troche takich, co się nakrecają. Od 13 lat prowadze
                    kursy na studia i do matury - mam przeglad warszawskich szkół,
                    raczej tych najlepszych i dobrych(co roku pytam, skąd są). Wiem skad
                    nie ma - z kilku renomowanych szkół niepaństwowych. Nie wiem, czy to
                    swiadczy o poziomie, czy prywatnych korepetycjach.
                    Nie wiem, czy dzieciaki same się nakręcają - ale bywaja rodzice,
                    ktorzy przychodzą, aby dowiedzieć sie jak pełnoletniemu czlowiekaowi
                    idzie i czy odrabia zadania... A ja mowie o ochronie danych
                    osobowych.
                    Co jest najgroźniejsze - od paru lat nie zbieram testów - dzieciaki
                    boją się je oddawać, mimo, ze przecież moja ocena na nic nie wplywa.
                    Nie wiedzą - czują się skompromitowane, choc przeciez po to jest
                    kurs, aby się dowiedziały. Na pytania "rzeczowe" odpowiadaja chórem,
                    na pytania "dlaczego?" - jest cisza. A już pytanie o opinię zwykle
                    zaczyna się od proby wybadania, co ja sądze na ten temat.
                    To ponura wizja.
                    • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 20:59
                      Wiem skad
                      > nie ma - z kilku renomowanych szkół niepaństwowych. Nie wiem, czy to
                      > swiadczy o poziomie, czy prywatnych korepetycjach.

                      moge ci odpowiedzic na przykąłdze "naszej" szkoły. Nie po to dziecko chodzi tam gdzie chodzi żeby miało dodatkowe korkiwinkSumarycznei podliczając to się chyba bardziej opłacawink Stres mniejszy a forsa płącona raz i cczciwie a nei na "poprawianie" po "niby nauczycielach"
                      Przed maturą to są rozszerzenia z takich przedmiotów jakie się chce zdawac przygotowujące do matury na rozszerzonym poziomie w SZKOLE a nie na korkachwinkJak ktoś dobrze zdaje mature po korkach to zasługa szkoły jest żadna.A odpowiadać i mówic własnego zdania to tam się nikt nie boiwink
                    • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 07:51
                      Mam pytanie - kto płaci za kursy???? I drugie - jak uczniowie
                      kontroluja swoje postepy?
                      • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 09:07
                        > Mam pytanie - kto płaci za kursy???? I drugie - jak uczniowie
                        > kontroluja swoje postepy?


                        Kursy (rozszeżenia)- "w cenie"wink czesnego,dopasowane do planu lekcji , nie bardzo rozumiem co masz na myśli piszac o kontrolowaniu? tutor - nauczyciel prowadzący - jest na bieżaco z postępami przygotowania do matur rozszerzonych. (zresztą do normalnych tez można na konsultacje chodzić)

                        Zreszta trzecia klasa gimnazjum też ma przygotowanie do sprawdzianu.
                  • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 07:50
                    Liceum przy Bednarskiej ( Raszyńskiej), Nowowiejskiej, SGH
                    przeprowadza bardzo trudny egzamin wstepny. Przeciętni uczniowie
                    raczej się tam nie dostaną. A są to licea niepubliczne. Podobno
                    analogicznie jest w niepublicznych na Iwickiej, Hawajskiej,
                    Abramowskiego. Więc znów mity, mity, mity......
                    • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 09:10
                      > przeprowadza bardzo trudny egzamin wstepny

                      dokładnie taksmile nawet jeżeli ten egzamin nazywa się"rozmową kwalifikacyjną"wink cheć płacenia czesnego to nie wszystko.I w państwowych i w niepaństwowych jest bardzo różnie - sa szkoły ,które zbierają wszystkich "jak leci" byle miejsca zapełnić, i są takie gdzie jest po ileśtam osób na miejsce. I to wcale nie sa kandydaci wyłącznie do "wyścigu szczurów"
                      • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 09:21
                        potwierdzam


                        my zdajemy do jednej z wymienionych szkol.

                        Egzamin jest bardzo trudny. Tak jak sprawdzian 6-klasisty oceniam
                        na naprawde latwizne, tak egzamin do szkoly do ktorej chce zdawac
                        syn, jest wedlug mnie trudny i chyba rzeczywiscie powinien dawac do
                        myslenia osobom ktore by wybieraly taka szkole (czy sobie potem
                        poradza). Egzamin wstepny wykracza sporo poza wymagania przecietnej
                        szkoly podstawowej (tzn nie programowo, ale zadania sa tak
                        sformulowane ze przecietne dziecko, z przecietnej podstawowki raczej
                        bedzie miec spore problemy jesli dotad z czyms podobnym sie nie
                        spotkalo).


                        My liczymy sie z mozliwoscia ze sie nie uda. no i nic trudno,
                        czasem i tak bywa.


                        Niemniej szkola prywatna z wysokim czesnym ma bardzo trudny, bardzo
                        odsiewajacy egzamin wstepny-to fakt.
                        • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 17:42
                          my zdajemy do jednej z wymienionych szkol

                          - powodzenia Agatko, jeżeli jeszcze nie ukończyłąć edukacji
                          szkolnej. Sformułowanie "my zdajemy" pisane przez matkę, mówi chyba
                          wszystko.
                          • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 18:03
                            a to "wszystko" to co ?
                            • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 19:13
                              To to, że utożsamiasz siebie z dzieckiem, czyli, że nie traktujesz
                              dziecka jako odrębnej osoby. Napiszes oczywiście, że Ci się
                              wymknęło. Oczywiście - wymknęło, ale takie lapsusy najlepiej oddają
                              przeonania, nawet głęboko ukryte. Cóż, miałam studenta, któremu na
                              II roku studiów matka sprawdzała referaty, przy czym syn studiował
                              inną dziedzinę, niż niegdyś matka. Ale młodzieniec na II roku był
                              przyzwyczajony, że mamusia z nim odrabia lekcje i nie umiał
                              samodzielnie pracować. Tak dalece nie umiał, że referat zerżnął
                              dosłownie z książki i nie zaliczyłam mu tego jako plagiatu. Matka,
                              nauczycielka, zadzwoniła do mnie do domu, że jej 21 letni syn od
                              wczoraj płacze, że nie dostał zaliczenia, a przeciez ona mu pracę
                              sprawdzała i jej się podobała. Mamusia włożyła w edukcję syna masę
                              niepotrzebnego wysiłku, skutecznie oduczając go myślenia.
                              • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 22:00
                                Nic mi sie nie wymknelo i nic nie jest ukryte. To "my" jest jak
                                najbardziej swiadome i uzyte z pelna premedytacja, oddaje dokladnie
                                to co MY robimy.

                                to my dzieck+rodzice probujemy dostac sie do gimnazjum. I powiem
                                wiecej jestem absolutnie przekonana ze to jest normalna i prawidlowa
                                postawa rodzica ze jest z dzieckiem w takiej pierwszej , swiadomej
                                decyzji.

                                A na czym moja rola polega:

                                Zaczelo sie rok od zorientowania w procedurze (jak moze ktos pamieta
                                rok temu bylam totalna ignorantka, dzis juz moge dawac rady na temat
                                na czym polega rekrutaja do nierejonowych szkol), potem byly
                                spotkania w szkolach zeby poznac i zobaczyc te ktore ewentualnie nas
                                moga interesowac(rok temu odwiedzilam ich kilka, sama), potem
                                rozmowy z synem , rozmowy z innymi rodzicami, zbieranie roznych info
                                z tzw "rynku", potem w koncu wybor szkoly (glownie syn musial podjac
                                decyzje czy zostaje w starej szkole czy zdaje gdzies indziej i w
                                koncu gdzie), spotkanie informacyjne w wybranej szkole na ktore
                                poszlam z synem, jutro jest lekcja w wybranym gimnazjum-na ktora
                                idzie syn ale ja tez bo chce zobaczyc szkole od srodka (jnnym
                                budynku niz Liceum gdzie byly zebrania)trzeba wplacic wpisowe, juz
                                nie wspomne o takim drobiazgu jak to ze dziecko robi zadania z
                                pprzednich lat ktore daje szkola a ja jako mama sprawdzam.

                                Tak zdecydowanie jest to czynnosc zbiorowa w ktorej 13-latek nie
                                jest w stanie uczestniczyc samodzielnie, nawet najbardziej
                                dojrzaly.

                                Nie mam nic do ukrycia nie ma nic wstydliwego w tym ze jestem z
                                dzieckiem w czasie tego pierwszego swiadomego wyboru, nie wyobrazam
                                sobie aby kochajacy rodzic zostawil dziecko same i aby nie
                                indentyfikowal sie w tym wyborze z dzieckiem.


                                Powiem zartobliwie z 6-klasista ktory wybiera gimnazjum (jesli chce
                                wybrac, a nie idzie z automatu do rejonowego)
                                to troche jak z alkoholikiem i jego rodzina
                                , cala rodzina jest uzalezniona.
                                • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 23:42
                                  Jeśli Ci się nie wymknęło, to właściwie sama odpowiedziałaś. Nie
                                  sugeruję, żeby dziecko zostawiać samo z deyczją wyboru gimnazjum
                                  (także nawet liceum, czy studiów, dziecko powinno mieć wtedy oparcie
                                  w rodzicach), ale, nawet jeśli wkładasz sporo wysiłku w te
                                  czynności, to prawidłowe określenie powinno brzmieć: syn zdaje do
                                  gimnazjum, a ja go wspieram. Bo ostateczny rezultat zależy od syna i
                                  to syn w przyszłości będzie ponosił konsekwencje tego wyboru. A w
                                  każdym razie to syn będzie zdawał egamin. Co więcej: uważam, że
                                  stwierdzając MY zdajemy, pozbawiasz go czegoś ważnego, mianowicie
                                  satyssfakcji z ewentulnego dobrego wyniku, którego życzę, Bo będzie
                                  wiedział, że to nie on zdał, tylko mama.
                                  Cóż, moi rodzice dbali bardzo o moja edukację, miałam więc prywatne
                                  lekcje angielskiego, a niemieckiego nauczyłam się w liceum (marnym,
                                  mozna). Studia wybrałam zgodnie z zainteresowaniami, które
                                  rozbudzili mi moi rodzice, chociaż wybór był autentyczny i praca
                                  naukowa po dziś dzień daje mi dużo radośći. Ale wiekiej satysfakcji
                                  doznałam, gdy na egzaminie doktorskim wybrałam język francuski,
                                  którego uczyłam się dopiero na studiach, fundując sobie prywatne
                                  lekcje z pieniędy przeznaczonych na życie poza domem i odejmując
                                  sobie od ust. Miałam poczucie, że po raz pierwszy zdaję egzamin z
                                  umiejętności, której w najmniejszym nawet stopniu nie zawdzięczam
                                  moim rodzicom. I byłam szczęśliwa, że oto sprzedałam umiejętność od
                                  A do Z nabytą na własny rachunek. Dlaczego chcesz pozbawić takiej
                                  radości swoje dziecko?
                                  • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 10:49
                                    A mnie sie wydaje ze bawisz sie w psychanalize, i wiesz
                                    juz "wszystko" na podstawie freuidowskiego przejezyczenia (to znaczy
                                    ty zakladasz ze to przejezyczenie). Masz teze i pewnie cokolwiek
                                    nie napisze, ty i tak wiesz swoje. No i niestety ja nie udowodnie
                                    ze wielbladem nie jestem (poza tym mi sie nie chce, bo to jalowe
                                    zajecie przekonywac kogos kto i tak wie "wszystko").

                                    Umowmy sie wiec, niech bedzie: jestem despotyczna matka, ktora
                                    zmusza dziecko do pojscia do gimnazjum wedlug moich ambicji,
                                    odbierajac mu radosc wyboru. No i jeszcze robie za niego lekcje, a
                                    jak bedzie na studiach to bede chodzic do jego wykladowcow. Jesli to
                                    ma ci poprawic humor, i potwierdzic teze to mozesz zalozyc ze tak
                                    jest.

                                    A teraz serio:

                                    Dziecko 13-letnie NIE PODEJMUJE SAMO decyzji o wyborze szkoly. Nie
                                    jest na tyle dojrzale, nie umie jeszcze zbierac informacji,nie umie
                                    i nie jest w stanie (nie powinno)wziac na siebie konsekwencji
                                    ewentualnie zlego wyboru.

                                    Caly zreszta system jest tak pomyslany ze angazuje sie w ten proces
                                    rodzicow-spotkania informacyjne w gimnazjach sa dla rodzicow (tez i
                                    dla dzieci), to rodzic (lub opiekun) musi przyjsc i podpisac zgode
                                    aby dziecko zdawalo egzamin, to rodzic wnosi oplate za egzamin itd.
                                    Dziecko nawet gdyby chcialo, nie zrobi nic bez rodzicow.

                                    Dziecko 13-letnie uczestniczy w procesie podejmowania decyzji
                                    WSPÓLNIE z rodzicami, ma prawo wybrac szkole taka jaka bedzie jemu
                                    odpowiadac, -ale gdzies na koncu to rodzic czuwa nad tym wszystkim i
                                    de facto angazuje sie bardzo mocno i czasowo i emocjonalnie.

                                    Byl tu ostatnio watek czy pozwolic kupic nastolatce samodzielnie
                                    ciuchy-i bylo sporo watpliwosci, czy "juz moze". co dopiero
                                    zostawic dziecko samo z decyzja o wyborze szkoly. Nie sadze aby
                                    byly dzieci ktore w wieku 13 lat sa tak dojrzale ze nie oczekuja
                                    wsparcia logistycznego a przede wszystkim EMOCJONALNEGO w tej bardzo
                                    waznej sprawie (waznej bo jak juz pisalam iles tam razy , to jest
                                    ich pierwsza powazna decyzja o ich zyciu-dzieciaki to bardzo
                                    przezywaja, i to nie w kontekscie zdam-nie zdam, to jest stres duzo
                                    wiekszy niz tylko czy zdam, stresem jest to ze musza decyzje podjac,
                                    ze czuja ze to jest wazna decyzja a nie zawsze maja taka decyzje
                                    podejmowac, nie wiedza jak, boja sie odpowiedzialnosci). Dziecko
                                    chocby nie wiem jak twardego udawalo, naprawde jest w tym roku (bo
                                    to i sprawdzian, i nowe miejsce, i decyzja wciaz cos sie dzieje)
                                    bardzo biedne i naprawde bez wsparcia rodzicow nie przebrnie samo.

                                    Moze sa rodzice ktorzy maja gdzies, to gdzie dalej dziecko bedzie
                                    sie uczyc i zostawiaja dziecko samo. Ja nie, i nie wstydze sie
                                    tego, a nawet wiecej uwazam ze robie to co do mnie nalezy.




              • kkokos Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 21:20
                agatka_s napisała:


                >
                > Naprawde szkola to jakis tam fragmencik, i duzo bardziej ciesza go i
                > satysfakcjonuja inne rzeczy.
                >
                > Przyklad z dzis: rano zdawal sprawdzian, po przyjsciu do domu nawet
                > nie mial czasu czekac na wyniki (gazeta miala podac o 11.00) bo
                > lecial na spotkanie z kolegami, bo ostatnio trenuja skoki na
                > rowerach, i to ze wykona jakas tam ewolucje i moze pocwiczyc jest
                > duzo wazniejsze niz sprawdzenie czy ma maxa czy nie.
                >

                a to dla mnie trochę chore.
                w dodatku trąci mi protekcjonalizmem tak mamy, jak synka przyzwyczajonych do
                "mam maxa". cóż, my szaraczki skrzętnie dziś liczyliśmy, czy mamy szansę na 38
                czy tylko na 35.
                w tym świetle zupełnie inaczej widzę pierwszy post agatki.
                • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 08:36
                  kkokos napisała:

                  > > a to dla mnie trochę chore.
                  > w dodatku trąci mi protekcjonalizmem tak mamy, jak synka
                  przyzwyczajonych do
                  > "mam maxa". cóż, my szaraczki skrzętnie dziś liczyliśmy, czy mamy
                  szansę na 38
                  > czy tylko na 35.
                  > w tym świetle zupełnie inaczej widzę pierwszy post agatki.



                  W jakim swietle niby ? Jaki protekcjonizm ? Protekcjonizm wobec
                  kogo ? I niby jak 13-latek ktory ma juz dosyc wszelkich testow i
                  ich wynikow ma potad i szybko zwiewa na rower , ma byc
                  protekcjonalny ?


                  To ("my szaraczki"),to sa chyba wlasnie kompleksy. I to te o
                  ktorych tak ciagle pisze verdana.


                  Jest faktem obiektywnym ze istnieja dzieci dla ktorych sprawdzian 6-
                  klasisty nie jest trudny, i ktore na wszystkich testach probnych
                  (akurat w szkole syna robili srednio po 3 testy na tydzien-i tu sie
                  zgodze to bylo chore, no ale taki system miala szkola, 1 h
                  tygodniowo dodatkowo tylko na testy) dostaja zawsze w okolicy 40
                  punktow.

                  Tak jak jest faktem, ze sa dzieci ktore zostaja laureatami olimpiad
                  i to z kilku przedmiotow naraz(moj nigdy nie zostal i nie zanosi sie
                  aby mial, nie ten temperament). Ale ze sa takie dzieci naprawde
                  nie psuje mi samopoczucia ani nie pogarsza mi snu.



                  • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 09:15
                    > Jest faktem obiektywnym ze istnieja dzieci dla ktorych sprawdzian 6-
                    > klasisty nie jest trudny, i ktore na wszystkich testach probnych
                    > (akurat w szkole syna robili srednio po 3 testy na tydzien-i tu sie
                    > zgodze to bylo chore, no ale taki system miala szkola, 1 h
                    > tygodniowo dodatkowo tylko na testy) dostaja zawsze w okolicy 40
                    > punktow.


                    Absolutnie zgadzam się z ta wypowiedzia agatkismile U nas w zeszłym roku też pisanie było totalnie bezstresowewink "Najgorsza" osoba w klasie miała o ile pamiętam 34? punkty.To naprawde przy odpowiednim nastawieniu i przygotowaniu jest po prostu jeszcze jednen test do napisania bez nerwów i bóli brzuchawinkByłyśmy ciekawe ile będzie punktów ale po prostu ciekawe i tylewink
                    a u Agatki do tego syn o ile zrozumiałąm może się zdecydować na gimnazjum przy swojej obecnej podstawówce - to już w ogóle stres zerowy.
            • paszczakowna1 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 08.04.08, 22:41
              Trochę przesadzasz, Verdano, ale o tyle masz rację, że mogą się zdarzyć
              uczniowie, którzy w szkole (czy klasie) z wysokim poziomem będą czuli się źle.

              Sama chodziłam w liceum do klasy wyselekcjonowanej na postawie egzaminu
              wstępnego i olimpiad przedmiotowych z podstawówki, w dobrym (choć już wtedy nie
              w czołówce) liceum warszawskim. Na studia dzienne (UW, bardzo oblegana wówczas
              SGH, PW) dostali się, o ile mi wiadomo, wszyscy oprócz dziewczyny zdajacej na
              ASP, a z osób studiujących na UW czworo miało dyplom z wyróżnieniem (zatem o
              'zawalaniu studiów' mowy nie ma). Była w klasie rywalizacja, owszem, zwłaszcza z
              prestiżowo traktowanej matematyki, ale przyjacielska (często pracowaliśmy razem)
              i nie mierzona wyłącznie stopniami (wiedzieliśmy na przykład, że niewątpliwie
              najlepszy matematyk na ogół miał obniżone oceny ze sprawdzianów pisemnych, bo
              często coś przekręcał w treści). Ja czułam się tam świetnie, mimo że przez
              pierwszy rok musiałam ciężko pracować by odrobić zaległości z marnej podstawówki
              - ale to ja. A miałam kolegę, który czuł się fatalnie, uczył się średnio, i w
              końcu przed samą maturą omal nie zmienił szkoły, bo czuł, że tłumi mu
              indywidualność i że nie pasuje do reszty klasy - bynajmniej nie z powodu, jak
              tu sugerowano, niskiej inteligencji, tylko osobowości.

              Tyle że to się zdarza stosunkowo rzadko.
            • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 07:47
              Verdano, chyba zyjemy ch róznych światach. W ciągu 2 lat nauki moich
              synów w renomowanym ( naprawdę bardzo dobrym) liceum NIKT NIE ZOSTAŁ
              WYRZUCONY ANI NIKT NIE ZREZYGNOWAŁ. Owszem uczniowie 6 mogli,
              zwłaszcza w pierwzej klasie stac sie trójkowymi, ale to nie znaczy,
              że mieli rezygnowac ze szkoły.
              Co więcej - żadne z dzieci moich znajomych nie ma opisywanych pzez
              Ciebie doświadczeń.
              Jestem nauczycielem akademickim. Mam co prawda zajęcia na wyższych
              latach, gdy studenci sa juz zaprawieni w nauce, ale zawalanie
              studiów nie jest zjawiskem powszechnym. U nas kilkoro odpada na I
              roku przez anatomię prawidłową, ale jest to max 2% studiujących i
              najczęściej powody są inne - źle wybrane studia ( najczęściej przez
              rodziców).
              Moje 4 lata w bardzo dobrej szkole były fantastyczne. I choc
              kończyłam klase biologiczno-chemiczną nie było tygodnia, zebym nie
              chodziła do teatru, były dyskoteki, wycieczki itd. Do dziś zachowały
              sie przyjaźnie - w tym z nauczycielami. Na 32 osoby 3 nie skończyły
              studiów. 1 kolezanka poszła do szkoły pomaturalnej ( radziła sobie
              od początku srednio, 2 zaraz po maturze założyły rodziny.
              Tyle moich obserwacji, ale przejdźmy do faktów- tabelek w
              Perspaktywach nr 2. UW - na czele tabeli ilości przyjętych
              absolwenci Nowowiejskiej, Mokotowskiej, Witkiewicza, Batorego ,
              Kopernika, Staszica, Bednarskiej, Hoffmanowej, Czackiego.
              Politecnika - Staszic, Kochanowski, Bednarska, UniwersytetMedyczny (
              d. AM): Poniatowski, Kopernik, Hoffmanowa, Batory, Czacki, Lelewel.
              SGH - Mokotowska, Kopernik, szkoła przy SGH, Frycz, Staszic, Batory,
              Czacki. Prawie wszystkie szkoły z pierwszej 10, a już wszystkie
              mieszczą sie wśród najlepszych 16. Szkół znajdujących sie w rankingu
              na pozycji 40 i dalej nie ma wśród tych których absolwenci syudiują
              na renomowanych bezpłatnych uczelniach. Może , dzieki staraniom i
              korepetycjom, znajdą się pojedyncze osoby.
              Statystyki rzadko kłamią.Rankingi o czyms mówią. Podkresle po raz
              kolejny - renomowane szkoły nie musza byc szkołami bezdusznymi,
              których uczniowie kończa na kozetkach u psychoterapeutów. Natomiast
              złe szkoły, o niskim progu punktowym najczęściej zbierają uczniów
              niekwalifikujących sie do liceum. Oni nie tylko zaniżaja pziom, ale
              często sa siedliskiem przemocy, patologii. Ambitni uczniowie z
              takich szkół maja marne szanse na naukę, za to spore, aby stac się
              ofiarami kolegów.
              • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 10:25
                Protozoa, my patrzymy na problem statystycznie, od strony reguł, Verdana zaś to
                taki głos sumienia, który mówi,że czasem bywa inaczej.
                Dlatego jest nam tu potrzebna, niemniej do każdego swego "ale" powinna dodać
                "ale" kolejne. Żeby było uczciwie, w sensie naukowym.

                Owszem, można osiągnąć wiele, kończąc marną szkołę, ale trzeba być szczególnie
                zdolnym, albo mieć odpowiedni background, i inne takie,
                a najlepiej wszystko naraz.
                Można nie odnieść szkód na charakterze, siedząc w ławce z narkomanem, ale trzeba
                ten charakter mieć silny (odziedziczony po matce, he he?), poza tym mieć
                background, itd.

                Przeciętny człowiek myśli "statystycznie", szuka reguł, bo tak łatwiej.
                Tymczasem życie jest skomplikowane.

                Najgorzej, gdy jedna generalna reguła występuje przeciwko drugiej.
                Z jednej strony rodzic wie,że edukacja na odpowiednim poziomie to sprawa numer
                jeden we współczesnym świecie, jest bombardowany informacjami,że tylko najlepsi
                mają szansę, że trzeba zaczynać coraz wcześniej, itd.itp.
                Z drugiej - straszony jest katastrofalnymi skutkami wyścigu szczurów, ganiony
                za swoją "nadmierną troskę", za ambicję, przekonuje się go, że "zamęcza" swoje
                dziecko.
                Współczesny młody rodzic bywa ogłupiony, bo cokolwiek by zrobił, robi źle.
                Albo zaniedbuje, marnuje potencjał, albo zamęcza.

                • kkokos Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 10:39
                  >>>Można nie odnieść szkód na charakterze, siedząc w ławce z
                  narkomanem,

                  o właśnie, to także mocno protekcjonalnie i lekceważąco zabrzmiało

                  rozumiem, że jeśli liceum nie z pierwszej 10, to na pewno moje
                  dziecko czeka ławka z narkomanem

                  w głowach się wam poprzewracało, moje drogie.
                  • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 11:26
                    jak dla mnie to "siedzenie w łąwce z narkomanem" to nie kwestia szkód na charakterze tylko tego ,że coś jest bardzo nie ok.
                    Bo jak to ma być? (poupraszczam dla ułatwieniawink wszyscy wiedza? wiedzą uczniowie a nauczyciele nie? ,że ten ktos jest narkomanem - i nic nie robią? Takie bycie w klasie z narkomanem jest dla mnie o tyle co najmniej dziwne,że dobra szkołą do tego nie dopuści (nie krzyczcie od razu) nie chodzi mi o to,że należy natychmiast wywalicwinkale dobra szkołą albo nie dopuści do takiej sytuacji (no jestem naiwnawink albo jak już coś takiego jest to przecież narkomania to ponoc choroba - czyli należy leczyć taką osobę - nieprawdaż? a na 100% pamagac w wyjściu z nałogu a nie po prostu "siedzieć w ławce" i cieszyć się,że mnie to nie dotyczny bo mam silny charakter i nie dam się wciągnąć w nałóg.


                    A w skrajnym przypadku - niestety chyba jednak zawieszenie/urlopowanie/ wydalenie ze szkoły. Bo to chyba w zgodzie z regulaminem żadnej szkoły niezależnie od tego jak dobra czy zła ta szkoła jest nie jest zgodne.

                    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:01
                      Co do tego narkomana:
                      Piszę o konkretnej dziewczynie, znanej z forum, która miała delikatnie mówiąc,
                      różne towarzystwo w szkole, co jednak nie przeszkadza jej , o ile wiem, wyrastać
                      na mądrego, wartościowego człowieka.

                      Verdana zaraz napisałaby - no właśnie, "dobra" szkoła od razu pozbędzie się
                      problemu, czyli ucznia, a ta niby gorsza, wprost przeciwnie, będzie się starała
                      dzieciakowi pomóc, przywrócić go społeczeństwu. Przy okazji zahartuje się
                      charakter kolegów.

                      Bywa tak. Ale muszą być spełnione inne warunki.A zazwyczaj nie są. Dlatego
                      przeciętny rodzic boi się klas "z elementem".
                      • myszmusia Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:08
                        rycerzowa napisała:

                        > Co do tego narkomana:
                        > Piszę o konkretnej dziewczynie, znanej z forum, która miała delikatnie mówiąc,
                        > różne towarzystwo w szkole, co jednak nie przeszkadza jej , o ile wiem, wyrasta
                        > ć
                        > na mądrego, wartościowego człowieka.
                        >
                        > Verdana zaraz napisałaby - no właśnie, "dobra" szkoła od razu pozbędzie się
                        > problemu, czyli ucznia, a ta niby gorsza, wprost przeciwnie, będzie się starała
                        > dzieciakowi pomóc, przywrócić go społeczeństwu. Przy okazji zahartuje się
                        > charakter kolegów.



                        ale ,że zacytuje sama siebiewink moim zdaniem w dobrej szkole to:

                        " Takie bycie w klasie z narkomanem jest dla mnie o tyle co najmniej dziwne,że dobra szkołą do tego nie dopuści (nie krzyczcie od razu) nie chodzi mi o to,że należy natychmiast wywalicwinkale dobra szkołą albo nie dopuści do takiej sytuacji (no jestem naiwnawink albo jak już coś takiego jest to przecież narkomania to ponoc choroba - czyli należy leczyć taką osobę - nieprawdaż? a na 100% pamagac w wyjściu z nałogu a nie po prostu "siedzieć w ławce" i cieszyć się,że mnie to nie dotyczny bo mam silny charakter i nie dam się wciągnąć w nałóg."

                        czyli dobre szkoła jak problem się pojawia to nie wywala z punktu tylko będzie chciała pomóc.Dopiero ja delikwent bedzie "niemodyfikowalny" to wtedy można drastyczniej. Ale do współpracy to potrzebna jest wola obu stron a nie "olanie z którejś "
                        • triss_merigold6 No nie, odpadłam teraz 09.04.08, 13:04
                          Co masz na myśli pisząc o narkomanach? Pokłutych igłami ćpunów z
                          bajzlu na Centralnym?
                          Chodziłam do super hiper renomowanej szkoły, na początku lat 90-tych
                          w pierwszej piętnastce liceów w Polsce. Narkotyki miękkie były na
                          imprezach, kupno - no problem, koledzy z klasy mieli. Na lekcje nikt
                          upalony nie przychodził ale po to różnie było, zasadniczo skręty
                          były jakąś odmianą od alkoholu. Moja siostra również super hiper
                          renomowane liceum i również miękkie odurzacze traktowane dość
                          lightowo. Na wyniki w nauce to okazjonalne palenie nie wpływało, na
                          dostanie się na dzienne studia również.
                          Gdyby ktoś nas usiłował prowadzać do poradni to zabiłabym śmiechem.
                          Szkoła nie mogła zrobić absolutnie NIC, bo nie był to szkolny
                          problem ani w ogóle żaden problem. Amatorską dilerkę uprawiali
                          zresztą uczniowie więc to nie kwestia "złych wpływów z zewnątrz".
                          • ciociacesia mientkie powiadasz? 11.04.08, 13:45
                            bo ja znam liceum z czołówki wojewódzwta łodzkiego gdzie amfetamina
                            była na porzadku dziennym i to wcale nie celem poprawy wyników w
                            nauce...
                  • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:39
                    Nie, ale dzieci z pierwszej 10 sa , zazwyczaj, bardziej zadbane a
                    rodzice bardziej czujni. Dzieci ze szkół z 8 dziesiątki pochodzą z
                    róznych domów, osiagnęły, najczęściej, gorsze wyniki, rodziców mniej
                    interesuje szkola a częściej i bardziej, flaszka, maja inne
                    priorytety i ambicje. Nauka jest mniej ważna niż chęć zaimponowania
                    kumplowi . A zaimponować można tłamsząc kolege, wymuszając od niego
                    pieniądze, kradnąć, ćpając. Wiem, ze to co piszę jest znacznie
                    uproszczone, ale takie są realia.
                    Narkomana trzeba leczyć, ale nie wbrew jego woli. Jesli on nie
                    będzie chciał odejść od ćpania mozna sobie darować podejmowanie
                    jakichkolwiek działań.
                    W szkole mojego syna jest kilka osób, które próbowały zapalić skręta
                    czy miały kontakt z amfa. Zdeklarowanych narkomanów nie ma.
                    Dyżuruje dość często w Izbie Przyjęć ( choćby dziś). I to do
                    chirugra, ze względu na obrażenia, trafia większość narkomanów.
                    Pytamy o szkołę. Ani razu nie natknęłam sie na ucznia z renomowanych
                    liceów, choć powtarzam, tam tez uczniowie maja kontakt z
                    narkotykami.
                • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:01
                  rycerzowo, trafione w 100%. Gratuluje trzezwego osadu (i to mimo iz
                  zakwalifikowalas mnie do kucharek od Arlekinow, a fakt ten odbije
                  sie na calym moim dalszym zyciu i kompleks ten przesladowac mnie
                  bedzie az do smierci).
                  • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:07
                    agatka_s napisała:

                    > zakwalifikowalas mnie do kucharek od Arlekinow, a fakt ten odbije
                    > sie na calym moim dalszym zyciu i kompleks ten przesladowac mnie
                    > bedzie az do smierci).

                    Jest kilka osób na forum, na których poczucie humoru liczę.;-0
                    I liczę też na wzajemność.wink
                    • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:20
                      rycerzowa napisała:

                      > >
                      > Jest kilka osób na forum, na których poczucie humoru liczę.;-0
                      > I liczę też na wzajemność.wink

                      Na mnie nie licz raczej, bo ja skonczylam prestizowe Liceum, no a to
                      raczej wiadomo: depresja i problemy z soba murowane smile)))
                • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 12:44
                  Tak, ale każdy najlepiej czuje się wśród podobnych sobie. Ja nie
                  przyjaźnię się z salowymi, sanitariuszami, coć jestem wobec nich
                  uprzejma i.... tyle. Nie mamy wiele sobie do powiedzenia, wspólnych
                  zainteresowań ani spraw. Moje kontakty z nimi sprowadzaja się do
                  tego, że proszę ( najczęściej przez pielegniarke), aby przewieźli
                  corego X w miejsce Y. Oni tez nie czują się dobrze w moim
                  towarzystwie - jesli maja jakis interes przychdzą, proszą, dziękuja.
                  Z uczniami jest dokładnie tak samo. Ucznia ambitnego, zdolnego
                  niewiele będzie łączyło z kolegą z klasy/podwórka, który ma ambicje
                  jak ukraść, żeby nie być złapanym, jak oszukać, co zrobić, żeby
                  okazać sie cwanym.
                  • nangaparbat3 A Ty skad wiesz, 09.04.08, 19:53
                    że sanitariusz nie ma nic ciekawego do powiedzenia, skoro nawet polecenia
                    wydajesz mu przez pielęgniarkę?
                    Napisz: nie interesuje mnie, co ma do powiedzenia sanitariusz. To by było OK.
                    • protozoa Re: A Ty skad wiesz, 10.04.08, 12:51
                      Tak, nie interesuje mnie co ma do powiedzenia saniariusz.Jak będzie
                      miał do mnie interes to sie zgłosi.
                      • nangaparbat3 Re: A Ty skad wiesz, 10.04.08, 13:57
                        protozoa napisała:

                        > Tak, nie interesuje mnie co ma do powiedzenia saniariusz.Jak będzie
                        > miał do mnie interes to sie zgłosi.

                        Nie interesuje mnie...
                        Jak bedzie miał do mnie interes...
                        Toz to prawie poezja - lingwistyczna!
                  • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 23:50
                    Myślę, że między menelami, którzy myślą tylko, jak ukraść, a
                    sanitariuszami wykonującymi ucciwie swój zawód, też jest przepaść, i
                    tym, co napisałaś, obraziłaś sanitauszy. Także mniej ambitny uczeń
                    nie musi być złodziejem, ale może zwyczajnie nie mieć chęci do nauki
                    i pragnąć być w przyszłości kucharzem, gotografem czy krawcem. Na
                    etapie szkolnym nie widzę w ogóle problemu w koleżeństwie między
                    przyszłym krawcem i profesorem: bo wspólne zainteresowania
                    pozaszkolne młodzieży w tym wieku to nie tylko czyanie książek, ale
                    gra w piłkę, chodzenie na wycieczki, jeżdżenie na rowerze czy
                    chodzenie na koncerty rockowe. I to można robić wspólnie. A w wieku
                    dojrzałym: owszem, pewnych tematów się omawiać nie da, ale nie jest
                    tak, że od tzw. prostego człowieka nie można się niczego dowiedzieć.
                    A i coś w rodzaju przyjaźni też być może - chociażby na bazie
                    wspólnych wartości czy szacunku dla pracy i postawy życiowej. Pod
                    warunkiem, że człowiekiem mniej wykształconym się nie gardzi.
                    • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 08:41
                      Bardzo, bardzo rzadko dzieci ambitne przyjaźnia sie z tymi mniej
                      ambitnymi. Po prostu maja inne zainteresowania. Wspólne klasowe
                      wycieczki - owszem, tyko te ambitne sa najczęściej ciekawe świata, a
                      te mniej chciałyby, żeby program jak najszybciej się skończył i
                      przewodnik przestał nudzić.Kino - zgoda tylko każdą z tych grup
                      interesuje nieco inny repertuar, muzyka - tez najczęściej odmienna.
                      Być może w szkole podstawowej różnica jest mniejsza, ale w wieku
                      licealnym całkiem spora. Można oczywiście równac w dół. Kiedys nawet
                      było to bardzo popularne. Inzynier i robotnik z jednej fabryki mieli
                      taki sam regał, jeździli takim samym maluchem, na te same wczasy
                      zakładowe do identycznych domków i wywodzili sie najczęściej z
                      podobnych środowisk. W niedziele spotykali sie na mszy a w tygodniu
                      na zebrniu partyjnym. Do inżyniera mówiono "panie inżynierze", a do
                      robotnika "panie Heniu" albo "panie majster"( nie "majstrze"). I
                      było wszystko ok.
                      Brak wpoólnych tematów, wspólnych zainteresowań, wspólnych spraw nie
                      oznacza, że gardzi sie osobą mniej wykształconą.
                      Mam wśród znajomych osobę ultra katolicką. Dla niej wszystko obraca
                      się wokół księdza, kościoła, mszy, komunii itd. Znam ja, nie gardzę,
                      ale nie mamy żadnych wspólnych spraw. Ona świat widzi przez pryzmat
                      kościoła, ja nie. I nie zapzyjaźnimy się bo zbyt duzo nas dzieli.
                      • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 09:00
                        Jeżeli ambicja licealisty ma polegać na pogardzaniu kolegami mniej
                        zdolnymi lub z "gorszych" domów, to ja chromolę taką ambicję. Mój
                        ojciec był profesorem uniwersytetu, miałam własny pokój, prywatne
                        lekcje nagielskiego i dwa miesiące podczas wakacji przebywałam nad
                        morzem. BYłam też, bo w tych warunkach nietrudno, prymuską. I
                        rodzice zawsze mnie uczyli, że moja piątka warta jest połowę piątki
                        koleżanki ze slumsu, która mieszka w jednej izbie i że moich
                        kolegów biedniejszych i mniej wykształconych rodzin należy
                        szanować.
                        A skoro mówimy o tym, co było kiedyś, to może sięgnę do jeszcze
                        starszych przykładów sprzed wojny Zdarzało się owszem haniebne
                        pogardzanie służbą, wykorzystywanie, niepłacenie. Ale nie zawsze
                        natomiast zdarzały się też wypadki, że wierna służąca stawała się de
                        facto cłonkiem rodziny i powiernicą swoich pańśtwa (nie chodzi mi tu
                        o haniebne wypadki wykorzystywania sesualnego służąćych ale o
                        prawdziwą przyjaźN). I przy wszystkich wadach przedwojennego
                        systemu, do któego nie powinniśmy wracać, było jedno: nikt
                        rzeczywiście kulturalny nie potrzebował poprawiać sobie samopoczucia
                        poprzez stałe podkreślanie, że jest bardziej wykształcony od swojej
                        słuzącej. Stałe podkreślanie, że się jest kimś lepszym od
                        niewykształconych współpracowników raczej jest dowodem na to, że
                        człowiek musi stale podbudowywać sobie ego.
                        • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 12:59
                          Czytaj, proszę, to co napisałam a nieto co chciałabyś, żebym
                          napisała, bo to pasuje Ci do mojego portretu psychologicznego.
                          Nie pogardzam ludźmi niewykształconymi, ale są oni z innej bajki.
                          Nie mam z nimi wspólnych spraw, tematów, poglądów. Nic nas nie łączy.
                          Mówie pierwsza ( to w ramach pogardy - wiesz) dzień dobry dozorczyni
                          ale nie przyjaźnię się z nią, nie rozmawiam bo nie mamy o czym.
                          Nie pogardzam pania z warzywniaka, ale nasze kontakty ograniczają
                          sie do spraw związanych z kupnem warzyw i owoców.
                          Bardzo jestem ciekawa czy do Twojego profesorskiego domu
                          zapraszanybył portier, szatniarz, pomoc kuchenna, a jesli tak to o
                          czym rozmawiano?
                          Powtarzam poraz kolejny - ludzie dobieraja sie na zasadzie
                          podobieństw, drastyczne róznice moga fascynować na etapie fascynacji
                          seksualnej. I tylko takiej.
                          • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 13:15
                            Do prosorskiego domu moich rodziców była regularnie zapraszana
                            przedwojenna niańka mojej mamy, która opiekowała się nią podczas
                            dzieciństwa w dworze i praktycznie stała się członkiem rodziny.
                            Mieszkałą na wsi w niewielkim gospodarstwie na Podlaiu, sama też ją
                            odwiedzałam tam. Mój Ojciec krespondował i odwiedział swego kolegę
                            szkolnego, który nie zdał przed wojną matury, nie uzupełnił tego po
                            wojnie i prowadził zakład fotograficzny w małym miasteczku.
                            Regularnie odwiedział go też inny kolega z tej klasy, lekarz i jakoś
                            mieli o czym rozmawiać. Teraz moich rodziców odwiedza regularnie
                            starsza pani, emerytowana krawcowa.
                            Mnie odwiedzali w domu koledzy szkolni, którzy nie pochodzili z
                            profesorskich domów, a ci z podstawówki niekoniecznie nawet uzyksali
                            później matury.
                            No, ale moi rodzice nie musieli nikomu udowadniać, że są kimś.
                            • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 13:37
                              Być może dobrze czuli sie z krawcowa i mieli o czym z nia rozmawiać -
                              chwała im za to.
                          • michal_powolny12 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 13:39
                            Mój dom także należał do otwartych i przyjaznych. Pamiętam z
                            dzieciństwa iż jak zmarł mój dziadek-radca prawny to pierwsza oferta
                            pomocy pochodziła od okolicznych meneli którym on za życia pisał
                            wnioski do sądów i urzędów. Sami z siebie przyszli do mojej babci
                            (notabene kobiety o otwartym umyśle a formalnie absolwentki
                            gimnazjum) zapytać w czym mogą pomóc-czy dać (nie pożyczyć-dać!)
                            pieniądze a może trzeba pomóc załatwić karawan, a może zająć się
                            dwójką małych dzieci. Wiedzieli sami z siebie że stało się u nas coś
                            bardzo złego. Podobnie było jak zmarła moja babcia.
                            Moi rodzice także utrzymywali bardzo serdeczne i bliskie relacje z
                            ludźmi różnych zawodów i wykształcenia. Bo tak naprawdę liczy się
                            nie formalny papier ale to jakim ktoś jest człowiekiem.
                            Tak na marginesie-moja otwartość na ludzi ma niezłą wartość rynkową-
                            w mediach bez nich niewiele się znaczy. Mógłbym się zamknąć w swoim
                            środowisku-dziennikarzy, prawników i politologów. I tak kisić się we
                            własnym sosie. A tak mam nowe spojrzenie na wiele spraw. Wiem jak
                            ulica myśli o X czy Y.
                            • protozoa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 13:47
                              I chwała Wam za to!!! Serio. Dziennikarz, ze względu na syfike
                              zawodu, styka sie z róznymi ludxmi, w tym i menelami. A czy sie juz
                              z nimi przyjaźni? Tego nie wiem. Na gruncie zawodowym tez mam
                              kontakkt z cała gamą ludzi - i wykształconych i po podstawówce. I
                              naprawdę, tym drugim czasem trzeba tłumaczyć po 100 razy rzeczy
                              jasne i oczywiste. Z ludxmi wykształconymi pracuje sie na ogół
                              inaczej - rozumieja co się do nich mówi, pytają jesli maja
                              wątpliwości, nie wygłaszają absurdalnych teorii. Pokuszę sie o
                              twierdzenie, że po 5 minutach rozmowy będę wiedziała czy jest to
                              człowiek po przyzwoitych studiach ( nie płatnych szkółkach wyższych)
                              czy po lub bez matury
                              • michal_powolny12 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 15:53
                                Dziennikarze mają kontakty z różnymi ludźmi. Niewielu zawiera
                                przyjaźnie poza swoim środowiskiem. No cóż "elity" patrzą na swój
                                but.
    • triss_merigold6 O dobrej szkole 09.04.08, 13:20
      Skończyłam Batorego w czasach jego świetności - z klas mat/fiz na 32
      uczniów w klasie średnio 30 dostawało się na DZIENNE studia;
      olimpijczyków dziesiątki etc. Przy innym systemie maturalnym
      (egzaminy na studia) nie było parcia na oceny. Z przedmiotów
      totalnie mnie nieinteresujących spokojnie płynęłam na 3- i zupełnie
      mnie to satysfakcjonowało, podobnie jak innych uczniów. Na jedyną
      dziewczynkę w klasie, która miała niemal same piątki patrzono z
      pewnym współczuciem, była tym nudnym solidnym kujonem, zapraszanym
      na imprezy żeby ktoś robił kanapki i pomógł zmywać.
      W domu uczyłam się do klasówek, ściągałam regularnie (fizyki czy
      chemii kompletnie nie opłacało się uczyć, i tak z tego nikt matury
      nie zdawał) i miałam sporo czasu na życie towarzyskie, prywatne i w
      ogóle robienie mnóstwa fajnych rzeczy. 3 i 4 klasę wspominam głównie
      przez pryzmat imprez i wyjść.
      Oczywiście z wzorowej uczennicy w podstawówce zjechałam do średniej
      poniżej 4 ale ponieważ dotyczyło to wszystkich więc nikt się z tego
      powodu nie załamywał. Zagrożona bywałam regularnie, podonie jak 3/4
      klasy. Mogłam się uczyć więcej i bardziej systematycznie? Mogłam
      naturalnie ale mi się NIE CHCIAŁO. Nie widziałam w tym absolutnie
      żadnego sensu.
      Z mojej klasy wszyscy skończyli niezłe studia, robią interesujące
      rzeczy, część zrobiła autentyczną karierę, reszta ma po prostu
      ciekawą i satysfakcjonującą pracę.

      W życiu nie poslę dziecka do szkoły w której istnieje tak ogromne
      parcie na sukces specyficznie rozumiany jak w artykule.
      • verdana Re: O dobrej szkole 09.04.08, 13:49
        A mnie śmieszą statystyki - - ze z najlepszych szkół najwiecej osób
        dostaje sie na studia.
        Oczywiscie, ze tak!!! Bo najlepsze szkoły przyjmuja najlepszych,
        wyselekcjonowanych uczniów, tych najpracowitszych (nie zawsze
        najinteligentniejszych, ale przynajmniej chccacych się uczyć),
        ambitnych, często jeszcze dodatkowo z zamoznych domów (a
        przynajmniej sredniozamoznych), mniej w klasach dzieci zaniedbanych
        (o ile w ogóle sa). I potem - cud - te dzieci dostają się na studia,
        kto by to przypuszczał?
        Problem w tym, ze te same dzieci, wysłane do innych szkół średnich
        tez na studia się dostaną. Ale statystyki nie poprawią zanadto,
        skoro w klasach, ktore uczyłam, w klasie mojej córki cżęść osób,
        zdolnych i bardzo zdolnych, nawet nie myslała o dziennych studiach
        na UW - bo nie miała na to pieniędzy, rodzice nie mieli ochoty
        utrzymywać ani dnia dłuźej itd. Więc oni nie zdawali i nie zdali -
        zanizyli statystyki, tylko co z tego (na 28 osób z klasy córki tylko
        ok. 10 zdawała na dzienne studia ).Czy to znaczy, ze w tej drugiej
        szkole zdolny uczeń nie ma szans? Absolutnie nie - moze się nauczyć
        często nie mniej, niż w "dobrej" i tak samo zdać. Bo, niestety, w
        wiekszości wypadków to dom, a nie szkoła determinuje dalsze życie.
        szkoły o wsysokich wymaganiach bardziej sa potrzebne dzieciom z
        tzw. "gorszych domów", niż tym, ktore z domu i tak wynoszą ambicje i
        sporo wiedzy.
        No i jeszcze jedno - mam wrazenie, ze większość osób nie widzi
        psychozy, pogłebiającej się z roku na rok, presji wywieranej na
        dzieci już od 6 klasy, zbyt wczesnej selekcji. Nie ma co porównywać
        tzw "naszych czasów" z dzisiejszymi. Ja widze dramatyczny skok
        pomiędzy czasami mojej córki - pierwszy rocznik gimnazjium, a syna -
        obecna pierwsza klasa. Presja rosnie .
        I tak jeszcze myślę - skonczylam prestiżowe LO, i prestizowe studia
        (7-11 osób na miejsce). A ilość idiotów i w szkole i na roku była
        niewiarygodna. Czy zatem selekcja, jakakolwiek selekcja spowoduje,
        ze w elitarnej szkole nasze dziecko bedzie kontaktowało się z
        miniejsza liczba glupich ludzi? Moze w minimalnym stopniu.
        No i ja przyjaźnie się z osobami bez habilitacji, ba! bez wyższego
        wykształcenia, jakos nie czuje ujmy na honorze.
        • triss_merigold6 Re: O dobrej szkole 09.04.08, 14:03
          Psychoza jest. Kiedyś była ale na innym poziomie. Nastolatek idący
          do zawodówki po podstawówce praktycznie trwale określał swoje
          przyszłe miejsce w hierarchii społecznej i zawodowej. Pamiętam
          przedegzaminacyjny stres do liceum i świadomość, że jak się nie
          dostanę to trafię do np. gastronomika czy handlówki. Matura i
          egzaminy na studia to był przy tym luzik totalny.

          U mnie w szkole byli durnie, owszem. Na studiach również. Ale
          generalnie w moim LO było bardzo dużo młodzieży mającej mnóstwo
          zainteresowań, ciekawej świata po prostu a szkoła to podsycała.
          • nisar Re: O dobrej szkole 09.04.08, 14:59
            I o to chodzi. O takiej szkole marzę dla mojej córki - takiej, która nie będzie
            oczekiwała samych piątek (bo inaczej zaniża się średnią klasy), tylko która z
            radością zobaczy w swoich szeregach kogoś, kto lubi czytać czy wyjeżdżać na
            wycieczki poznawcze (a nie "wypij swoje piwa w innym mieście"). Marzę o szkole
            która pomoże nastolatce określić swoje zainteresowania (moja poza czytaniem nie
            jest konkretnie ukierunkowana w żadną stronę), o szkole w której nauczyciele
            będą nastawieni do młodzieży przyjaźnie a nie krytycznie.
            Ech, rozmarzyłam się...
            • triss_merigold6 Re: O dobrej szkole 09.04.08, 15:26
              Dobra, dobra. W mojej szkole co roku po pierwszej klasie parę osób
              dostawało propozycję nie do odrzucenia: powtarzają rok albo
              zmieniają szkołę. Zazwyczaj zmieniali. Nie radzili sobie ogólnie
              intelektualnie. Stresujący nauczyciele też byli, bo z góry
              traktowano nas jak elitę i wymagano zwłaszcza z przedmiotów
              kierunkowych. Znaczy na humanie mogłam być idiotką z chemii, fizyki
              i matematyki ale nie z języków czy historii bo to by było żenujące.
              Teraz się pozmieniało w tych liceach bardzo.
        • protozoa Re: O dobrej szkole 09.04.08, 15:53
          Verdano, świat jest tak skonstruowany, że ci najlepsi wygrywają
          wyścig ( niekoniecznie wyścig szczurów). Nawet największa
          inteligencja nie pomoże gdy ktos jest leniem i obobokiem. Czasem
          lepiej byc nieco mniej błyskotliwym za to pracowitym, skrupulatnym,
          dokładnym i odpowiedzialnym.
          Verdano, jesli DZIŚ ktoś chce sie uczyc ma ku temu mozliwości. Nie
          spotkałam się, a żyję w Warszawie i obracam sie wśród ludzi, zeby
          ktos powiedział dziecku - stop. nie utrzymuję cie ani dnia dłużej.
          do pracy. Oczywiście o ile dziecko jest zdolne i pracowite a nie co
          roku zmienia zainteresowania i uczelnie.
          Jest system stypendialny, jest mozliwość pracy - nawet w przypadku
          studiów dziennych.
          I kolejny mit - o tym, że dom a nie szkoła determinuje dalsze życie.
          Mam kilku kolegów wywodzących sie z rodzin z problemami. Byli
          zdolni, pracowici, skończyli dobre szkoły i studia. Jeden z nich
          jest bardzo znanym profesorem, pionierem na światową skalę w swojej
          dziedzinie. Dom mu nie pomógł - szkoła - owszem.
          Osobiście nie widzę niczego złego, gdy dziecko od przedszkola uczy
          się angielskiego. Im wczesniej zacznie tym będzie mu łatwiej. I
          większość dzieci wcale nie rozpacza z tego powodu, bo dobrze sie
          przy tym bawi.
          Szkoła prestiżowa,dobra, ambitna wcale nie musi byc stresogenna. I
          najczęściej nie bywa.
          Ludzie dobierają sie według podobnych zainteresowań, doświadczeń
          życiowych, świtopoglądu i...wykształcenia. Nie ma to nic wspólnego z
          ujmą na honorze tylko z tym, ze będąc wśród zgoła innych nie
          znajduje się z nimi na dłuższą metę wspólnego języka. ałżeństwa o
          rażących róznicach w wykształceniu ( zwłaszcza, gdy osobą lepiej
          wykształconą jest kobieta) zwykle rozpadają się. O czym ma rozmawiać
          sprzedawczyni z warzywniaka z ekonomistą? Co ma wspólnego
          dziennikarz z dozorcą czy listonoszem? Lekarz z kucharką? yle samo
          co ambitny uczeń z takim, którego zainteresowania koncentruja się na
          nicnierobieniu.
          • srebrnarybka Re: O dobrej szkole 09.04.08, 16:42
            Do tego kilka uwag, bo do całej długiej wypowiedzi ustosunkować się
            trudno.
            1. Świat nie jest tak skonstruowany, że szansę mają tylko najlepsi,
            bo nie każdy musi, a nawet chce, być lekarzem (podobno to
            niskopłatny zawód, a taki popularny i prestiżowy, chociaż przecież
            kandydaci nie idą tam z powołania ...). Mogą być ludzie, którym
            wystarczy i znajdują radość, spełnienie, a także jakieś dochody, i
            są na swoim miejscu jako np. wterynarze, farmaceuci, archiwiści,
            instrukotorzy rehabilitacji, a nawet tfu tfu nauczyciele. I ważne
            jest nie to, żeby każdy dostał się na uniwersytet medyczny (czym się
            tak chlubisz, że akademię przemianowano na uniwersytet), ale aby
            znalazł w życiu to, co robi najlepiej i co chce robić. Nawet, jeżeli
            będzie to prowadzenie knajpy czy punktu ksero. I nie ma powodu, jak
            często mają w zwyczaju lekarze, pogardzać ludźmi, ktorzy nie zdali
            na medycynę, albo w ogóle na nią nie zdawali, jako na głupszych od
            lekarzy. Nie każdy, kto nie jest lekarzem, jest nieudanym lekarzem.
            2. Nie
            > spotkałam się, a żyję w Warszawie i obracam sie wśród ludzi, zeby
            > ktos powiedział dziecku - stop. nie utrzymuję cie ani dnia
            dłużej. - to tylko potwierdza poglądy Verdany. Obracasz się wśród
            ludi zamożnych i wykształconych i tacy ludzie są skłonni utrzymywać
            dzieci na studiach czy nawet dłużej. Ale dzieci rodziców
            niewykształconych czy mniej zamożnych nieraz to słyszą.
            3. I kolejny mit - o tym, że dom a nie szkoła determinuje dalsze
            życie.
            > Mam kilku kolegów wywodzących sie z rodzin z problemami. Byli
            > zdolni, pracowici, skończyli dobre szkoły i studia. Jeden z nich
            > jest bardzo znanym profesorem, pionierem na światową skalę w
            swojej
            > dziedzinie. Dom mu nie pomógł - szkoła - owszem
            - życie ludzkie to nie teoria medyczna, że stan zapalny należy
            lecyzć antybiotykami i zawsze musi to przynieść efekt. Nasze życie
            jest wypadkową róznych czynników. Co do wływu domu: zwykle wybór
            tzw. dobrej, czyli prestiżowej szkoły, jest wynikiem presji domu,
            więc nawet, jeśli potem szkoła, a nie dom, kształtuje wiedzę ucznia
            (zresztą prawidłowo, bo od tego jest szkoła), to i tak wybór szkoły
            jest zwykle wynikiem presji rodzicielskiej. A Twoim znajomym z
            rozbitych rodzin nie pomogłaby i szkoła, gdyby sami tego nie
            chcieli. Pamiętajmy, że licealista to już prawie dorosły człowiek i
            to on coraz bardziej kształtuje swoje życie. Nie dom, ani szkoła.
            • protozoa Re: O dobrej szkole 09.04.08, 21:34
              Wbrew temu co piszesz mam do czynienia z bardzo róznymi ludźmi -
              chocby z racji wykonywanego zawodu. I powtarzam, nie spotkałam się,
              aby ktokolwiek zabronił dziecku dalszego kształcenia. Jedna z
              naszych salowych ręce sobie do przysłowiowych łokci urabia, żeby
              tylko jej syn skończył studia. I to bynajmniej nie medyczne.
              Daję przykład ze swojej działki, bo znam ja najlepiej, ale sądzę, że
              podobnie jest na Uniwersytecie, Politechnice itd.
              Jeśli już zdecydowałas się na porównywanie wszystkiego do medycyny
              pragne sprostowac, że nie każdy stan zapalny winien być leczony
              antybiotykami. Infekcje o podłozu wirusowym już nie. I nie każdy
              antybiotyk zadziała, źle dobrany bywa nieskuteczny , ba wręcz
              szkodliwy ze względu na działanie jatrogenne.
              Zgadzam się, że życie jest wypadkową, ale cd jak załatwię pacjentów.
              • verdana Re: O dobrej szkole 09.04.08, 22:34
                Ty sie nie spotkałas, a ja spotykalam takich rodzicow stosunkowo
                często. Więc są.
              • michal_powolny12 Re: O dobrej szkole 10.04.08, 01:15
                Zabronić nie a jak jest pusto w budżecie to nawet gdyby jtoś stanął
                na głowie to z pustki pieniędzy nie zrobi.
                A tan na marginesie nie jestem wstanie zrozumieć ludzi którzy
                uważają się za lepszych bo skończyli studia. Toż to prawdziwa
                patologia. Tam naprawdę wolę towarzystwo kuzynów mojej żony
                (zwykłych kolejarzy) niż "profosurską" własną rodzinę. Z bufonami
                trudno się rozmawia. A prości ludzie wiedzą o życiu znacznie więcej
                od niektórych pseuodo intelektualistów od siedmiu boleści.
                Dziwne prawda? Ale naprawdę ci ludzie są sympatyczni, ciekawi świata
                a i jednicześnie są fachowcami w swojej działce.
                • protozoa Re: O dobrej szkole 10.04.08, 08:28
                  A gdzie ja napisałam, że jestem lepsza? Napisałam natomiast, że
                  podobni znajdą wspólny języki z podobnymi. Prości ludzie moga byc
                  znakomitymi ślusarzami kolejarzami, kucharzami itd, ale najczęściej
                  wspólne tematy są mocno ograniczone.
                  • michal_powolny12 Re: O dobrej szkole 10.04.08, 09:31
                    I znowu piszesz nieprawdę. Z prostymi ludźmi fantastycznie się
                    rozmawia. Można od nich dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.
                    Trzeba tylko chcieć. Bardzo wielu rodziców z tak zwanych dobrych
                    domów popełnia błąd ograniczając swoim dzieciom relacje rówieśnicze.
                    Moi na szczęście tego błędu nie popełnili. Do podstawówki (jednej
                    i drugiej) oraz drugiego ogólniaka chodziłem z normalnymi nie
                    profesurskimi dziećmi. Wśrod moich znajomych są więc i pracownicy
                    wyższych uczelni, księgowe, dziennikarze (to takie zawodowe
                    zboczenie), prawnicy, kolejarze, robotnicy budodowlani, elektrycy,
                    salowe. W takim samym środowisku dorasta mój syn. I ma się
                    świetnie.
                    • protozoa Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:05
                      A ja wśród swoich znajomych mam i dziennikarzy i nauczycieli,
                      prawników, pracowników naukowych, ekonomistów. Nie mam przyjaciół
                      ani znajomych wśród pracowników budów, salowych, sprzedawców.
                      Sprząta u mnie salowa. Nawet gdybym bardzo się starała nie
                      miałybysmy o czym rozmawiać - najwyżej powtórzyłaby mi kilka
                      szpitalnych plotek z kuchenki oddziałowej lub ,najwyżej, pokoju
                      pielęgniarskiego.
                      Kiedys jeden z fajnych kolegów miał żonę pielegniarkę. Nie po
                      studiach a po liceum medycznym ( były takie czasy). Śliczna
                      dziewczyna, fajnie ubrana, ale gdy otworzyła buzię, gdy zaczęła się
                      rechotac nie wiadomo z czego... Małżeństwo szybko się rozstało, bo
                      nie mieli punktu stycznego.
                      • verdana Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:15
                        jakoś miałam doskonale o czymrozmawiać z pania, ktora sprzatała u
                        moich rodziców - miała znacznie wiecej mądrego do powiedzenia
                        (chocby na temat wychowania dzieci) niż lekarka, ktora te dzieci
                        leczyła, a była dobrą lekarka, aczkolwiek glupią jak but w
                        dziedzinach pozazawodowych.
                        Moja najblizsza przyjaciółka pochodzi z tzw. "nizin", a mimo to z
                        jej matką można bylo pogadac o wszystkim, moze poza współczesna
                        literatura. No, a żona mojego przyjaciela ma doktorat, a jak otworzy
                        usta...
                        Snobizm to cięzka choroba. Nie doberam dzieciom towarzystwa, ale
                        gdyby zaczęły przyjaźnić się z kimś, kto dobiera sobie towarzystwo
                        jedynie wg. wyksztalcenia, to poradziłabym, aby zastanowili się, czy
                        warto przyjaźnić sie z głupcem.
                      • agatka_s Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:16
                        A nie sadzisz ze na tym forum moga pisac salowe ? I co wtedy ? masz
                        jakos o czym z nimi rozmawiac, nawet tego nie bedac swiadoma....


                        Nie moge sie zgodzic z takim rozumowaniem.

                        Pisalam juz kiedys o mojej babci-gospodyni domowej ktora poswiecila
                        zycie wychowaniu 3 dzieci i bardzo malo feministycznemu prowadzeniu
                        domu-no coz byla to jedna z najbardziej wszechstronnie
                        wyksztalconych osob jakie znalam, coc formalnie miala tylko 7 klas,
                        a za maz wyszla w wieku lat nastu. Z nikim mi sie tak dobrze nie
                        gadalo jak z moja babcia, bo babcia zawsze byla otwarta i cale swoje
                        zycie uczyla sie, co wbrew pozorom w czasach gdzie zrodlem wiedzy
                        byla tylko ksiazka a dzien powszedni nie byl tak sielankowy tak
                        latwy, bylo nie lada sztuka.

                        Ja bardzo lubie ludzi prostych, nie bardzo wyksztalconych, bo czesto
                        tacy ludzie maja duzo do powiedzenia i to bardzo interesujacych
                        rzeczy.
                        • protozoa Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:35
                          Agatko, chyba niewiele widziałaś w życiu salowych.....
                          Jeśli ktoś chciał zdobyć wyższe wykształcenie i był na tyle zdolny
                          to mógł. Nawet bardzo dawno temu, gdy dzień nie był taki
                          sielankowy...Jedna z moich prababek ( rocznik 1897) skończyła
                          medycynę, jej siostra ( rocznik 1900) była adwokatem, inna siostra
                          ukończyła wydział filozoficzny na Uniwersytecie we Lwowie...Można
                          było.
                          • verdana Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:42
                            Mozna było - dla 1% populacji.
                            No, ale rozumiem, ze osobie z tak wykształconej rodziny po prostu
                            nie wypada rozmawiać z szaraczkami. Musze o tym pamietać, bo chyba
                            mam niewlasciwych znajomych.
                            • protozoa Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:50
                              Wolno Ci miec znajomych takich z jakimi dobrze się czujesz. Jesli
                              masz potrzebę wymiany poglądów z dozorczynia - rób to. Jesli chcesz
                              iść do teatru z kasjerką z Tesco - Twoja sprawa. I pozwól, zebym ja
                              miała odmienny pogląd.
                          • agatka_s Re: O dobrej szkole 10.04.08, 13:59
                            Nie czasem tak sie ukladaly losy, ze mimo zdolnosci, mimo nawet
                            pochodzenia z dobrej bogatej rodziny, nie dalo sie.

                            Mojej babci przeszkodzily 2 rzeczy- po pierwsze byla najmlodsza
                            corka z 3, w ktora rodzice z jakis powodow nie bardzo chcieli
                            inwestowac (mimo ze obiektywnie jak znalam moje 2 cioteczne babki,
                            to musze powiedziec moja babcia byla najzdolniejsza) i postanowili
                            ze babci edukacja na poziomie szkoly podstawowej wystarczy (glownie
                            edukowali najstarsza corke, ktora uchodzila za te "madra" w
                            rodzinie). Poza tym babcia wyszla za maz w wieku lat 16 (za mlodego
                            inzyniera), po roku urodzila corke (moja mame) a 3 miesiace po
                            narodzinach mojej mamy wybuchla wojna. Wojna ktora poprzestawiala
                            zycie kompletnie. Potem babcia urodzila jeszcze 2 dzieci, i moze
                            choc czasem i myslala o edukacji, nie bylo to mozliwe.

                            Losy ludzkie sa rozne....juz nie bede wspominac ze pani Grohola,
                            ktorej ksiazek mozna nie lubic, ale ktora jest z pewnoscia osoba z
                            ktora warto rozmawiac, byla salowa przez jakis czas.

                            No coz jesli ja nie mialabym z czego zyc to tez pracowalabym jako
                            salowa, gdyby trzeba bylo, tylko czy to oznacza ze nie warto byloby
                            ze mna juz rozmawiac ?
                      • nangaparbat3 A wiesz, protozoa 10.04.08, 14:17
                        u moich rodzicow sprzatała pani doktor - weterynarii - za to z Kazachstanu.

                        Ciekawe, do ktorej grupy bys ją zaklasyfikowała.
                  • nangaparbat3 Re: O dobrej szkole 10.04.08, 14:15
                    protozoa napisała:

                    > A gdzie ja napisałam, że jestem lepsza? Napisałam natomiast, że
                    > podobni znajdą wspólny języki z podobnymi.

                    Kazde Twoje zdanie aż zionie poczuciem wyzszości. Jak chocby to:

                    Prości ludzie moga byc
                    > znakomitymi ślusarzami kolejarzami, kucharzami itd, ale najczęściej
                    > wspólne tematy są mocno ograniczone.
    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 16:05
      Owszem, to dom określa poziom dziecka i jego szanse. Ale również środowisko
      rówieśnicze. W tzw. dobrej szkole uczeń ma szansę spotkać ludzi na swoim
      poziomie, o podobnych zainteresowaniach, podobnej pasji do nauki.

      Presja jest, zgadzam się.
      Ale zdolni i tak są dobrzy, niezależnie od presji.
      Dlatego rodzice tych zdolnych powinni wyluzować.

      Najgorzej mają dzieci mniej zdolne, którym stawia się wygórowane wymagania. Bo
      program jest jednakowy dla wszystkich.

      Kiedyś były dobre szkoły zawodowe. Uczeń słabszy, albo po prostu rozwijający się
      w swoim tempie, albo z zaległościami, miał szanse na wydłużenie nauki o dwa
      lata. (3lata ZSZ + 3 lata technikum uzupełniającego). Znam wielu ludzi po
      studiach, nawet z tytułami naukowymi, którzy przyznawali się do tej ścieżki
      edukacji.
      Często szkoła zasadnicza odkrywała zdolności dziecka z ubogiej rodziny. Albo
      dziecko nagle rozkwitało.
      Teraz szkoła zasadnicza to pogrzebanie szans dziecka.

      Niektóre dzieci są tak mało inteligentne,że tylko skończenie studiów jest dla
      nich szansą na jakakolwiek pracę, bo do niczego konkretnego się nie nadają.
      Żadnego fachu nie są w stanie się nauczyć.
      Problemem jest matura, rodzice muszą się więc bardzo postarać, potem już leci.

      Są dzieci z rodzin "wysoce" inteligenckich, gdzie dyplom wyższej uczelni jest
      oczywistością, i dzieci są rzeczywiście gnębione, by go zdobyć.
      Jeśli dziecko jest mniej zdolne, albo uparte, to jest problem.
      Córka znajomych, z rodziny profesorskiej, niedługo (mam nadzieję) skończy
      studia, ale właśnie kosztem licznych korepetycji, uruchamiania znajomości,
      ciężkiej pracy całej rodziny przed każdym kolokwium.Tu "histeria" się przydaje.

      Gorzej z uparciuchami.
      W znanej mi innej rodzinie "profesorskiej" żadne z trojga dzieci nie ma
      "magistra", ot, tak na złość rodzicom.
      Rodzice uskuteczniają płacz i zgrzytanie zębów, ze skóry wychodzą, wszystko na nic.

      • triss_merigold6 No pliz... 09.04.08, 17:18
        Kiedyś były dobre szkoły zawodowe to znaczy kiedy? Zdawałam do
        liceum w 1989 r. i do zawodówki wybierała się mniej więcej 1/3
        klasy. Najsłabsi uczniowie i ci z rodzin z problemami, bo kasa była
        potrzebna. Pamiętam schizę nas, zdających do liceów, co będzie jak
        się nie dostaniemy, perspektywa zawodówki była horrorem. Były
        POJEDYNCZE oblegane szkoły zawodowe do których słabsi nie mieli
        szans ponieważ był konkurs świadectw. Pozostałe zawodówki -
        zwłaszcza budowlanki - plasowano w rankingach poziomu nauczania
        gdzieś tuż przed szkołami specjalnymi.

        Właśnie TERAZ szkoły zawodowe są lepsze, bo zmieniła się kadra,
        techniki nauczania, poziom zajęć warsztatowych, kiedyś to było dno,
        syf i patologia najczęściej. Opowieści rówieśników o fali w
        zawodówkach męskich mogę przytaczać ale mnie wytną za drastyczność.
        • rycerzowa Re: No pliz... 09.04.08, 18:21
          "Dobroć" szkół, jak i wszystkiego, jest pojęciem względnym.
          O dobrych onegdaj szkołach zawodowych piszę w tym sensie,że szło do nich właśnie
          ok.30 procent rocznika w dużych miastach, a w mniejszych - ponad połowa. Czyli
          w sumie normalne, przeciętne , czasem zdolne dzieci,żadna patologia.
          Nawet w szkołach tzw. przyzakładowych nie działo się najgorzej; pisałam o nich
          pracę. Były to szkoły dla dzieci z rodzin, gdzie trzeba było szybko zarabiać.
          Dla najsłabszych były OHP - Ochotnicze Hufce Pracy.

          ( Z punktu widzenia tych z dobrych ogólniaków, zawodówka to była owszem, klasa
          niższa, ale w rzeczywistości to była przeciętność).

          Teraz ta młodzież w zdecydowanej większości poszła do gimnazjów i ogólniaków, a
          potem idzie na studia. Do zawodówek chodzą dzieci upośledzone umysłowo, lub
          prawdziwa patologia.
          Świetny program i kadra niewiele może pomóc.
          Do aż tak pustego i Salomon niewiele naleje.
          • verdana Re: No pliz... 09.04.08, 19:12
            O nie!
            Do zawodowek - przynajmniej z klas moich dzieci - szły dzieci z
            rodzin, ktore nie maily ambicji "wyksztalecnia", a uznawały, ze
            dzieci powinny jak najszybciej zarabiać - bo albo w domu nie bylo
            pieniedzy, albo zarabianie jawilo się jako dobro najwyższe - na
            dzis, a nie za parę lat.
            To wcale nie byla patologia, normalne dzieci, tylko z innych
            srodowisk. Wszyskie tutejsze dyskutantki wywodza się z jednego
            środowiska i tylko je znają. A naprawdę, wielkomiejska inteligencja
            to jeszcze nie wszyscy.
            • triss_merigold6 Jeszcze raz 10.04.08, 08:53
              Nie powiedziałam, że do zawodówek szły dzieci patologiczne tylko, że
              szły tam dzieci z rodzin biednych, z problemami i takich w których
              kasa była szybko potrzebna. W zawodówkach męskich kwitła przemoc i
              chamstwo w maksymalnie brutalnym wydaniu, chłopcy chlali i siłą
              ustalali hierarchię w grupie. Nie opowiadajcie głupot, że nie, bo
              miałam kolegów w szkołach zawodowych, część z nich opowiadała co się
              działo dopiero jako dorośli ludzie. Paru zmieniało szkoły właśnie z
              powodu przemocy, nauczyciele nie byli w stanie tego ogarnąć wcale.
              Warsztaty i praktyki to był smiech na sali i okazja do chlania.
              Chodzenie na przerwie na wino czy wodkę to była norma i standard,
              kupowanie flaszek panom nauczycielom również. Moja szkoła graniczyła
              z budowlanką, no sorry to były dwa różne kosmosy.

              Owszem część poszła później do techników (jakich dziennych? robota i
              nauka w trybie wieczorowym, bo kasa w domu potrzebna) ale tylko
              część.
              Rycerzowa pisze, że w porównaniu z liceami to była klasa niższa?
              Qrde, to była przepaść. W życiu nie słyszałam o takiej chamówie w
              liceach jaka była na porządku dziennym w wielu zawodówkach.
              Dzieci szły normalne ale atmosfera szkoły i kumulacja problemów
              wychowawczych, rodzinnych, środowiskowych była demoralizująca. Panny
              z zawodówek można było w autobusie rozpoznać po ciężkiej tapecie i
              języku a chłopaków też po bluzgach i podpiciu.
    • marycha.tamasuka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 21:09
      Strasznie rozbudowany watek i późno na niego trafiłam, więc bedzie jeszcze
      bardziej chaotycznie niz zwykle.
      Wychowałam się w rodzinie, gdzie dyplom od kilku pokoleń jest oczywistością,
      skończylam (dawno bo dawno, ale jednak) renomowane liceum, elitarne (podowczas)
      studia. Pracowałam parę lat w podstawowce na blokowisku, a od kilkunastu - w
      renomowanym liceum, uważanym przez uczniów za "przyjazne".
      Sadzę, że:
      1. Wylewamy krokodyle lzy nad dziecmi azjatyckimi, że ciężko pracują -
      jednocześnie zmuszając nasze własne (zwlaszcza wyksztalceni i tzw. na poziomie
      rodzice) do pracy wcale nie lzejszej, główna róznica - odroczenie w czasie
      korzysci materialnych. Przeczytajcie uwaznie list - 7-8 lekcji codziennie, w
      domu lekcje 2 jezykow obcych, wiec siadanie do odrabiania zadań domowych i nauki
      dopiero wieczorem to koniecznośc, wcześniej sie po prostu nie da. Nawet jeśli
      policzymy: 7 godzin w szkole+1angielskiego+2 zadań domowych - to juz 10. A my,
      dorosli, mamy osmiogodzinny dzień pracy.
      2. Główny pproblem to nie szkoła, a nadambitni rodzice, co zresztą bardzo ladnie
      wykazala Wieczna Gosia. Nawet w szkole o najbardziej wysrubowanym poziomie
      (cokolwiek mialoby to znaczyc) mozna załozyc, że tylko z przedmiotów, ktore
      ucznia interesują i ktore bedzie zdawac na maturze, powinien miec dobre oceny. Z
      reszty - niech przejdzie do nastepnej klasy. Kiedy sugeruje taka postawe naszym
      uczniom proszą, by to powtorzyc rodzicom - powtarzm, bez wiekszego skutku.
      3. Jeśli ktoś chce się nauczyc, zrobi to (mowie o licealiscie) bez szkoły, a
      nawet wbrew szkole.
      Nauczyciele celują w tworzeniu mitów, ze jeśli uczeń nie bedzie miał ilus tam
      godzin jego przedmiotu, nigdy nie zda matury. Sekundują im w tym rodzice,
      opłacając korepetycje. Jedni i drudzy przejmuja za dziecko odpowiedzialnośc za
      naukę, co wiecej daja mu odczuc, że samo sobie nie poradzi.
      4. Bardzo zdolni uczniowie wcale nierzadko nie znoszą szkoły - niestety bardzo
      często szkoła jest znakomita w gaszeniu zapału, przedstawianiu zagadnień
      fascynujacych w sposób nieznosnie nudny, sekowaniu osób myślących tworczo i
      oryginalnie.
      Dla niektorych bardzo zdolnych młodych ludzi (w tym i takich, którzy naprawdę
      lubia sie uczyc) szkoła jest udręką, koszmarnym czasem, który trzeba przetrwac.
      5. Obecnie głównym celem dobrego liceum jest wychowanie sprawnego pracownika
      wielkiej korporacji,pracoholika nastawionego na rywalizację, perfekcyjnie i bez
      refleksji wykonujacego stawiane przed nim zadania . Nie jest to cel
      uswiadamiany, często nauczycielom jest wręcz obcy,jednak do niego dążą zmiany w
      ststemie ksztalcenia, glównie nowa matura.
      6. W przeprowadzonej przez prof. Czapińskiego diagnozie okazało się, ze im
      starszy uczeń, tym bardziej nastawiony na rywalizację, mniej na współpracę. Tego
      uczą i rodzina, i szkoła.
      7. I na koniec powtorzę, co juz kiedys pisalam: Dlaczego wyscig szczurów jest
      zły? Bo nawet jak wygrasz, dalej jestes szczurem.
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 21:16
        Nareszcie.... 100% prawdy.
        Nareszcie ktos zrozumiał - własnie tak jest. Wychowujemy
        pracoholików dla pracodawców i tyle.
        W jakiej szkole uczysz? Wysłalabym na nauke do Ciebie dziecko.
      • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 09.04.08, 21:21
        Bardzo mi się Twoja wyowiedź podoba.
      • baba06 Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 09:32
        chciałabym,żeby moje dziecko uczyli tak myślący nauczycielesmile
    • saskia123 arykuł z przekroju 10.04.08, 11:58
      Do gimnazjów trafi w tym roku ponad 400 tysięcy uczniów. Prawie
      połowa z nich nie dowie się skąd się wziął renesans. Dowie się co to
      wyścig szczurów, przemoc i berekcw..ony. Witajcie w szkolnym piekle

      10 kwietnia 2008

      Przeciętnemu polskiemu gimnazjaliście najlpepiej wychodzi pisanie.
      Zaproszeń i ogłoszeń zadanych na egzaminie gimnazjalnym. Nie potrafi
      już za to na egzaminie wyjaśnić, z czego wyniknął melodyjny
      charakter wiersza. Myli też średnicę figury geometrycznej z jej
      obwodem i nie potrafi obliczyć procentu z liczby. Połowa (!)
      gimnazjalistów nie ma bladego pojęcia o tym, że matematyka może
      przydać się w życiu.
      – Prawda jest taka, że poziom wiedzy, jaki w ubiegłym roku wyniósł
      mój syn z typowego polskiego gimnazjum, byłby żenujący, gdyby nie
      moja ciężka praca i zatrudniona przeze mnie armia korepetytorów –
      przyznaje Barbara Chwatiuk, właścicielka niewielkiej firmy z
      Katowic. Ma ona jeszcze jednego, młodszego syna, 13-latka. – W tym
      roku obiecałam sobie, że nie popełnię błędów – zapewnia. – Zaczęłam
      od stawiania pytań.
      Pytań jest sporo. Wydawać by się mogło, że na niektóre odpowiedź
      jest prosta. Większość rodziców za szczyt marzeń uważa renomowane,
      publiczne gimnazjum, do którego trafiają wybrańcy. Jednak tam
      najpierw trzeba się dostać – decydują o tym oceny ze szkoły
      podstawowej, wyniki testu na koniec szóstej klasy, a często także
      dodatkowe wewnętrzne sprawdziany gimnazjum. Nic więc dziwnego, że
      wielu zdesperowanych rodziców decyduje się dziś nawet na fikcyjną
      przeprowadzkę z dziećmi i zmianę adresu zameldowania w pobliże
      szkoły. Pomocne są w tym szczególnie odpowiednio rozlokowane babcie
      i znajomi. Uczeń z rejonu dostaje się bowiem do dobrej szkoły bez
      egzaminu. Potem jednak i gimnazjalista, i jego rodzice muszą się
      liczyć z godzinami spędzonymi w korkach, bo mieszkają przecież tam,
      gdzie mieszkali. Tymczasem – jak coraz częściej zauważają naukowcy –
      wiele renomowanych gimnazjów uczy wyłącznie poprawnego rozwiązywania
      testów, rzadziej samodzielnego myślenia i rozwijania pasji. Liczą
      się w nich nie uczniowie, ale ich wyniki.

      Tłok w klasie
      – To zwykły wyścig szczurów. Dlatego takie gimnazja pełne są
      samotnych, zestresowanych dzieciaków niepotrafiących dotrzymać kroku
      prymusom – ostrzega profesor Krzysztof Kruszewski z Wydziału
      Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego.
      Może więc lepiej wybrać gimnazjum bez większych wymagań, za to tuż
      za rogiem, w którym dziecko poczuje się swojsko, bo znajdzie wielu
      kolegów z podwórka? Co prawda będzie to najpewniej pełne przemocy
      gimnazjum z 40-osobową nawet klasą, ale do którego nie trzeba zdawać
      żadnych egzaminów...
      – Nie radziłbym – ostrzega doktor Maciej Jakubowski z Wydziału Nauk
      Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, który badał wpływ
      wielkości klasy na wyniki uczniów. – Tłok w klasie sprawi, że
      dziecko nie będzie miało większych szans na otrzymanie odpowiedniej
      porcji wiedzy.
      Może zatem lepsze perspektywy czekają gimnazjalistę w szkole bardzo
      kameralnej?
      – Też nie – mówi doktor Jakubowski. – Zbyt mała liczba uczniów to
      mniejsza szansa na to, że nasze dziecko znajdzie kolegów na podobnym
      poziomie intelektualnym, że będzie się odpowiednio w grupie rozwijać.
      Czy w takim razie lepiej rozwinie się na prowincji, czy w dużym
      mieście?
      – Statystycznie szkoły w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców
      uzyskują z egzaminu średnie wyniki wyższe niż szkoły w mniejszych
      miastach i szkoły wiejskie, a szkoły niepubliczne – wyniki nieco
      wyższe niż szkoły publiczne – wyjaśnia Tadeusz Mosiek z Wydziału
      Egzaminów dla Uczniów Gimnazjów Centralnej Komisji Edukacyjnej.
      Tyle tylko, że statystyki nie wyjaśniają wszystkiego. Nie do końca
      jeszcze wiemy, dlaczego na przykład wiejskie gimnazja mają często
      lepsze wyniki w nauce niż szkoły w małych miasteczkach, a w części
      humanistycznej egzaminu w ubiegłym roku najniższy średni wynik miała
      szkoła położona w mieście powyżej 100 tysięcy mieszkańców. I
      dlaczego w takich Żorach (62 tysiące mieszkańców) publiczne gimnazja
      w osiągnięciach biją na łeb renomowane publiczne i niepubliczne
      szkoły z wielkich miast.

      Odtwórczy i sztampowi
      – Co zatem mamy robić? – głowi się dziś większość z prawie 900
      tysięcy rodziców polskich 13-latków. I słusznie, bo eksperci w
      jednym są zgodni: to nie podstawówka i nie liceum, ale właśnie
      gimnazjum ma największy wpływ na to, czy nasze dziecko odniesie w
      późniejszym życiu sukces. Intelektualny i materialny.
      Tymczasem okazuje się, że aż 40 procent absolwentów polskich
      gimnazjów nie ma pojęcia, że renesans narodził się we Włoszech, co
      trzeci uczeń nie kojarzy czasów króla Stanisława Augusta z
      rozbiorami, a połowa nie potrafi obliczyć zużycia paliwa w
      samochodzie i odczytać zwykłej mapy. To także wynika z
      ubiegłorocznych wyników egzaminów gimnazjalnych. I co potwierdza
      wydaną rok wcześniej opinię polskich badaczy, którzy w ramach
      Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA OECD
      zauważyli, że uczniowie polskich gimnazjów w umiejętności twórczego
      rozumowania znacznie odstają od swoich zachodnich kolegów. Są
      odtwórczy, nie potrafią samodzielnie wymyśleć najprostszego
      eksperymentu. Winą za to naukowcy obarczyli szkołę. Bo uczy rutynowo
      i wycinkowo. I zaproponowali, by w Polsce przeprowadzić publiczną
      debatę pod znamiennym tytułem „Syndrom niedokończonej reformy”*.
      Debata jak dotąd się nie odbyła.
      – Polskie gimnazja wciąż są nastawione na wpajanie uczniom regułek –
      wyjaśnia profesor Kruszewski. – Te lepsze potrafią robić to w taki
      sposób, by przełożyło się to na wyniki testów, te gorsze nawet tego
      nie potrafią.
      Egzamin gimnazjalny z ubiegłego roku ujawnił, że z co 10. polskiego
      gimnazjum nastolatek nie wyniesie nic. Może poza siniakami.
      – W 10 procentach gimnazjów uczniowie nie zdobyli na egzaminie
      żadnych punktów! – załamuje ręce profesor Krzysztof Konarzewski z
      Instytutu Psychologii PAN.
      Te dane są szokujące. Bardziej szokujące jest to, że wynikami
      egzaminów w gimnazjach nikt się nie zainteresował, z Ministerstwem
      Edukacji włącznie.
      – Zostaliśmy z tym problemem sami – przyznaje Piotr Zaczkowski ze
      śląskiego kuratorium oświaty. – My i dyrektorzy kiepskich szkół, bo
      większość z nich bezradnie rozkłada ręce. Nie mogą zbyt wiele zrobić
      bez poparcia resortu, bez pieniędzy na dokształcanie słabych
      nauczycieli, bez rządowego pomysłu na to, jak uzdrowić sytuację w
      szkole położonej w okolicy, w której panują marazm i bezrobocie. I
      zakamuflowany analfabetyzm.
      Gdy zapytaliśmy ministerstwo o przyczynę braku reakcji, otrzymaliśmy
      odpowiedź, że: „MEN przypomniało kuratorom o możliwości stosowania
      programów poprawy efektywności w zakresie dydaktyki, opieki i
      wychowania w trybie art. 34 ustawy o systemie oświaty”.

      cdn
    • saskia123 artykuł cd. 10.04.08, 11:59
      Przemoc nauczycielem
      Skoro przeciętny gimnazjalista przez trzy lata nauki w szkole nie
      zdoła się dowiedzieć, gdzie narodziło się odrodzenie, to może
      chociaż szkoła zapewni mu bezpieczeństwo i rozwój w przyjaznej
      atmosferze. By rozwiać i te złudzenia, wystarczy zapytać
      przeciętnego gimnazjalistę, co to jest berekcw..ony. Nieświadomym
      wyjaśniamy: gimnazjalista znienacka zachodzi kolegę od tyłu,
      przytrzymuje go siłą i pozoruje stosunek płciowy.
      – Nie twierdzę, że za PRL panowała w szkole sielanka, wręcz
      przeciwnie. Ale tak źle jeszcze nie było. Dziś najważniejszym
      nauczycielem w polskim gimnazjum stała się przemoc – mówi profesor
      Janusz Czapiński, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego,
      ekspert ogólnopolskiego programu „Szkoła bez przemocy”. Właśnie z
      badań Czapińskiego jednoznacznie wynika, że największa agresja wobec
      nauczycieli i kolegów pojawia się w gimnazjach: na chamstwo uczniów
      skarży się tylko 15 procent nauczycieli szkół podstawowych i 21
      procent ponadgimnazjalnych. Za to aż 27 procent nauczycieli
      gimnazjów.
      – To nie tylko przemoc fizyczna i psychiczna. To także coraz większy
      cynizm i obojętność całej szkolnej społeczności wobec zła – dodaje
      Czapiński. Profesor podstawowej przyczyny eskalacji gimnazjalnej
      przemocy upatruje w reformie oświaty. – Skracając dzieciom
      podstawówkę, wyrwano je z poczucia bezpieczeństwa, które budowały
      razem ze swoimi znanymi dobrze nauczycielami – uważa psycholog.
      Z opublikowanych w styczniu tego roku badań socjologów z
      Uniwersytetu Łódzkiego, którzy przyjrzeli się między innymi
      gimnazjom (łódzkim), wynika, że – zdaniem samych uczniów – na
      agresję najbardziej narażeni są ich chuderlawi koledzy: tak
      odpowiedziało 45 procent ankietowanych. Przechlapane mają również
      szkolni pupile, uczniowie z biednych rodzin (14 procent) i wreszcie
      ci, którzy mają problemy z nauką (13 procent). Najlepsza pogoda
      panuje dla dzieci bogatych.

      Brutalne reguły
      Przemoc szkolna ma wiele odcieni. Coraz częściej objawia się przy
      zastosowaniu nowych technologii. W zimie po Internecie hulał film z
      15-letnią Ulą z Opola. Ula oddaje się koledze w toalecie. Wczesną
      wiosną widzieli to już wszyscy gimnazjaliści z Opola. Kiedy Ula
      przechodziła ulicą, krzyczeli za nią: „Ty ku..!”. W marcu podcięła
      sobie żyły. Na szczęście dziewczynkę uratowano. – Młodzi ludzie
      czują się w otaczającej ich rzeczywistości coraz mniej pewnie, są
      coraz mniej odporni na stresy – wyjaśnia psycholog Anna Resler-Maj
      z Kliniki Psychiatrii Wieku Rozwojowego Akademii Medycznej w
      Warszawie.
      Artysta plastyk z Bydgoszczy Grzegorz Pleszyński, który prowadzi
      zajęcia ze sztuki z gimnazjalistami, widzi to tak: – Nastolatek to
      dziecko, które już chce w życiu czegoś ważnego szukać,
      eksperymentować, czasem pobłądzić. Dlatego potrzebuje oparcia,
      przewodnika, kogoś, kto doradzi mu, jak poradzić sobie z napięciami,
      ale też wskaże mu najlepsze, najciekawsze drogi opisania świata.
      Czy oparcie w szkolnym pedagogu miał szansę znaleźć gimnazjalista z
      Jarosławia, który obrzucił kamieniami szczeniaka? I robił to z taką
      pasją, że poranionego psa trzeba było uśpić. Co wyniósł ze szkoły
      uczeń gimnazjum z Lubelszczyzny, który rozprowadzał wśród szkolnych
      kolegów podrobione kartki obiadowe i sprzedawał im filmy
      pornograficzne? Co nauczyciel powiedział o Żydach 10 gimnazjalistom
      z Andrychowa, którzy pod koniec ubiegłego roku umieścili w necie
      własnej produkcji filmik pod tytułem „Rozstrzelanie”?
      – Młodzież ma wpojone przekonanie, że świat jest brutalny i rządzi
      się coraz bardziej brutalnymi regułami – ocenia Grażyna Małkowska,
      pedagog szkolna i autorka sztuki „Blackout”, która poświęcona jest
      przemocy w polskiej szkole.

      Kopnął Piotruś
      Ale w gimnazjum kwitnie także przemoc nauczycieli wobec uczniów.
      Opublikowane właśnie badania firmy SMG KRC wykazały, że aż 23
      procent gimnazjalistów skarży się na agresję ze strony pedagogów.
      – Nauczycielom coraz częściej puszczają nerwy – przyznaje Sławomir
      Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. I dodaje, że
      dzieje się tak po pierwsze, dlatego że wciąż w Polsce nauczycieli
      nie szkoli się pod kątem pracy wychowawczej z młodzieżą, a po
      drugie, zabrano im wiele narzędzi, którymi kiedyś mogli się
      posługiwać.
      – Kiedyś krnąbrnego ucznia piętnowano za złe zachowanie na szkolnym
      apelu – wyjaśnia. – Dziś nie wolno tego robić, bo uznano, że
      naruszałoby to godność młodzieńca.
      W związku z tym wielu pedagogów zamiata problem pod dywan lub na
      agresję odpowiada agresją. Albo stara się pozbyć problemu w
      najprostszy z możliwych sposób. Na przykład wzywa policję, bo we
      wrześniu ubiegłego roku nadano mu prawa funkcjonariusza publicznego.
      I jego znieważenie ściga się dziś z urzędu. Może też poskarżyć się
      na zachowanie ucznia dyrektorowi szkoły.
      – Kopnął Piotruś nauczycielkę, to Piotrusia ze szkoły wyrzuciłem –
      mówi bez ogródek Andrzej Cichoń, dyrektor Gimnazjum numer 73 w
      Krakowie. Cichoń słynie z kilku innych niekonwencjonalnych metod
      wychowawczych. Od kilku lat na zakończenie roku rozdaje discmany tym
      podopiecznym, którzy nie opuścili ani jednego dnia szkoły bez lewego
      usprawiedliwienia. Trzy lata temu rozdawał 200 discmanów, a w tym
      roku już tylko 18. Dlaczego? Może dlatego, że zdaniem wielu
      psychologów, ale także samych nauczycieli, uczynienie z pedagoga
      funkcjonariusza niczego nie załatwia. – To tylko kolejny dowód na
      to, że w typowym polskim gimnazjum nauczyciel przestaje być
      przyjacielem ucznia, tylko staje się kimś, kto jest po drugiej
      stronie barykady, kimś, kto z założenia jest wrogiem, kimś, kto
      słyszy, a nie słucha – mówi gimnazjalny matematyk Grzegorz Nicpoń,
      który przez swoich wychowanków gremialnie nazywany jest i
      przyjacielem, i mistrzem.
      Zdaniem Piotra Machowskiego, dyrektora Prywatnego Gimnazjum numer 8
      imienia Mikołaja Reja w Krakowie, publiczne gimnazja mają jeszcze
      jeden poważny problem.
      – Nie stanowią wspólnot z jasno wytyczonym kodeksem postępowania, w
      których wszystkim na sobie zależy, w których o problemach rozmawiają
      po partnersku, życzliwie wszyscy: uczniowie, rodzice i nauczyciele –
      uważa Machowski. W jego gimnazjum przemoc praktycznie nie istnieje,
      choć nie ma w nim kamer. Może dlatego, że klasy są niewielkie, a
      reguły gry jasno określone. Podobnie jak w wielu innych prywatnych
      gimnazjach, w których jednak za spokój dziecka trzeba zapłacić
      comiesięczne czesne.
      Ogólnie spoko szkoła
      W kilkudziesięcioosobowej klasie w szkole publicznej też są jasne
      reguły. Tyle że często nieco odmienne. Na Portalu Edukacyjnym
      niejaki Lord zachwala swoje warszawskie gimnazjum: „Jest fajnie. Jak
      ci się coś nie podoba, można spuścić łomot nauczycielowi, alkohol
      tolerowany, ziółko się znajdzie, ogólnie spoko szkoła”.
      Co robić? Według Sławomira Broniarza z ZNP rodzice i ich dzieci
      powinni postawić na dobrych nauczycieli. Wprowadzone przez reformę
      zewnętrzne egzaminy w gimnazjach mają jedną zaletę: obiektywnie
      pokazują nie tylko słabe i mocne strony uczniów, ale także ich
      pedagogów. Pozostaje wierzyć, że większości gimnazjalistów uda się
      trafić w ręce takich nauczycieli jak Grzegorz Pleszyński. Człowieka,
      który namówił już wielu uczniów i ich nauczycieli, by w ramach
      wspólnej akcji „Antydepresyjna szkoła” starali się w niej mimo
      wszystko żyć. A nawet, o dziwo, uśmiechać.

      ANNA SZULC
      "Przekrój" nr 15/2008

    • agatka_s Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 12:12
      Nawet boje sie komentowac....

      Jakbym o jakims kosmosie czytala. Ja i moje dziecko jednak zyjemy w
      calkiem innym swiecie, chyba odleglym o lata swietlne od tych
      problemow o jakich pisze autor. Jesli rzeczywiscie istnieje taka
      rzeczywistosc to jest to strasznie przykre.
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 12:32
        No, my tez w innym swiecie. A jestem matka niewatpliwie chuderlawego
        syna, o głowe nizszego od kolegów.
        • kkokos Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 14:31
          hm, tyle że gimnazja w mojej okolicy, w tym rejonowe mojego dziecka (a wszystkie
          są raczej przeciętne niż dobre), mają w klasach 27-30 osób. 40 osób w klasie to
          ma nie "szkoła za rogiem", a elitarna (bo przecież tak trudno się dostać) Twarda...
    • protozoa Re: De gustibus et coloribus non est disputandum.. 10.04.08, 13:28
      O kolory i upodobania nie trzba się spierać.Ta łacińska sentencja
      podsumowuje dyskusję. Macie prawo twierdzić, że najlepszymi szkołami
      są te, w których mozna sptkac dzieci z róznych środowisk, nauka jest
      albo jej nie ma ( prawdziwe talenty i tak sie nie zaprzepaszczą),
      macie prawo każdą szkołe, która wymaga i znajduje się na topie w
      rankingach uważać za wylegarnie stresów i kompleksów. Macie w końcu
      prawo do dowolnych znajomych, przyjaciół i kontaktów towarzyskich.
      I przyjmijcie, że sa ludzie, którzy mysla tak jak ja.
      • nangaparbat3 Ależ przyjmujemy! 10.04.08, 14:40
        Świetnie wiemy, ze mnóstwo ludzi mysli tak jak Ty.
        Niektórzy myslą inaczej.
        Bardzo Ci jestem wdzięczna za przyznanie mi (w końcu) prawa do przyjaźnienia się
        z kim zechcę. Wśród moich przyjacioł są profesorowie, są też bezrobotni
        analfabeci o ciemnej karnacji.
        Byc moze jedna z przyczyn takiej głebokiej roznicy pogladow jest utozsamianie
        przez Ciebie (tak to odbieram) przyjaźni z prowadzeniem zycia towarzyskiego.
    • saskia123 Hahaha 10.04.08, 14:00
      Czytam i czytam i śmieszno i straszno...
      Takie elyyyytarne towarzystwo dyskutuje zażarcie, buduje zamki z
      piasku a nie widzi że to tylko piasek smile. Spieracie się o sprawy
      które nie są czarno białe. Nie ma jedynie słusznej opcji więc
      polecam sypnąć garść pokory do kociołka z megalomanią.
      Osiołkowi w żłoby dano. wink
      • konfest Re: Hahaha 21.04.08, 08:20
        Ale jak to przyjemnie kiedy się mówi: jestem lepsza!
    • rycerzowa Pax! 10.04.08, 15:31
      I znowu każdy ma troszkę racji.
      Na pewno nie można oceniać ludzi według dyplomu.
      Każdy (ja też) zna prymitywów z tytułami i ciekawe osobowości wśród ludzi
      niewykształconych.
      Ale - znów!- popatrzcie na statystykę.
      Jak mam rozmawiać z ludźmi po przysłowiowej zawodówce, skoro 80% z nich uważa,że
      w Polsce jest źle, bo rządzą w niej "Żydy", że stryczek to najskuteczniejsza
      profilaktyka przestępczości, a najciekawszy program w tv to Kiepscy.
      Owszem, wśród "elyt" też zdarzają się tacy, ale jest ich kilka procent.

      Sąsiad z działki wspaniale opowiada o swoich kwiatkach i lubię go słuchać, ale
      tylko w tym temacie. Nie ma on ogólnej wiedzy, rozeznania w rzeczywistości, nic
      nie czyta, niczego poważnego nie słucha.Zatem wygłasza gotowe sądy, w rodzaju,że
      ujawnienie sprawy szczecińskiej jest opluwaniem Kościoła. I nie ma z nim żadnej
      dyskusji. I tak myślą wszyscy jego krewni i znajomi.
      Nikt ze znanych mi ludzi wykształconych, głęboko wierzących , tak nie myśli.Może
      dlatego m.in., gdyż wiedzą, gdzie leży Irlandia i USA.
      • agatka_s Re: Pax! 10.04.08, 15:45
        No tak.

        Ale ty to mowisz o konkretnej osobie, i OK. Ja tez znam takie
        osoby, ktore sa tak prymitywne ze az zeby bola.

        Ja dzisiaj jechalam taksowka, i pan taksowkarz, raczyl mnie
        roznymi "opowiesciami", sluchalam, bylo to tak niesamowicie inne od
        moich doswiadczen (jak mu sie kiedys pasazerka rozebrala np...)ze az
        ciekawe. Niemniej tej ciekawosci starczylo mi na 1 kurs, i
        wystarczy. Nie sadze jednak ze z tego powodu nigdy nie
        zaprzyjaznilabym sie z taksowkarzem czy ze uwazam ze taksowkarze to
        idioci z ktorymi nie ma oczym rozmawiac. Gdyby to byl fajny
        czlowiek, why not ?

        Mysle ze wszyscy troche zdenerwowalismy sie z powodu tonu i poczucia
        niczym nieuzasadnionej wyzszosci protoazy wobec ludzi wykonujacych
        okreslone profesje, nie mogacych sie pochwalic dyplomami. Zwykle
        poczucie przyzwoitosci kazalo nam stanac w obronie ich honoru i czci.

        A swoja droga jak czytam posty protazy, to przypomnialy mi sie moje
        dawne :"potyczki" (tez na tym forum i tez w sprawach szkoly)z osoba
        ktora w niku miala nazwe kaktusa, ten sam ton, te same argumenty,
        nie wiem moze to tylko przypadkowa zbieznosc, ale tak mi sie
        skojarzylo.

        pozdrawiam
        • rycerzowa Re: Pax! 10.04.08, 16:10
          Widzisz, Agatko, to nie chodzi o to,że ta konkretna osoba jest prymitywna.Tylko
          o regułę,że brak wiedzy, tzw. ciemnota, rodzi prymitywizm, często zło.
          Tezą książki Grossa jest,że aktów agresji wobec ocalałych z okupacji Żdów
          dokonywali ludzie ciemni, przesądni, uprzedzeni, podatni na prowokację.
          W gruncie rzeczy mogli to być przyzwoici ludzie, i na tym polega tragedia.

          Dlatego tak ważna jest jak najszersza edukacja, kultura.

          Jakie takie wykształcenie, obycie, dużo daje nawet mało inteligentnemu
          osobnikowi, nawet takiemu, który na tych swoich studiach niewiele się
          nauczył.Przybyły z prowincji na studia krewniak jeszcze kilka lat temu uważał,że
          "miejsce Asfaltu jest na ulicy". Teraz już tak nie uważa, chociaż jego poziom
          intelektualny wzrósł w bardzo nieznacznym stopniu.

          • agatka_s Re: Pax! 10.04.08, 16:19
            Wyksztalcenie jest bardzo wazne.

            Ale czasem nie najwazniejsze. A moim zdaniem segregowanie ludzi
            (choc nie twierdze ze protoaza miala takie intencje) wedlug pozimu
            wyksztalcenia nie wiele sie rozni od segregowania wedlug innych
            rzeczy (o ktorych piszesz ze niektorzy juz sie wyedukowali ze nie
            nalezy).

            Mnie duzo bardziej niz brak wyksztalcenia (takiego formalnego)
            draznia bufonowatosc, brak kindersztuby i cos co powszechnie
            nazywamy chamstwem. O tak z chamami to nie bardzo mam o czym
            rozmawiac (nawet jak maja doktoraty). TYLKO NIECH NIKT TEGO NIE
            WEZMIE DO SIEBIE !!!! to naprawde byla a-personalna deklaracja.



            • kkokos Tyle o sobie wiemy, ile 10.04.08, 22:17
              tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono - cytat oklepany, ale niestety tak jest.
              lubimy o sobie myśleć, że tacy jesteśmy otwarci na świat, nikogo nie traktujemy
              gorzej, szanujemy sprzątaczki. a może po prostu tylko głęboko przyswoiliśmy
              sobie myśl, że nie wypada wygłaszać opinii antysemickich czy segregować ludzi
              pod względem wykształcenia. jako ludzie z kindersztubą z pewnością nie powiemy,
              że asfalt powinien znać swoje miejsce, mało tego, czarnego kolegę w klasie
              naszego dziecka powitamy radośnie - ale tak naprawdę przekonamy się o naszej
              otwartości, gdy do klasy naszego dziecka przyjdzie dwójka cyganów, a w szkole,
              przypadkiem w tym samym czasie, zaczną się kradzieże. gdy mieszkanie obok
              wynajmie trzech ponurych facetów z dowolnego kraju arabskiego. albo gdy syn
              przyprowadzi narzeczonego.
              protozoa jest po prostu szczera. czytałam gdzieś forach gazety, że polskie
              szpitale są niezwykle hierarchiczne, że to normalne, iż niezależnie od wieku
              lekarze tykają pielęgniarki, a one do nich mówią "pani doktor", "panie
              doktorze". protozoa zapewne przesiąkła atmosferą "kopania w dół". ale poza tym
              nie sposób odmówić jej pewnej racji. oczywiście każdy zna jakiegoś "szlachetnego
              prostaczka", życiowo mądrą, dobrą, choć niewyedukowaną osobę, którą szanuje,
              której opowieści lub opinii lubi słuchać. ale to jedna osoba, może trzy. a z
              resztą - panem z warzywniaka, dozorcą, sprzątaczką w firmie, gdzie pracujemy,
              hydraulikiem, sąsiadką pracującą "na kasie" w hipermarkecie itd. - raczej pani
              profesor nie będzie miała o czym rozmawiać. chyba że jest typem osoby lubiącej
              pogawędki o niczym, o pogodzie, o korkach ulicznych, o drożyźnie...
              sytuacje takie jak przytoczona przez protozoę - rozpad małżeństwa zawartego z
              kimś "nie z własnego podwórka" - są naprawdę bardzo częste i nie udawajcie, że
              tego nie wiecie. ludzie lubią przebywać wśród swoich - co w tym zdaniu jest
              nieprawdziwego? fajnie jest poutwierdzać samego siebie w mniemaniu, jaki to ja
              jestem otwarty i życzliwy wobec świata, ale o tym, czy tak naprawdę jest, to się
              można niestety przekonać dopiero w konkretnej sytuacji. a nie wtedy, gdy się
              samemu przyznaje, że żyje się "w innym kosmosie", bo się o przypadkach przemocy
              w szkole nie słyszało.
              • srebrnarybka Re: Tyle o sobie wiemy, ile 10.04.08, 22:47
                Przez parę lat sąsiadowałam z Arabem, który mieszkał 2 piętra niżej,
                był bardziej wesoły, niż smutny, bo odwiedzały go damy nieciężkich
                obyczajów, które czasem myliły nr mieszkania i dzwoniły do mnie 2
                piętra wyżej, stąd wiem, ale specjalnie mi to nie przeszkadzało.
                Sąsiadki były zaskoczone, że sama z Arabem wsiadam do windy: To pani
                się nie boi?????? - a niby dlaczego bardziej miałabym się bać Araba
                niż nie-Araba? Przecież sąsiad, niezależnie od koloru skóry, nie
                zgwałci w windzie znanej sobie sąsiadki, bo wie, że i ona go zna i
                oskarży. Po cóż zresztą miałby mnie gwałcić, jeśli komfortowo
                uzyskiwał te pożytki w wydaniu profejonalistek?
                Kompletnie mnie to nie obchodziło i sąsiedztwo Araba mi nie
                przeszkadzało.
                Obecnie mieszkam w bloku, gdzie mieszka masę Wietnamczyków, którzy
                handlują na pobliskim bazarze. Są bardzo grzeczni, zawsze mowią
                dzień dobry, nie robią awantur i nie upijają się. Wolę ich od
                sąsiada Polaka, który często leży pijany koło windy, bo nie ma siły
                wejść do włąsnego mieszkania.
                Co do szczerości pani Protozoa (nie wiem, jak to odmieniać?) - cóż,
                może jest szczera, ale mówi za siebie. Mnie doktorat nie przeszkadza
                rozmawiać z panią portierką na mojej uczelni. Mówię do niej: Pani
                Krysiu i mówienie przez ty byłoby w moim rozumieniu objawem
                absolutnego chamstwa i poniżenia. Owszem, jest prawdą, że większość
                moich znajomych ma ukońcozne studia, a często doktoraty, habilitacje
                czy aplikacje prawnicze, ale też nigdy nie stawiałam sobie żadnych
                ograniczeń w tej dziedzinie. Tak wyszło naturalnie, ale jestem już w
                tym wieku, że wiekszość moich znajomych to koledzy bardziej lub
                mniej związani z pracą. Mówimy zaś cały czas o uczniach, a na etapie
                licealnym nie zawsze musi być wiadomo, czy z kogoś będzie profesror
                czy fotograf.
                • kkokos Re: Tyle o sobie wiemy, ile 10.04.08, 23:17
                  dawno przestałyśmy mówić o uczniach smile

                  ale to miło, że dalej chcesz się sama utwierdzać w tym, że jesteś świetna: "mnie
                  doktorat nie przeszkadza rozmawiać z panią portierką na mojej uczelni".

                  z sąsiadami wietnamczykami kłaniacie się sobie na schodach, ale jakoś się nie
                  przyjaźnicie, prawda? z arabem też jakoś nie. cóż, nie jesteście do siebie
                  podobni - a więc może jednak chociaz w tym protozoa ma rację?

                  nie napisałaś nic, co zaprzeczyłoby temu, że to wszystko sfera twojego mniemania
                  o sobie - nie byłaś w sytuacji, w której twoja otwartość na innych byłaby
                  poddana rzeczywistej próbie.
                  moja zresztą też nie. dlatego przyznaję się, że nie wiem, czy zdałabym egzamin.
                  ja tez rozmawiam ze sprzątaczkami w mojej firmie - i co z tego?
                  • srebrnarybka Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 00:11
                    Rozumiem, że dopiero wtedy uwierzyłabyś mi, że nie mam uprzedzeń,
                    gdyby te Arab jednak zgwałcił mnie w windzie, a ja nie złożyłabym
                    skargi, żeby nie krzywdzić Araba. Muszę Cię więc rozczarować, Arab
                    miał dobry gust i wybierał atrakcyjniejsze ode mnie
                    profesjonalistki. Z nikum z sąsiadów w tamtym domu (nie mieszkam tam
                    od 14 lat) nie zaprzyjaźniłam się, bardzo rzadko korzystałm z
                    telefonu sąsiadki, bo ie miałam własneog, ale było to pewnie z
                    częstotliwością raz na półtora roku. Moje kontakty z Arabem nie były
                    więc słabsze niż z innymi sąsiadami, natomiast inni sąsiedzi, a
                    zwłąszcza sąsiadki, traktowali Araba nieufnie, bo to, panie, ...
                    Arab jest.
                    Co do poertierki - wstyd powiedzieć, ale nie wszyscy wykładowcy
                    mojej uczelni witają się z portierkami, rozmawiają z nimi i np.
                    skłądają im życzenia świąteczne. Ja mam taki zgniłointeligencki
                    zwyczaj.
                    • rycerzowa Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 12:02
                      kkokos napisała:

                      > dawno przestałyśmy mówić o uczniach smile

                      To wszystko się z sobą łączy.

                      Każdego człowieka należy szanować za to, za co go szanować można.
                      Szanuję dozorczynię,że dorabia sprzątając biura i mieszkania, by zapewnić
                      dzieciom przyzwoity byt. Bardziej, niż pana magistra, któremu wystarczy 1200 zł
                      pensji.
                      Podziwiam Wietnamczyków za twardość i pracowitość.

                      Tu nie chodzi o poczucie wyższości z racji inteligenckiego statusu.
                      Chodzi o utrzymywanie bliskich kontaktów , o więzi.
                      Człowiek potrzebuje kontaktu z innymi, potrzebuje porozumienia, wymiany
                      poglądów, dyskusji, kłótni, odwołania się do wspólnych lektur, wspólnego
                      doświadczenia.
                      Szuka kogoś na podobnym poziomie intelektualnym, o podobnych zainteresowaniach,o
                      PODOBNYM SYSTEMIE WARTOSCI - by zrozumieć i być zrozumianym.

                      Dzieci zaczynają się dobierać według tych kryteriów od wieku dojrzewania. To
                      jest naturalny proces.
                      Czyli podstawówka powinna być jak najbardziej demokratyczna, ale od gimnazjum
                      dziecko może już chcieć poszukać sobie kolegów, z którymi czuje się dobrze.
                      Nie ma potrzeby gorszyć się, że cyborg-olimpijczyk lgnie do innych cyborgów, bo
                      on wtedy wreszcie jest wśród swoich, czuje się normalnie, nikogo nie
                      szokuje,nikt się z niego nie śmieje (że kujon) ma z kim i o czym pogadać.

                      Człowiek dorosły też szuka podobnych sobie.
                      Pogadać może z każdym, uprzejmym może być wobec każdego, ale aby wyjść ze swojej
                      samotności, potrzebuje tych, z którymi może nadawać na tych samych falach.
                      • srebrnarybka Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 12:14
                        Bardziej, niż pana magistra, któremu wystarczy 1200 zł
                        > pensji.
                        - nie rozumiem. Bo ja np. szanuję bardziej pana mgra pedagogiki
                        specjalnej, który za małe pieniądze pracuje z powołaniem i
                        poświęceniem jako wychowawca w internacie dla dzieci upośledzonych,
                        znajduje w tym radość, spełnienie i powałanie niż pana mgra tej
                        samej specjalności, który pracuje za 10 tys. w firmie PRwoskiej,
                        czyli nie robi nic pożytecznego społecznie. Zgodnie z tym, co
                        piszesz, najbardiej godną szacunku osobą jest pracownica agencji
                        towarzyskiej, bo zarabia na pewno więcej niż Twoja dozorczyni.
                        Co do uczniów i koleżeństwa - oczywiście, że ludzie dość często
                        szukają osób podobnych sobie, ale nie uważam, że należy ten proces
                        sztucznie wzmacniać. Co więcej, koszarowanie ze sobą wyłącznie
                        cyborgów sprawi, że nie mają szansy dowiedzieć się, że są inni
                        młodzi ludzie. Natomiast w klasie zróznicowanej cyborgi zapewne i
                        tak się odnajdą, ale sam proces szukania drugiego cyborga wśród
                        niecyborgów może być awwrtościowy intelektualnie.
                        • nangaparbat3 ranyboskieświęte 11.04.08, 20:58
                          Przeoczyłam to o magistrze.
                          Zatkało mnie.
                          Bo pan magister moze za 10 - czy wiecej - tysiecy siedziec na d. i wystepowac
                          jako expert w kilkunastu różnych programach, nie kiwajac palcem i zgarniajac
                          forsę, moze tez za te 1200 ciezko harowac, robiąc naprawdę fantastyczne, ważne
                          rzeczy.
                          Nie przyszło mi jak dotąd do glowy, ze stopień szacunku mam uzalezniac od sumy
                          pieniedzy, jakie ktos zarabia.
                      • nangaparbat3 Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 20:50

                        Szanowac trzeba czlowieka za to, że jest - po pierwsze zywą istotą, po drugie
                        człowiekiem. To jest taki podstawowy szacunek, który nalezy się kazdemu, łacznie
                        z najgorszym bamdziorem i psychopatą. Katolicy mowia chyba w tym miejscu o
                        "przyrodzonej godnosci ludzkiej", tak mi sie wydaje.
                        Ten rodzaj szacunku mowi zresztą zdecydowanie wiecej o szanujacym niz o szanowanym.
                        Za wszelkie pozytywy mozna czlowieka raczej cenic (choc oczywiście potocznie
                        mowimy o szacunku), nawet podziwiac.
                    • kkokos Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 15:34
                      > Rozumiem, że dopiero wtedy uwierzyłabyś mi, że nie mam uprzedzeń,
                      > gdyby te Arab jednak zgwałcił mnie w windzie, a ja nie złożyłabym
                      > skargi, żeby nie krzywdzić Araba.

                      możesz się wyzłośliwiać, ale co to za argument?

                      pozostanę przy swoim - ty nie wiesz, czy nie masz uprzedzeń, ty
                      jesteś przekonana, że nie masz, ale to przekonanie niesprawdzone w
                      żadnej kryzysowej sytuacji.
              • nangaparbat3 Re: Tyle o sobie wiemy, ile 10.04.08, 23:15
                Moja babcia, która medycyne konczyła jeszcze we Lwowie, a pielęgniarki w pracy
                stawiała na bacznośc, miała przyjaciołkę pielegniarke własśnie. Gosposię, ktora
                pracowała u niej przez wiele lat, traktowała jak członka rodziny. A ja,
                profesorskie dziecko, od paru dobrych lat zadaję sie z Cyganami, i to tymi
                najbiedniejszymi, i bardzo sobie te relacje chwalę.
                Wiem, ze ulegam uprzedzeniom, w kontaktach z Romami często się odzywają -
                przygladam im sie i łagodnie odsuwam. Że są, to nie znaczy, ze muszą mną kierowac.
                Protazoa z góry kasuje ludzi niewyksztalconych, a priori stwierdza, ze nie maja
                jej nic waznego do powiedzenia, co najwyzej mogą miec do niej "interes". Uważam,
                ze taka postawa jest zła, bo obie strony pozbawia szansy na kontakt, poznanie,
                dialog. A nawet więcej - rozpoznana przez tych "gorszych", moze wzbudzic w nich
                gniew, niechęc, agresję. Skądeś sie przecież biorą rewolucje.
                • kkokos Re: Tyle o sobie wiemy, ile 10.04.08, 23:48
                  nangaparbat3 napisała:
                  Gosposię, ktora
                  > pracowała u niej przez wiele lat, traktowała jak członka rodziny.

                  tak, moja ciotka podobnie, a gdy już gosposia pracować nie bardzo mogła, miała u
                  ciotki dożywocie, i to nie w komórce. ale podejrzewam, że układ z gosposią czy
                  nianią, już tu kilkakrotnie przywołany, jest szczególny, charakter pracy tych
                  osób wymusza bliskość, a nawet zażyłość, kogoś, z kim nie można się dogadać, nie
                  trzymano by zresztą w domu latami.


                  A ja,
                  > profesorskie dziecko, od paru dobrych lat zadaję sie z Cyganami, i to tymi
                  > najbiedniejszymi, i bardzo sobie te relacje chwalę.
                  > Wiem, ze ulegam uprzedzeniom, w kontaktach z Romami często się odzywają -
                  > przygladam im sie i łagodnie odsuwam.


                  no właśnie: samoświadomość, wiedza o własnych zachowaniach i reakcjach zdobyta w
                  praniu - a nie zapewnianie samego siebie, jaki jestem świetny, podczas gdy być
                  może jestem tylko poprawny politycznie. i tylko o to mi chodziło smile

              • protozoa Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 11:44
                Tak! Tykam pielęgniarki, co więcej one są speszone gdy zwracam sie
                do nich per pani, bo czuja, że cos przeskrobały. Tykam mlodszych
                lekarzy. Sama byłam tykana przez poprzedniego szefa ( obecny jest
                moim kolegą) i nie widziałam w tym nic niestosownego.
                Codziennie rano gdy wchodzę do pokoju pielegniarek mówie dzień
                dobry, ale nie popijam z nimi kawy, nie plotkuję - najwyżej
                wymieniamy uwagi o pogodzie lub dzieciach.
                Pracowałam z 2 Arabami - jeden fajny,bywał u nas w domu, drugi mocno
                problematyczny - niewiele nas łączyło prócz wspólnie wykonywanej
                pracy.
                Miałam kiedys sąsiadkę - ekspedientkę ze sklepu papierniczego. Mój
                mąż operował jej brata i postanowiła się zrewanżować. Koniecznie
                chciała cos nam kupić, nagabywała nawet dzieci ( wtedy chyba 7-8
                letnie), ale na moje stanowcze "nie"! ktos jej poradził, żeby
                zaposic nas na obiad. Poszliśmy, chociaż sytuacja była dla obu stron
                mocno krępująca. My czulismy sie głupio, sąsiadka była spieta, jej
                mąż po kilku głębszych opowiadał dowcipy typu jaka jest róznica
                między panią doktor a panią doktoprową ( to niby o mnie, chociaz
                jestem 2 w 1) no i naprawde nie było o czym rozmawiać. W sumie
                mówiło sie o kwiatkach na podwórku i chwaliło kunsz kulinarny
                gospodyni.
                Dlaczego o tym piszę? Dlatego, ze jest to tylko potwierdzenie mojej
                tezy - ludzie łączą sie, przyjaźnia, bywają u siebie na zasadzie
                podobieństw. My tu mamy wspólny temat - dzieci!!! Czy ktos z nas
                bywałby na forum dla emerytów, kibicow piłki nożnej czy buddystów?
                • srebrnarybka Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 11:58
                  W dyskusji dość daleko odchodzimy od wychowania, raczej sprawa
                  dotyczy pewnych poglądów na życie.
                  Ale skoro już, to parę uwag: być może w służbie zdrowia panuje
                  feudalna hierarchia, w innych miejscach jednak niespotykana. Nie
                  wyobrażam sobie tykania portierek czy np. studentów. Mnie na
                  uczelni, mimo, że jestem tylo drem tuż przed habilitacją, tyka tylko
                  jeden z profesorów, co toleruję wychodząc z założenia, że czyjeś
                  niekulturalne zachowanie wobec mnie obraża nie mnie, ale tego, kto
                  się tak zachowuje. Ale jest to zachowania odbiegające od ogólnie
                  przyjętej normy.
                  Co do sąsiadki, która zaprosiłą na obiad - cóż, domyślam się, że
                  trudno było z nią rozmawiać o filoofii albo o najnowszych teoriach
                  medycznych. Tyle, że człowiek kulturalny potrafi rozmawiać także z
                  ludźmi mniej wykształconymi, umie ich uszanować i do nich "dotrzeć"
                  i na tym też polega kultura. Oczywiście rozumiem, że nie można mieć
                  wyłącznie znajomych wśród ludzi gorzej wykształconych, ale nie ma
                  obaw, ludzie pracujący z osobami o poodbnym poziomie wykształcenia i
                  tak będą mieli najwięcej znajomych spośród tej grupy, z którą
                  spotykają sie najczęściej.
                  A co do uczniów - wmawianie nastolatkom, że nie powinny przyjaźnić
                  się z gorszymi uczniami, bo to złodzieje i menele, wydaje mi się
                  głęboko niewychowawcze i doowdzi głębokiego poczucia wyższości.
                  • srebrnarybka Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 12:01
                    I generalnie - wykształcenie to jeszcze nie wszystko. Poza
                    wykstałceniem istnieje jeszcze coś takiego, jak kultura, która nie
                    ogranicza się do umiejętności jedzenia nożem i widelcem, ale włąśnie
                    do kulturalnego sposobu zachowania się w różnych sytuacjach.
                • kkokos Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 15:40
                  > Tak! Tykam pielęgniarki,

                  > Miałam kiedys sąsiadkę - ekspedientkę ze sklepu papierniczego


                  no i o ile cię rozumiem w tej drugiej sytuacji (na dwoje babka
                  wróżyła - mogłaś trafić na panią ze sklepu, z którą znalazłaś fajny
                  temat, ale niekoniecznie), to kompletnie nie rozumiem jednostronnego
                  tykania w pracy osób stojących niżej ode mnie. jak strasznym trzeba
                  być bucem, by wprowadzić w swojej takie stosunki???
                • nangaparbat3 Re: Tyle o sobie wiemy, ile 11.04.08, 21:00
                  protozoa napisała:

                  > Tak! Tykam pielęgniarki, co więcej one są speszone gdy zwracam sie
                  > do nich per pani, bo czuja, że cos przeskrobały. Tykam mlodszych
                  > lekarzy. Sama byłam tykana przez poprzedniego szefa ( obecny jest
                  > moim kolegą) i nie widziałam w tym nic niestosownego.

                  Znowu mnie zatkało.
                  Mój ojciec, profesor medycyny, nie tykal ani pielegniarek, ani mlodszych
                  kolegów, ani salowych czy sanitariuszy.
                  Do studentów zwracał się "panie kolego".
                  I nie było to tak znowu dawno temu.
      • verdana Re: Pax! 10.04.08, 16:11
        Prawdę mówiąc, na wydziele (elitarnym) Uniwersytetu Warszawskiego
        wiekszość (no moze oprzesadzam - w kazdym razie bardzo duzo, nie
        kilka procent)studentow i profesury też uwaza, ze Polską żądzą Żydy,
        KK nalezy zaostrzyć, karę śmierci przywrocić, kobiety odesłać do
        garów, a Lwów odebrać. Tylko trochę kulturalniej o tym mowią, a i
        to nie zawsze...
        Najwyraxniej nie bywasz na Radach Naukowych, stad masz lepsze
        mniemanie o inteligencji "elyt" niż ja ostatnio.
        • triss_merigold6 ROTFL 10.04.08, 16:24
          To samo chciałam napisać. Mam identyczne obserwacje z innego
          wydziału UW aczkolwiek nie z rad naukowych. Miałam nieprzyjemność
          kontaktów z profesorami skrajnymi mizoginistami, z profesorem
          doradcą Samoobrony (patologiczny antysemita), z profesorami
          zwolennikami tzw. polityki historycznej i rygoryzmu prawnego.
          Człowiekowi po podstawówce mogę wybaczyć takie poglądy, im nie.

          Na "moich" kierunkach bylo spore grono studentów mocno
          konserwatywnych oraz paru faszystów z NOP-u.
          • nangaparbat3 Re: ROTFL 10.04.08, 19:35
            Niestety mogę sie tylko pod tym podpisac.
            Bardzo bym chciała przyznac racje Rycerzowej - ano oświecimy ciemnotę, i ludzie
            zmądrzeją. Cudowny pozytywistyczny optymizm - w tym mnie wychowano. Ale - ku
            memu nieustajacemu i głebokiemu ubolewaniu - wykształcenie wcale nie przekłada
            sie na mądrośc.
            Grossa niestety jeszcze nie czytałam, leży koło mego łóżka i czeka, aż sie
            poczuję na siłach, ale znajomy, który czytał, powiedział mi, ze najbardziej
            wstrząsajace były dla niego cytowane w "Strachu" wypowiedzi ludzi bardzo, ale to
            bardzo wykształconych.
            • rycerzowa Re: ROTFL 10.04.08, 19:59
              Słuchajcie, jak pisałam,każdy zna kogoś,kto palił 40 papierosów dziennie i
              zdrowy umarł.
              Każdy zna wyborcę Leppera z dyplomem dobrej uczelni.
              Każdy zna kogoś bez wykształcenia, za to o szerokich horyzontach, szczególnie
              ze starszego pokolenia.
              Niemniej statystyki bezlitośnie mówią, kto głosował na Samoobronę, LPR, PiS, PO.
              Statystyki mówią o zależnościach między np. ksenofobią a poziomem wykształcenia
              obywateli.
              W naukach społecznych nigdy nie ma 100% korelacji między przyczyną i skutkiem.

              Każdy zna super wykształconego chama i prymitywa, mizoginistę i antysemitę, ja
              też. Ale czy to oznacza, że niesienie kaganka oswiaty nie ma sensu, bo cham na
              zawsze będzie chamem?
              • nangaparbat3 Taż niesę 10.04.08, 20:06
                ten kaganek.
                BTH - spotkałam takze wyrafinowanych intelektualnie ksenofobów, mizoginistów i
                antysemitów. I to jest najgorsze.
                • srebrnarybka Re: Taż niesę 10.04.08, 20:31
                  Ja też niosę kaganiec oświaty w pewnej prowincjonalnej uczelni. I
                  jakoś tak wierzę, że robi się to skuteczniej, jeśli szanuje się
                  tych, którym się ten kaganiec niesie, choćby byli fatalnie
                  przygotowani do studiowali (tak jest niestety najczęściej) i
                  opowiadali kwadratowe bzdury (tak też jest niestety najczęściej).
                  Owszem, kolekcjonuję humor zeszytów szkolnych, bo inaczej bym
                  zwariowała, ale w trakcie rozmowy ze studentem zwracam się do niego
                  z największym szacunkiem, choćby nie wiem co mi powiedział na
                  egzaminie. Bo student to człowiek i należy mu się szacunek.
    • rycerzowa Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 16:41
      Na Radach Naukowych nie bywam, i jak widać, nie ma czego żałować.
      Moi znajomi to inteligencja techniczna, specjaliści, a za tych nie muszę się
      wstydzić.

      Umysł ścisły myśli logicznie i nie jest podatny na demagogię.
      Zatem, dziewczyny, uczcie dzieci matematyki i fizyki!
      Wtedy i historię zrozumieją.

      Tylko, że to znowu jakieś zadania, jakieś kółko, jakieś wymagania (myślenia!),
      jakieś obowiązki.
      I wątek apiat' ad nawa !
      • verdana Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 17:59
        Troche Ci się myli - kółka, wymagania itd - to nie to samo co
        zmuszanie dziecka do chodzenia do szkoły, gdzie albo maszerujesz,
        albo giniesz.
      • srebrnarybka Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 19:07
        Z tym, że inteligencja techniczna jest rozsądniejsza od humanistów
        też można polemizować. Ludzie, którzy mają dużą wiedzę techniczną, a
        mniejszą z historii czy filozofii (tak często bywa, skoro nie jest
        to ich główny przedmiot zainteresowania) też mogą zostać
        wmanipulowani, bo nie mają wiedzy potrzebnej, by się bronić przed
        manipulacją. Więc na dwoje babka wróżyła. Wydaje mi się, że nie
        można twierdzić, że lakarze są lepsi od historyków, socjologowie od
        lekrzy, a lekarze od polonistów i filozofów. Po prostu każdy, kto
        uczciwie wykonuje swój zawód zgodnie z własnymi preferencjami,
        zdolnościami i zamiłowaniami, jest na swoim miejscu i jest
        równie "wartościowy", cokolwiek by to znaczyło. Ponieważ jestem
        humanistką, więc nie mądrzę się na temat elektryczności, bo nie
        bardzo odróżniam napięcie od natężenia, i wolę słuchać, co mają na
        ten temat do powiedzenia fachowcy, jeśli już się o tym rozmawia. I
        na tym polega bogactwo świata, że ludzie są różni, każdy zna się na
        czym innym i czym innym interesuje. Inaczej świat byłby bardzo
        nudny. W mojej rodzinie mawiało się, że na świecie tak już jest, że
        jeden lubi czekoladę, a drugiemu nogi się pocą. I lepiej tak trzymać.
        • ratyzbona Re: Mama gimnazjalisty:zameczam syna dla jego dob 10.04.08, 22:49
          Tyle rozmawiamy o naprawdę dobrych szkołach że postanowiłam przeprowadzić
          prawdziwy test - korzystając z systemu USOS ( pomiot diabła sprawiający że
          studenci nie śpią po nocach ) w którym można wyszukać każdego studenta UW (
          znając jego imię i nazwisko) postanowiłam sprawdzić jak radzą sobie na studiach
          moi znajomi z najlepszego liceum w Warszawie i z jednego z lepszych gimnazjów.
          oczywiście UW nie jest marzeniem wszystkich więc możemy odliczyć jakieś kilka
          procent na SGH i UM ( idąc z duchem czasu piszę o Uniwersytecie a nie Akademii).
          Wnioski pokontrolne- to jak ktoś się uczył w gimnazjum czy liceum nie ma wpływu
          czy na UW się znajdzie czy nie. Moi leniwi koledzy studiują po dwa kierunki
          podczas gdy przy nazwiskach najbardziej zapracowanych często widzę adnotację że
          jest studentem byłym ( albo odszedł sam albo go wykopali). Nie twierdzę że
          pozostali uczniowie z moich wybranych szkół nie studiują - pewnie płacą gdzieś
          za całkiem niezłą prywatną naukę. W momencie w którym zda się egzamin na studia
          ( bądź odpowie na zestaw piramidalnie głupich odpowiedzi na maturze) to jaką
          szkołę kto skończył przestaje mieć znaczenie. Taka mała statystyczna dygresja
          osoby po nierenomowanej szkole
          Moje forum dla wszystkich z dysfunkcjami. ZAPRASZAM!

          forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=42552

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka