adalwina
15.06.09, 21:41
Na wstępie powiem, że nie jestem z tych matek, które selekcjonują towarzystwo dziecka pod względem jego statusu materialnego czy też innych czynników, co jest dzisiaj w modzie - raczej pozostawiam mu wolną rękę w tym zakresie.
Mam kilkunastoletnią córkę, która jest mądrą, dojrzałą ponad wiek nastolatką. W szkole najgorzej idą jej przedmioty ścisłe, bardzo dobrze radzi zaś sobie z humanistycznymi. Ma swoje pasje, z których największymi są język polski i muzyka, jak to się dzisiaj mówi, alternatywna. Mieszkamy w małej miejscowości gdzie poza towarzystwem szkolnych kolegów i koleżanek nie ma raczej zbyt wielkiego pola manerwu w zawieraniu znajomości, więc większość czasu spędza dyskutując ze swoimi znajomymi przez internet, wypowiadając się na różnych forach i poszerzając swoją wiedzę o interesujące ją sprawy. Jednocześnie jednak jest bardzo otwarta na nowe znajomości zawierane w gronie rówieśniczym, mimo że nie "startuje" do nowych koleżanek jako pierwsza i nie zaznajamia się z nimi - trzyma się nieco na uboczu, mimo że jest przebojową osobą (ale głównie wówczas, gdy się z niej to trochę "wyciśnie"). Dla przyjaźni mogłaby poświęcić wiele, jest osobą która ma "serce na dłoni" i sporą wrażliwość. Niestety, jest też mało asertywna i bardzo uległa na wpływy innych.
I tu jest niestety pies pogrzebany - mianowicie z dniem 2 września minionego roku, kiedy rozpoczął się nowy rok szkolny i trafiła do I klasy liceum, podeszła do niej nowa koleżanka - choć może to za duże słowo, gdyż córka chciałaby dzisiaj jak najszybciej o całym tym "koleżeństwie" zapomnieć. Na początku wydawała się fajna i dziewczyna sama była zadowolona, że ją poznała. Wkrótce zaczęła jednak ujawniać swoje prawdziwe oblicze - pisała karteczki z niewybrednymi słowami kierowane do mojej córki i nie tylko, potrafiła w cztery oczy mówić jej jaka jest fajna etc., a w większym towarzystwie wyzywała ją nieprzyzwoitymi epitetami. Poza tym była, co tu dużo mówić, prymitywna - owe dziewczę było utrapieniem całej szkoły, nawet pedagog szkolna w akcie desperacji powiedziała w jej sprawie "k...py nie trzeba ruszać, bo ona śmierdzi". I istotnie, bo to dziewczynka niedojrzała emocjonalnie i dosyć prymitywna - taka z kręgu tych, którzy nie myślą co mówią i robią. Miała chyba jakieś problemy emocjonalne, bo z relacji córki wynika że w klasie każdy traktował ją jak powietrze i wołano na nią "szatan", bo potrafiła w każdej chwili wybuchnąć płaczem bez powodu. Była nieuczciwa, kłamała mojej córce w wielu sprawach. Oczywiście "oficjalnie" wszystko było "all right", bo udawała jaką jest jej "wspaniałą koleżanką", a nawet chyba najlepszą przyjaciółką.
Córka nie miała o czym z nią rozmawiać - nie nadawały na tych samych falach. Nauczyciele z klasy córki dziwią się, jak w ogóle ukończyła gimnazjum - nie wiedziała, że istnieje taka książka jak "Król Edyp" i nawet na "etos" mówiła "epos". Była wulgarna i agresywna, nawet o swojej mamie (która pomaga jej w lekcjach) nigdy nie wyraziła się inaczej jak "moja stara".
Córka siedziała z nią przez pół roku. Nie wiedziała co jej jest, rano nie chciało jej się po prostu wstać z łóżka i iść do szkoły z obawy, że natarczywa przyjaciółka znów zacznie jej się narzucać ze swoją obecnością. Nie siedzą już razem, problem jednak nadal istnieje, bo koleżanka mści się na córce za to, że ta już z nią nie siedzi i w dalszym ciągu się jej narzuca. Dodam, że przenosiny do innej klasy lub szkoły są niemożliwe - p. dyrektor nie chce wyrazić na to pierwsze zgody, a druga opcja nie istnieje w naszej miejscowości.
Co mi radzicie? Jak "ugryźć" tę sprawę i jak pocieszyć córkę? Albo w jaki sposób uniknąć podobnych sytuacji na przyszłość? Nie twierdzę, że moje dziecko jest idealne, ale na pewno jest wrażliwe - a czasami aż zbyt wrażliwe, skoro daje się pakować w takie sytuacje - bo robi to ze współczucia, a potem daje komuś wejść sobie na głowę... Jak temu przeciwdziałać?