Od co najmniej 3 tygodni zauważyłąm, że mam blokadę tarotową polegającą na...
hmmm... niechęci do stawiania kart.
Nie ma żadnej filozofii a niezaprzeczalny fakt braku zajęcia, a raczej strach
przed przyszłością. Brak zajęcia to początek uruchamiający inne strachy
około-bytowe.
Nie wiem czy przełamać ten strach i niechęć, bo zawsze lepiej wiedzieć na co
się przygotować (czyt. na jakie katastrofy jeszcze) czy przeczekać i
postępować zgodnie z własnym scenariuszem (choć i owego brak).
Mam pewien kiełkujący pomysł wymagający kilku pytań do kart, ale nawet i tych
pytań nie jestem w stanie ułożyć

Od pytań i odpowiedzi zależałoby rozpoczęcie czegoś, w co zawsze wierzyła
Anahelka
Więc co?
Rozkładać na zawodową przyszłość (w tym napocić się przy wymyślaniu pytań o
działania?) czy przeczekać?