Wrr siedze w pracy, zla jak osa.
Otoz przez weekend stawalam na glowie zeby tak poukladac sobie
zajecia na uniwerku, zeby miec wolny najblizszy weekend. Nie bylo to
latwe bo mam prawie same cwiczenia a dodatkowo seminarium. Udalo sie.
A wszystko dlatego, ze ponad tydzien temu szefu zlozyl mi propozycje
wyjazdu do Stolicy i zarobienia sobie dodatkowych pieniadzy w
siedzibie w W-wie. Wtedy gdy zaproponowal nie moglam mu odpowiedziec
na 100% - tak, bo nie wiedzialam co z uczelnia. Zalatwilam wiec ide
dzis do niego i mowie, ze moge pojechac...a ten, ze teraz to nie
wie, bo za pozno sie deklaruje wrrrr widzial doskonale jaka jest
sytuacja ze studiami i ze potrzebne mi pieniadze bo niedawno kupilam
auto.
A ze to mistrz zwodzenia, wiec wcale bym sie nie zdziwila gdyby mi
np. w piatek po poludniu odpowiedzial ze jednak nie jade.
Dziewczyny prosze zajrzyjcie w karty...
Mam 3 pytania:
Czy wyjazd dojdzie do skutku, tzn czy ja jednak pojade ?
Czy on jedzie z nami /wkurza mnie ostatnio i mogly sie nie
pojawiac

/ ? Jakbyscie mogly osobno sprawdzic sobote i osobno
niedziele...
Jesli jedzie to jak my sie tam dogadamy?
Pozdrawiam
Ps. Odwdziecze sie wrozba badz wysle cos na maila.