wojciech.2345
22.01.11, 10:36
To nie żadna "chałupnicza metoda" pozyskania nagrań z wieży w Smoleńsku - jak to określił minister Miller - ale efekt tajnej akcji polskich specsłużb. Jak ustalił Fakt, już 10 kwietnia podczas pierwszej rządowej narady po katastrofie wydano polecenie służbom, by natychmiast jechały na miejsce katastrofy i zbierały "co się da".
Ruszyły dwie ekipy tajnych agentów, z premierem Tuskiem i ministrem Klichem. W sumie około 20 osób. Jedni byli tam oficjalnie jako oficerowie wywiadu, inni robili za ekspertów i szeregowych członków delegacji. Agenci, występując w roli ekspertów, uczestniczyli później w Moskwie w czynnościach śledczych. Właśnie wtedy zgrali z odsłuchów rozmowy kontrolerów z wieży.
Dla nas było jasne, że Rosjanie będą ukrywać dowody, że trzeba jak najszybciej i jak najlepiej zabezpieczyć na miejscu wszystko, co się da – mówi nam jeden z uczestników narady z 10 kwietnia, gdy spotkali się ministrowie i szefowie wszystkich specsłużb.
Dlatego agenci dostali jasne polecenie: „W Smoleńsku i Moskwie wpychamy się, gdzie się da, zabieramy, co się da, gadamy ze wszystkimi, z kim się da. Jak bez wódki nie razbieriosz, to też działać".
www.fakt.pl/Polscy-agenci-przechytrzyli-Rosjan,artykuly,93708,1.html