eva15
01.05.11, 01:19
Póki najokrutniejszy bandzior globu - Kadaffi trząsł całą Libią, Libijczycy siedzieli na tyłku. Policzyli na liczydłach i paluchach wszystkich członków plemion oraz zapisali na pustynnym piasku, że dostają od reżimu za nic nie robienie prawie tyle, ile wynosi socjal w Niemczech a przy tym są u siebie, bez cudzej łachy, a i ceny niższe.
To do nich jeździli gastarbeiterzy a nie oni na zachodni zmywak, by wyprzeć z niego zdemokratyzowanych doszczętnie (acz bezbombowo, bo dobrowolnie) Polaków.
No ale nie mieli demokracji, a to boleśnie to uwierało, Zachód szczególnie. Teraz posmak demokracji już mają, niestety na razie tylko z nieba (bo despota nie zgadza się na dobrowolną ścieżkę a la E. Wsch.). Ale taki skromny początek demokratyzowania im nie wystarcza, chcą więcej i szybciej dzikusy jedne narwane takie. Więc zamiast czekać i u siebie na koniec historii (jak obiecał Fukoyama), wsiadają na łodzie i gnają na Lampeduzę. W ciągu tylko 36 godz. przybyło ich już ca 2.000.
www.spiegel.de/politik/ausland/0,1518,759958,00.html
W półtorej doby 2.000, a przecież demokratycznych bomb nie zabraknie, więc należy się spodziewać, że strumień niecierpliwych, którzy zamiast czekać na demokrację pod gradem bomb, sami do niej szybko gnają, będzie rósł jak na drożdzach. Chwalebna to niecierpliwość widać, że ludy Afryki bardzo łakną wolności. Lampeduza przyjmie wszystkich łaknących - Tunezyjczyków, Egipcjan, Libijczyków i co tam jeszcze się trafi. Europa czeka i się cieszy, że odzew na hasło demokracja jest tak duży. No i na jej działania w demokratyzowaniu Afryki.
Sam Sarkozy za swoje zasługi powinien być nagrodzony radosnym szturmem Libijczyków na Élysée.