gelatik
17.03.02, 02:34
Cenzurują gazety i telewizję, przeinaczają fakty, czasami kłamią, a w razie
potrzeby strzelają do reporterów i bombardują redakcje. Na Bliskim Wschodzie
nie ma mowy o wolności mediów.
Pogrążone w mroku miasteczko Ramallah jeszcze spało, gdy izraelskie czołgi
otoczyły gmach państwowej telewizji i radia Głos Palestyny. W chwilę później
komandosi podłożyli pod budynek ładunki wybuchowe. Po pierwszych eksplozjach
rozpętało się prawdziwe piekło - nadleciały śmigłowce i zaczęło się regularne
bombardowanie. 19 stycznia 2002 r. w ciągu kilku minut przestał istnieć jeden z
symboli palestyńskiej niezależności. - To radio od dawna podjudzało do akcji
przeciwko Izraelowi. Będziemy więc robić wszystko, by chronić naszych
obywateli - oświadczył po zniszczeniu budynku stacji Arie Mekel, rzecznik
izraelskiego rządu.
Wiosną ubiegłego roku, kiedy premierem został Ariel Szaron, a uśpiony konflikt
po latach znów zamieniał się w krwawą jatkę, spiker radia Głos Palestyny wzywał
słuchaczy do kontynuowania "chwalebnej intifady". Im bardziej konflikt się
zaostrzał, tym częściej słychać było bojowe apele na antenie tej radiostacji. -
Ale to jeszcze nie daje Izraelowi prawa do zniszczenia stacji - protestuje
Palestynka Orayb Najjar, profesor Northern Illinois University, badająca
działalność mediów na Bliskim Wschodzie. - Jeśli rząd Szarona nie zgadza się z
informacjami przekazywanymi przez radio, powinien je dementować, a nie burzyć
siedzibę.
Ale Palestyńczycy, gdyby tylko mogli, roznieśliby w pył wszystkie izraelskie
media. Walki toczą nie tylko żołnierze i zamaskowani bojownicy w Gazie czy na
Zachodnim Brzegu. Równie istotna jest wojna na słowa. Izraelczycy i
Palestyńczycy doskonale znają ich wagę i nie przebierają w środkach: często na
łamach swoich gazet kłamią, przeinaczają fakty, a przede wszystkim bez
skrupułów cenzurują media. Każdy artykuł na temat konfliktu, publikowany w
izraelskiej prasie, jest wnikliwie analizowany przez wojskowych. Natomiast
palestyńskie teksty badają urzędnicy Autonomii. Nauczeni doświadczeniem
dziennikarze pilnują się, by nie przekraczać "czerwonej linii", za którą czai
się ostrze cenzora. - Za pisanie informacji objętych tajemnicą wojskową grozi
sąd. Znam przypadek zagranicznego dziennikarza, który ujawnił zakazane
informacje i natychmiast wyjechał. Wiedział, że w Izraelu naraża się na
sankcje. Teraz jest spalony. Na pewno już nie dostanie akredytacji w naszym
kraju - mówi "Newsweekowi" Uri Huppert, niezależny izraelski publicysta.
- Jednak cenzura w Izraelu jest zupełnie nieporównywalna do tej, jaka panowała
w PRL - precyzuje Aleksander Klugman, publicysta polskiego tygodnika "Nowiny
Kurier" ukazującego się w Tel Awiwie. Klugman wyemigrował z Polski w czasach
komunizmu. Tłumaczy, że w Jerozolimie czy Tel Awiwie nie ma centralnego urzędu
cenzorskiego. Redaktorzy gazet mogą o rządzie Szarona pisać, co chcą. Nie ma
cenzury politycznej, ale istnieje cenzura wojskowa. - W PRL była cenzura
poglądów. W Izraelu żadne wiadomości nie podlegają cenzurze, z wyjątkiem tych
dotyczących wojskowości i bezpieczeństwa kraju - mówi Klugman. Jego zdaniem
kontakt z cenzurą mają w zasadzie tylko telewizyjni i radiowi korespondenci
wojenni, którzy z reguły wiedzą, jakich informacji nie wolno im podawać.