bo przykład idzie z góry...

05.04.09, 18:04
Tak czytam te wątki i myślę sobie - biedne dzieciaki, naprawdę. Rozumiem
rodziców, którzy chcą, żeby dziecko było kimś, żeby miało dobry zawód, z może
mieć miejsce tylko wtedy, gdy się będzie dobrze uczyło, skończy dobre
gimnazjum, dobre LO, potem dobre studia, albo zdobędzie zawód, który będzie
dobrze wykonywać, bo się go dobrze wyuczy... Wszystko to racja, ale moim
zdaniem to wszystko powinno się odbywać inaczej. Sama jeszcze nie tak dawno (5
lat) była w LO i zdawałam maturę. Rodzice praktycznie od 5 czy 6 klasy
podstawówki nie zajmowali się bezpośrednio moją nauką. Chodzili oczywiście na
wywiadówki, interesowali się, mama pomagała mi w matematyce czy chemii, czasem
rzucili "czemu się nie uczysz?" ale generalnie zawsze stawiali sprawę na
zasadzie "jesteś mądra, jesteś rozsądna - zrobisz tak, żeby było dobrze". I to
jest jasny komunikat. "Ufamy Ci". No to co mi pozostawało? Robiłam tak, żeby
było dobrze, bo przecież jestem rozsądna. A jak coś poszło nie tak z mojej
winy nie było dwugodzinnego kazania, tylko po prostu mówili "zawaliłaś, teraz
trzeba to naprawić". I był kolejny jasny komunikat. "Popraw się, bo nas
zawiedziesz". I tak to działało najpierw a potem nie wiadomo gdzie, nie
wiadomo kiedy przestałam myśleć o tym, że uczę się, żeby moi rodzice byli ze
mnie dumni, żeby ich nie zawieść, ale że uczę się przede wszystkim dla siebie,
bo jestem rozsądna, jestem rzetelna, a tacy ludzie starają się zrobić wszystko
co zaczną najlepiej jak potrafią. I teraz, na studiach, choć mieszkam z
rodzicami, nie wtrącają się oni w ogóle do mojej nauki. Wiadomo, rozmawiamy o
tym i o owym, o studiach też, kibicują jak mam egzamin, pytają o wyniki, ale
nie ma już metody "kija i marchewki". Od dawna nie ma, bo od dawna sama siebie
motywują.
A do tego najlepsze jest jeszcze to, że rodzice od małego wpajali mi, że nauka
to coś fajnego. Więc w 90% wypadków uczyłam się nie dlatego, że pani kazała,
nie dlatego, że Asia czy Marysia mają lepsze oceny, nie dlatego, że muszę,
żeby być kimś, ale przede wszystkim dlatego, że dobrze jest wiedzieć. Niby
proste, prawda? Ale wszystko szło z góry. Moja mama czytała Focusy zamiast
Pani domu, czy Na żywo, tata oglądał National Geographic i Animal Planet i
nigdy, przenigdy o czymkolwiek czym ja się interesowałam nie mówili, że jest
to strata czasu. Przeciwnie, wychodzili z założenia, że jak człowiek czymś się
fascynuje, to bardzo dobrze, bo wiedza sama wchodzi mu do głowy. A dobrze jest
wiedzieć, nie tylko to, czego wymaga się w szkole.
A dziś na studiach spotykam ludzi, którzy pytają mnie po co czytam tę książkę,
skoro nie wymagają jej do egzaminu. Albo po co chodzić na zajęcia z filozofii,
jak się studiuje prawo i do niczego to się nie przyda. I mogę się założyć, że
to są ludzie, których rodzice motywowali "prośbą i groźbą", a na wciąż
zadawane pytanie "dlaczego?" odpowiadali "daj mi spokój jestem zajęty", aż
dziecko przestało pytać. A czy kiedyś ktoś z Was, rodziców, przyszedł do
pokoju dziecka, które się uczy, zapytał czego się uczy i powiedział "ej, ale
fajnie! pokaż! to bardzo interesujące"? Bo moi rodzice zawsze wszystko uważali
za interesujące :) I mnie się to udzieliło i mam tak nadal. Ot, taka refleksja
po przeczytaniu kilkunastu postów o tym, jakie to te dzieciaki złe, bo się nie
uczą.
    • verdana Re: bo przykład idzie z góry... 05.04.09, 18:55
      Ze wszystkim sie zgadzam, za wyjatkiem jednego - ze przekaz "ucz
      się, bo nas zawiedziesz" moze być dobry w jakichkolwiek
      okolicznosciach. Sa dzieci, ktore szczęśliwie się z tego wyzwalaja,
      sa 50-latkowie, ktorzy nadal usiłuja nie zawieść swoich rodzicow i
      robią wiele rzeczy wbrew sobie.
      "Zawiodłes mmnie" to idealne zdanie na okazję, kiedy dziecko
      ukradnie w sklepie zegarek, albo wbrew 10 krotnym przyrzeczeniom
      zapomni odebrac siostre z przedszkola. Nie w wypadku nauki...
    • kkokos Re: bo przykład idzie z góry... 05.04.09, 19:41
      ee tam, opisałaś model idealny, miałaś szczęście, że ci się taki w życiu trafił,
      ale to tylko model idealny.

      przykład oczywiście działa, ale nie jest prawdą, że zawsze - jakby ludzie
      czytający coś ponad panią domu i np. kończący za świadomego życia swoich dzieci
      kolejne studia nie mieli nigdy żadnych kłopotów ze tymi dziećmi. nieprawda, też
      miewają, też czasem ich dzieci uczą się źle albo wcale się nie uczą, a szkoła
      staje się problemem w ich domach. czasem przykład wręcz działa jak najgorzej, na
      zasadzie "będę inny niż matka".

      a sugestia, że wystarczy dziecku dać kredyt zaufania, a ono będzie rozsądne i
      będzie się uczyło dla siebie, jest po prostu naiwna. ok, taki był twój
      przypadek, ale nie każde dziecko jest grzeczną dziewczynką :) i sugerowanie
      rodzicom:

      I mogę się założyć, że
      > to są ludzie, których rodzice motywowali "prośbą i groźbą", a na wciąż
      > zadawane pytanie "dlaczego?" odpowiadali "daj mi spokój jestem zajęty", aż
      > dziecko przestało pytać.

      jest dla mnie nadużyciem.
      • verdana Re: bo przykład idzie z góry... 05.04.09, 21:40
        Ja czytuję wyłącznie "Forum" i "Polityke", a dzieci ucza się tak
        sobie.
        • ratyzbona Re: bo przykład idzie z góry... 05.04.09, 22:09
          E tam. Każdy ma inną motywację - ja niby uczę się dla siebie i uwielbiam to
          czego się uczę i jak się uczę. Ale wiem że gdybym zawaliła całkowicie swoją
          edukację sprawiłabym przykrość rodzicom. Wiem że mogę aspirować wyżej między
          innymi dlatego że zawsze mi sugerowano że powinnam się o coś więcej starać. Moim
          zdaniem nikt tak naprawdę nie uczy się tylko dla siebie. Nawet jeśli nie chce
          się zadowolić rodziców to chce się zaimponować nauczycielowi przebić kolegę z
          klasy czy po prostu być najlepszym. Branie pod uwagę innych ludzi w wyznaczaniu
          sobie celów nie jest aż tak wielkim przestępstwem pod warunkiem że nie robimy
          niczego wbrew sobie.
          A co się tyczy dawania przykładu to tez nie przesadzajmy - dzieciom nie
          zaszkodzi mama czytająca Panią Domu czy tata oglądający mecz pod warunkiem że
          jak słusznie zaważyłaś zawsze będzie można zapytać dlaczego.
          • claratrueba Re: bo przykład idzie z góry... 06.04.09, 14:50
            Miałam inaczej. Bardzo dużo uwagi, pomocy (ponoć jestem dyslektyczką a nie robię
            błędów- matka robiła mi po 2 dyktanda dziennie- o dysleksji nikt nie słyszał w
            poł. lat 70-tych), wsparcie. Tak było w podstawówce, w liceum rodzina
            koncentrowała się wokół choroby ojca, już nie żył kiedy zdawałam maturę. Ale
            zawsze miałam wzór- mądrych, ciągle czytających (książki) rodziców, matkę, która
            kończyła studia jako dorosła pracująca osoba. Po prostu rosłam taka jak oni,
            aczkolwiek byłam bardzo niegrzeczną, wyszczekaną i zbuntowaną dziewczynką. Ponoć
            mi zostało. Nikt nie mówił "że zawiodę" ja po prostu wiedziałam, że przestanę do
            nich pasować, że bez nauki do nich nie dorosnę, że będę bardzo kochanym ale
            jednak "rodzinnym głupkiem". Tak, nie rzuciłam studiów chociaz mnie zniechęciły,
            by nie zawieść mojej matki- wdowy utrzymującej na studiach dwoje dzieci.
            Skończyłam studia z oceną bardzo dobrą by Ona nie miała poczucia klęski. Nie
            wszystko w życiu robimy tylko dla siebie, a jeśli tak to kiepsko z naszym
            sumieniem, uczuciami, nic nasze rodziny nie są warte. Wychowują egoistów i
            hedonistów. Pustaki z dyplomami.
    • agatka_s Re: bo przykład idzie z góry... 06.04.09, 19:10
      I mnie się wydaje że ta diagnoza jest bardzo płytka.

      Ja też byłam grzeczną i pilną dziewczynką, uczyłam się "sama z
      siebie" i dlatego że raz, że to w sumie lubiłam,a poza tym miałam
      taki wewnetrzny imperatyw obowiązkowości. Moi rodzice akurat
      kompletnie nie mieli pojęcia o mojej nauce, a mój tata to z tych
      ojców co nigdy nie wiedział w której to ja klasie jestem.

      Ale już moje dziecko, w sumie moje geny, jest kompletnie inną
      jednostką. Po pierwsze to chłopak, i chociażby z tego względu ma
      zupełnie inne priorytety, inne podejście do życia i tego "co
      należy". Na szczęście syn jest raczej zdolny i raczej obowiązkowy
      (tzn głównie lubi mieć święty spokój i na tym ta jego obowiązkowość
      polega), ale tak naprawde to jego życie toczy się poza szkołą, poza
      nauką-najważniejsze to spotkać się z kolegami, pograć w piłkę, wyjść
      na rower. Lekcje-owszem ma w porządku, ale nie sądze aby
      kiedykolwiek go to tak naprawde miało interesować. I gdybym ja
      nawet była bliska nagrody Nobla i czytała 500 książek diennie to
      raczej na niego to bardzo nie wpłynęło (no może aby się pochwalić
      kolegom ze ma matke Noblistke ;-) Owszem jakieś rzeczy, które go
      naprawde pasjonją tak tym będzie się zajmował z pasją i naprawde
      upierdliwie dokładnie, ale nie równe odwalania wszystkiego "aby
      kogoś nie zawieść"-taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę. Nie wiem
      czy chłopcy są wogóle w stanie myśleć takimi kategoriami (I
      DOBRZE !!!! BO SĄ SZCZĘŚLIWSI).

      Grzeczne dziewczynki nie mają w życiu zafajnie, a jeszcze grzeczne
      dziewczynki w których rodzice nawet nieświadomie lokują swoje
      ambicje i oczekiwania to już w ogóle mają przechlapane. Ja jestem
      wdzięczna w sumie moim rodzicom, że oni kompletnie olali moją naukę
      (olali bo sami pracowali bardzo intensywnie i poprostu nawet chyba
      fizycznie by nie dali rady)i mogłam się uczyć bo ja tak chciałam a
      nie dla czyiś nadzieji, narobiłam trochę błędów ale w sumie na dobre
      wyszło. W sumie jak patrze na swoje dziecko to ciesze się że on nie
      jest grzeczną dziewczynka i że gdybym nawet w nim pokładała jakieś
      swoje ambicje to on się zwyczajnie "nie daje" (co z grzeczną
      dziewczynką nie wiem czy byłoby takie oczywiste...).

      Dzieci są troszke bardziej skomplikowane niż komuś kto na razie jest
      dzieckiem się wydaje...(ale wszystko dla ludzi, rodzicielstwo
      też !!!)
Pełna wersja