Dodaj do ulubionych

ten Putin to cuchnie

27.08.15, 21:55
Wstęp do michnikologii zapachowej

Komentarz • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 27 sierpnia 2015


Ach, ileż radości dostarcza niekiedy lektura żydowskiej gazety dla Polaków – i to nie tylko najweselszego w całej gazecie działu religijnego, gdzie rzucona przez redakcyjny Judenrat na religijny odcinek frontu ideologicznego pani red. Katarzyna Wiśniewska sztorcuje biskupów, a pan red. Jan Turnau, w charakterze samego religijnego cymesu stręczy mniej wartościowemu narodowi tubylczemu „judeochrześcijaństwo” - w czym zresztą dzielnie sekunduje mu małżeństwo państwa Terlikowskich, próbujące uciułać sobie pierwszy milion na dewocji – ale również lektura publikacji samego pana redaktora Michnika, mianowanego przez jakichś nowojorskich rodaków „Żydem Roku 1990”! Pan redaktor Michnik ostatecznie zdemaskował – Rosjanie powiedzieliby, że „razobłaczył” - złego ruskiego czekistę Putina i rządzące Rosją to całe KGB – że mianowicie „cuchnie strachem przed własnym narodem”. Skoro sam pan redaktor Michnik tak napisał w żydowskiej gazecie dla Polaków, to, ma się rozumieć, nie wypada nam zaprzeczać. Jeśli jednak nawet nie zaprzeczamy, to nic nie stoi na przeszkodzie rozebrać sobie z uwagą, skąd właściwie pan redaktor Michnik może wiedzieć takie rzeczy?

Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że to wywąchał. Żeby wywąchać takie rzeczy, trzeba mieć specjalnego nosa. Z tym u pana redaktora nie ma kłopotu; specjalnego nosa to on ma – na co zwrócił uwagę jeszcze za pierwszej komuny Janusz Szpotański w słynnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”: „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy...” - i tak dalej. No dobrze, wywąchał – ale właściwie kiedy? Przecież wywąchać takich rzeczy z Warszawy niepodobna. Tego nie potrafi nawet właściciel najbardziej wyspecjalizowanego nosa. Zatem i pan redaktor Michnik musiał wywąchać to wcześniej, kiedy jeszcze odbywał z zimnym ruskim czekistą Putinem bliskie spotkania III stopnia w sławnym Klubie Wałdajskim, gdzie zimny ruski czekista swoich gości karmił i poił.

No dobrze – ale czy w na tamtym etapie, kiedy to na łamach żydowskiej gazety dla Polaków, a więc nie bez aprobaty pana redaktora Michnika, sam Główny Cadyk Rzeszy, to znaczy pardon – jakiej tam znowu „Rzeszy”; nie żadnej „Rzeszy”, tylko oczywiście sam Główny Cadyk Rzeczypospolitej - czyli pan Aleksander Smolar pryncypialnie chłostał prezydenta Lecha Kaczyńskiego za „postjagiellońskie mrzonki” - więc czy na tamtym etapie zimny ruski czekista Putin już „cuchnął strachem przed własnym narodem”? Jeśli „cuchnął”, to w porządku, bo wtedy pan redaktor Michnik natychmiast by to wywąchał, zwłaszcza zachodząc zimnego ruskiego czekistę Putina od odpowiedniej strony. Takie sytuacje mogły się w sławnym Klubie Wałdajskim zdarzać, bo o ile goście mogli tam sobie wypić i zakąsić ile dusza zapragnie na kosz zimnego czekisty, to przecież i Putin musiał też coś z tego mieć. Jeśli zatem na tamtym etapie pan redaktor Michnik, oczywiście w momencie kiedy przychodziła jego kolej, zachodził zimnego ruskiego czekistę Putina od odpowiedniej strony, to rzeczywiście coś tam mógł wywąchać.

No dobrze – ale co konkretnie? Pan redaktor powiada, że „strach przed własnym narodem” No dobrze – ale skąd właściwie pan redaktor Michnik może wiedzieć, jak pachnie strach, a zwłaszcza – „strach przed własnym narodem”? A wygląda na to, że wie takie rzeczy, skoro wśród mnóstwa zapachów, jakie zarówno w naszym nieszczęśliwym kraju, jak i w Rosji, unoszą się w powietrzu, natychmiast i bezbłędnie rozpoznał ten charakterystyczny. To przynosi wprawdzie zaszczyt jego powonieniu, ale niestety nie posuwa nas naprzód w udzieleniu odpowiedzi na pytanie, skąd u pana redaktora Michnika taka pewność, że to „strach przed własnym narodem”? Wprawdzie wiemy, że pan redaktor Michnik ma co najmniej tyle samo zalet i przymiotów, co kiedyś Józef Stalin, ale czy wśród nich jest również wiedza aprioryczna w dziedzinie zapachów?

Taka hipoteza byłaby nie tylko z różnych powodów ryzykowna; po pierwsze ze względu na samego pana redaktora Michnika, bo tak się akurat składa, że największą wiedzą aprioryczną mają gatunki biologiczne na najniższym poziomie rozwoju. Zatem stawianie hipotezy o wiedzy apriorycznej, niechby tylko w zakresie zapachów, graniczyłoby ze świętokradztwem. Jakże to – pan redaktor Michnik, autorytet moralny, „Żyd Roku 1990” – i najniższy poziom rozwoju? Nie, nie, wykluczone! Po drugie – nie ma nawet najmniejszych poszlak, które u pana redaktora mogłyby wskazywać na wiedzę aprioryczną nawet w tej dziedzinie. Zatem – skoro nie wiedza aprioryczna, to nabyta. Innej możliwości nie ma. No dobrze – ale nabyta kiedy? Fizjologia i psychologia zgodnie sugerują, że większość umiejętności człowiek nabywa w wieku dziecięcym. Nawiasem mówiąc, podobna sugestia wypływa z ludowego przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Nie jest żadną tajemnicą, że dzieciństwo pana redaktora Michnika upłynęło w rodzinie stalinowców, w dodatku – pochodzenia żydowskiego. To tam mógł nawąchać się tylu rozmaitych zapachów, że pamięć o nich i umiejętność natychmiastowego i bezbłędnego ich rozpoznawania, pozostała mu na całe życie. Wśród tej mnogości zapachów musiał również występować, a może nawet dominować zapach „strachu przed narodem”, niekoniecznie „własnym”, bo na tamtym etapie żadnego strachu przed „własnym” narodem rodzina państwa Szechterów nie miała powodu odczuwać. Co innego strach przed mniej wartościowym narodem tubylczym, który na tamtym etapie był poddawany szczególnie okrutnej opresji przez przemoc, w której rodzina państwa Szechterów miała swój istotny udział. Mógł on niekiedy się objawiać i to właśnie w postaci nieprzyjemnego zapachu, który najwyraźniej musiał zapaść panu redaktorowi w pamięć. Dlatego dzisiaj w taką pewnością go rozpoznaje. No tak – ale dlaczego dopiero dzisiaj, a nie wtedy, gdy zimnego ruskiego czekistę Putina w sławnym Klubie Wałdajskim obwąchiwał z odpowiedniej strony? A dlatego, że mądrość ówczesnego etapu nakazywała powstrzymywanie się z rozpowszechnianiem takich spostrzeżeń, podczas gdy mądrości etapu obecnego odwrotnie – nakazują takie spostrzeżenia nagłaśniać.

Stanisław Michalkiewicz
Obserwuj wątek
    • wojciech.2349 kgbiści to karaluchy 27.08.15, 22:04
      Putin jest jednym z nich.
      On pachnie?
    • 5magna USA pachnie 27.08.15, 22:04
      Wydziela zapachy ostow....

      orders.cloudsna.com/chain?cid=MKT033949&eid=MKT123066&snaid=&step=start##AST07023
      • boavista4 Re: nikt nie dorowna Michalkiewiczowi 27.08.15, 22:26
        szczegolnie Wojtus. warto przeczytac I posmiac sie z glupoty naszzych wladcow, chetnych do podboju Rosji.
        • elka-sulzer Re: nikt nie dorowna Michalkiewiczowi 28.08.15, 15:33
          Sie calkowicie zgadzam co do tekstu Michalkiewicza.

          A co do woytusievitza? No coz, czlek sie juz przyzwyczail do widoku woytusievitza tlamszacego w swojej garsci zafajdane majty swego zydowskiego pana, hehehe.
          • boavista4 Re: Tak, ten Woytus 28.08.15, 15:53
            pisze zle, cyganie, humoru nie ma zadnego, nudny jak flaki z olejem, , tresc powielona z PRL trybuny Ludu, wystarczy przeczytac woytusia I bystrzakow. Peewnie siedzi teraz w domu I wygniata z much portret michnika, zyda 1990 roku.
            • boavista4 Re: Intryga jarka 28.08.15, 16:09
              Ani Rasa, ani Masa, tylko Kasa

              Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 28 sierpnia 2015


              Cóż za wyjątkowy zbieg okoliczności, który świętej pamięci ksiądz Bronisław Bozowski, ongiś kaznodzieja z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, niewątpliwie nazwałby „znakiem”! I miałby rację, bo takie zbiegi okoliczności zdarzają się zbyt rzadko, by nazywać je „przypadkami” - a ksiądz Bozowski utrzymywał, że przypadków w ogóle nie ma, bo są tylko znaki. Nawiasem mówiąc, kiedyś w kościele Panien Wizytek kazania wygłaszał albo ksiądz Bozowski, albo ksiądz Jan Twardowski, podczas gdy dzisiaj – ksiądz Sowa, niesłusznie podejrzewany o związki z restauracją „Sowa i Przyjaciele”, albo ksiądz Luter, którego już o nic podejrzewać nie trzeba. Ale do rzeczy. Otóż tego samego dnia, w którym pan prezydent Duda, wychodząc naprzeciw pragnieniom społeczeństwa, wyrażonym ustami pani Beaty Szydło, wystąpił z inicjatywą drugiego referendum, które miałoby odbyć się jednocześnie z wyborami parlamentarnymi 25 października, w Grecji do dymisji podał się premier Aleksy Cipras, bo utracił większość parlamentarną po tym, jak zbuntowała się mu część partii Syriza. Trudno jej się dziwić, bo premier Aleksy Cipras zrobił wszystko, czego przed wyborami obiecywał nie zrobić. Ale tak to już jest z mocnymi w gębie zasrańcami, których życie nie zdążyło jeszcze doświadczyć. Toteż kiedy został przez Naszą Złotą Panią i francuskiego filuta Hollanda wzięty na konwejer, po 17 godzinach był już spreparowany według najlepszych gestapowskich, czy jak kto woli – NKWD-owskich recept i nie tylko zgodził się na wszystko, na co obiecywał się nie zgodzić, ale w dodatku zaczął – jak to nazywał Aleksander Sołżenicyn - „świergolić”, niczym przodownicy pracy na budowie Kanału Białomorskiego. Ciekawe, czy Nasza Złota Pani wystąpiła podczas tego przesłuchania w roli „złego” ubeka, a francuski filut – w roli „dobrego”, czy odwrotnie?

              Mniejsza zresztą o to, bo najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że w sprawie warunków stawianych Grecji przez wierzycieli, odbyło się tam referendum, w którym tamtejszy naród większością ponad 60 procent głosów żądania wierzycieli odrzucił. Ale demokracja w konfrontacji z plutokracją zawsze przegrywała, zwłaszcza odkąd Umiłowani Przywódcy wszystkich krajów siedzą u plutokratów w kieszeniach i stamtąd groźnie kiwają palcem w bucie – oczywiście jeśli nie mają tego surowo zakazane. Skoro nawet Umiłowani Przywódcy muszą słuchać plutokratów, to cóż dopiero „naród”, zwłaszcza jakiś mniej wartościowy naród tubylczy, który wprawdzie w konstytucjach komplementowany jest jako „suweren”, ale kiedy przychodzi co do czego, to nikt go o zdanie nie pyta. Na przykład przed ratyfikacją traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności, a resztę wypłukuje, „suweren” nie został w ogóle zapytany, czy taki ruch mu się podoba, czy nie. Najwyraźniej Umiłowani Przywódcy musieli się obawiać, że gdyby „suweren” odpowiedział odmownie, to Nasza Złota Pani przełożyłaby ich przez kolano i sypnęła klapsami. Po greckim precedensie już chyba nie ma się co obawiać takich następstw, bo okazało się, że zdanie „suwerena” nie ma najmniejszego znaczenia. Podczas drugiej wojny światowej mawiano, że stronami wojującymi są: „Rasa”, „Masa” i „Kasa”. „Rasa”, jak wiadomo, wojnę przegrała, „Masa” upadła pod ciężarem własnych błędów, a na placu boju pozostała „Kasa”. Cóż zatem dziwnego, że przed „Kasą” zgina się każde kolano, zwłaszcza zginają się, a nawet rozchylają białe kolana Demokracji?

              W takiej sytuacji cóż to komu szkodzi rozpisać referendum w dowolnej sprawie? To nic nikomu nie szkodzi, chyba, żeby szkodziło w kampanii parlamentarnej – a takie właśnie straszliwe podejrzenie zrodziło się w stęchłym łonie (fuj!) Platformy Obywatelskiej. Premierzyca najwyraźniej obawia się, że cokolwiek uczyni, będzie niedobre; nawoływać do bojkotu nie może, bo referendum ma być tego samego dnia, co wybory parlamentarne. Wzywać do odpowiedzi negatywnych też nie bardzo może – bo zrodziłoby to podejrzenia, że pogłoski o zamiarze sprzedania Lasów Państwowych, żeby uzyskanymi w ten sposób pieniędzmi zatkać paszcze żydowskim organizacjom przemysłu holokaustu, wcale nie były takie bezpodstawne. Nawet potępianie samej idei referendum, czyli wypytywania obywateli, jak przychylić im nieba, też jest ryzykowne w sytuacji, gdy trzeba się wyborcom podlizywać na wszelkie możliwe sposoby. Z kolei entuzjastyczny stosunek do referendum oznaczałby, że przynajmniej dwa posunięcia PO były błędne.

              I tak źle i tak niedobrze, a warto dodać również i to, że pan prezes Kaczyński, jako wirtuoz intrygi, załatwił przy okazji pana Kukiza. Pan prezydent, wyznaczając „PiS”-owskie referendum w innym terminie, niż referendum wymuszone na spanikowanym Bronisławie Komorowskim, wyraźnie wskazał, które można olać, a którego olewać nie wypada. W tej sytuacji PO zagotowała się ze złości, a nic tak nie obnaża człowieka, jak emocje. Pan marszałek Borusewicz po raz kolejny pokazał, że za mądry to on jednak nie jest, a w każdym razie – że nie jest spostrzegawczy. Powiedział mianowicie, że decyzja pana prezydenta Dudy nie była samodzielna, w odróżnieniu od decyzji pana prezydenta Komorowskiego, która była „indywidualną decyzją prezydenta”. Jeśli w innych sprawach pan marszałek Borusewicz jest podobnie zorientowany, to nie ma pewności, czy nawet Boskie auxilia nam pomogą, bo wiadomo nie od dziś, że kiedy Pan Bóg pragnie kogoś zgubić, to najpierw odbiera mu rozum.

              W sukurs ruszyły też głębokie odwody, nie tylko w osobie pana profesora Zolla, ale sięgnięto nawet do Parku Jurajskiego, skąd dał głos pan Adam Daniel Rotfeld. I jeden i drugi zwrócił uwagę, że pytania referendalne dotyczą kwestii, którymi rutynowo zajmują się parlamenty. Pan Rotfeld zapowiedział tedy, że ani na pierwsze, ani na drugie referendum się nie stawi. Gdyby – powiedział – pytanie dotyczyło stałych baz NATO na terenie Polski – aaa, to co innego! Wtedy – jak się domyślam – nie tylko by się stawił, ale w dodatku głosował bez skreśleń, jak to było w modzie za pierwszej komuny. Zarówno pan profesor Zoll, jak i pan Adam Daniel Rotfled mają oczywiście rację, jak zresztą we wszystkim, co mówili i mówią – ale problem w tym, że Polacy w sprawach zasadniczych nie mają przecież już nic do gadania. Na przykład, czy stałe bazy NATO zostaną na terenie naszego nieszczęśliwego kraju zainstalowane, czy nie. O tym decydują Stany Zjednoczone do spółki z Niemcami, Wielką Brytanią i ewentualnie Francją, jako państwami poważnymi, no i oczywiście - po konsultacjach z Rosją. W tej sytuacji organizowanie w tej sprawie referendum akurat w Polsce nie tylko mijałoby się z celem, ale nawet mogłoby wzbudzić dociekania, od kiedy mamy te objawy.

              Nawiasem mówiąc, ciekawe, dlaczego pan Rotfeld marzy akurat o stałych bazach NATO na ternie Polski, a nie namówił pana ministra Sikorskiego, żeby zamiast obciągać prezydentowi Obamie laskę za darmo, poprosił go, by w zamian nie tylko obiecał położenie kresu amerykańskim naciskom w sprawie żydowskich roszczeń, ale w dodatku potraktował nasz kraj tak samo, jak inne państwo frontowe, czyli Izrael – co mogłoby przełożyć się na finansową kroplówkę 4 mld dolarów rocznie oraz udogodnienia wojskowe takie same, a jakich korzysta Izrael? Rzecz w tym, że te „bazy NATO” byłyby obsadzone przez żołnierzy, którzy jednej rzeczy na pewno by nie zrobili – mianowicie nie słuchaliby rozkazów rządu polskiego. Rozkazów rządu polskiego mogłaby słuchać nasza niezwyciężona armia – ale, jak retorycznie wzdychał pan Ignacy Rzeczki z „Lalki” - „co tam marzyć o tem!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka