polski_francuz
06.11.20, 09:19
Duzo politykow kocha miec przed nazwiskiem piekne tytuly: profesora, doktora, doktora habilitowanegop, doktora honoris causa... Czasu jednak maja niezbyt duzo, bo trzeba wszak zadowalac i zony czy mezow (kto je ma) a takze i wyborcow. Najsilniejsza jest ta milosc do tytulow u Niemcow, ktorzy tytul doktora wpisuja do ichniego dowodu osobistego.
I tam tez jest najwiecej oszustw z tym zwiazanych. Jakich oszustw zapytacie? Ano zrzynania z prac innych w pracach dyplomowych i doktorskich. I tak, nadzieja polityki niemieckiej i o.m.c. kanclerz zu Guttenberg wylecial bo mu takie zrzynanie udowodniono a pani Giffey, inna ministerka z ledwoscia swoj tytul utrzymala.
Inny lysawy blondynek, doktor z Petersburga, niczego nie zrzynal. Bo mu pewnie ktos prace napisal i pewnie bal sie zrzynac bo sankcje bylyby smiertelne. I w koncu polski szefuncio pisal prace u profesora Uczciwego (oh pardon, Ehrlicha) i nijak bylo mu zrzynac.
Duzy postep w dziedzinie tytulow naukowych dla politykow nastapil na Slowacji. W trosce, aby utrzymac przy wladzy zrzynacza Igora Matovicza, parlament slowacki zadecydowal by tytuly zabierac tylko tym, ktorzy w przyszlosci beda zrzynali. Ci co kiedys zrzynali moga je utrzymac. Jak widac, nic nie zatrzyma pedu do tytulow.
PF