kstmrv
27.06.21, 10:31
Pandemia koronawirusa nie zatrzymała kredytowego szaleństwa za Murem. Chińczycy nadal zadłużali się na potęgę, co przy niższym niż w poprzednich latach wzroście dochodów przełożyło się na wyraźny skok obciążenia długiem.
dane Ludowego Banku Chin i Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że błyskawicznie rośnie zadłużenie zwykłych ludzi.
Oznacza to, że w Stanach Zjednoczonych czy Polsce dochody rosną równie szybko co zadłużenie. Natomiast w Państwie Środka sytuacja jest zgoła inna. Od 2012 r. średnie zarobki wzrosły co prawda niemal dwukrotnie, ale w tym samym czasie długi zwiększyły się prawie czterokrotnie
Fakt, że zobowiązania Chińczyków rosną wyraźnie szybciej niż ich dochody, stanowi zagrożenie dla ich finansów osobistych, ale również dla stabilności finansów całego kraju. PKB Państwa Środka od lat pędzi naprzód, napędzany dłużnym paliwem pompowanym przez kontrolowane przez partię banki. W efekcie Chiny osiągnęły bezprecedensowy poziom zadłużenia jak na tak wczesne (wyznacznikiem jest wielkość PKB per capita mająca odzwierciedlać poziom życia ludności) stadium rozwoju.
Jeszcze niedawno władze wspierały zadłużenie gospodarstw domowych. Chińczycy mieli relatywnie mało zobowiązań (w przeciwieństwie do potężnie zadłużonych firm), a Pekinowi zależało na zbalansowaniu wyraźnie przechylonej w stronę inwestycji i produkcji gospodarki, dlatego zabiegał o wzrost konsumpcji. A że politycy nie chcieli wprowadzić reform, które znacząco zwiększyłyby dochody zwykłych mieszkańców kosztem powiązanej z partią elity, to jedynym rozwiązaniem był dług.
Gros Chińczyków wyznaje zasadę "taniej nie będzie" i jest gotowa zainwestować potężne pieniądze w nieruchomości, mimo że należą one w chińskich metropoliach do najdroższych na świecie względem miejscowych dochodów. W efekcie wielu młodych Chińczyków nie stać na własne lokum, co odbija się Państwu Środka demograficzną czkawką. Jak szacują Rogoff i Yang, przeciętne mieszkanie w Pekinie czy Szanghaju kosztuje tyle, ile wynoszą ponad 40-letnie dochody rozporządzalne mieszkańców tych miast. W i tak drogich Singapurze, Londynie czy Paryżu jest to ok. 20 lat.
Do tego dochodzi oczywiście brak sensownych alternatyw inwestycyjnych - giełda (jeszcze bardziej niż w innych krajach) przypomina kasyno, w którym ciągle ktoś kantuje, a możliwości wywozu pieniędzy za granicę są ograniczone.
Rynek nieruchomości jest jednak zbyt istotny z punktu widzenia całej gospodarki, by władze podjęły bardziej stanowcze kroki w celu zahamowania rosnących cen. Jak szacują Rogoff i Yang, sektor wraz z powiązanymi branżami odpowiada za aż 29 proc. PKB Chin.
www.bankier.pl/wiadomosc/Chinczycy-zadluzaja-sie-jak-szaleni-8135702.html