borrrka
28.07.25, 11:17
Wersji historii jest jak wiadomo dostatek - sky is the limit.
I dopiero dramaty historyczne typu wojny/okupacje prowadzą do pewnego ujednolicenia stanowisk, bo trudno było w Generalnej Guberni być germanofilem, czy dziś w Kijowie lansować słowiańskie braterstwo.
Właśnie historia ukraińska jest świetnym przykładem nieograniczonych możliwości.
To hybryda carsko-sowiecko-banderowska:
panowie polscy gnębili ruski lud przy okrzykach "psiakrew chamy", aż lud się podk..wił i zaczął panów rżnąć.
Dotąd jest pewna jedność między wspomnianymi trzema nurtami.
Konstrukcja zaczyna się kruszyc, gdy dochodzimy do Chmielnickiego i Ugody Perejesławskiej.
Bo Chmielnicki bohater był, ale po jaki x... oddał Ukrainę kacapom?
Z drugiej strony rżnięcie Lachów było zawsze "in" i tu mamy przedziwny kompromis - Chmielnicki nie miał innego wyjścia, tak interpretowany jest historyczny błąd skąd inąd genialnego polityka.
Taka wewnętrznie sprzeczna wyszła Ukraina z komuny - Bandera faszysta, Chmielnicki bohater - polscy panowie "gnębili" i nawet Taras Grigoriewicz kazał ich rżnąć, a najbardziej pasował znany nam dobrze model ... Chrystusa Narodów.
Ukraina Środkowa i Wschodnia przejęła nauczanie sowieckie, Zachód Wiatrowicza (mołojec z IPN ukraińskiego określany jako "kontrowersyjny").
Napaść kacapska przesunęła równowagę w kierunku "zachodnim", ale achtung - to może być tymczasowe.
Tej kompilacji banderowsko-wielkoruskiej Polska przedstawia historię opowiedzianą przez pana Zagłobę.
Ale nawet nie w softowej wersji Hoffmana.
Podsumowując - cieszą mnie próby kompromisu z polskiej strony, bo dziś inaczej nie wyda.
Rozkręcanie tematu Wołynia służy jedynie Łubiance.