jennifer5
26.12.05, 19:13
Byl piekny poranek 25-go grudnia 2005. Jak co roku, tak tez i tym razem
pojechalismy do kosciola. Juz przy wjezdzie na parking zaskoczyla nas
nietypowa kolejka samochodow. Stalo tam dwoch uzbrojonych straznikow
obserwujacych kazdy wjezdzajacy pojazd. Po zaparkowaniu udalismy sie w
kierunku Swiatyni. Mijajac kolejnych 'security' doszlismy do schodow
prowadzacych do wejscia. Tuz obok poreczy stalo dwoch ludzi w mundurach
polowych. Palili papierosy glosno rozmawiajac. Jeden z ochroniarzy co chwile
spluwal za siebie prosto na schody prowadzace do kosciola. Obejrzalam sie
wokolo chcac zwrocic 'felkowi' uwage, ale w tej chwili zobaczylam
nadchodzacego z boku meszczyzne ubranego w cywilne ubranie. Do klapy
marynarkiz mial przypieta oznaka 'security'. Wygladal na szefa tej grupy. Z
zamiarem zwrocenia mu uwagi na temat zachowania jego podopiecznych
skierowalam sie w jego kierunku. Meszczyzna szedl wolno. Idac palil wielkie
cygaro wydmuchujac kleby smierdzacego dymu. Kiedy zauwazyl ze patrze w jego
kierunku, siegnal reka do boku odslaniajac marynarke i ukazujac kabure i
znajdujacy sie w niej pistolet. Minal nas patrzac gdzies w przestrzen przed
soba zostawiajac cuchnacy odor dymu z wielkiego cygara. Odwrocilam sie i bez
zatrzymywania weszlam do kosciola. Msza odbyla sie jak zwykle, z ta roznica
ze twarze ludzi byly takie jakies szare, bez wyrazu... jakby
zmeczone 'wiszacym' nad nimi 'zagrozeniem'.
PS: Byl to sloneczny dzien pomimo to bylo dosc zimno. Wiekszosc ludzi w
kosciele mialo na sobie dlugie cieple zimowe kurtki lub plaszcze.