djww
05.02.06, 09:26
Wszyscy chyba znają tę sprawę:
W francuskiej gazecie pojawiły się rysunki satyryczne z Mahometem, co
wywołało ogromne oburzenie świata islamskiego. Kiedy wydrukowała je gazeta
duńska, spłoneła ambasada Danii. Po pojawieniu się dwóch rysunków w
Rzeczpospolitej, Marcinkiewicz gorąco przepraszał i "prosił o wybaczenie".
Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta: nie powinniśmy prowokować
Arabów. (celowo nie wspominam tutaj o nieobrażaniu uczuć religijnych, bo
przecież satyra z wiarą chrześcijańską w tle jest powszechna).
Ciekawe czy u Was też pierwszą myślą było:
...nie powinniśmy prowokować Arabów...nie powinniśmy prowokować Arabów...nie
powinniśmy prowokować Arabów...
Pewnie u większości tak. I o to mi chodzi, a konkretnie o patologię, która
się pod tą myśla kryje:
Taka globalna wersja wjejskiego idiotyzmu "a co ludzie powiedzą" (i zrobią).
Nie wiem jak Was, ale mnie uderzył (i to mocno) fakt, że żyjąc we własnym
kraju (jaka by władza nie była to jednak nasz kraj), boimy się tego, co
pomyślą o naszych poczynaniach inni - jacyś bliżej nie zdefiniowani Arabowie,
będący przy okazji terrorystami. Czy to nie jest chore, że podporządkujemy
nasze działania, a nawet myśli (nie powinniśmy prowokować Arabów...nie
powinniśmy prowokować Arabów...nie powinniśmy prowokować Arabów...) komuś
zupełnie obcemu, bo się go boimy? Że ten ktoś wybiera za nas, co mnie nas
śmieszyć, a co nie? (Mojżesz jako ratownik - śmieszne; Mahomet informujący,
że zabrakło dziewic - oburzające)Przecież te obrazki były tak na prawdę
śmieszne, a my zamiast się uśmiechnąć, martwimy się, że ktoś
wyciągnie "konsekwencje"?
Jeżeli integracja między narodami ma iść w tym kierunku, to może jednak
powinniśmy przystopować? Bo niedługo idąc nawet do toalety będziemy
myśleć "nie prowokować Arabów...nie prowokować Arabów...nie prowokować
Arabów..."