Dodaj do ulubionych

Jestesmy pokoleniem glupcow?

12.01.03, 18:46
Spojrzmy prawdzie w oczy..

www.nocziemi.most.org.pl/popolsku/chomsky.htm
Początki historii propagandy
Zacznijmy od pierwszej współczesnej operacji propagandowej, przeprowadzonej
przez rząd. Stało się to za czasów adm.Woodrowa Wilsona.Gdy wybrano go
prezydentem w 1916 roku, jego program głosił:,,Pokój bez zwycięstwa’’Było to
w środku 1Wojny Świ.Ówczesne społeczeństwo było nastawione wyjątkowo
pacyfistycznie i nie widziało żadnego powodu,by angażować się w wojnę w
Europie.Ponieważ admin.Wilsona była zdecydowana na udział w wojnie,musiała
jakoś temu zradzić.Stworzono więc rządową komisję propagandową–tak zwaną
Komisję Creela.Udało się jej w ciągu sześciu miesięcy przemienić
pacyfistyczne społeczeństwo w histeryczną,pałającą chęcią walki
zbiorowość,pragnącą zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, rozrywania
Niemców na strzępy, przystąpienia do wojny i ocalenia świata.Było to znaczne
osiągnięcie,które prowadziło do kolejnych.W tym samym czasie oraz później,po
wojnie,wykorzystano identyczne techniki do wywołania histerycznej obawy przed
tak zwanym Czerwonym Zagrożeniem. Umożliwiło to skuteczne zniszczenie
związków zawodowych oraz likwidację tak niebezpiecznych problemów jak wolność
prasy i myśli politycznej.Cieszyło się to znacznym poparciem mediów i
establishmentu przemysłowego, które w istocie organizowały promowały
większość tych działań, co walnie przyczyniło się do ich sukcesu.Pośród tych,
którzy aktywnie i entuzjastycznie partycypowali w tym procesie,
byli ,,postępowi’’ intelektualiści, osoby z kręgu Johna Deweya.Byli oni
bardzo dumni, co widać na podstawie ich ówczesnego piśmiennictwa, iż, jak to
określali, ,,bardziej inteligentni członkowie społeczeństwa’’–czyli oni sami–
zdołali pchnąć niechętną zbiorowość do wojny przez wzbudzenie w niej strachu
i szermowanie fanatycznymi sloganami.Wykorzystano w tym celu szeroki wachlarz
środków.Sfabrykowano na przykład liczne opowieści o popełnianych przez Hunów
okrucieństwach, o obrywaniu przez nich rączek belgijskim niemowlętom, o
wszelkiego rodzaju okropnościach, na które nadal można natknąć się w
podręcznikach historii. Były to bez wyjątku wymysły brytyjskiego ministerstwa
propagandy, które postawiło sobie za cel – jak określało to na swoich tajnych
naradach - ,,kontrolowanie myśli całego świata’’.Co bardziej istotne,
pragnęło ono również kontrolować myślenie co bardziej inteligentnych członków
amerykańskiego społeczeństwa, którzy szerzyliby dalej wysmażaną przez nie
propagandę i pchnęli pacyfistyczne państwo w objęcia wojennej histerii.
Zamiar ten udało się zrealizować, i to nadzwyczaj skutecznie. Płynie stąd
nauka: państwowa propaganda, wspierana przez wykształcone klasy, gdy nie
można się jej sprzeciwić, może przynieść olbrzymie rezultaty. Naukę tę
przyswoili sobie Hitler i wielu innych, wcielając ją w życie po dziś dzień !
























Obserwuj wątek
    • doremi1 Kim jestesmy? 12.01.03, 18:50
      Demokracja widzów
      Inną grupą,pozostającą pod wrażeniem tych sukcesów,byli liberalni teoretycy
      Partii Demok.i czołowi przedstawiciele mediów–na przykład Walter Lippman,nestor
      amerykańskich dziennikarzy,wiodący komentator polityki wewnętrznej i zagr.oraz
      czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu.Jeżeli zajrzy się do jego essejów
      zebranych,natrafi się na podtytuły w rodzaju:,,Postępowa teoria liberalnej
      myśli demokr.’’(,,A Progressive Theory of Liberal Democratic Thought’’).Lippman
      zasiadał we wspomnianych komisjach propagandowych i zdawał sobie sprawę z ich
      osiągnięć.Dowodził,że,,rewolucja w sztuce demokracji’’,jak to określał,może
      zostać wykorzystana do,,fabrykowania przyzwolenia’’–czyli zapewniania dzięki
      nowym technikom propagandowym zgody społeczeństwa na to,na co nie miało ono
      ochoty.Lippman był zdania,że jest to dobra,ba niezbędna koncepcja.
      Niezbędna,ponieważ,,dobro ogólne całkowicie umyka opini publicznej’’,jak to
      sformułował.Może je zrozumieć i dążyć do niego jedynie wyspecjalizowana klasa
      odpowiedzialnych jednostek,dość inteligentnych,by pojąć,jakie są rządzące
      światem mechanizmy.Teoria ta zakłada,że jedynie niewielka elita–społeczność
      intelektualistów,o której mówili zwolennicy Deweya–jest w stanie pojąć dobro
      ogólne,czyli to,na czym zależy nam wszystkim i co,,umyka opini
      publicznej’’.Poglądy tego rodzaju lansowane były od stuleci.Jest to również
      typowo leninowskie stanowisko.W istocie cechuje się ono bliskim powinowactwem
      do leninowskiej koncepcji,że czołówka rewolucyjnych intelektualistów powinna
      przejąć władzę państwową,wykorzystując w tym procesie siłę ludowych buntów,a
      następnie popędzić głupie masy ku przyszłości,dla której pojęcia są one zbyt
      ciemne i niekompetentne.Teoria liberalnej demokracji i marksizm i leninizm są
      bardzo bliskie w swych ideologicznych założeniach.Uważam to za jedną z
      przyczyn, dla których różnym ludziom przez lata było łatwo przechodzić od
      jednego stanowiska do drugiego bez poczucia istotnej zmiany.Była to tylko
      kwestia oceny,gdzie tkwią korzenie władzy.Może dojdzie do ludowej
      rewolucji,która wyniesie nas na szczyty;może nie,i będziemy zmuszeni do
      współpracy z istniejącą władzą,czyli społecznością kapitalistyczną.Tak czy
      inaczej,będziemy działać identycznie:poganiać głupie masy w stronę świata,które
      są niezdolne zrozumieć go na własną rękę.Lippman poparł swoje wywody
      szczegółowo opracowaną teorią postępowej demokracji.Twierdził,iż we właściwie
      zorganizowanej demokracji istnieją klasy obywateli.Na czoło wysuwa się
      klasa,pełniąca czynną rolę w prowadzeniu spraw publicznych.Są to ludzie,którzy
      analizują, wykonują,podejmują decyzje i kierują działaniem
      systemów:politycznego,ideologicznego i ekonomicznego. Jest to niewielki odsetek
      populacji.Naturalnie,każdy,kto wysuwa takie idee,zawsze należy do tej
      niewielkiej grupy,i mówi o tym, co należy zrobić z pozostałymi obywatelami.Ci
      pozostali–nie należąca do owej niewielkiej grupki zdecydowana większość
      społeczeństwa,to według określenia Lippmana ,,zdezorientowane
      stado’’( ,,bewildered herd’’).Musimy chronić się przed gniewem i możliwością
      stratowania przez zdezorientowane stado.W demokracji realizowane są dwie
      funkcje.Klasa wyspecjalizowana,czyli ludzie odpowiedzialni,pełnią funkcję
      wykonawczą,czyli myślą o dobrze publicznym, planują je oraz je
      rozumieją.Zdezorientowane stado również ma swoją rolę w demokracji.Według
      twierdzeń Lippmana,jest to rola widzów,a nie uczestników działania.Funkcja
      stada jest jednak rozleglejsza,bowiem mówimy o demokracji.Od czasu do czasu
      pozwala się mu poprzeć tego czy innego członka klasy wyspecjalizowanej.Innymi
      słowy tłumowi pozwala się powiedzieć: ,,Chcemy,byś ty–lub ty–był naszym
      przywódcą’’.Dzieje się tak dlatego,że żyjemy w ustroju demokratycznym, a nie
      państwie totalitarnym.Określa się to jako wybory.Po wyrażeniu poparcia dla tego
      czy innego członka klasy wyspecjalizowanej,tłumowi pozwala się jednak na
      usunięcie się w tło i stanie na powrót widzami,a nie uczestnikami działania.Tak
      właśnie powinna wyglądać prawidłowo funkcjonująca demokracja.Podejście takie
      jest w pewnym sensie logiczne.Kryje się za nim nawet swego rodzaju ogólna
      zasada moralna.Imperatyw ten zakłada,iż masy są zbyt naiwne,by pojąć
      funkcjonowanie świata.Gdyby próbowały partycypować w podejmowaniu dotyczących
      ich decyzji,powodowałyby tylko kłopoty.Wobec tego dopuszczenie ich do
      decydowania byłoby czymś niewłaściwym i niemoralnym.Należy poskramiać
      zdezorientowane stado,a nie pozwalać mu na wściekłe tratowanie wszystkiego,co
      popadnie.Mniej więcej taka sama logika zakłada, że niewłaściwe jest pozwolenie
      trzylatkowi na samodzielne przechodzenie przez ulicę.Nie daje się mu takiej
      swobody,ponieważ trzylatek nie wie,jak korzystać z tej wolności.Na tej samej
      zasadzie nie można pozwolić zdezorientowanemu stadu na współuczestniczenie w
      działaniu –wywołałoby to tylko kłopoty.Potrzebne jest więc narzędzie do
      poskromienia zdezorientowanego stada.Jest nim nowa rewolucja w sztuce
      demokracji: ,,fabrykowanie przyzwolenia’’.Konieczny jest podział środków
      przekazu,szkolnictwa i kultury popularnej. Muszą one uczyć przedstawicieli
      klasy politycznej i decydentów pewnego znośnego poczucia rzeczywistości,
      chociaż oczywiście muszą jednocześnie wpajać właściwe wartości. Trzeba
      pamiętać, że kryje się za tym nie wyrażona przesłanka.Przesłanka ta–którą muszą
      skrywać przed sobą nawet odpowiedzialne osoby–dotyczy sposobu,w jaki uzyskali
      oni pozycję,umożliwiającą im podejmowanie decyzji.Oczywiście,dzieje się tak
      dlatego,że służą oni ludziom,dysponującym prawdziwą władzą !Jest to bardzo
      wąskie grono.Jeśli klasa wyspecjalizowana zbliży się do niego i
      stwierdzi:,,możemy służyć waszym interesom’’,wówczas zostanie wciągnięta do
      pełnienia wykonawczej roli.Należy to jednak utrzymywać w tajemnicy.Znaczy to,że
      należy członkom tej klasy wpoić przekonania i doktryny,służące interesom
      dysponentów prywatnie posiadanej, rzeczywistej władzy.Otrzymujemy więc
      oddzielny system edukacyjny,nakierowany na klasę wyspecjalizowaną,czyli ludzi
      odpowiedzialnych.Należy poddać ich dokładnej indoktrynacji,obejmującej
      wartości i interesy przedstawicieli prywatnej władzy oraz reprezentującego ich
      kompleksu państwowo-korporacyjnego.Uwagę reszty zdezorientowanego stada należy
      w zasadzie zająć czymś innym–nie dopuścić,by mogło narobić kłopotów.Zadbać,by
      jego członkowie pozostali praktycznie wyłącznie obserwatorami działań, jedynie
      sporadycznie wyrażającymi poparcie dla tego czy innego prawdziwego
      przywódcy,spośród których pozwala się im dokonać wyboru.Podobny punkt widzenia
      rozwijało wielu ludzi.Prawdę mówiąc,jest on dość konwencjonalny:na przykład
      czołowy współczesny teolog i komentator polityki zagranicznej Reinhold
      Niebuhr,czasami nazywany,,teologiem establishmentu’’,guru George
      Kennana,intelektualistów spod znaku Kennedy’ego i
      innych,stwierdził,iż,,racjonalizm to bardzo rzadka umiejętność’’.Cechuje się
      nim jedynie wąskie,ograniczone grono ludzi.Większość kieruje się po prostu
      emocjami i impulsami.Ci z nas,którzy są racjonalistami,muszą tworzyć niezbędne
      iluzje i obdarzone silnym ładunkiem emocjonalnym nadmierne uproszczenia,by
      naiwni prostaczkowie nie zbaczali zbytnio z należnego kursu.Podejście takie
      stało się znaczącym elementem współczesnej nauki politycznej.W latach
      dwudziestych i trzydziestych Harold Laswell, współtwórca nowoczesnych
      zasad,określających zasady społecznej komunikacji,jeden z wiodących
      reprezentantów amerykańskich nauk politycznych,wyjaśniał, iż nie powinniśmy
      ulegać,,demokratycznym dogmatyzmom’’,zakładającym,że obywatele są najlepszymi
      znawcami swoich interesów.Jest przecież i
    • doremi1 Nikt sie was o zdanie nie pyta.......... 12.01.03, 18:52
      Public relations
      USA było pionierem sektora ,,public relations’’. Celem tego przemysłu
      jest ,,kontrolowanie umysłu społeczeństwa’’, jak określali to jego liderzy.
      Nauczyli się oni wiele dzięki triumfom Komisji Creela, skutecznemu wywołaniu
      widma Czerwonego Zagrożenia i jego konsekwencjom. Sektor ,,public relations’’
      uległ w owym okresie gigantycznej ekspansji. W latach dwudziestych przez jakiś
      czas udało się mu wywołać w społeczeństwie niemal całkowite posłuszeństwo wobec
      dominacji biznesu. Dominacja ta była tak doszczętna, że stała się obiektem
      dochodzeń komisji Kongresu w latach trzydziestych. Z nich właśnie pochodzi
      znaczna część naszych informacji.,,Public relations’’ to olbrzymi przemysł.
      Obecnie wydatki w nim sięgają około biliona dolarów rocznie. Przez cały czas
      chodzi tu o kontrolowanie umysłu społeczeństwa.W latach trzydziestych, podobnie
      jak w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, wyłoniły się wielkie problemy. Doszło
      do wielkiego kryzysu, pojawiły się silne organizacje pracownicze. W istocie w
      1935 roku robotnicy wygrali pierwszą poważną kampanię legislacyjną: Ustawa
      Wagnera przyznała im prawo do zrzeszania się. Powodowało to dwa poważne
      problemy. Po pierwsze, demokracja funkcjonowała wadliwie: zdezorientowane stado
      poczęło odnosić sukcesy prawodawcze, a tak przecież nie powinno być. Drugi
      problem polegał na tym, iż ludzie zyskiwali możliwość organizowania się.
      Ludność powinna wszelako być zatomizowana, wyalienowana i posegregowana. Nie
      powinna zakładać organizacji, ponieważ wówczas mogłaby przestać być widzem
      wydarzeń. Jeśli dostatecznie wielu ludzi o ograniczonych środkach może łączyć
      się w celu zaistnienia na arenie politycznej, mogliby stać się rzeczywistymi
      uczestnikami wydarzeń, a to byłoby naprawdę groźne.
      Prywatny przemysł podjął szerokie starania, by zapewnić, iż będzie to ostatnie
      zwycięstwo legislacyjne dla pracowników i początek końca demokratycznego
      odchylenia w postaci prawa do tworzenia masowych organizacji. Zamiar się
      powiódł. Okazało się, że było to ostatnie zwycięstwo legislacyjne dla świata
      pracy. Od tej chwili – chociaż liczba członków związków zawodowych wzrosła na
      jakiś czas w trakcie Drugiej Wojny Światowej i zaczęła spadać dopiero później –
      skuteczność działań związków stale malała. Nie było to przypadkiem. Stało się
      tak dzięki społeczności biznesu, która włożyła mnóstwo pieniędzy, uwagi i
      pomyślunku, by poradzić sobie z tym problemem poprzez przemysł ,,public
      relations’’, organizacje w rodzaju Okrągłego Stołu Narodowego Stowarzyszenia
      Producentów i Biznesmanów ( National Association of Manufacturers and Business
      Roundtable ) i tak dalej. Społeczność ta przystąpiła natychmiast do obmyślania
      sposobu zapobieżenia takim demokratycznym dewiacjom.Chrzest bojowy nastąpił w
      rok później, w 1936 roku. W Johnstown w Dolinie Mohawk w zachodniej Pensylwanii
      doszło do wielkiego strajku Bethelem Steel. Kapitalizm wypróbował nową technikę
      niszczenia ruchu pracowniczego, która okazała się nadzwyczaj skuteczna. Nie
      chodziło tym razem o łamanie kolan i rzucanie do akcji band osiłków, bowiem
      metody te nie sprawdzały się ostatnio najlepiej. Dokonano tego subtelniejszymi
      i bardziej skutecznymi metodami propagandowymi. Postanowiono znaleźć sposób na
      zwrócenie społeczeństwa przeciwko strajkującym, na przedstawienie ich jako
      elementów niszczycielskich, szkodliwych dla ogółu i zagrażających dobru
      publicznemu. Dobro publiczne to to, co służy ,,nam’’: biznesmanom, pracownikom,
      gospodyniom domowym. Wszyscy ci ludzie to ,,my’’. Chcemy być razem i cieszyć
      się wartościami w rodzaju harmonii, amerykanizmu ( amerykańskiego stylu życia )
      czy wspólnej pracy. Z drugiej strony mamy złych strajkujących, którzy sprawiają
      kłopoty, podważają nasze wysiłki, niszczą harmonię (1) i gwałcą amerykański
      styl życia. Musimy ich powstrzymać, by móc nadal żyć razem. Kierownicy
      przedsiębiorstw i ci, którzy zamiatają podłogi, mają te same interesy. Możemy
      wszyscy pracować wspólnie na rzecz amerykańskiego stylu życia w harmonii,
      darząc się wzajemną sympatią – tak w zasadzie prezentował się ów przekaz.
      Dołożono mnóstwa wysiłków, żeby go zaprezentować. Chodziło przecież o
      społeczność kapitalistów, kontrolującą środki masowego przekazu i dysponującą
      wielkimi zasobami. I istotnie, przyniosło to doskonałe rezultaty. Później
      nazwano nawet tę metodę ,,formułą Mohawk Valley’’ i wielokrotnie wykorzystywano
      ją do łamania strajków. Określano ją jako ,,naukową metodę przerywania
      strajków’’. Okazała się ona bardzo skuteczna w mobilizowaniu opini społecznej
      po stronie mdłych, pozbawionych treści pojęć w rodzaju ,,amerykańskiego stylu
      życia’’. Któż mógłby występować przeciwko niemu ? Albo harmonii ? Kto mógłby
      się jej sprzeciwiać ? Lub, by użyć bardziej współczesnego pojęcia, kto mógłby
      być przeciwko ,,popieraniu naszych wojsk’’ ? Kto miałby ochotę sprzeciwiać się
      noszeniu żółtych wstążeczek ? Nadają się do tego wszystkie hasła, o ile są
      całkowicie pozbawione treści. Zastanówmy się, co znaczyłoby, gdyby ktoś zadał
      wam pytanie: ,,czy popieracie mieszkańców Iowa’’ ? Czy ktoś z was mógłby
      odpowiedzieć: ,,tak, popieram ich’’ lub ,,nie, nie popieram ich’’? To nie jest
      nawet pytanie. Nic nie znaczy, i o to chodzi. W sloganach ,,public relations’’
      w rodzaju ,,popierajcie nasze wojska’’ liczy się właśnie to, że nic nie znaczą.
      Ich ważkość jest dokładnie taka, jak pytanie, czy popiera się obywateli Iowa.
      Oczywiście, kryje się w tym jednak sens. Prawdziwe pytanie brzmi: ,,czy
      popieracie naszą politykę ?’’ Nie należy jednak dopuszczać, by ludzie
      zastanawiali się nad tak sformułowanym pytaniem. O to, i tylko o to chodzi w
      dobrej propagandzie. Jej celem jest stworzenie sloganu, przeciwko któremu nikt
      nie może się opowiedzieć i po którego stronie staną wszyscy, ponieważ nikt nie
      wie, co on właściwie oznacza. W istocie nie znaczy nic, lecz jego zasadnicza
      wartość polega na tym, iż odwraca on uwagę od pytania, rzeczywiście mającego
      sens: ,,czy popierasz naszą politykę ?’’ O tej jednak kwestii nie wolno
      mówić.Niech więc ludzie dyskutują o poparciu dla wojska. Oczywiście nie mogę
      ich nie popierać. Samo to stwierdzenie oznacza zwycięstwo propagandy ! Podobnie
      jest z amerykańskim stylem życia i harmonią. Jesteśmy wszyscy razem, łączmy
      się, my puste slogany, by zapewnić, że nie pojawią się dookoła źli ludzie,
      zakłócający naszą harmonię gadaniem o walce klasowej, prawach i tym podobnych
      kwestiach.Jest to bardzo skuteczne podejście. Stosuje się je po dziś dzień.
      Oczywiście, zostało ono starannie przemyślane. Pracownicy przemysłu ,,public
      relations’’ nie działają w nim dla zabawy. Jest to ich zawód. Starają się oni
      wpajać właściwe wartości. W istocie mają nawet koncepcję, jak powinna wyglądać
      demokracja: winien być to system, w którym szkoli się klasę wyspecjalizowaną,
      by służyła panom – tym, którzy są właścicielami społeczeństwa. Resztę
      społeczeństwa należy zaś pozbawić jakichkolwiek form organizacji, bowiem
      organizowanie się przyczynia tylko kłopotów. Ludzie powinni wysiadywać w
      odosobnieniu przed telewizorami i pozwalać na wbijanie im do głów przekazu,
      brzmiącego: jedynym celem w życiu jest posiadanie większej ilości dóbr, trzeba
      żyć tak jak właśnie pokazywana amerykańska rodzina z klasy średniej, lub:
      trzeba wyznawać tak sympatyczne wartości jak harmonia czy amerykański styl
      życia. Nic innego w życiu się nie liczy. Może przychodzić ci do głowy, iż w
      życiu powinno chodzić o coś jeszcze, ale ponieważ oglądasz telewizję w
      samotności, indywidualnie, musisz dojść do wniosku: ,,oszalałem, bo przecież
      nie pokazują nic innego’’.Ponieważ zaś nie zezwolono na or
    • doremi1 Widza nas jako:&# 8221;zdezorientowane stado&# 8221; 12.01.03, 18:55
      Manipulowanie opinią
      Konieczne jest również zapędzanie ludności, by wyrażała poparcie dla
      międzynarodowych awantur. Społeczeństwo zwykle jest nastawione pacyfistycznie,
      tak jak było w trakcie Pierwszej Wojny Światowej. Nie widzi powodu, by
      angażować się w zagraniczne awantury, zabijanie i torturowanie. Trzeba je więc
      do tego zagnać. Ażeby tak się stało, należy je przestraszyć. Sam Bernays
      odniósł znaczny sukces w tym względzie. On właśnie kierował kampanią
      propagandową dla United Fruit Company w 1954 roku, gdy Stany Zjednoczone
      zdołały obalić kapitalistyczno-demokratyczny rząd Gwatemali i zainstalowały w
      jego miejsce aparat terroru szwadronów śmierci, utrzymujący się po dziś dzień u
      władzy dzięki stałym zastrzykom amerykańskiej pomocy i zapobiegający
      zaistnieniu tam jakichkolwiek demokratycznych odchyleń. Konieczne jest również
      nieustanne wbijanie ludziom do gardeł programów polityki wewnętrznej, którym
      społeczeństwo się sprzeciwia, bowiem nie ma żadnej przyczyny, by popierało
      szkodzące mu pomysły. To również wymaga intensywnej propagandy. Byliśmy
      świadkami, że działo się tak wielokrotnie w ciągu ubiegłych dziesięciu lat.
      Programy Reagana były przytłaczająco niepopularne. Nawet około dwóch trzecich
      tych, którzy głosowali na Reagana, miało nadzieję, że jego koncepcje polityczne
      nie zostaną zrealizowane. Jeżeli przyjrzeć się poszczególnym programom, na
      przykład zbrojeniom, obcięciu wydatków na cele socjalne itp., niemal każdemu
      sprzeciwiała się zdecydowana część społeczeństwa. Dopóki jednak zwykli
      obywatele są zepchnięci na margines, nie mają szans organizować się ani wyrażać
      swoich przekonań – ci, którzy twierdzą, iż przedkładają wydatki socjalne nad
      zbrojeniowe, i którzy tak odpowiadali w sondażach ( co czyniła przytłaczająca
      większość ), zakładali, że jedynie im przychodzą do głowy tak szalone pomysły.
      Nie mieli szans usłyszeć, że inni myślą to samo. Nie dopuszczano, by mogli
      sobie to uświadomić. Dlatego też, nawet jeśli człowiek tak myślał i potwierdzał
      to w sondażu, zakładał, że jest jakimś dziwakiem. Ponieważ nie ma szans
      nawiązania kontaktu z innymi ludźmi, podzielającymi i popierającymi takie
      poglądy oraz pomagającymi je wyartykułować, nie ma sposobu, by nie czuć się
      kimś odbiegającym od normy, zwichrowanym. W tej sytuacji można jedynie pozostać
      na uboczu i nie zwracać uwagi na to, co się dzieje. Można oglądać w zamian coś
      innego, na przykład puchary futbolowe.Stan idealny udało się osiągnąć do
      pewnego stopnia – jednak nie do końca.Istnieją instytucje, których nie udało
      się zniszczyć – na przykład wciąż działają kościoły. Znaczna część aktywności
      dysydentów w USA ma miejsce właśnie w kościołach z tego prostego powodu, że
      zdołały się ostać. Kiedy wyjedzie się do jakiegoś europejskiego kraju, by
      wygłosić przemowę, jest bardzo prawdopodobne, że stanie się to w hali związku
      zawodowego. W Stanach jest to niemożliwe, ponieważ po pierwsze związki ledwie
      egzystują, a jeśli już, nie są organizacjami politycznymi. Kościoły się jednak
      utrzymały, dlatego też przemówienia są często wygłaszane właśnie w nich.
      Tydzień solidarności z Ameryką Środkową odbył się głównie z inicjatywy
      kościołów – dlatego, że istnieją.Zdezorientowanego stada nigdy nie udaje się do
      końca poskromić, dlatego też trzeba toczyć z nim ciągłą walkę. W latach
      trzydziestych buntowało się, ale udało się je pokonać. W latach
      sześćdziesiątych nastąpiła kolejna faza dysydencji. Klasa wyspecjalizowana
      wymyśliła na to określenie: ,,kryzys demokracji’’. Uznano, że demokracja w
      latach sześćdziesiątych weszła w fazę kryzysu. Polegał on na tym, iż znaczne
      odłamy społeczeństwa zaczęły się organizować, przejawiać aktywność i starać się
      wejść na arenę polityczną.W tym miejscu musimy odwołać się do dwóch
      wspomnianych koncepcji demokracji. Według słownikowej definicji, oznacza to
      postęp demokracji. Przeważyła jednak opinia, że jest to problem, kryzys,
      któremu należy zaradzić. Społeczeństwo należało wpędzić z powrotem w stan
      apatii, posłuszeństwa i bierności, który jest dla niego właściwy i należny.
      Trzeba było coś zrobić, by zażegnać ten kryzys, jednak starania te okazały się
      nieskuteczne. Na szczęście kryzys demokracji żyje i ma się dobrze, chociaż nie
      jest w stanie skutecznie wpływać na politykę. Może jednak wpływać na opinie,
      wbrew temu, co sądzi wielu ludzi. Po końcu lat sześćdziesiątych zrobiono wiele,
      by odwrócić przebieg tego schorzenia lub je pokonać. Jeden z jego aspektów
      uzyskał nawet techniczne określenie: ,,syndrom wietnamski’’. Termin ten zaczął
      się pojawiać około roku 1970 i bywał okazjonalnie definiowany. Reaganowski
      intelektualista Norman Podhoretz określił go jako ,,chorobliwy opór przed
      zastosowaniem siły zbrojnej’’. Owe chorobliwe zahamowania przed stosowaniem
      przemocy to nastawienie znacznej części społeczeństwa. Ludzie po prostu nie
      byli w stanie zrozumieć, po co trzeba mordować i torturować mieszkańców innych
      krajów czy przeprowadzać naloty dywanowe. Poddanie się społeczeństwa takim
      chorobliwym zahamowaniom jest bardzo niebezpieczne, co dobrze zrozumiał
      Goebbels – stanowi to bowiem czynnik ograniczający przy wdawaniu się w
      międzynarodowe awantury. Konieczne jest, jak to określił niedawno z niejaką
      dumą Washington Post, ,,wpojenie obywatelom respektu dla cnót wojskowych’’.
      Jest to ważne stwierdzenie. Jeśli chce się mieć akceptujące przemoc
      społeczeństwo, stosujące siłę na skalę światową, by zrealizować cele
      wewnętrznej elity, konieczne jest wpojenie właściwego szacunku dla cnót
      militarnych, a nie chorobliwych zahamowań przed używaniem przemocy. Na tym
      właśnie polega syndrom wietnamski i wiadomo, że trzeba się z nim uporać.
    • doremi1 Ofiary...... 12.01.03, 18:56
      Opis zamiast rzeczywistości
      Konieczna jest również całkowita falsyfikacja historii. Kolejny sposób na
      pokonanie owych chorobliwych oporów, to przedstawienie faktu, iż kogoś napadamy
      by go zniszczyć, jako bronienie się przed groźnymi agresorami, potworami itd.
      Po wojnie w Wietnamie dołożono niezmiernych wysiłków, by przerobić jej
      historię. Zbyt wiele osób zaczęło zdawać sobie sprawę, co się naprawdę dzieje –
      włącznie z wieloma żołnierzami i młodymi ludźmi, bioracymi udział w ruchu
      pokoju i innych. Było to niepożądane, należało więc uporać się z tymi
      nieprawomyślnymi ideami i przywrócić względną normalność – to znaczy
      doprowadzić do uznania, że to, co robiliśmy, było słuszne i szlachetne. Skoro
      bombardowaliśmy Wietnam Południowy, czyniliśmy to dlatego, że broniliśmy go
      przed kimś – czyli przed Południowymi Wietnamczykami, ponieważ nikogo innego
      tam nie było. Skupieni wokół Kennedy’ego intelektualiści ochrzcili to ,,obroną
      przed wewnętrzną agresją w Wietnamie Południowym’’. Sformułowania tego użył
      również Adlai Stevenson.Trzeba było zadbać, by stało się ono oficjalnym i
      dobrze rozumianym obrazem rzeczywistości i starania te okazały się
      skuteczne.Gdy dysponuje się absolutną kontrolą nad mediami i systemem
      szkolnictwa, a świat nauki jest konformistyczny, można z powodzeniem lansować
      taki przekaz. Jedną ze wskazówek powodzenia tych działań stanowi wynik badań,
      przeprowadzonych przez Uniwersytet Massachusetts, dotyczących postaw
      społecznych, wobec obecnego kryzysu w Zatoce–postaw i poglądów,będących
      rezultatem oglądania telewizji.Jedno ze stawianych pytań brzmiało:,,Ilu–w
      Twojej ocenie–zginęło Wietnamczyków w czasie wojny Wietnamskiej ?’’Współcześni
      Amerykanie szacowali przeciętnie, iż było to 100.000 ludzi. Oficjalna liczba
      wynosi dwa miliony. Rzeczywista – prawdopodobnie trzy do czterech milionów.
      Prowadzący te badania autorzy sformułowali słuszne pytanie: co pomyślelibyśmy o
      niemieckiej kulturze politycznej, gdyby obywatele tego kraju, pytani obecnie o
      ilość ofiar Holokaustu, odpowiadali, że było ich około trzystu tysięcy ? Co
      mogłoby nam to powiedzieć o niemieckiej kulturze politycznej ? Autorzy nie
      rozwinęli tego wniosku, można się jednak o to pokusić. Co nam to mówi o naszej
      kulturze ? Wcale sporo. Przełamywanie chorobliwych oporów przed stosowaniem
      siły militarnej i innych demokratycznych odchyleń jest konieczne. W tym
      konkretnym przypadku się to udało. Powiodło się również w każdym innym wypadku.
      Można wybrać dowolny problem: Środkowy Wschód, międzynarodowy terroryzm,
      Ameryka Środkowa, cokolwiek – prezentowany społeczeństwu obraz świata wykazuje
      najodleglejsze z możliwych podobieństwo do rzeczywistości. Prawda jest
      pogrzebana pod wielopiętrowymi konstrukcjami kłamstw. Z tego punktu widzenia
      był to oszołamiający sukces w zapobieganiu zagrożeniu demokracją. Osiągnięto go
      w warunkach wolności, co jest tym bardziej zdumiewające. Nie żyjemy w kraju
      totalitarnym, w którym można by to łatwo osiągnąć siłą. Sukcesu tego dopięto w
      warunkach wolności. Jeżeli chcemy zrozumieć nasze społeczeństwo, musimy
      zastanowić się nad tymi faktami. Są one wyjątkowo ważne dla każdego, kogo
      obchodzi, w jakim społeczeństwie żyje.


    • doremi1 Coraz wiecej ludzi madrzeje.... 12.01.03, 18:57
      Kultura dysydencji
      Mimo wszystkich opisanych zjawisk, kultura dysydencji przetrwała i znacznie się
      rozrosła od lat sześćdziesiątych. W owym okresie przede wszystkim kultura ta
      rozwijała się bardzo powoli. Protesty przeciwko wojnie w indochinach rozpoczęły
      się dopiero w kilka lat po rozpoczęciu przez Stany Zjednoczone bombardowań w
      Południowym Wietnamie. Kiedy ruch dysydencki powstał, był zrazu bardzo wąski i
      obejmował głównie studentów i młodzierz. Jeszcze nim nastały lata
      siedemdziesiąte, ten stan rzeczy uległ znacznym zmianom. W latach
      osiemdziesiątych nastąpił jeszcze większy rozkwit ruchów solidarnościowych, co
      stanowi nowe i ważne zjawisko w historii przynajmniej amerykańskiej, o ile nie
      światowej dysydencji. Były to ruchy nie tylko protestujące, lecz często
      angażujące się, czasem nawet blisko, w życie cierpiących ludzi poza granicami
      kraju. Wyciągnęły one stąd wiele nauk i wywarły znaczny cywilizacyjny wpływ na
      Amerykę ,,głównego nurtu’’ ( mainstream ). Wszystko to przyniosło bardzo duże
      zmiany. Każdy, kto był zaangażowany w tego rodzaju działalność, musi zdawać
      sobie z tego sprawę. Orientuję się, że przemówienia, jakie wygłaszam obecnie w
      najbardziej reakcyjnych częściach kraju – środkowej Georgii, wschodnim Kentucky
      itp. – byłyby nie do pomyślenia nawet w okresie największego rozkwitu ruchu
      pokojowego, nawet przed najbardziej aktywnymi uczestnikami tego ruchu. Obecnie
      można wygłaszać je wszędzie. Ludzie zgadzają się z nim lub nie, lecz
      przynajmniej wiedzą, o co chodzi, wobec czego istnieje pewna wspólna
      płaszczyzna porozumienia.
      Wszystko to stanowi oznaki wspomnianego cywilizującego wpływu, wbrew
      propagandzie, wbrew wszelkim wysiłkom w celu kontrolowania myśli i fabrykowania
      przyzwolenia. Mimo wszystko ludzie nabierają zdolności i chęci myślenia na
      własną rękę. Wzrósł sceptycyzm wobec władzy, zmieniło się nastawienie wobec
      bardzo wielu kwestii. Proces ten jest powolny, niemal jak cofanie się lodowca,
      lecz dostrzegalny i istotny. Inna rzecz, czy dokonuje się dostatecznie szybko,
      by wpłynąć znacząco na to, co dzieje się na świecie. Wystarczy jeden znajomy
      przykład: osławiona bariera między płciami. W latach sześćdziesiątych postawa
      wobec takich kwestii jak ,,cnoty militarne’’ czy chorobliwe opory przed użyciem
      siły zbrojnej były mniej więcej takie same wśród kobiet i mężczyzn. Nikt, ani
      mężczyźni, ani kobiety, nie doznawali owych chorobliwych zahamowań na początku
      lat sześćdziesiątych. Ich reakcje były identyczne. Wszyscy uważali, że
      stosowanie przemocy w celu stłumienia oporu innych narodów było słuszne. W
      ciągu kolejnych lat sytuacja ta uległa zmianie. Chorobliwe zahamowania stały
      się coraz powszechniejsze wśród wszystkich grup społeczeństwa. Ujawniła się
      jednak coraz większa, obecnie bardzo istotna rozbieżność między mężczyznami i
      kobietami. Według ankiet, sięga ona 25%. Co się stało ? Otóż to, iż powstał
      przynajmniej na poły zorganizowany ruch masowy, zrzeszający kobiety – ruch
      feministyczny. Zorganizowanie się przyniosło skutki. Organizacja oznacza
      odkrycie, że nie jest się samym, że inni podzielają twoje poglądy. Pozwala to
      na umocnienie się w swoich przekonaniach, na uściślenie swoich poglądów i
      myśli.Ruchy te mają bardzo nieformalny charakter, nie są organizacjami
      członkowskimi, kreują jednak atmosferę, wpływającą na interakcje międzyludzkie.
      Wywarło to bardzo wyraźny efekt. Na tym polega niebezpieczeństwo demokracji:
      jeżeli pozwoli się na powstawanie organizacji, jeżeli ludzie nie tkwią już
      przez cały czas przyklejeni do telewizorów, to mogą im zakiełkować w głowach
      najrozmaitsze dziwaczne pomysły, na przykład chorobliwe opory przed stosowaniem
      siły zbrojnej. Trzeba z tym walczyć – jednak jeszcze się to nie udało.



    • doremi1 Wyimaginowani wrogowie....wiatraki? 12.01.03, 18:58
      Parada wrogów
      Zamiast mówienia o poprzedniej wojnie, chciałbym zająć się następną – czasem
      bowiem przydaje się być przygotowanym, a nie tylko reagować. W USA dokonuje się
      obecnie bardzo charakterystyczny proces. Nie jest to pierwszy kraj, w którym
      miał on miejsce. Narastają wewnętrzne problemy - może wręcz katastrofy –
      społeczne i ekonomiczne. Nikt u władzy nie wykazuje najmniejszej ochoty, by im
      jakkolwiek przeciwdziałać. Jeżeli przyjrzeć się programom wewnętrznym
      administracji z okresu ostatniego dziesięciolecia – włączam tu opozycję
      demokratyczną – brak było poważnych propozycji rozwiązania całego bagażu
      problemów: zdrowia, edukacji, bezdomności, bezrobocia, przestępczości,
      gwałtownego rozrastania się kryminogennych populacji, upadku centrów miejskich
      i więziennictwa. Wszystkim wiadomo o tych problemach, jednak stają się one
      coraz poważniejsze. Tylko w ciągu dwóch lat pełnienia urzędu przez George’a
      Busha kolejne trzy miliony dzieci znalazło się poniżej granicy nędzy,
      zadłużenie niebotycznie rośnie, spadają standardy edukacji, płace realne
      większości społeczeństwa sięgnęły mniej więcej poziomu końca lat
      pięćdziesiątych – i nikt nic z tym nie robi.
      W tych okolicznościach konieczne jest odwrócenie uwagi zdezorientowanego stada:
      jeśli zorientuje się, co się dzieje, może mu się to nie spodobać, skoro przede
      wszystkim jego to dotyczy. Pokazywanie pucharów futbolowych i komedii
      sytuacyjnych może okazać się niewystarczające, trzeba więc wywołać w nich
      strach przed wrogami. W latach trzydziestych Hitler wzbudził w społeczeństwie
      lęk przed Żydami i Cyganami. Trzeba było ich zmiażdżyć, by się obronić. My
      również mamy podobne sposoby. W ciągu ostatniego dziesięciolecia co rok czy dwa
      kreuje się jakieś wielkie monstrum, przed którym musimy się bronić. Dawniej
      mieliśmy na podorędziu potworów, z których stale mogliśmy korzystać: Rosjan.
      Zawsze można było odwołać się do konieczności obrony przed Rosjanami. Ponieważ
      tracą oni atrakcyjność jako przeciwnik, i coraz trudniej wykorzystywać ich w
      tej roli, należało wynaleźć jakichś nowych wrogów. W istocie ludzie
      niesprawiedliwie krytykowali George’a Busha, iż nie jest zdolny wyrazić ani
      wyartykułować tego, co nami kieruje. Jest to niesprawiedliwa ocena. Przed mniej
      więcej połową lat osiemdziesiątych nawet podczas snu można było odtwarzać
      płytę: ,,Rosjanie nadchodzą !’’ Ponieważ jednak płyta się zdarła, Bush musiał
      wynaleźć nową, podobnie jak uczynił aparat reaganowski w latach
      osiemdziesiątych. Przyszła więc kolej na międzynarodowy terroryzm, opętanych
      Arabów i nowego Hitlera Saddama Husseina. Wszyscy oni oczywiście chcieli
      zawojować świat. Pojawiali się jedni po drugich, bo tak być musiało, by
      przestraszyć i sterroryzować społeczeństwo, by ludzie bali się podróżować i
      kryli się z trwogi jak zające pod miedzą. Wówczas odnosiło się wspaniałe
      zwycięstwo nad Grenadą, Panamą lub inną bezbronną armią kraiku z Trzeciego
      Świata, którą można było roznieść na strzępy, nawet jej się dokładnie nie
      przyglądając. Dokonywano tego, i przynosiło to ulgę. Uratowaliśmy się w
      ostatniej chwili. Jest to jeden ze sposobów uniemożliwiania zdezorientowanemu
      stadu zrozumienia, co się naprawdę wokół niego i z nim dzieje, kontrolowania go
      i odwracania jego uwagi.
      Nastepnym naszym przeciwnikiem będzie najprawdopodobniej Kuba. Będzie to
      wymagało kontynuowania nielegalnej wojny ekonomicznej, zapewne również
      przedłużania niespotykanej kampanii międzynarodowego terroryzmu. Najjaskrawszym
      przejawem tej ostatniej była podjęta za czasów administracji Kennedy’ego
      Operacja Gęś Księżycowa ( Moongoose ) oraz dalsze wymierzone przeciwko Kubie
      działania. Nic nie daje się nawet odlegle z nią porównać, może z wyjątkiem
      wojny przeciwko Nikaragui, o ile można nazwać ją terroryzmem – Trybunał
      Międzynarodowy zakwalifikował ją raczej jako agresję. Stale dochodzi do
      ideologicznej ofensywy, podczas której kreuje się jakieś chimeryczne monstrum,
      a następnie rozpoczyna się kampanie jego zniszczenia. (1) Oczywiście, nie można
      jej podejmować, jeśli groziłoby to rzeczywiście groźnym oporem. Byłoby to zbyt
      ryzykowne. Jeżeli jednak z góry się wie, że wroga można zgnieść na miazgę,
      można do tego przystąpić, a później odetchnąć z ulgą.Nową kampanie planuje się
      od dość dawna. W maju 1986 roku ukazały się pamiętniki wypuszczonego z
      kubańskiego więzienia Armando Valladeresa. Środki masowego przekazu natychmiast
      potraktowały je jako sensację. Pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów.
      Relację Valladeresa media obwołały ,,ostatecznym opisem olbrzymiego systemu
      tortur i więzień, przy użyciu którego Castro karze i niszczy polityczną
      opozycję. Inspirująca i niezapomniana opowieść o bestialskich więzieniach,
      nieludzkich torturach’’, ,,zapis przemocy w państwie, rządzonym przez kolejnego
      z ludobójców naszego stulecia, który – jak dowiadujemy się wreszcie z tej
      książki – stworzył nowy despotyzm, który zinstytucjonalizował tortury jako
      mechanizm społecznej kontroli w piekle – czyli Kubie czasów Valladeresa’’. Tak
      pisały w przedrukowywanych recenzjach z Washington Post i New York Times.
      Castro został scharakteryzowany jako: ,,dyktatorski zbir. Jego okrucieństwa
      zostały opisane w tej książce tak wyczerpująco, że jedynie najbardziej
      lekkomyślny i mający najzimniejszą krew zachodni intelektualista mógłby stanąć
      w obronie tego tyrana’’ – Washington Post. Pamiętajmy, że jest to relacja tego,
      co przydarzyło się jednemu człowiekowi. Zgódźmy się, że zawiera wyłącznie
      prawdę. Nie kwestionujmy, co działo się z człowiekiem, który, jak twierdzi, był
      torturowany. Podczas ceremonii w Białym Domu z okazji Dnia Praw Człowieka
      Ronald Reagan wyróżnił go za dzielność w znoszeniu potworności i sadyzmu
      krwawego kubańskiego tyrana.
      Valladaresa mianowano następnie reprezentantem USA przy Komisji Praw Człowieka
      ONZ, gdzie pełnił dla Stanów służbę sygnałową: bronił rządów Salwadoru i
      Gwatemali przed oskarżeniami o zbrodnie tak straszliwe, że wszystko, co
      przeszedł on sam, wydaje się drobiazgiem.Tak właśnie toczy się ten świat.
    • doremi1 Ciekawe dowody... 12.01.03, 18:59
      Selektywność percepcji
      Było to w maju 1986 roku. Ciekawe zdarzenie, mówiące wiele o fabrykowaniu
      przyzwolenia. W tym samym miesiącu pozostali przy życiu członkowie Grupy Praw
      Człowieka z Salwadoru ( przywódcy zostali wymordowani już wcześniej ) zostali
      aresztowani i poddani torturom. Wsród aresztowanych był ich lider, Hector
      Anaya. Wtrącono ich do więzienia La Esperanza ( Nadzieja ). Podczas pobytu w
      więzieniu kontynuowali oni pracę na rzecz praw człowieka. Jako prawnicy, w
      dalszym ciągu zbierali zeznania. W więzieniu było 432 więźniów. Członkowie
      grupy uzyskali od 430 z nich zaprzysiężone relacje o torturach, którym ich
      poddawano: stosowaniu prądu elektrycznego i innych okrucieństwach. W jednym
      przypadku tortury prowadził szczegółowo scharakteryzowany, umundurowany major
      armii USA. Jest to niezwykle obrazowe i dokładne świadectwo, zapewne wyjątkowe
      jeśli chodzi o szczegółowość opisu tego, co działo się w celach
      tortur.Stusześćdziesięciostronicowy raport o przeżyciach więźniów przemycono na
      zewnątrz, razem z taśmą wideo, na której utrwalono zeznania ludzi, dotyczące
      tortur, jakim byli poddawani w więzieniu. Raport był później rozpowszechniany
      przez Ekumeniczną Grupę Roboczą Marin County. Prasa ogólnonarodowa odmówiła
      zajęcia się nim. Stacje telewizyjne nie chciały pokazywać taśmy. Ukazał się
      artykuł w lokalnej gazecie Marin County, San Francisco Examiner, i to chyba
      wszystko. Nikt inny nie chciał tknąć się tych materiałów. Był to czas, gdy
      niejeden z ,,lekkomyślnych i mających najzimniejszą krew zachodnich
      intelektualistów’’ piał peany na cześć Jose Napoleona Duarte i Ronalda Reagana.
      Anayi nie oddano żadnych hołdów. Nie zaproszono go na ceremonię z okazji Dnia
      Praw Człowieka. Nie dostał żadnej nominacji. Został uwolniony przy wymianie
      więźniów, a następnie zamordowany, prawdopodobnie przez popierane przez USA
      służby bezpieczeństwa. Ukazało się na ten temat bardzo niewiele informacji.
      Media nigdy nie postawiły pytania, czy ujawnienie okrucieństw w Salwadorze,
      miast przemilczenia ich i zatajania ich istnienia, nie ocaliłoby mu życia.Mówi
      to co nieco o sposobie działania dobrze funkcjonującego mechanizmu fabrykowania
      przyzwolenia. W porównaniu z relacją Herberta Anayi z Sawadoru, pamiętniki
      Valladaresa wydają się tak mizerne, jak mysz wobec słonia. Trzeba było jednak
      wykonać określone działanie, przybliżające nas ku kolejnej wojnie. Spodziewam
      się, że będziemy słyszeli o nich jeszcze więcej, aż nastąpi kolejna operacja.
      (1)Teraz kilka uwag o ostatniej wojnie – wreszcie się nią zajmijmy. Zacznę od
      badań Uniwersytetu Massachusetts, o których wspomniałem wcześniej. Zawierały
      one kilka ciekawych wniosków. W badaniu pytano, czy zdaniem ankietowanych Stany
      Zjednoczone winny interweniować zbrojnie w przypadku nielegalnej okupacji lub
      poważnego naruszenia praw człowieka. Gdyby USA kierowały się tym stanowiskiem,
      winniśmy zbombardować Salwador, Gwatemalę, Indonezję, Damaszek, Tel Awiw,
      Kapsztad, Turcję, Waszyngton oraz cały rząd innych państw i miast. Wszędzie tam
      dopuszczono się nielegalnej okupacji, agresji lub rażącego pogwałcenia praw
      człowieka. Jeżeli znacie fakty, związane z podanymi wyżej przykładami – na
      których powtarzanie nie mamy czasu – zdajecie sobie doskonale sprawę, że
      agresja Saddama Husseina i jego okrucieństwa nie wyróżniają się niczym
      szczególnym. Nie są nawet najdrastyczniejsze. Dlaczego nikt nie przedstawił
      takiego wniosku ? Przyczyna jest prosta: nikt o tym nie wie. W dobrze
      funkcjonującym systemie propagandowym nikt nie powinien wiedzieć, o czym
      mówiłem, kiedy wspominałem o powyższych przykładach. Jeżeli zadacie sobie trud
      sprawdzenia, zobaczycie, że przykłady te są jak najbardziej odpowiednie.
      Przypomnijcie sobie jeden z nich złowieszczo zbliżony w czasie do okresu,
      którym się zajmujemy. W lutym, w trakcie w pełni rozwiniętej kampanii
      bombardowań, rząd Libanu zażądał od Izraela przestrzegania Rezolucji 425 Rady
      Bezpieczeństwa ONZ, w której wezwano Izrael do natychmiastowego i
      bezwarunkowego wycofania wojsk z Libanu. Rezolucja ta pochodzi z marca 1978
      roku. Nastąpiły po niej dwie kolejne, w których powtórzono wezwania do
      natychmiastowego i bezwarunkowego wycofania się Izraela z Libanu. Izrael się im
      oczywiście nie podporządkował, ponieważ Stany Zjednoczone wspierają jego
      okupację ! Południowy Liban nadal objęty jest terrorem. W wielkich celach
      tortur dzieją się tam przerażające rzeczy. Region ten wykorzystuje się jako
      bazę do ataków na pozostałą część Libanu. W ciągu trzynastu lat od inwazji na
      Liban, zbombardowano Bejrut, zginęło około 20 tysięcy ludzi ( w 80% cywilów ),
      szpitale uległy zniszczeniu, następowały kolejne akty terroru i rabunku.
      Wszystko w porządku, bo popiera to USA ! To tylko jeden z przykładów. W
      środkach masowego przekazu nie widzi się żadnych materiałów na ten temat, nie
      słyszy się dyskusji, czy Izrael i USA powinny przestrzegać Rezolucji 425 Rady
      Bezpieczeństwa ONZ i innych. Nikt też nie wzywał do zbombardowania Tel Awiwu,
      chociaż według przekonań dwóch trzecich społeczeństwa, powinniśmy to zrobić.
      Przecież doszło do nielegalnej okupacji i rażącego pogwałcenia praw człowieka !
      To tylko jeden przypadek. Są o wiele gorsze. Indonezyjska inwazja na Timor
      Wschodni pociągnęła za sobą około 200 tysięcy ofiar. Wszystkie pozostałe
      przykłady bledną w porównaniu z Timorem. Indonezja cieszy się jednak solidnym
      poparciem USA i w dalszym ciągu otrzymuje pomoc dyplomatyczną i militarną ze
      strony Ameryki. Kolejne przykłady można by mnożyć.

    • doremi1 I teraz ......Irak 12.01.03, 19:01
      Wojna w Zatoce
      Dowodzi to, w jaki sposób działa skuteczny system propagandowy. Ludzie wierzą,
      że używamy siły przeciwko Irakowi i Kuwejtowi, ponieważ naprawdę przestrzegamy
      zasady odpowiadania siłą na nielegalną okupację i naruszanie praw człowieka.
      Nie zdają sobie sprawy, co oznaczałoby zastosowanie tej zasady wobec
      postępowania samych Stanów Zjednoczonych. Jest to nader spektakularny sukces
      propagandy.Zajmijmy się bliżej kolejną sprawą. Jeżeli przyjrzeć się bliżej
      traktowaniu wojny w mediach od sierpnia, można zauważyć uderzający brak kilku
      głosów. Istnieje przecież na przykład dzielna i nader istotna iracka opozycja
      demokratyczna. Oczywiście, działa ona na emigracji, ponieważ jej członkowie nie
      przeżyliby w kraju. Mieszkają oni przede wszystkim w Europie.Są to bankierzy,
      inżynierowie,architekci–ludzie tego pokroju, są wykształceni,potrafią się
      wypowiadać,i nie wahają się tego czynić.W lutym zeszłego roku, gdy Saddam
      Hussein był nadal ulubionym partnerem handlowym i przyjacielem George’a Busha,
      przedstawiciele irackiej opozycji–jak wynika z ich źródeł–przybyli do
      Waszyngtonu z petycją o poparcie dla ich żądań zaprowadzenia w Iraku
      parlamentarnej demokracji. Spotkało ich totalne lekceważenie,ponieważ Stany
      Zjednoczone nie były tym zainteresowane. Nie nastąpiła jakakolwiek reakcja,
      którą mogłoby zaobserwować społeczeństwo.Od sierpnia istnienie opozycji było
      nieco trudniej zignorować. W sierpniu nagle zwróciliśmy się przeciwko Saddamowi
      Husseinowi, po tym, jak przez wiele lat go faworyzowaliśmy. Pod ręką była
      iracka opozycja demokratyczna, która na pewno była w stanie przedstawić swe
      wnioski w tej sytuacji. Jej członkowie na pewno z zadowoleniem przyglądaliby
      się łamaniu na kole tortur i ćwiartowaniu Saddama Husseina, który wszak
      mordował ich braci, torturował siostry i wypędził ich samych z kraju. Walczyli
      przeciwko jego tyranii przez cały czas, gdy cieszył się gorącym poparciem
      Ronalda Reagana i George’a Busha. Co się stało z głosem opozycji ? Przyjrzyjcie
      się ogólnonarodowym mediom, by zorientować się, czy czegoś można było
      dowiedzieć się od sierpnia do marca o irackiej opozycji demokratycznej. Nie
      znajdziecie ani słowa. Nie dlatego, że nie była ona w stanie wyartykułować
      swoich żądań. Przedstawiła ona oświadczenia, propozycje, wezwania i żądania.
      Jeżeli bliżej w nie wnikniecie, stwierdzicie, że nie sposób odróżnić ich od
      postulatów amerykańskiego ruchu pokojowego. Opozycja była przeciwko Saddamowi
      Husseinowi i wojnie przeciwko Irakowi. Jej członkowie nie chcieli, by ich kraj
      został zniszczony. Pragnęli jedynie pokojowego rozwiązania i doskonale
      wiedzieli, że jest ono możliwe.Nie usłyszeliśmy ani słowa o irackiej opozycji
      demokratycznej. Jeżeli chcecie się czegoś o niej dowiedzieć, sięgnijcie do
      prasy niemieckiej czy brytyjskiej. I tam nie znajdzie się wiele, prasa ta jest
      jednak poddana mniejszej kontroli niż nasza, dzięki czemu można się czegoś w
      ogóle dowiedzieć.Jest to spektakularny sukces propagandy: po pierwsze to, iż
      zupełnie wyeliminowano głosy irackich demokratów, a po drugie, że nikt nie
      zwrócił na to uwagi.To również jest ciekawe. Społeczeństwo musi być poddane
      głębokiej indoktrynacji, skoro nie zauważyło, że nie słyszy głosów irackiej
      opozycji demokratycznej, nie zadaje sobie pytania ,,dlaczego’’ i nie znajduje
      najoczywistszej odpowiedzi: ponieważ iraccy demokraci myślą niezależnie. Ich
      postulaty są zgodne z wnioskami międzynarodowego ruchu pokoju i dlatego się je
      pomija.Zajmijmy się pytaniem o przyczyny wojny. Podawano je i owszem. Jeden z
      powodów brzmiał: nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy udaremnić
      szybkim użyciem siły. Taki oto powód wojny nam podano; praktycznie nie słychać
      było żadnego innego. Czy była to wystarczająca przyczyna, by wszcząć wojnę ?
      Czy USA przestrzega zasady, iż nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy
      udaremnić szybkim użyciem siły ? Nie będę obrażać waszej inteligencji
      powtarzaniem faktów, jednak sytuacja ma się tak, iż oczytany nastolatek jest w
      stanie zbić takie argumenty w dwie minuty. Nikt ich jednak nigdy nie obalił.
      Przyjrzyjcie się mediom, liberalnym komentatorom i krytykom, ludziom, którzy
      zeznawali przed Kongresem – czy ktokolwiek zakwestionował założenie, że Stany
      Zjednoczone przestrzegają głoszonych przez siebie zasad ?
      Czy USA stawiły opór samym sobie, gdy podjęły inwazję na Panamę, i chciały w
      odwecie zbombardować... Waszyngton ? Czy gdy okupacja Namibii przez Południową
      Afrykę została uznana za nielegalną w 1969 roku, USA nałożyły sankcje na
      żywność i leki ? Czy przystąpiły do wojny ? Nie, przez dwadzieścia lat
      prowadziły ,,cichą dyplomację’’. Przez tych dwadzieścia lat działy się rzeczy
      bardzo niemiłe. Tylko w okresie administracji Reagana – Busha, wojska
      południowoafrykańskie zabiły około półtora miliona ludzi w sąsiednich krajach,
      nie wspominając o tym, co działo się w samej Południowej Afryce i Namibii.
      Nie wiedzieć czemu, nie urażało to naszych wrażliwych dusz.
      Kontynuowaliśmy ,,cichą dyplomację’’ i na koniec zaoferowaliśmy agresorom hojną
      nagrodę. Otrzymali oni wielki port w Namibii i zapewniono im mnóstwo
      przywilejów, biorąc pod uwagę przedstawiane przez nich względy bezpieczeństwa.
      Co działo się wtedy z zasadą, której ponoć przestrzegamy ? Dziecinnie łatwo
      wykazać, że nie mogły to być powody, dla których przystąpiliśmy do wojny,
      ponieważ wcale nie przestrzegaliśmy tych zasad. Nikt jednak tego nie zrobił – i
      to się liczy. Nikt też nie zadał sobie trudu przedstawienia wynikającej stąd
      konkluzji: nie podano nam żadnego powodu rozpoczęcia wojny. Żadnego. Nie podano
      nam jakiegokolwiek powodu, z którym oczytany nastolatek nie mógłby się
      rozprawić w mniej więcej dwie minuty !Jest to kolejna oznaka kultury
      totalitarnej. Powinno nas przerażać, że można nas pchnąć do wojny bez żadnego
      powodu, i nikt się tym nie przejmuje ani tego nie dostrzega. To bardzo
      zdumiewający fakt.W połowie stycznia, tuż przed rozpoczęciem bombardowań,
      ankieta Washington Post i ABC wykazała ciekawe zjawisko. Pytano ludzi: ,,Czy
      gdyby Irak zgodził się na wycofanie z Kuwejtu w zamian za rozważenie konfliktu
      arabsko-izraelskiego przez Radę Bezpieczeństwa, byłbyś za takim
      rozwiązaniem ?’’ Około dwóch trzecich społeczeństwa odpowiedziało na to
      twierdząco; podobnie cały świat, włącznie z iracką opozycją demokratyczną.
      Niewykluczone, że ludzie, którzy opowiadali się za takim rozwiązaniem uważali,
      że myślą tak tylko oni na świecie. Na pewno nikt w prasie nie stwierdził, że
      byłaby to dobra idea. Rozkazy z Waszyngtonu zalecały, że mamy być
      przeciwko ,,kontaktom’’, czyli dyplomacji, wobec czego wszyscy stanęli karnie w
      szeregu – przeciwko rozwiązaniom dyplomatycznym. Próbując natrafić na
      komentarze w prasie, można natrafić jedynie na felieton Alexa Cockburna w Los
      Angeles Times, który dowodził, że byłby to dobry pomysł. Ludzie, którzy
      opowiadali się za dyplomacją w sondażu, myśleli: ,,tak uważam, chociaż jestem w
      tym odosobniony’’. Załóżmy, że wiedzieliby, iż nie są osamotnieni, że tak samo
      myślą inni ludzie, włącznie z iracką opozycją demokratyczną. Załóżmy, że
      wiedzieliby, że nie jest to hipotetyczna możliwość, że Irak w istocie złożył
      taką właśnie ofertę. Wysocy urzędnicy rządu USA ujawnili jej istnienie zaledwie
      osiem-dziesięć dni wcześniej. Drugiego stycznia przedstawili oni iracką
      propozycję całkowitego wycofania się z Kuwejtu w zamian za rozsądzenie przez
      Radę Bezpieczeństwa konfliktu arabsko-izraelskiego i problemu broni masowego
      zniszczenia. Stany Zjednoczone odmawiały negocjowania tej propozycji, aż
      przygotowania do inwazji na Kuwejt były daleko zaawansowane. Załóżmy, że ludzie
      wiedzieliby, że taka oferta została rzeczywiście złożona – w istocie poparcie
      jej to dokładnie to, co
      • doremi1 Re: I teraz ......Irak ,,cd 12.01.03, 19:04
        . Załóżmy, że ludzie wiedzieliby, że taka oferta została rzeczywiście złożona –
        w istocie poparcie jej to dokładnie to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek,
        gdyby był zainteresowany zachowaniem pokoju. Tak przecież nawet bywało, w tych
        rzadkich przypadkach, gdy rzeczywiście nie chcieliśmy dopuścić do agresji.
        Załóżmy, że by o tym wiedziano. Możecie formułować własne domysły, jak
        zakładam, że owe dwie trzecie zamieniłyby się prawdopodobnie w 98%
        społeczeństwa. Oto rzeczywiście wielkie sukcesy propagandy. Prawdopodobnie
        żadna z odpowiadających na tę ankietę osób nie wiedziała o faktach, o których
        wspomniałem. Ludzie myśleli, że są odosobnieni w swych poglądach, dlatego też
        można było bez sprzeciwów kontynuować zmierzającą do wojny politykę.
        Dyskutowano szeroko, czy sankcje mogłyby okazać się skuteczne. Do wypowiedzenia
        się w tej kwestii był zmuszony nawet szef CIA. Nie dyskutowano jednak nad o
        wiele ważniejszym pytaniem: czy sankcje nie były przypadkiem skuteczne ?
        Zapewne prawdziwa odpowiedź brzmi: tak, najwidoczniej okazały się skuteczne –
        chyba przed końcem sierpnia, najprawdopodobniej przed końcem grudnia. Bardzo
        trudno wymyślić jakikolwiek inny powód irackiej oferty wycofania się z Kuwejtu,
        której istnienie potwierdzili, a paru przypadkach której treść ujawnili wysocy
        urzędnicy rządu USA. Określili ją oni jako poważną i dającą podstawę do
        negocjacji. Prawdziwe pytanie brzmi więc: czy sankcje okazały się skuteczne ?
        Czy istniał sposób uniknięcia wojny ? Czy było możliwe rozwikłanie konfliktu na
        warunkach do przyjęcia przez ogół społeczeństwa, cały świat i iracką opozycję
        demokratyczną ? Nie dyskutowano nad tymi pytaniami – a dla dobrze
        funkcjonującej propagandy kluczowo istotne jest, by dyskusja taka w ogóle nie
        miała miejsca. Pozwala to Przewodniczącemu Komitetu Partii Republikańskiej
        twierdzić- dziś rano – że gdyby prezydentem był Demokrata, Kuwejt nie zostałby
        dzisiaj oswobodzony. Może tak twierdzić , a żaden Demokrata nie wstanie i nie
        powie, że gdyby był prezydentem, Kuwejt stałby się wolny nie dzisiaj, ale już
        sześć miesięcy temu, ponieważ istniały możliwości dyplomatyczne, których by nie
        pominął, a Kuwejt zostałby oswobodzony bez śmierci dziesiątek tysięcy ludzi i
        spowodowania ekologicznej katastrofy. Żaden z demokratów tego nie powie, bo
        żaden z demokratów nie zajął takiego stanowiska. Zajęli je Henry Gonzales i
        Barbara Boxer. Lista osób, publicznie popierających takie stanowisko, jest
        jednak tak krótka, że równie dobrze mogłoby ich nie być w ogóle. Zważywszy na
        fakt, iż żaden demokrata nie powie głośno podobnych słów, Clayton Yeutter może
        bez przeszkód wygłaszać swoje stwierdzenia.Gdy pociski Scud spadły na Izrael,
        nie pochwalił tego nikt w prasie. Ten fakt również przedstawia w ciekawym
        świetle dobrze funkcjonujący system propagandowy. Moglibyśmy zadać pytanie:
        dlaczego nikt tego nie pochwalił ? Przecież argumenty Saddama Husseina były
        równie prawdziwe, jak stwierdzenia George’a Busha. Przypomnijmy, jak brzmiały.
        Zastanówmy się choćby nad Libanem. Saddam Hussein twierdzi, że nie może
        przystać na jego aneksję. Nie może dopuścić, by Izrael zajmował syryjskie
        Wzgórza Golan i wschodnią Jerozolimę, lekceważąc jednogłośnie zdanie Rady
        Bezpieczeństwa. Saddam nie może przystać na aneksję. Nie może patrzeć
        bezczynnie na agresję. Izrael okupuje południe Libanu od trzynastu lat, gwałcąc
        rezolucję Rady Bezpieczeństwa. W ciągu tego okresu dopuścił się ataków na całe
        terytorium Libanu i wciąż bombarduje większość tego kraju. Hussein nie może się
        z tym pogodzić.Być może czytał raport Amnesty International, dotyczący
        okrucieństw izraelskich na Zachodnim Brzegu. Krwawi mu serce. Nie może na to
        przystać. Sankcje nie działają, ponieważ USA je blokuje. Negocjacje są
        nieskuteczne, bo blokują je Stany Zjednoczone. Co pozostaje, oprócz siły ?
        Hussein czekał latami. Trzynaście lat w przypadku Libanu, dwadzieścia – jeżeli
        chodzi o Zachodni Brzeg. Słyszeliście wcześniej podobne argumenty ?Jedyna
        różnica między argumentami Husseina a tymi, które słyszeliście, polega na tym,
        iż Saddam Hussein może z pełnym uzasadnieniem stwierdzić, że sankcje i
        negocjacje okazały się nieskuteczne, bo blokowały je Stany Zjednoczone. George
        Bush nie może tego stwierdzić, ponieważ sankcje wobec Iraku najwidoczniej
        okazały się skuteczne i istniały wszelkie powody, by wierzyć w powodzenie
        negocjacji – tyle, że Bush konsekwentnie ich odmawiał. Twierdził przez cały
        czas wyraźnie, że negocjacji nie będzie.Czy przypominacie sobie kogokolwiek,
        kto powiedziałby to jasno prasie ? Nie. To drobiazg. Coś, z czego również
        oczytany nastolatek może zdać sobie sprawę w minutę. Nikt jednak nie powiedział
        tego publicznie: żaden komentator ani autor artykułów wstępnych. To również
        jest oznaka bardzo skutecznie zarządzanej kultury totalitarnej. Dowód, że
        fabrykowane przyzwolenia sprawdza się w działaniu.
        Ostatni komentarz na ten temat. Możemy podawac wiele przykładów, kolejne
        możecie dopowiedzieć sobie sami. Zajmijmy się koncepcją, że Saddam Hussein to
        potwór, który chce zawładnąć całym światem – wyznawaną szeroko w USA, zresztą
        nie bezzasadnie. Ludziom wbijano nieustannie do głowy: Saddam chce zawładnąć
        całym światem; musimy go powstrzymać. W jaki sposób stał się tak groźny ? Irak
        to mały kraj Trzeciego Świata bez żadnej bazy przemysłowej. Przez osiem lat
        walczył z Iranem – post rewolucyjnym Iranem, który zdziesiątkował swoją kadrę
        oficerską i przetrzebił szeregi armii. Irak miał w tej wojnie niezłe poparcie.
        Wspierały go Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Europa, większość krajów
        arabskich i producentów ropy z tej okolocy świata. Mimo to Irak nie zdołał
        zwyciężyć Iranu. Nagle okazuje się, że jest gotów podbić świat. Czy ktokolwiek
        zwrócił na to uwagę ? Przecież jest to w istocie kraj Trzeciego Świata z
        chłopską armią. Przyznano obecnie, że ropowszechniano masy dezinformacji co do
        jego fortyfikacji, broni chemicznej itp. Czy jednak ktokolwiek zwrócił na to
        uwagę ? Nie. Okazuje się, że nikt, dosłownie nikt, nie powiedział tego
        publicznie. To typowe. Zwróćcie uwagę, że dokładnie rok wcześniej to samo
        zrobiono z Manuelem Noriegą. Noriega to drobny łotrzyk w porównaniu z
        przyjacielem George’a Busha Saddamem Husseinem, i innymi jego przyjaciółmi w
        Pekinie – czy nim samym, jeśli już o tym mówimy ! W porównaniu z nimi Manuel
        Noriega to bardzo drobny łobuz. Czarny charakter, ale nie łotr światowych
        rozmiarów, jakich lubimy. Zamieniono go jednak w postać nadnaturalnych
        rozmiarów. Zamierzał nas zniszczyć, prowadząc za sobą armię handlarzy
        narkotyków. Musieliśmy się szybko zmobilizować i go pokonać, zabijając kilkuset
        czy parę tysięcy ludzi. Przywróciliśmy władzę śladowej, może ośmioprocentowej
        białej oligarchii i umieściliśmy amerykańskich oficerów na każdym poziomie
        systemu politycznego. Trzeba było zrobic to wszystko, bo przecież musieliśmy
        się ratować, inaczej ten potwór by nas zniszczył. Rok później to samo było z
        Saddamem Husseinem. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Czy ktokolwiek
        zapytał, dlaczego do tego doszło, albo w jaki sposób ? Trzeba by się bardzo
        uważnie za czyms takim oglądać.Należy zwrócić uwagę, że nie różni się to
        zbytnio od działań Komisji Creela w latach 1916-1917, gdy w ciągu sześciu
        miesięcy zamieniono
        pacyfistyczne społeczeństwo w zbieraninę rozjuszonych histeryków, nawołujących
        do zniszczenia wszystkiego, co niemieckie,dla ocalenia przed
        Hunami,obrywającymi rączki belgijskim niemowlętom. Stosuje się zapewne bardziej
        wyrafinowane techniki, sięga po telewizję i wkłada w to mnóstwo pieniędzy,
        jednak metoda jest nader tradycyjna.Wracając do mojego wyjściowego
        stwierdzenia, uważam, że nie chodzi tylko o dezinformację w kwestii kryzysu w
        Zatoce. Problem jest o wiele poważniejszy. Chodzi tu o to, czy chcemy żyć w
        wolnym społe
        • dooremi1 Re: I teraz ......Irak ,,cd 12.01.03, 19:08
          i ja tez zesramy sie w gacie !
    • doremi1 Re: Jestesmy pokoleniem glupcow? 15.01.03, 13:40

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka