Gość: Tomasz
IP: *.ibch.poznan.pl
15.04.03, 09:32
Wojna iracka zaskoczyła obserwatorów uporczywością obrony w początkowym okresie, i
gwałtownym jej załamaniem w początkach kwietnia. Nasi rodzimi obserwatorzy upatrują to zgodnie z
obowiązującym nas duchem czasu w wojskowym perfekcjonizmie Amerykanów, ich całkowitemu panowaniu w
powietrzu i precyzji uderzeń, które od samego początku miały na celu sparaliżowanie dowodzenia wojskami
irackimi. Trudno jest dyskutować z faktami tak oczywistymi jak przewaga technologiczna po stronie koalicji. W
rzeczywistości wojna te przypominała jedną z wielu wojen kolonialnych jakie toczyła np. Anglia w XIX w, gdzie
przewaga uzbrojenia (dzidy i łuki przeciw karabinom) i taktyki pozwalały na stosunkowo łatwe masakrowanie
przeciwnika przy minimalnych stratach własnych.
Pomimo tych oczywistych przewag, wydaje się jednak że błyskotliwe zwycięstwo w Bagdadzie było możliwe
dzięki bardziej tradycyjnej tj. stosowanej od tysięcy lat metodzie polegającej na znalezieniu zdrajcy w obozie
przeciwnika. Przypuszczalnie Saddam i jego świta zostali namierzeni nie dzięki amerykańskim tajnym służbom, a
w wyniku zdrady któregoś z generałów, który przekazał Amerykanom namiary dotyczące miejsce jego pobytu.
Drugim znamiennym elementem tej wojny, a zupełnie pominiętym w polskich mediach była zapowiedź zgładzenia
ludzi wchodzących w skład reżimu Saddama, czego kraje cywilizowanie od dawna nie praktykują. Jest to o tyle
niezrozumiałe, że ludzie ci powinny być postawieni przed międzynarodowym trybunałem np. w Hadze, i tam
sprawiedliwie osądzeni. Wygląda na to, że Amerykanom zależało na tym żeby ci ludzie milczeli, a jak wiemy
milczą jedynie martwi. Najprawdopodobniej z ust samego Saddama świat mógłby dowiedzieć się wielu ciekawych
rzeczy.