ksiadz.sebastian
23.03.07, 20:12
Wśród mnogości warszawskich świątyń trzy mi są szczególnie bliskie.
Przede wszystkim Święty Marcin. Katolicki ośrodek duszpasterski wielorako
wzorowy. Zaangażowany ekumenicznie jak żaden inny w Polsce: tu m.in. w każdy
ostatni czwartek miesiąca o 17.30 odprawia się mszę z kazaniem księdza innego
wyznania. Zarazem przykładna działalność społeczna: tu, podobnie jak w
Laskach, siostry służebnice Krzyża służą niewidomym, a w "stanie wojennym" był
tu Prymasowski Komitet Pomocy Uwięzionym i Internowanym. Tu też była pierwsza
w historii PRL głodówka solidarnościowa. Nic dziwnego, że pierwszego wojennego
dnia pojawiła się tu bojówka "nieznanych sprawców" i pobiła kogo się dało -
władza ludowa strzela celnie.
Druga śródmiejska świątynia ekumeniczna to kościół ewangelicko-reformowany
przy ulicy zwanej niegdyś Lesznem, potem - Świerczewskiego, a dziś -
Solidarności. Centrala wspólnoty wyznaniowej, która za komuny nie dawała się
manipulować politycznie ani policyjnie, gościła różne inicjatywy ekumeniczne
(przez dziesięć lat - comiesięczne poniedziałkowe modlitwy o jedność chrześcijan).
Wreszcie - wizytki. Tu pasł dusze już od dawnanieżyjacy mój wieloletni
kierownik duchowy Bronisław Bozowski, ksiądz zgoła niezwyczajny, całkiem nie
księży, ale całkowicie kapłański. Apostoł uśmiechu czy raczej żartu, nieraz
mocno "wdechowego", traktujący poważnie jedynie Ewangelię. Obok niego mieszkał
ks. Jan Twardowski, poeta znakomity, w którego wierszach i kazankach Pan Bóg
jest równie uśmiechnięty, jak niepojęty, wielki, więc nie dający się zamknąć w
żadnej formułce, rozbijający każdą myślową ciasnotę.
Chciałbym wysłuchać Waszych historii...