Gość: andy
IP: *.qc.sympatico.ca
28.11.01, 18:52
Przeciętny Amerykanin jest święcie przekonany, że jego kraj od początku swej
historii zajmuje się niemal tylko i wyłącznie wyzwalaniem, godzeniem
zwaśnionych stron, głoszeniem światu jedynie słusznych zasad wolnego handlu i
rynku, praw człowieka i paru innych świętości. Z drugiej strony przeciętny
Indianin nie przeżył swego wyzwolenia, podobnie jak wielu murzynów transportu
przez Atlantyk, zginęło też sporo przeciętnych mieszkańców Drezna, Tokio i
Hiroszimy, milion Wietnamczyków, tyleż Indonezyjczyków, kilka tysięcy
Chilijczyków, 100 tysięcy Irakijczyków, potem trochę Sudańczyków, ostatnio
ponad 10 tysięcy Serbów. Giną też mieszkańcy Palestyny, do której po dwóch
tysiącach lat nieobecności zaczęli powracać popierani przez Amerykę
przedstawiciele innego narodu wybranego, założyli tam państwo i systematycznie
tępią tubylców nieświadomych szans rozwoju, jakie stwarza pojawienie się
przybyszów. Część tych wyzwoleń odbywa się pośrednio poprzez popieranie
zbrodniarzy w rodzaju Pinocheta czy Suharto. Amerykanie wyzwalają też coraz
częściej własnych obywateli, głównie "sekciarzy" i "prawicowych ekstremistów".
Teraz, gdy tak zwana społeczność międzynarodowa ma alibi w postaci ataku na
WTC, przewiduję akcję wyzwalania albo leczenia tak zwanych antyglobalistów
szyld, pod który wpycha się ostatnio wszystkich osobników o "niesłusznych"
poglądach.
Ameryka przoduje nie tylko w wyzwalaniu, ale i w postępie technicznym. Co
więcej, Amerykanie niezwykle cenią życie własne i własnych żołnierzy. Stąd
większości wyzwoleń dokonali ze stosunkowo małymi stratami własnymi. Ostatnio w
czasie wyzwalania Kuwejtu (to tak jakby wyzwalali Śląsk spod okupacji polskiej
tyle tylko, że ropa to nie węgiel) wyzwolili z udręk tego świata około 100
tysięcy żołnierzy irackich, tracąc kilkudziesięciu żołnierzy własnych i to
głównie w wyniku przypadkowego trafienia rakietą jednej ze stołówek. Przewaga
techniczna i fakt, że Ameryka wyzwalała ostatnio z daleka od własnych granic,
jeszcze bardziej umacnia wiarę mieszkańców USA, że są to wyzwolenia i akcje
humanitarne czyste i higieniczne. Po zniszczeniu WTC, Ameryka zaczęła też
przodować w innej dyscyplinie. Tą dyscypliną jest filozofia. Otóż sądząc po
relacjach mediów, Amerykanie rozwiązali w końcu odwieczny problem dobra i zła.
Wrogowie Ameryki to nie Irakijczycy, Afgańczycy, Arabowie, Palestyńczycy.
Wrogowie Ameryki to terroryści, a ich przekonania i doktryny to zło samo w
sobie. Wrogowie Ameryki są terrorystami dlatego, że w odróżnieniu od Amerykanów
nie mają bardzo dobrych samolotów, rakiet, łączności, walczą tak jak potrafią,
przy pomocy ładunków wybuchowych przywiązywanych do własnych brzuchów, a
ostatnio uprowadzonych samolotów. Zdaniem Amerykanów, czynią to bez szacunku
dla życia także własnego i sami giną w atakach. Taka taktyka jest szczególnie
haniebna, bo sprawia, że amerykańska wyrafinowana technika na niewiele się
zdaje. Co gorsza, terroryści nie informują z góry gdzie i kiedy uderzą. Z
drugiej strony, gdy tylko kraje zwane przez Amerykanów bandyckimi zaczynają się
zbroić, żeby być może móc na Amerykę uderzyć bardziej nowocześnie i mniej
terrorystycznie, wtedy Ameryka obkłada je sankcjami, bombarduje lub próbuje
zlikwidować przywódców zawsze w trosce o "bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych".
Ponieważ jednak CIA to agenda rządowa, nie mamy do czynienia z terroryzmem,
tylko z "obroną interesów Stanów Zjednoczonych".
Walka na słowa zawsze towarzyszyła walce fizycznej. Dla Greków i Rzymian ci,
którzy nie dawali się ucywilizować (wtedy nie mówiono jeszcze o wyzwoleniu, a
jedynie o wyzwoleńcach, ale to dopiero po zniewoleniu) byli barbarzyńcami, dla
jednych polska partyzantka to była partyzantka, dla drugich polskie bandy, dla
innych w tym także Polaków reakcyjne podziemie, dla podziemia ci inni nie byli
Polakami, z kolei sąsiadujący z nami nadludzie mieli na klamrach pasów napis
zapewniający, że to z nimi jest Bóg. Teraz o tym samym przekonani są ci,
których Amerykanie nazywają terrorystami, a którzy chcą wyzwolić świat spod
panowania bezbożnych, ich zdaniem, Amerykanów. W tym samym czasie Amerykanie co
chwila proszą Boga o błogosławieństwo dla swojej rozprawy z talibami.
W takich chwilach jak obecna, kiedy budzą się demony a rozum zasypia, kiedy
przodujące imperium otrzymało na oczach całego świata cios w twarz i
najwyraźniej czuje, że musi komukolwiek dowalić, bo prestiż i opinia publiczna
domagają się odwetu warto pamiętać, że zło i dobro to jednak pojęcia nieco
bardziej skomplikowane niż wydaje się to jakiejś panience z CNN. Prawda o
Ameryce jest taka, że państwo to znajduje się w stanie wojny z
kilkudziesięcioma państwami, bo na tyle (około 60) sami Amerykanie obliczają
liczbę państw sprzyjających terroryzmowi. Przyczyną tej wojny są tak zwane
interesy Stanów Zjednoczonych, czyli jak w wypadku Zatoki Perskiej
amerykańskich koncernów naftowych i samochodowych, gdzie indziej są to koncerny
inne, ale zawsze amerykańskie.
Przeciętny Amerykanin jest natomiast karmiony papką "wyzwoleńczo-postępową" i
łyka ją tak samo zachłannie jak produkty McDonalda. Kiedy zaczyna się czkawka
albo i coś gorszego, wtedy "jest w szoku". I jak to zwykle bywa za interesy
amerykańskiej oligarchii płacą zwykli Amerykanie. Czy są "niewinni"? Tu trzeba
dokonać rozróżnienia, bo w powodzi sloganów i licytacji w wyrazach poparcia dla
zdenerwowanego hegemona zginął sens wielu słów. I tak za ofiary niewinne trzeba
uznać pasażerów samolotów, na pewno nie są nimi natomiast w myśl wszelkich praw
wojny ci, którzy pracowali w Pentagonie. World Trade Center to jeszcze co
innego wiele firm, które miały tam siedzibę jest współodpowiedzialnych za
ludobójstwo, jakie odbywa się w krajach takich, jak np. Nigeria czy Kolumbia,
gdzie wielkie koncerny eksterminują lokalne społeczności wraz z otaczającą je
przyrodą, a także za łajdacką ekonomię a la Balcerowicz, dzięki której mamy
slumsy, wiele morderstw i patologii. Do tak zwanych normalnych ludzi powinna w
końcu zacząć docierać prawda, że praca w takich instytucjach oznacza
współudział w zbrodniach przez nie zawinionych i ludzie tacy nie są niewinni,
choć stopień winy woźnego na pewno jest inny niż "executive directora".
Zupełnie inne zagadnienie to pytanie, czy te winy kwalifikują do kary poprzez
niespodziewane spalenie żywcem. Żeby nie było wątpliwości to uważam, że nie. Co
do bohaterstwa, to samo bycie ofiarą do takiego miana nie uprawnia, bohaterstwo
zakłada świadome działanie z narażaniem życia, w tym sensie na pewno bohaterami
okazali się nowojorscy strażacy, którzy śmiało interweniowali w płonących
wieżowcach, na pewno takich przykładów było więcej w czasie ewakuacji, gdy np.
ktoś ratował innych z narażeniem własnego życia, być może bohaterami była część
pasażerów, która podjęła walkę na pokładzie samolotu. Wszyscy jednak to ofiary.
Kelner trafiony nagle spadającym samolotem nie jest bohaterem, on po prostu
chciał dalej normalnie żyć. Zamiast używać ofiar jako środka do wykazania się
czułym sercem na pokaz, trzeba wszystkich po ludzku po prostu żałować
zwłaszcza, że przeciętni Amerykanie to na ogół i na co dzień niezwykle mili i
dzielni ludzie, o wiele milsi i dzielniejsi od Polaków,. Zawsze po wizycie w
Stanach spuszczam wzrok na Okęciu, bo oczy nie mogą się przyzwyczaić do
rodzimych, złych, chamskich mord.
Problem Amerykanów polega na pewnym intelektualnym i psychicznym prymitywizmie,
zwanym przez nich optymizmem i na zbyt wielkim zapale do wyzwalania,
udoskonalania wszystkiego, co napotkają na swej drodze. A tym czasem ludzie są
niewdzięczni i często lepiej jest dać się im spokojnie powyrzynać, ukisić w
zacofaniu i ciemnocie. Druga wina Amerykanów to ta, że sami pozwolili zniewolić
siebie i swój kraj bandyckiej oligarchii, która wmówiła im, że co dobre dla
niej to dobre dla Ameryki i która teraz zniewala świat (to