ilnyckyj
03.06.12, 19:57
Mimo, że z zainteresowaniem zagłębiam się w to forum i przypominam sobie różne kawałki z dzieciństwa i młodości, to jednak zastanawiam się na ile pewne rzeczy warto utrzymać w pamięci i wygrzebać z niepamięci, a które nie zasługują.
Nie należy zapominać, że to wszystko jest showbusiness, rozrywka, entertainment - więc z założenia nic ambitnego.
A jednak - jakby wbrew mechanizmom rynkowym - szczególnie w tym czasie, tzn. II poł. 60 i I poł. 70 powstało wiele utworów naprawdę na wysokim poziomie, coś co można określić jako "kulturę wysoką". A przy tym - odniosły (co prawda - nie wszystkie) sukces komercyjny, niekiedy gigantyczny.
Może nic nie zasługuje na miano arcydzieła, tak jak np. w muzyce klasycznej Kunst der Fuge Bacha, symfonie Beethovena, ballady Chopina itd. itp.
Ale niekiedy - jest blisko.
Może - pozbierajmy z tych lat rzeczy, które uważamy za wybitne.
Wg. mnie przynajmniej z 15 kawałków Bitelsów, np.:
"A day in the life"
" I am the walrus"
"Penny Lane"
"Strawberry Fields Forever"
"She's Leaving Home"
"Eleanor Rigby"
"A Hard Day's Night"
"Julia"
"Tomorrow Never Comes"
"Paper Backwriter"
"Because"
"Fool on the hill"
"Blackbird"
"I'm only sleeping"
itd.
Oczywiście panów B. najłatwiej wymieniać, bo tych brylancików stworzyli najwięcej. Ale przeciez nie tylko oni. Ciekaw jestem co wg. was z owej epoki zasługuje na to miano czegoś "wybitnego", a może nawet więcej?