micra
01.10.06, 12:14
Wczoraj wracałem z Warszawy - trasa Warszawa - Lublin, przez Kołbiel, Garwolin
itd. Na wylocie - bodajże ul. Bronisława Czecha, przechodzącą później w Trakt
Brzeski, na odcinku zalesionym, gdzie spokojnie można jechać 100 km/h (zgodnie
z przepisami) utworzył się całkiem spory korek, dużo większy na wjeździe niż
na wyjeździe (kierunki), ale było to dziwne, bo przy właśnie przygotowywanym
zjeździe z Trasy Siekierkowskiej ruchu prawie nie było. Później dopiero
dojrzałem choinkę migających niebieskich światełek.
Przy bliższym poznaniu okazało się, że to Straż Pożarna, Policja, Pogotowie, a
między nimi samochód na dachu oraz tłum gapiów. Policja próbuje zmusić ludzi,
by jechali szybciej (jednym pasem na odcinku max. 100 m), a oni albo stają na
pasie zieleni i rozglądają się co to się stało (wysiadają z samochodów), albo
zwalniają, by zobaczyć samochód na dachu. Co chwila ktoś przebiega przez
jezdnię (godz. 19-ta, już ciemno, ruch jak mówię bardzo duży), a oni się
gapią! Ok, można zwolnić, ale to nie powód do zatrzymywania się lub jechania
20-30km/h, by zobaczyć co się stało.
I taka sama sytuacja w lecie. Armii Ludowej, widzę z wysokiego piętra w
budynku GUSu. Standardowa stłuczka, samochody zepchnięte na wysepkę namalowaną
na jezdni, by nie tarasować i sytuacja analigiczna - wszyscy zainteresowani co
to się stało. I tak oto z niegroźnej sytuacji, na jezdni po której duża część
osób jedzie 80-120km/h nagle wszyscy zwalniają do ok. 40km/h i jest korek
pewnie aż po Wisłę.
Nie rozumiem tego - co innego względy bezpieczeństwa, by nie pędzić za bardzo
obok wypadku, co innego przesadne zwalnianie lub zatrzymywanie się, by
zobaczyć co się stało. Nie mówię, że to przypadłość Warszawy i jej
mieszkańców, ot, tak się natknąłem i zauważyłem w Warszawie i okolicach.