emes-nju
26.02.09, 14:40
Sprawa zaczyna sie tak samo - mojemu, majacemu wazne PJ, kumplowi
pozyczam samochod.
Opowiesc 1.
Kumpel okazuje sie niegodnym zaufania draniem. "Puszcza" samochod do
swojego kolegi, a ten... zabija na przejsciu czlowieka, a nastepnie
ucieka. Swiadkowie zapamietali numer rejestracyjny oraz gebe kolegi
mojego (juz bylego) kumpla.
Oczywiscie, po moim powrocie zjawia sie u mnie policja i... mnie
przesluchuje, bo rysopis sprawcy nie odpowiada wygladowi mojej geby,
a nawet geby mojego (bylego) kupla. Nikt nawet sie nie zajaknie o
tym, ze mam obowiazek nadzorowac swoj samochod, i ze poniose
jakakolwiek odpowiedzialnosc za to, ze kolega mojego (bylego) kumpla
kogos zabil.
Prowadzone jest sledztwo, ktorego ukoronowanie jest sprawa sadowa, w
czasie ktorej prokurator musi koledze mojego (bylego) kumpla
UDOWODNIC wine. Jezeli mu sie to nie uda, kolega mojego (bylego)
kumpla odejdzie wolno.
Opowiesc 2.
Kumpel okazuje sie niegodnym zaufania draniem. "Puszcza" samochod do
swojego kolegi, a ten... po przekroczeniu predkosci daje sie
sfotografowac automatowi. System wysyla do mnie mandat i... musze
poniesc tego konsekwencje, bo nie wiem kto prowadzil. Nikt nie
zawraca sobie glowy udowadnianiem mi winy, a wiec w zasadzie nie mam
szans na obrone. Jezeli nie zaplace w terminie (a wyjechalem i nawet
nie wiem, ze musze), to pieniadze zostana mi po prostu zabrane.
KONKLUZJA
Wychodzi na to, ze PRZEKROCZENIE predkosci i NIE ZABICIE przy tym
nikogo, jest grozniejsze niz NIE PRZEKROCZENIE predkosci i ZABICIE
kogos. Bo zabojca (oraz wlasciciel "corpus delicti") ma prawo do
obrony...