misscraft
05.01.07, 23:03
Mijea trzeci dzień bez mojej suni. Miała 15 lat i była wyjątkowa, każdy pies
jest inny, jedyny w swoim rodziaju. Jak była malutka chorowała na zapalenie
ucha, lekarz mówił, że pies pewnie nie przeżyje, ale opiekowaliśmy się nią,
robiliśmy zastrzyki i wyszła z tego- była a nami 15 lat, aż do następnej
choroby- bezlitosnej, przy której wszystkie wysiłki i starania przegrywają-
raka. Ostatnia noc była straszna, już wiedziałam, że uśpie ją, ale wierzyłam
cały czas, bo niestety nadzieja umiera ostatnia, że jej sie poprawi. Nie
spałam tylko chodziłam za nią i ją głaskałam i masowałam. Zdechła nad ranem,
na rękach mojej babci. Uścisk w żołądku który czułam cały czas kiedy chorowała
puścił, i dotąd nie mogę przestać płakać. Wszędzie ją widze, słysze stukanie
pazurków, drapanie w łóżko, żeby powiedzieć "hop" bo tylko wtedy wskoczyła,
albo żeby ją smyrać za uszkiem. Nie zdążyliśmy jej uśpić... uprzedziła nas.
Nie chcialiśmy dopuścić żeby cierpiała, ale i tak się umęczyła. Przez naszą
nadzieje zwierzęta często niepotrzebnie ciepią. Wiedziała, że z tego nie
wyjdzie, ale miałam ciągle nadzieje na poprawe.
A teraz jest tak strasznie pusto i nie wiem czy mi minie ten żal, poczucie
winy i straty. To okropne, ale po żadnym człowieku aż tak nie płakałam- a
straciłam ojca i pradziadka. Ale z nimi nie byłam tak związana. Dziadka znałma
słabo a ojca rzadko widziałam. A moja sunie była zawsze. Jak płakałam
przychodziła i patrzyła na mnie i przekrzywiała łepek, myśląc o co mi chodzi.
Jak się usmiechnęłam zaczynała dopiero merdać ogonkiem. Wczoraj byli sąsiedzi
od razu zauważyli, że jakoś cicho się zrobiło- mój pies słynął z tego, że
ujadał ilekroć domofon zadzwonił. A teraz przychodze do domu, a tu cisza-
brakuje mi nawet tego co było kiedyś uciażliwe, nie przybiega już do mnie.
Brakuje mi jej nawet jak otwieram coś słodkiego, bo od razu była przy mnie i
sie dopominała ilekroś usłyszała szeleszczenie. Brakuje mi tego, że wszędzie
znajdowałam jej pokarm zakopany.
Do końca szczekała jak ktoś przyszedł. Przychodziła żeby ją głaskać, czekała
na mnie jak zwykle gdy szłam do łazienki, nawet w noc śmierci.
A teraz leży zakopana z lasku, owinięta w moje dziecięce kocyki, ze swoim
zimowym wdziankiem uszytym przez mame, a ja nie mogę sie pogodzić, że jej
więcej nie pogłaszcze nie zobacze, nie ucałuje pyszczka. Serce mi się kroi.
W życiu bym nie przypuszczała że to aż tak będzie bolało.Niby wiadomo, że psy
nie żyją tyle co my, ale to nie zmniejsza potem bólu.
Wmawiam sobie, że już przynajmniej nie cierpi, ale i tak bym wolała, żeby była
jeszcze z nami. Na szczotce znalazłam jej kłaczki, schowałam je do koperty
wraz ze zdjęciem. Może to głupie, ale chce jakoś uczcić pamięć
najcudowniejszego mojego psiulka.
Teraz mam wrażenie, że to nigdy nie minie- jej smycz jeszcze wisi...
Przepraszam, ale musiałam się wyżalić, ale już nie mogę znieść tej pustki...