Wpadki Mosadu

IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 19.06.03, 15:32
Faksem z Tel Awiwu

Żabojad na usługach Mosadu

http://www.nczas.com/?a=show_article&id=1249

Kataw Zar

Kolejne kompromitacje Mosadu przekonują, że ostatnie czasy okazały się mało
litościwe dla orłów izraelskiego wywiadu. Serię nieszczęść otworzyła
nieudana próba zamordowania rezydenta Hamasu w Ammanie Haleda Maszala przy
pomocy wstrzyknięcia mu w ucho trucizny, której pomysł zdawał się pochodzić
z arabskiego filmu sensacyjnego.





Oto rączy osiłek, ochroniarz zaatakowanego Maszala, dogania na piechotę
samochód pechowych zamachowców Mosadu, wywleka obu panów na jezdnię,
bezlitośnie obtłukuje i oddaje policjantom. Pod groźbą zerwania stosunków
dyplomatycznych rząd Izraela zmuszony jest posłać do Jordanii odtrutkę
ratującą Maszala i ponosi upokarzającą karę: wypuszcza z więzienia kalekę
szejka Achmeda Jassina, duchowego przywódcę Hamasu.

Podobne wpadki spotkały tropikalnych agentów w Szwajcarii, na Cyprze, w
Egipcie i w Stanach Zjednoczonych, (gdzie izraelski szpieg Jonathan Pollard
przebywa za kratami więzienia federalnego), podważając raz za razem mit
wszechmocnego Mosadu górującego jakoby nad konkurencyjnymi agencjami
światowymi dzięki żydowskiej głowie wielce sprawnej w interesach
wywiadowczych, dzięki odwadze osobistej agentów, ich poświęceniu,
nieograniczonym funduszom i nowoczesnym środkom technologicznym,
dostarczanym Mosadowi przez miejscowych naukowców.

Co gorsze, nieodpowiedzialni szperacze w historii Mosadu ośmielają się
grzebać na własną rękę w annałach firmy i doszukiwać się elementów mitomanii
oraz ewidentnego oszustwa nawet w pokazowej akcji Mosadu, jaką było w latach
60. ubiegłego stulecia zdemaskowanie hitlerowskiego zbrodniarza wojennego
Adolfa Eichmanna. Według oficjalnej wersji, wysłannicy Mosadu wyśledzili
Eichmanna ukrywającego się w Argentynie, porwali go w czasie porannego
spaceru i dowieźli do Jerozolimy, gdzie stanął przed sądem i został skazany
na śmierć przez powieszenie.



Żydzi zjedli EichmanNa



Właściwszą karą mogło być zmuszenie Eichmanna do napisania szczegółowych
pamiętników zdradzających prawdziwy rozmiar niemieckich zbrodni.
Demonstracyjne wysypanie prochów Eichmanna do Morza Śródziemnego na
wysokości Tel Awiwu unicestwiło przeciwstawienie jego świadectwa domorosłym
zaprzeczaczom Holokaustu. Co zostało z Eichmana - zjadły ryby, które nieco
później znalazły się na żydowskim stole i też zostały zjedzone do ostatniej
ości. Innymi słowy tropikalni Żydzi powiesili i skonsumowali Eichmana bez
nadania mu statusu świadka koronnego i bez oglądania się na potrzeby prawdy
historycznej.



Po sąsiedzku



Obecnie wyszło na jaw, że córka niewidomego Argentyńczyka, sąsiada Eichmana
w Buneos Aires, dowiedziała się od kolegi, syna przestępcy, że jego tata to
nie byle jakiś tam niemiecki Żyd, za jakiego się podaje, ale nieustraszony
pogromca Żydów i ulubieniec Hitlera, Adolf Eichmann. Krótko potem kancelaria
premierki Gołdy Meirowiczowej w Jerozolimie poczęła otrzymywać listy z
Argentyny, donosy opiewające tryb życia przestępcy i jego zdjęcia. Premierka
Meirowiczowa zapoznała się z treścią przesyłek, przekazała Mosadowi pakiet
informacji o Eichmannie i osobiście obiecała Argentyńczykom nagrodę w
wysokości 10 tysięcy dolarów.

Mosad przez długi czas sprzeciwiał się wysłaniu agentów do Buneos Aires, bo
według koncepcji wywiadowczych ówczesnego szefa firmy, pochodzącego z Polski
Israela Harela, prawdziwy Eichmann nie bawił w Argentynie, ale w Brazylii.
Dla świętego spokoju Harel, nieustępliwie nagabywany przez Meirowiczową,
dokuczliwą jak mucha, wysłał był agentów, którzy porwali Eichmanna, uśpili
go, ubrali w uniform stewarda pokładowego i zapakowali do samolotu El Alu.
Nawiasem mówiąc: rodzina niewidomego Argentyńczyka, który po kilkunastu
latach zmarł, po dzień dzisiejszy nie otrzymała ani dolara z nagrody za
głowę Eichmanna, obiecanej przez premiera Meirowiczową.



Sukces Mosadu

na "Przekroju"



Jedynym sukcesem, jakim może się nareszcie poszczycić Mosad w tych
niekorzystnych dla firmy czasach, stało się omamienie
warszawskiego "Przekroju". Ekskrakowski periodyk ilustrowany, naiwny jak
pensjonarka z powieści pani Mniszkównej, wpadł w kanalizację Mosadu w nie
byle jakim towarzystwie, bo za "Paris Matchem", kiedy przedrukował w dobrej
(miejmy nadzieję) wierze wypociny niejakiego "francuskiego dziennikarza Ugo
Rankla". Rankel opowiedział "Przekrojowi", że przez cztery miesiące krążył
pod bramą osławionego centrum wywiadowczego Mosadu w Glilot pod Tel
Awiwem, "aż nagle któregoś dnia go wpuścili". Prawda jest taka, że francuski
pismak pętający się pod bramą ośrodka Mosadu w Glilot, "gdzie Izraelczycy
planują swoje operacje", najpewniej zostałby znaleziony przez panie
prostytutki goły i sztywny w krzakach pobliskiego Tel Baruch, a w najlepszym
wypadku ocknąłby się z zamroczenia w samolocie lecącym do Paryża.

A tutaj mosadziarze nie tylko wpuszczają Rankla do "swojej głównej bazy
operacyjnej, gdzie nigdy dotąd nie stanęła noga cywila", ale też pokazują mu
zasoby kartonowych pudeł mieszczących "tajne archiwa Organizacji Wyzwolenia
Palestyny" zdobyte przez izraelska armię w Ramalli. "Przekrój" informuje za
Ranklem, że cała izraelska akcja oznaczona kryptonimem "Mur Ochronny" i
podjęta w siedzibie Jasera Arafata - Mukacie "od początku miała na celu
wyłącznie przejęcie archiwów El Fatah".



Bujda na resorach



Jawna bzdura wyssana z palca, ponieważ izraelska ofensywa
antyterrorystyczna "Mur Ochronny" nie celowała w Mukatę, ale przetoczyła się
po przez tereny Zachodniego Brzegu, ze szczególnym uwzględnieniem Dżeninu.
Tropikalni Żydzi, próbujący analizować poczynania premiera Ariela Szarona
domyślają się, że pacyfikacja, zburzenie i wyrównanie ciężkimi spychaczami
części zabudowań Mukaty miało na celu upokorzenie przywódcy Palestyńczyków.
Jednym z pomysłów branych pod uwagę podczas narad tzw. gabinetu
bezpieczeństwa było pojmanie Arafata i wysłanie go poza granice Autonomii.
Premier Szaron tego dotychczas nie uczynił, bo zna słabość Arafata do
podróży zagranicznych, jego umiłowanie czerwonych dywanów, kompanii
honorowych i spotkań na najwyższym szczeblu.



Francuskie ciastko



Trudno uwierzyć, że czujni mosadziarze, nie dowierzający sobie nawzajem,
postradali z nagła rozum i oprowadzali Rankla po swojej pilnie strzeżonej
tajnej siedzibie, a nie np. po baraku, który na ten cel wynajęli i do
którego dowieźli żabojada po mosadziemu, czyli z czarnym workiem na głowie.
Nie ulega tylko wątpliwości, że to pracownicy Glilot obdarzyli Rankla
imieniem Ugo, które ich bawi do łez (jako że "uga" to po hebrajsku ciastko,
a znane porzekadło tubylców powiada o zjedzeniu kogoś na śniadanie: leechol
oto le aruchat boker). Innymi słowy, Mosad poprowadził za nos francuskiego
reportera, a za nim oba tygodniki: "Paris Match" i "Przekrój".



Gorące dokumenty



"Przekrój" informuje, że pracownicy Mosadu, a wśród nich niejaki Ruwen
Erlich, "Żyd polskiego pochodzenia płynnie mówiący po polsku" (z czego
małomówny z zawodu agent nie wiadomo dlaczego zwierzył się francuskiemu
reporterowi!), nie tylko pokazali żabojadowi Ranklowi dokumenty
potwierdzające, że Arafat trzymał na garnuszku terrorystów "i płacił im
sowicie za zabijanie Izraelczyków", ale też przekazali Francuzowi kopie
odnośnych pokwitowań, potwierdzających niezbicie winę Arafata, w celu
wydrukowania tychże w "Paris Matchu" i następnie w warszawskim "Przekroju".
Używając sformułowania "gorące dokumenty" tygodnik "Przekrój" poszedł na
całego za brukową prasą, wyolbrzymia i koloryzuje, czego drzewiej nie czynił
w czasach swojej krakowskiej biografii, krótko za młodu trzymany przez
swojego założyciela, starannie wychowanego żydowskiego arystokratę,
redaktora Mariana Eilego. Kiedy żabojad Rankl z "Paris Matchu" i "Przekroju"
zapozn
Pełna wersja