windows3.1
08.08.03, 10:32
Przeczytałem właśnie „Berlin 1945” Beevora, który zebrał takie rewelacyjne
recenzje za swój „Stalingrad”.Odradzam, chyba że ktoś chce koniecznie wydać
prawie 100 złotych.
Z punktu widzenia historii wojskowości książka jest mało wartościowa. Nie
zawiera niemal żadnych danych: nie ma systematycznego omówienia ordre de
bataille, nie ma systematycznego omówienia działań wojennych, nie ma żadnej
sensownej statystyki. Kupując książkę miałem nadzieję dowiedzieć się jakie
siły stały naprzeciw siebie, jakie były główne kierunki uderzeń i jak się
rozwijały, czy istnieje jakaś periodyzacja operacji berlińskiej, jakie były
straty obu stron – nic z tego. Co więcej, książka może być myląca: autor
potrafi rozdymać znaczenie dowolnie wybranych epizodów, ignorując przy tym
lub traktując pobieżnie inne. I tak, np. walki kilkusetosobowego francuskiego
oddziału z dywizji Waffen SS „Nordland” zostały pokazane jak kluczowy element
walk w mieście, a z kolei bitwa o wzgórza Seelow, otwierająca drogę do
Berlina, została potraktowana jak jeden z wielu epizodów walk między Odrą a
przemieściami miasta. Nie ma też wyjaśnienia kwestii, której nie potrafię
nijak zrozumieć: jak to możliwe że w sytuacji, kiedy Armia Czerwona stała
kilkadziesiąt kilometrów od Berlina, Hitler zakazywał ewakuacji i trzymał
setki tysięcy ludzi w Kurlandii, wokół Zatoki Gdańskiej, w Jugosławii, a
przede wszystkim, dlaczego obsesyjnie podejmował próby najpierw odblokowania,
a potem odbicia Budapesztu.
Z punktu widzenia historii politycznej to o ile się orientuję, książka nie
zawiera nic odkrywczego. Omówienie sytuacji w Kancelarii Rzeszy, w kwaterze
OKW/OKH w Zossen i w innych niemieckich ośrodkach decyzyjnych opiera się na
materiałach na ogół znanych i nie przedstawia nic specjalnie ciekawego.
Podobnie pobieżne wzmianki o sytuacji w Moskwie, relacjach radziecko-
amerykańskich, podejmowanych za plecam Hitlera próbach negocjacji pokojowych
czy o rywalizacji między Żukowem a Koniewem.
Nieco bardziej ciekawie pisze Beevor, jeśli chodzi o ogląd sytuacji z poziomu
zwykłego Berlińczyka, żołnierza Wehrmachtu czy nawet czerwonoarmisty. Są to
jednak informacje wybiórcze, niekiedy malownicze, ale z drugiej strony nie
wiadomo jak typowe czy też jak wyjątkowe. Z ciekawszych wątków zainteresowała
mnie sprawa wysadzenia w powietrze tunelu U-Bahn pod kanałem Landwehry i tym
samym zalanie niemal całej berlińskiej sieci metra. Do tej pory sądziłem, że
wywołało to hekatombę, Beevor natomiast uważa, że to gruba przesada, że woda
wzbierała powoli pozwalając na ewakuację niemal wszystkich, a trupy które
potem znaleziono w osuszonych tunelach to głównie ofiary wcześniejszych
wybuchów i ranni, którzy zmarli w podziemnych szpitalach. Zaciekawiło mnie
też, że o ile Beevor bardzo obszernie, w wielu miejscach i wręcz obsesyjnie
omawia sprawę masowych gwałtów (powtarzając szacunki o 2 mln zgwałconych
Niemek), o tyle bardzo mało pisze o samobójstwach wśród Berlińczyków. A
przecież samobójstwa były czymś no może nie powszechnym, ale jednak
charakterystycznym w czasie zimowej ofensywy radzieckiej w Prusach
Wschodnich, na Pomorzu, na Dolnym Śląsku czy we wschodniej Brandenburgii.
Czyżby w Królewcu i Wrocławiu szok końca był świeży i obezwładniający, a w
Berlinie ludzie zdążyli się już do niego przyzwyczaić? A może coś ma do
rzeczy stereotypowa różnica między sarkastycznymi berlińczykami i śmiertelnie
poważnymi wschodnioprusakami?
I jeszcze coś. Tak się składa, że czytałem Beevora niemal równolegle z
przeglądaniem różnych rzeczy o Powstaniu. I muszę powiedzieć, że nie
zachowałem historycznego dystansu.