windows3.1
05.11.08, 21:20
Gdyby ktoś się zastanawiał, czy wydac te trzydzieści ileś złotych na
wspomnianą książkę, to serdecznie odradzam.
Po pierwsze, książka jest całkowicie jednostronna. Oparta tylko na materiałach
niemieckich, przedstawia tylko działania strony niemieckiej. O Sowietach nie
dowiadujemy się niemal nic, a tym samym książka nie może nawet udawac
całościowego opracowania historii kotła. Tytuł książki powinien raczej brzmiec
„Siły niemieckie w Kurlandii”.
Po drugie, sam opis działań niemieckich byłby interesujący, gdyby był choc
trochę uporządkowany. Autor ma jednak zdecydowaną skłonnośc do szczegółu
kosztem syntezy, i de facto książka jest zbiorem pogrupowanych w rozdziały
anegdot i epizodów. Brak jakiegokolwiek syntetycznego spojrzenia na działania
strony niemieckiej.
Po trzecie, rozdziały uszeregowane są chaotycznie. Wielokrotnie autor
przeskakuje do przodu, potem cofa się w czasie, znowu przeskakuje do przodu. A
to już oddaliśmy Estonię, a to jeszcze ewakuujemy Tallin, a to walczymy o
wyspy. To samo z geografią – skoki od Tallina po Kłajpedę.
Po czwarte, wydarzenia opisane są nie dośc ze chaotycznie, to mieszają się w
nich rzeczy ważne i epizodyczne. Proces kształtowania się kotła i walk z
okresu lipiec-wrzesień 1944 jest opisany tak, że nie sposób dowiedziec się jak
właściwie doszło do utworzenia kotła. Kurowski tylko półgębkiem wspomina o tak
kluczowym wydarzeniu, jak chwilowe odcięcie wojsk niemieckich już w sierpniu,
kluczowa data powstania kotła ginie w powodzi wielu drobnych i mało istotnych
wydarzeń.
Po piąte, książka jest niemal pozbawiona map, jeśli nie liczyc dwu
mikroskopijnych szkiców. Już nie śmiem prosić o szkice najważniejszych walk w
czasie sześciu bitew kurlandzkich, ale przynajmniej duża mapa Kurlandii to
chyba minimum przyzwoitości.
Po szóste, nie można wyrobic sobie poglądu, jak właściwie przebiegały walki w
kotle, a zwłaszcza na jakiej zasadzie wyodrębniono te 6 bitew, co działo się
między nimi, jak można te bitwy porównac (skala, geografia) etc.
Po siódme, kompletnie brak zestawień liczbowych – stany dywizyjne, sprzęt,
straty, logistyka etc.
Po ósme, dla polskiego czytelnika denerwujący jest zelotyzm autora,
zafascynowanego bohaterstwem własnych sił zbrojnych
Po dziewiąte, niemal nic nie dowiemy się z książki o łotewskich dywizjach
Waffen SS, a o ich postawie bojowej krążą zupełnie sprzeczne opinie – że jedne
z najlepszych nieniemieckich formacji, albo że zerowa wartośc, dezercje,
niemal rozpad i tylko rozstrzeliwaniem utrzymano tam porządek.
Po dziesiąte, tłumacz też mógłby lepiej się przyłożyc. Dlaczego łotewskie,
estońskie i litewskie nazwy własne podane są za Kurowskim w wersji
niemieckiej? To że Schaulen to Szawle można się domyślec, ale z wieloma innymi
nie jest tak prosto.
Po jedenaste, nie mamy ani słowa na temat tego, czemu Hitler trzymał 300
tysięcy ludzi w Kurlandii w chwili, gdy Sowieci stali 70 km od Berlina. Są
tacy co twierdzą, że Kurlandia miała być kartą przetargową Ponurego Adolfa w
chwili, gdy Zachód wspólnie z nim zdecyduje się zaatakowac Ziutka Słoneczko.
Są tacy co twierdzą, że Adolf po prostu tak miał – co zdobył, trzymał w
łapkach do upadłego.
Po dwunaste, od lat słyszałem, że nawet wiosną 1945 do Kurlandii posyłano ze
Świnoujścia posiłki – niesamowite, prawda? Tymczasem oprócz opisania jednego
epizodu, i to bardziej z powodu zatonięcia transportowca „Getynga”, Kurowski
w ogóle nie zajmuje się tematem.
Podsumowując: można spokojnie sobie darowac.