linaolin
30.06.07, 23:11
Osiem lat temu poznałam kogoś.Przyniósł mi płyty jazzowe doskonale
odzwierciedlające mój stan duszy.Kochałam jego zapach skóry.Byłam
wyjątkowa.On taki wrażliwy i ciepły.Po dwóch latach wyjechaliśmy do
Paryża.Pamiętam dźwięk zbijanych naczyń, bicie i słowa, które bolały
najbardziej.Słowa od których serce robiło się ciężkie i czarne,płacz dławił
gardło.Im bardziej było źle, tym bardziej robiłam wszystko,żeby było
lepiej.Wróciliśmy.Chciałam ciągle wierzyć w swoją wyimaginowaną
miłość.Przestałam się szanować.Było mi przykro kiedy odprowadzał mnie do
domu, ale myślami był już gdzie indziej.Nie mogłam śpiewać, nie potrafiłam
malować.Uzależniłam się od jego stanów emocjonalnych.Wolałam nie wiedzieć,nie
wierzyć,nie widzieć.Przed moim wyjazdem do Singapuru zaproponował
małżeństwo.Dla kilku miłych chwil, zapominałam o piekle.Przez siedem dni
czekałam na chociaż jeden znak.Czułam,że jest daleko ode mnie.Zawsze wszystko
wyczuwałam.Zabrakło mi siły.Pozwoliłam,żeby prawda przyszła w pustym, zimnym
pokoju.Uciekłam z walizkami.Boję się.Nie potrafię żyć bez niego,ale brakuje
mi już sił na ciągłe upokorzenia.Boję się nocy.Budzę się nad ranem i wtedy
godziny są jak podróż po oceanie,bez celu,bez końca.Jestem jak czarny okręt
płynący ku przeznaczeniu.Nie widzę wyjścia.